W Gdańsku przed wybuchem wojny *)

Ambasada niemiecka w Londynie odmówiła mi wizy. Wprawdzie bardzo uprzejmie. Jeden z urzędników ambasady oświadczył:

– Może pan otrzymać pozwolenie na wjazd, o ile przed wyjazdem powie nam pan co zamierza pan pisać i zobowiąże się tego nie zmieniać.

Było to w lipcu 1939 r. Mój redaktor powiedział mi:

– Gdańsk wydaje się być główną beczką z prochem. Niech pan tam pojedzie, rozejrzy się i zbada, czy beczka ta wybuchnie.

Wolne Miasto Gdańsk przed wybuchem wojnyTak znalazłem się w ambasadzie niemieckiej, prosząc o pozwolenie spędzenia paru nocy w Berlinie, a potem lotu do Gdańska. Podobnie zrobiłem poprzednio, w styczniu 1939 r. Lecz teraz, w lipcu, gdy już wiedzieli dokąd chciałem się udać, powiedzieli „nie”. Odmówili mi nawet wizy tranzytowej. Jeden z urzędników dał mi taktowne i uprzejme wyjaśnienia. Napisałem tyle rzeczy, które hitlerowcom się nie podobały, że Gestapo umieściło moje nazwisko na czarnej liście. Musiałbym dać gwarancję, że nie będę pisał artykułów, któreby nie były po ich myśli.

Tymczasem, podobnie jak większość dziennikarzy, nigdy nie lubiłem, by mi zgóry mówiono co mam pisać. A zwłaszcza by mi mówili to Niemcy. Toteż powiedziałem „nie”. I rozejrzałem się w rozkładzie linij lotniczych za inną drogą do Gdańska.

Pewnego pięknego poranka, który był nie tyle piękny ile wczesny, wdrapałem się w Croydon do samolotu typu Douglas, należącego do linji Royal Dutch, z biletem do Kopenhagi w kieszeni. Pierwszy postój w Schipol, koło Amsterdamu. Akurat dość czasu na kawę, a potem – do Hamburga.

Pamiętajcie, że to wszystko działo się niespełna dwa miesiące przed wybuchem wojny. I dla niektórych spośród nas czerwone światło, które wówczas Neville Chamberlain wreszcie zdawał się dostrzegać, już czerwieniło się jak wszystkie ognie piekielne. Nie widzieliśmy, jak można było wojny uniknąć – chyba że zdołanoby namówić Hitlera i Göringa do wstąpienia do Peace Pledge Union (czołowa angielska organizacja, pacyfistyczna – przyp tłum.). W samolocie, między Amsterdamem i Hamburgiem, rozmawiałem z Niemcem, który był i szczery i inteligentny. A zawsze rozmowa z wrogami, prywatnymi czy publicznymi, jest zajmująca.

– Wy, Anglicy, musicie zrozumieć, – powiedział, – że nie chcemy z wami wojować. Wy też nie chcecie z nami wojować. Bardzo pięknie. Stańcie się więc naszym sprzymierzeńcem. Zrozumcie, że traktat wersalski był wielkim błędem. Zrozumcie, że jest rzeczą śmieszną i niesprawiedliwą, by nasze Prusy Wschodnie były wyspą w Polsce. Musimy mieć polski korytarz. I musimy mieć Gdańsk. To jest miasto niemieckie. Gdańsk, mój przyjacielu, zadecyduje o losie Europy. Albowiem weźmiemy Gdańsk. Jeśli będziecie się sprzeciwiali, będzie wojna. Jeśli nie będziecie, damy sobie rady z Polakami i będzie pokój. Nie wierzę, byście wy, Anglicy, wzięli na siebie odpowiedzialność za wtrącenie całej Europy w wojnę spowodu Gdańska. Nie możecie być na tyle głupi.

To był typowy pogląd niemiecki z lipca 1939 r.

Nikt nie chciał wojny. Narodowi niemieckiemu powiedziano i obiecano, że nie będzie wojny. Sam Hitler obiecał. I Niemcy, łatwowierne bałwany, uwierzyli. Anglja nie będzie walczyła. Pan Chamberlain znowu zawrze kompromis. Jak Anglja mogłaby stanąć przy boku pogańskich Polaków, którzy torturowali dobrych Niemców w polskim korytarzu?

I wiele podobnych argumentów. Samoloty holenderskie są równie szybkie jak niehałaśliwe, jednak mieliśmy dość czasu do nagadania się między Amsterdamem a Hamburgiem. Nie próbowałem dyskutować poważniej. Z hitlerowcami nigdy nie warto, tę naukę wyciągnąłem już dawno. Kiedyś spędziłem kilka godzin w Norymberdze, próbując przekonać niemieckiego dziennikarza, że znałem wydawców mego dziennika lepiej niż on. I że nie byli oni Żydami. Ale na nic się to nie zdało. Wyczytał on w gazecie niemieckiej nazwiska moich wydawców, i wszystkie były żydowskie. To, że te nazwiska nie były nazwiskami moich wydawców, nie zdawało się zmieniać sytuacji.

