IGNACY MATUSZEWSKI

U źródeł słabości

Być może, że nie warto tego czynić. Dnia 1 września weszliśmy wszyscy w ciemny tunel dziejów. Niewiadomo, niesposób zgadnąć co czeka nas u wylotu. Glob ziemski cały, wirując, zanurzać się poczyna w ciemnym, olbrzymim otworze, który prowadzi ze świata jaki opuszczamy, jaki już opuściliśmy, w świat nowy, nieznany. Czy warto w takiej chwili wracać myślą do przeżytych lat, szukać w nich błędów, robić rachunek sumienia? Być może, że nie warto. Być może, że na nic się to nie zda, nie pozwoli wyciągnąć żadnej nauki, która kiedyś tam, u nieznanej mety byłaby przydatna.

A jednak trudno tego nie czynić. Szukanie własnego grzechu jest nieuniknioną męką wszystkich, skazanych na czyściec. Kiedy i jak stało się to, co się stało, gdzie jest początek tych okrutnych dni, co przemijają teraz nad Polską w mroźnej grozie, nocy bezsennych od zwątpienia i nadziei? Miljony sumień ludzkich zmagają się z tem pytaniem. Gdyby znalazł się ktoś, ktoby potrafił, odrzuciwszy wszelką gorycz, gniew, uprzedzenie, odsunąwszy wszystko co jest osobiste, wtórne, pozorne, płytkie – odnaleźć istotną przyczynę naszej słabości, odsłonić ją i ukazać ponad wszelką wątpliwość – ten oddałby narodowi nieocenioną przysługę: pozwolił zniszczyć korzenie słabości w psychologji narodu. Niema tego proroka. Kiedy zaś sami zmagamy się z tem pytaniem – mimo wszelki wysiłek, by sięgać głębiej niż powierzchowność, niż przypadkowość, zawsze jesteśmy w stanie ująć tylko jedną z wielu przyczyn, tylko część większej całości, tylko jedno pasmo warkocza.

Rozważania poniższe pisane są w pełnej świadomości tych prawd. Pierwszej, która mówi, że niewiadomo, czy w nowym świecie, jaki wyłoni się kiedyś spod narastającej zwolna fali Wielkiego Przypływu – dawne doświadczenia zdadzą się na cokolwiek. Drugiej, która wie że rozważania te nie docierają do jądra rzeczy, że niedołężnie próbują tłumaczyć zbyt wiele, znając zbyt mało. Powinny być czytane z uprzytomnieniem sobie tych zastrzeżeń.

Jedną z przyczyn słabości Polski było jej ubóstwo. Jedną tylko, nie jedyną – ale nie najmniejszą. Widzieliśmy je własnemi oczami w miastach, których żadne działo nie broniło przed spadającą z nieba śmiercią, w szpitalach bez opatrunków, w wojsku bez samolotów niemal. Miljon zgórą dzieci bez szkół i 338 dział przeciwlotniczych na 388 tysięcy kilometrów kwadratowych – te dwie cyfry, jak nawias ubóstwa, zamykają naszą rzeczywistość. Napewno można było wewnątrz tego nawiasu inaczej, lepiej ustawiać rzeczy, surowszą dawać im kolej, staranniej unikać najgorszego marnotrawstwa: marnotrawstwa tworzenia rzeczy niepotrzebnych. To poprawić mogłoby bardzo wiele – ale nie wszystko. Byłoby to ubóstwo rozumne – miast ubóstwa lekkomyślnego. Ale byłoby to ubóstwo.

