Ukryte cele paktu z 1934 roku

Było to na „Reichsparteitag”u w Norymberdze we wrześniu 1936 r. Znalazłem się tam wśród zaproszonych dziennikarzy zagranicznych. Przez cały tydzień, mieszkając w wagonie sypialnym, stojącym na słońcu, musiałem wysłuchiwać nieskończoną ilość stereotypowych przemówień propagandowych i przyglądać się nieskończonym defiladom poszczególnych formacyj partyjnych. Było to tak nużące, że po pięciu dniach dosłownie uciekłem, zatrzymując się w powrotnej drodze do kraju w uroczej katolickiej Bamberdze. Dawno nie słuchałem z takiem nabożeństwem kazań, jak wówczas; chodziłem dosłownie z kościoła do kościoła (była niedziela), by dźwiękiem słowa Bożego i widokiem rozmodlonych tłumów zagłuszyć wstrętne wrażenie norymberskie. Szkoda pięknej Norymbergi na takie widowiska.

Pewnego wieczoru ambasador niemiecki w Warszawie von Moltke zaproponował mi zwiedzenie obozu zmotoryzowanej bojówki, t. zw. NSKK. W namiocie „Korpsführera” Hühnleina czekało nas gościnne przyjęcie. Gdy tylko obecni tam przywódcy bojówki – a był między nimi S.A. Obergruppenführer (generał) Offermann – dowiedzieli się, że jestem Polakiem, otoczyli mnie niezwłocznie z olbrzymiemi kuflami piwa w rękach i zaczęli mi klarować bez ogródek właśnie cele umowy z 1934 r., zawartej pomiędzy „naszym Führerem Adolfem Hitlerem a waszym wodzem Józefem Piłsudskim”. Umowa ta w myśl moich rozmówców miała być wstępem do ścisłego sojuszu, mającego na celu wspólny podbój ziem wschodnich „co najmniej do Dźwiny i Dniepru”. Niemcy mieli pomóc w „przywróceniu Polski od morza do morza”. Mówili oni z największą pogardą o Sowietach. Państwo to – ich zdaniem nie wytrzymałoby naporu „kolosalnej” siły zbrojnej, jaką przedstawiałyby połączone armje polska i niemiecka, któreby się wzajemnie uzupełniały. Niemieckie kolumny pancerne posuwałyby się po drogach, a polska jazda i piechota – po bezdrożach! Po zajęciu dostatecznych dla potrzeb przestrzeni życiowej obszarów, ich ludność tubylcza, z wyjątkiem Polaków i Niemców, zostałaby wysiedlona „na wschód”, poza granice zajętych ziem. „Za Uralem dużo miejsca” – mówili gospodarze, trącając się wesoło kuflami. Potem nastąpiłby układ polsko-niemiecki o wymianie ludności. Polska odstąpiłaby Niemcom dzielnice zachodnie wraz z Pomorzem, z obszarem dostatecznym dla umożliwienia szeroko zakrojonej kolonizacji niemieckiej, a wzięłaby sobie wzamian znacznie obszerniejsze połaci Ukrainy i Białorusi oraz Litwę kowieńską! Niemcy miałyby się zobowiązać do najdalej idącej pomocy technicznej i finansowej w przesiedleniu ludności polskiej z dotychczasowych dzielnic zachodnich Rzeczypospolitej na wschód, w budowie miast, zakładów przemysłowych, dróg i kolei. „Zbudujemy wam tam ładniejsze Poznanie, niż macie obecnie, uzyskamy wzamian potrzebne nam ziemie na wschodzie, zlikwidujemy wszelkie możliwe pomiędzy nami antagonizmy i stworzymy podwaliny pod wieczny sojusz wysoko uprzemysłowionych Niemiec z bogatym krajem rolniczym; Niemcy-koloniści ze wschodu wrócą wówczas do macierzy”. Cały ten plan został mi tak zgodnie i tak konkretnie w szczegółach przedstawiony przez otaczających mnie zwartem kołem piwoszów, że nie mogłem wątpić ani na sekundę o istnieniu takiego oficjalnego projektu, usprawiedliwiającego w oczach szczytów partyjnych układ z Polską. Na moje powiedzenie, że taki plan jest dla Polski nie do przyjęcia, odpowiedziano mi przy dźwięku kuflów, że widocznie jestem źle poinformowany, bo przecież rząd polski, zawierając układ, musiał sobie zdać sprawę z niemożliwości innego uzgodnienia niemieckich i polskich potrzeb życiowych.

Powtórzyłem tę rozmowę przedewszystkiem ambasadorowi von Moltke, który ją zbagatelizował, nazywając przedstawiony mi „plan” „wytworem fantazji gorących głów partyjnych” i twierdząc, jakoby w Berlinie decyzje kierowały się wyłącznie „racją stanu”. Wiedząc że w Trzeciej Rzeszy racja stanu i wola partji są pojęciami tożsamemi, uznałem te wynurzenia bojowców za bardzo poważne rewelacje. Złożyłem odpowiedni raport ministerstwu spraw zagranicznych po powrocie. Powtórzyłem całą powyższą rozmowę w prasie, aczkolwiek redakcje pewne momenty musiały w ówczesnych warunkach stępić. W każdym razie nie mogło już wówczas ulegać żadnej wątpliwości, do czego Niemcy zmierzają. Realizują oni dziś jednostronnie cały wzmiankowany w tej rozmowie program przesiedleń ludności na ziemiach zachodnich Rzeczypospolitej. Niestety, wówczas czynniki oficjalne w Polsce oddawały się lekkomyślnym złudzeniom. W układzie z r. 1934 upatrywano gwarancje nienaruszalności granicy polsko-niemieckiej, a zadowolenia własnego autorytetu szukano w podkopywaniu Czechosłowacji i w skandalu żyrardowskim. W Norymberdze, oczywiście, zacierano ręce nad metodami, które polegały na zamykaniu patrjolów w Berezie, na „pacyfikacji” ludu, na spowodowaniu tragicznej śmierci Lednickiego, na skazaniu Dobieckiego i t. p. Były to i żywcem przejęte nauki z Trzeciej Rzeszy i zatruwanie atmosfery pomiędzy Warszawą a Paryżem. O to przecież chodziło.

ADAM ROMER

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close