I tak wylądowaliśmy w Hamburgu.

Celnicy byli tym razem jeszcze bardziej dociekliwi niż zwykle. Zostałem odstawiony do poczekalni, w której czekają zamknięci pasażerowie bez wiz. Wszystkie drzwi były zaryglowane. Kelner przyniósł mi piwa. Nie zatrzymał się by pogadać, jak to czynił dawniej. Gdy rozpocząłem rozmowę, szybko zwrócił oczy ku drzwiom. I wyszedł, zamykając drzwi na klucz.

Gdy samolot ponownie wzbijał się w powietrze i zakręciliśmy wielkie półkole by wznieść się wyżej, Hamburg rozciągał się pod i przed nami. Myślałem o spędzonych tam szczęśliwych chwilach. Dzielnica St. Pauli i jej restauracje, wystawy i dancingi. Zillatel, gdzie tańczyliśmy na stołach i gdzie prowadziłem orkiestrę z takim entuzjazmem, że aż zleciałem ze sceny. Alster, ta wodna przestrzeń w środku miasta, przez którą płynąłem tylokrotnie w łodziach, oświetlonych lampami z bajki.

A na przedmieściach widzieliśmy wyraźnie sylwetki dział przeciwlotniczych.

Skręciliśmy na północ ku Schleswig-Holsteinowi. Jak zwykle, kąpał się on pogodnie i sennie w słońcu. Od czasu do czasu można było dostrzec kolumnę wojskową posuwającą się po białych krętych drogach. Lecz Niemcy twierdzili że ruchy wojsk były spowodowane manewrami. Może to była prawda. Na Bałtyku malutkie łodzie rybackie nieznacznie poruszały się po jasnozielonych wodach, których kolor zdradzał mielizny. Tam, gdzie kolor wód przechodził w granatowy, dostrzegłem niemiecki pancernik. Ale, jak zauważył siedzący obok mnie Niemiec, nie oznaczało to nic. Pancerniki muszą gdzieś stać. Nawet niemieckie pancerniki.

Musiałem czekać w Kastrup, porcie lotniczym Kopenhagi. Polska maszyna do Gdyni miała odlecieć dopiero za godzinę. Kupiłem dwa sandwicze i gadałem z dwu Duńczykami.

– Anglja nie będzie walczyła – powiedzieli z przekonaniem.

Prawie że sam zacząłem w to wierzyć.

Piloci polscy kłaniali się i uśmiechali do pasażerów, przechodząc do swej kabiny. Było nas zaledwie z pół tuzina. Jeden z nich był Amerykaninem polskiego pochodzenia, który udawał się do Warszawy by odszukać krewnych swego ojca.

– Nie jest to może właściwa chwila na tę podróż, ale przez lata oszczędzałem na nią, i żadni hitlerowcy mnie nie powstrzymają – powiedział, otulając się w myśli gwiaździstym sztandarem.

W czasie długiego przelotu do korytarza polskiego spałem i obudziłem się na czas by dostrzec port w formie półksiężyca i żelazo-betonowe potworności Gdyni o tysiąc stóp poniżej. Dziwne to miasto. Polacy zaczęli z niczego, z marnej wioski rybackiej, w której zbudowali swój jedyny port. Należy podziwiać ich pośpiech i przedsiębiorczość. Zbudowali port, który był czczony przez katolicką Polskę prawie narówni z Rzymem. Lecz chyba nie spowodu swego piękna. Gdynia i jej drapacze nieba z rozrywkami mechanicznemi wygląda na drugorzędne miasto amerykańskie.

Na lotnisku położyłem się na murawie i przypatrywałem się młodym Polakom uczącym się latać. Sądząc z tego jak niektórzy z nich lądowali, daleko im było do doskonałości. A mało zostawało im czasu, by do niej dojść, jeśli puszczyki, ze mną włącznie, mieli rację. Rozmawiałem z 16-letnim chłopakiem, podchorążym czekającym na swoją kolejkę. Mówił on dość dobrze po angielsku.

– Jesteśmy gotowi do powitania Luftwaffe – powiedział. – Pobijemy ich, jestem tego pewny. Niech pan patrzy, wszyscy uczymy się latać.

Raczej ze smutkiem myślałem, że chyba nie spodziewał się pokonać lotnictwa niemieckiego przy pomocy maszyn, które widziałem na tem lotnisku.

Lecieliśmy bardzo nisko na ostatnim odcinku naszej drogi do Gdańska, zaledwie paręset stóp nad zalesionemi wzgórzami, niekiedy zniżając się jeszcze bardziej nad dolinami, i stale wzdłuż trasy tak dziwacznej, że moglibyśmy dawać pokazy obłąkanego latania.