Geografja i historja nie były dla Polski łaskawe. Przeciętnie urodzajne są role, szczupłe i nieurozmaicone kopaliny, trudno dostępne wielkie drogi bogactwa: oceany. Macochą od wieków była nam historja, czyniąca z całego kraju krwawe pole wielkich wojen o wolność. Mieliśmy jednak osiemnaście lat pokoju. To mało w porównaniu z wiekami, które upłynęły od chwili, gdy ostatni żołnierz obcy stąpił na angielską ziemię, niewiele wobec lat pokoju, jakie przeżyła Francja pod panowaniem ostatnich Ludwików, ułamek stulecia, w czasie którego Niemcy nie zaznały najazdu. Ale jednak w ciągu tych lat osiemnastu, w ciągu tej krótkiej wiosny tak bujnie, tak gwałtownie trysnęły pędy w tylu kierunkach, tak szybko w tysiącu dziedzin technika, talent, pomysłowość, organizacja dogoniła i przegoniła niekiedy innych – że nad całem życiem polskiem ciążyło coraz mocniej uczucie nieprzemijającego ubóstwa jako czegoś niezrozumiałego i nieznośnego. Odczucie to było słuszne. Moknąca na ugorze przy chudych krowach malutka, szarą płachtą okryta pastuszka – to był skulony, bezwolny żywy symbol. Jej dziecięcemi, naiwnemi oczami patrzył w nasze oczy niemy wyrzut sumienia.

Były przyczyny naszego ubóstwa nieuniknione, leżące poza nami. I były przyczyny leżące wewnątrz, w nas samych, w naszych postanowieniach. Z tych najważniejszy zdaje mi się być podział społeczeństwa polskiego na część uprzywilejowaną i część upośledzoną, na tych, którym dano warunki rozwoju, i tych, którym je odebrano. Ten proces przywilejowania i upośledzania – był procesem ciągłym. Trwał nieprzerwanie podczas wszystkich wahań ustrojowych, podczas wszystkich walk politycznych, podczas panowania wszystkich regime’ów, niezależnie od tego, kto sprawował władzę, kto miał większość rozstrzygającą w stanowieniu praw, kto je uchwalał i kto je obalał. Proces ten był procesem milczącym i ukrytym. Istniała niepisana zgoda, aby go nie ujawniać, zgoda spod której powszechnego wyroku wyłamywały się tylko jednostki, głosy wołające bez echa. Proces ten biegł niemal poza świadomością społeczną – tak starannie maskowano bieg rzeczy przed sobą, tak czujnym instynktem wyolbrzymiano pewne zjawiska, a bagatelizowano inne, że obraz rzeczywistości w umyśle inteligencji polskiej odpowiadał jej życzeniom, ale odbiegał od prawdy. Kto zdawał i kto zdaje sobie dziś sprawę, że jednym z głównych powodów bolesnego, tragicznego niemal przebiegu przesilenia światowego na terenie Polski było niedostrzeżone prawie, a dziś całkowicie zapomniane zarządzenie z początków 1928 r. o podniesieniu ceł przez ich waloryzację? Kto wie w Polsce dziś jeszcze, że prowincją, do której dopłacał każdy poleski chłop i każda baba z Kurpiów w cenie każdego gwoździa, każdej podkowy – był bogaty, dymiący Górny Śląsk?

Proces ten biegł z nieodpartą, żywiołową siłą, niezależnie od zmiennych układów politycznych, ponieważ inteligencja polska utożsamiła swoje interesy z interesami ludności miejskiej, interesami biurokracji, związków zawodowych, karteli – biurokracji przecież przedewszystkiem – i z tępym uporem próbowała oprzeć swój dobrobyt i rozwój – na upośledzeniu, na wydziedziczeniu, na nieopłacalności rolnictwa. Piłsudski powiedział, że dwukrotnie podejmował walkę z urzędnikami, że dwukrotnie ją przegrał i że to uważa za największą klęskę swego życia. Sądziłem i sądzę, że jest w tem zdaniu nieuświadomione jasno odczucie, iż ta warstwa pomimo jej patrjotyzmu i uczciwości, czyniła Polsce jakąś bardzo wielką krzywdę. Krzywda ta polegała, mojem zdaniem, na osłabianiu państwa przez osłabianie najliczniejszej warstwy niezależnych wytwórców. Krzywda ta polegała dalej na skutecznych usiłowaniach, aby wobec sumienia własnego, sumienia mas, sumienia narodu, ukryć prawdziwe przyczyny i skutki, motywy i cele swojego działania – w kurzu frazeologji. Spadkobiercy Piłsudskiego starannie zapomnieli tę jego myśl. Stali się najbardziej bezwstydnym wyrazem wszechmocy biurokracji, najwymowniejszymi heroldami frazesów, pokrywających jej egoizm. Przyśpieszyli, zaognili i do karykatury doprowadzili ten fałsz, jaki tkwił u podstaw polskiej gospodarki. Ale rozsiali do olbrzymich rozmiarów kłamstwo, które już istniało. I w tem na nikły napotykali opór.

Zdumiewające jest jak różnemi korytami biegł ten wysiłek, jak z rozmaitych wychodząc założeń bezwiednie do jednego zmierzał, jak ogarnął i ukształtował psychologję całej niemal inteligencji. To samo w gruncie rzeczy mówili – z nielicznemi wyjątkami – wszyscy, bez względu na to co mówili. Agitator wiecowy, który krzyczał przed chłopami na „panów”, niszczył możliwość powstania jednolitego frontu rolniczego i mamiąc ludzi podziałem majątku odwracał ich myśl od stokroć ważniejszego podziału dochodu, rozbrajał pokrzywdzonych przez skłócenie ich między sobą. Publicysta Lewjatana, dowodząc wykrętnie, że wysokie ceny cukru i żelaza konieczne są dla „obrony państwa” – dopomagał wydziedziczać wydziedziczonego, obciążać obciążonego. Mniej lub więcej szczerzy heroldzi „świata pracy” zdawali się zapominać o tem, kto będzie dźwigał na zgarbionych plecach ciężar tych zamków powietrznych, jakie wznosić się im podobało. Stawała łatwo zgoda narodowa na każdy przywilej – z wyjątkiem przywileju większości. Były sanatorja, darmowe bilety, darmowe gimnazja, darmowe obozy – ich kosztem, ale nie dla nich. Były sztywne ceny węgla, nawozów, które on musiał płacić; sztywna waluta, która z niego wysysała soki; taryfy, które on musiał w ostatecznym wyniku wyrobić; wypłacalność bankowa, którą on musiał zapewnić. Powstała cała literatura „dynamiczna”, pełna haseł o „rozbudowie”, „pięciolatkach”, „piętnastolatkach”, gubiąca – świadomie czy nieświadomie – główne zagadnienie gospodarki polskiej: upośledzenie rolnictwa – w wykresach, rachunkach, planach, choć tak łatwo było inaczej i prędzej niedoli tej zapobiec. Sprzysięgły się interes i naiwność, entuzjazm i egoizm, sobkostwo i nieświadomość, aby nad wsią ronić łezkę, ale przemilczeć środki mogące jej dolę poprawić. Nikt nie mógł się temu przeciwstawić, gdyż miał wówczas przeciw sobie zjednoczone: bogaty mechanizm Lewjatana i jeszcze groźniejszą, milczącą ale wrogą tę warstwę, której rola wedle określenia Brzozowskiego, polegać powinna na uświadamianiu narodowi procesów, jakie w nim zachodzą – miał przeciw sobie inteligencję. Były wyjątki, byli ludzie, którzy podejmowali tę walkę. Osamotnieni zawsze – Buzek, Adam Krzyżanowski, Tennenbaum, Stecki, Józef Poniatowski, Kołodziejski i niewielu, niewielu innych.

Ilekroć myślałem o dwudziestokilkomiljonowej masie wiejskiej, nasuwał mi się obraz oślepionego olbrzyma. Olbrzyma, któremu wykłuto oczy i który musi stąpać poomacku, wyciągając przed siebie ogromne, bezradne dłonie i kierując się nawołującemi go głosami. Olbrzyma, który nie wiedział czego ma chcieć i dokąd iść, bo najczęściej nawołujące głosy mówiły, że ważne jest to co ważne nie było. To nie tylko minister Poniatowski przez kłamliwą wizję dzielenia tego, co naprawdę już oddawna zostało podzielone, przez program krajania Polski na spłachetki, dla mogił może dostateczne, dla życia za małe – pragnął zdobyć zaufanie ociemniałego kolosa. Tylu innych czyniło to przedtem. Bezczynnie zwisały potężne ramiona wtedy gdy najgorsze nakładano na nie pęta: w r. 1921 – kiedy zachowano rolnicze cła wywozowe z okresu wojny, w r. 1925 – kiedy na zbyt wysokim poziomie ustabilizowano złotego, w r. 1928 – kiedy waloryzowano cła, w r. 1936 – kiedy odrzucono konieczną dewaluację. Olbrzym nie poruszał się bo nie rozumiał. Tak jak nie rozumie tego na pewno dziś jeszcze większość moich czytelników.

Skutki? Skutki widzieliśmy teraz. To nie 35-miljonowy naród polski walczył z 90-miljonowym narodem niemieckim. To 8-miljonowe gospodarczo państwo uległo 90-miljonowemu. Stosunek ludności był 1:3, stosunek sił gospodarczych – 1:11. Polska była metropolją kartelowo-urzędniczą i szarą kolonją chłopską. Istniały udzielne, bogate feudalne księstwa węglowe i żelazne – i dawna, piastowska, kołodziejska, drewniana wieś. Istniały dwa światy żyjące na różnych poziomach: świat urzędniczo-miejski, gdzie pięćdziesięciogroszówkę dawało się stróżowi za otwarcie bramy – i pełne bezczynnych rąk pola, gdzie nie tak dawno za pół złotego można było mieć cały dzień roboczy.

Istniał świat przywileju, w którym były własne szczyty i własne niziny, własna arystokracja i własny proletariat, ale którego całość wydźwignięta została wzwyż jak płaskowzgórze, odcięte prostopadle spadającemi ścianami od ubogiej, zamglonej równiny ścielącej się wdole, wielkiej i prawdziwej równiny polskiej rzeczywistości. Tam, na płaskowzgórzu, była metropolja, był 8-10-miljonowy kraj europejski, zakryty od burz i wichrów murami wysokich ceł, umów koncernowych, taryf, postanowień dewizowych, kontyngentowanych kredytów, zabezpieczony przed współzawodnictwem świata, przy pomocy złożonego mechanizmu ustaw i przepisów, ograniczeń i przywilejów, sztywnych cen i sztywnych płac, zezwoleń przywozu i wywozu, zapomocą narastającego latami jak rafy koralowe, przy wszystkich rządach, wszystkich regime’ach, wszystkich kombinacjach politycznych, pancerza ochronnego, wytworzonego w drodze biologicznego wydzielania przez symbjozę biurokratyczno-wielkoprzemysłową skorupy przywilejów. U podnóża zaś tej metropolji leżała, szumiąca, zbożami i lasem wewnętrzna kolonja polska, kraj słomianych strzech i nieprzebytych dróg, kraj niezatrudnionych rąk i przeludnionych szkół, kraj, który w słonym pocie musiał walczyć ze współzawodnictwem świata. Gdyż żadne państwo, żaden kraj uchronić się przed niem w całości nie może. Tam, na tej nizinie, walczono o podział dochodu światowego z fermerem Stanów i Kanady, z hodowcą australijskim, z żyznością ziemi rumuńskiej, z rosyjską niewolniczą pracą, walczono za siebie – i za całą, szklaną kopułą przed niepogodami przykrytą – metropolję.

Nie można uciec od współzawodnictwa, nie można ukryć się przed niem. Przyszedł dzień, kiedy zdawać wypadło rachunek. I wtedy pękł szklany dach nad kruchą pseudorzeczywistością. Stosunek ludzi, którzy wyszli w pole przeciw najeźdźcy, był jak 1:3. Stosunek samolotów – jak 1:10. Stosunek broni zmechanizowanej – jak 1:15. Mała, zamknięta metropolja, żyjąca w promieniach sztucznego słońca, w zaciszu sztucznego spokoju – okazała się taka jaka była: 8-10 milionowem państewkiem. Daremnie olbrzym, co chciał walczyć, szukał broni potężnemi rękami – znajdował za krótki miecz, dziecinną szabelkę dla ramion wielkoluda.

Podział Polski na szczupłą metropolję i wielką nizinę nieopłacalnego trudu – pomniejszył Polskę. Skurczył jej siły do jednej trzeciej. To, co wyorał pług w ciągu dwudziestu lat wolności nie zostało przez żyjącą z pracy tego pługa metropolję zamienione na siłę. Wewnętrzna kolonja polska dawała swój tani trud nie dla pomnażania potęgi własnej melropolji, lecz dla powiększenia jej dobrobytu i – więcej jeszcze – jej rozmiarów. Nie umiał celowo kapitalizować wysiłku rolniczego świat biurokracji. Umiał tylko bezustannie się pomnażać. Nie mógł celowo kapitalizować świat wielkoprzemysłowy, którego zyskowność sama oparta była na ograniczeniu produkcji. Metropolja żyła – nie tworzyła. Pług w Polsce krajał ziemię zawsze prawie dla teraźniejszości, nie dla przyszłości.

Dziś to wszystko już przeszłość. Dziś najokrutniejsze losy są udziałem inteligencji polskiej. Dziś najkrwawiej – i po bohatersku – płaci ona swój rachunek historji. Dziś jeśli wolno przeszłość rozważać, to nie poto, by komukolwiek cokolwiek wyrzucać, ale poto, by pojąć istotę własnych błędów, aby choć rozumieć to, w co nie chce się wierzyć.

Jutro może wysunąć inne zupełnie zagadnienia. Nauka przeszłości na nic się może nie zdać. Może inaczej, może zgoła odwrotnie wyglądać będzie wewnętrzna mapa Polski, która powróci.

A jednak poruszone tu zagadnienie jest wciąż jeszcze aktualne. Nie w naszej wewnętrznej skali. Ale w wielkiej skali międzynarodowej. To bowiem co działo się u nas – działo się i w. świecie całym. Historja minionych od poprzedniej wojny lat dwudziestu – jest historją odepchnięcia przez Zachód tego ubogiego olbrzyma, który jeden mógł Zachodowi pokój zapewnić. To nie o Polskę już tylko chodzi – to samo dotyczy Węgier, Jugosławji, Rumunji, Bułgarji, Litwy. W r. 1939 przyszły angielskie gwarancje. Ale przez lat dwadzieścia, nie deklaracją parlamentarną, nie sojuszem, nie wojną można było gwarancje te naprawdę budować. Wielkie metropolje świata, tak jak nasza wewnętrzna metropolja, zamykały się przed ubogim Wschodem, nie chciały troszczyć się o poziom jego życia, chciały drogo sprzedawać, a tanio i mało nabywać, chciały sobie zabezpieczyć dobrodziejstwa spożywania tą samą sztuczną drogą przepisów i układów, kredytów i barjer celnych. Te same wielkie metropolję, które w r. 1919 układały mapę Europy, później przez lat dwadzieścia lękały się dopomóc tym właśnie, co o nowy, słuszniejszy układ granic gotowi byli walczyć. I te same metropolje, odsuwające się od wschodniego ubóstwa, obojętne na bezskuteczny trud rolnika, orzącego ziemię między Bałtykiem i Adrjatykiem, między Bałtykiem i morzem Czarnem – dawały, niemal bez ograniczeń, wszystko co trzeba wczorajszemu wrogowi, ale onegdajszemu sąsiadowi przy stole wielkich tego świata. Niemcom. Ten sam błąd, jaki popełniliśmy wewnętrznie, popełniony został w dziesięciokrotnie powiększonym rozmiarze w skali światowej. Jeśli brakło broni rękom olbrzyma, które jej szukały, to także i dlatego, a może i dlatego przedewszystkiem, że mózgi w wielkich metropoljach świata czyniły te same błędy, jakie u nas nam dyktował taki sam krótkowzroczny egoizm.

To zagadnienie nie minęło. I nie minie nawet po zwycięskiej wojnie. I dlatego to, co tu zostało napisane, nie dotyczy tylko przeszłości, ale i przyszłości.

IGNACY MATUSZEWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close