– Pozycje artyleryjskie na wzgórzach – wyjaśnił urzędnik „Lotu”. – Latanie nad niemi sprzeciwiałoby się przepisom. Mamy w korytarzu działa, które zetrą Gdańsk na miazgę jeśli hitlerowcy spróbują zająć to miasto. Jesteśmy silni. Nie boimy się Niemców.

Dolecieliśmy do terytorjum wolnego państwa gdańskiego i zygzakowaliśmy w dalszym ciągu. Prawdopodobnie hitlerowcy gdańscy też mieli działa. Może działa, które mogłyby zetrzeć na miazgę Gdynię.

Policjant w mundurze niemieckim i z odznakami gdańskiemi zabrał mnie do biura w zabudowaniach na lotnisku. Kim byłem? Poco przyjechałem? Co miałem zamiar robić? Poco miałbym pisać o Gdańsku? Jak długo zamierzałem tu zostać?

Miałem niezbędną polską wizę. Zdołałem odpowiedzieć na jego pytania. Choć nadal, jak mi się wydawało, podejrzewał mnie, pozwolił mi zawołać taksówkę i odjechać do miasta.

Lecz wiedziałem z mych poprzednich doświadczeń w krajach, w których rządzili Niemcy, że od tej chwili Gestapo nie przestanie się mną interesować.

*

Gdańsk nie robił wrażenia beczki z prochem. Na pierwszy rzut oka wyglądał tak samo, jak w styczniu, kiedy byłem tam po raz pierwszy. Największą i najwyraźniejszą różnicę stanowiła pogoda.

Wówczas był śnieg na ulicach. Wielkie ciężarówki używały wówczas „martwej” Wisły – t.zn. wolniej płynącej odnogi – jako szosy, a lód grubości 4 stóp był równie mocny jak żelazobeton.

Było wówczas tak zimno, że namyślałem się czy sobie nie kupić czapki futrzanej, decydując się ostatecznie na kupienie zwykłego kapelusza, którego normalnie nigdy nie noszę. Miałem zabawną przygodę, kupując ten kapelusz. Zażądałem kapelusza a la Eden. Sklepikarz był solidnym i zapamiętałym hitlerowcem bez zmysłu humoru i o mało nie wezwał policji, by wyrzucić mnie ze sklepu.

Teraz, gdy wjeżdżałem do miasta, zachodzące słońce oświetlało miedzią kryte wieże starego miasta w taki sposób, że mieniły się nienaturalnie jaskrawym, zielonym kolorem na tle niebieskiego nieba. Ulice wypełniały tłumy kobiet w jasnych, letnich strojach. Bawiące się dzieci w kąpielowych majteczkach wyglądały opalone i szczęśliwe. Mężczyźni byli mniej wygodnie ubrani. Większość nosiła ciężkie mundury. Były i SS i SA, i wszystkie inne mody, które hitlerowcy przywozili z Niemiec.

W „Danziger Hof” – głównym hotelu – jeszcze mnie pamiętano. Portjer serdecznie uścisnął moją dłoń. Wypełniłem normalne kwestjonarjusze i zjadłem zwykłą porcję wieprzowiny.

Późnym wieczorem inni angielscy dziennikarze przyłączyli się do mnie, a także kilku Niemców i jeden Francuz, fotoreporter. Niemcy byli przyjaźni. Nie powiedzieli kim lub czem byli. Nikt zresztą ich o to nie pytał. Piliśmy aż zabawa zaczęła się na dobre. Jeden z Niemców miał przeszło sześć stóp wzrostu i oczy szaro-stalowe. Lecz pijąc piwo, stał się mniej sztywny i bardziej rozmowny.

– Nie będzie wojny – powtarzał.

Francuz się trochę urżnął i zaczął mówić o swych zdjęciach.

– Mam parę świetnych zdjęć robotników, pracujących nad fortyfikacjami na szczycie Hagelsbergu – powiedział z dumą.

Hagelsberg jest nazwą wzniesienia górującego od wschodu nad miastem; jest to oczywiście ważny punkt strategiczny.

Wysoki Niemiec przerwał. Oczy jego stały się zimne. Rysy jego zrobiły się twarde a twarz się skurczyła.

– Chcę zobaczyć te zdjęcia – powiedział rozkazująco.

Francuz udał że się uśmiecha.

– Dlaczego, co to za kawał? – zapytał.

– Zobaczę te zdjęcia.

– Dlaczego? Kim pan jest?

– Jestem szefem Gestapo w Gdańsku.

Obaj poszli na górę do pokoju Francuza.

Gdy zeszli, fotograf niemal zalewał się łzami.

– Prześwietlił moje zdjęcia, wszystko na nic – powiedział żałośnie.

Wysoki Niemiec i jego przyjaciele pożegnali nas chłodnem „dobranoc”. Tak się skończyła zabawa.

Zanim poszliśmy spać, francuski fotograf opowiedział nam, że poprzedniego dnia Polacy aresztowali go w Gdyni za robienie zdjęć. Incydent ten wskazywał na rozmiary napięcia po obu stronach granicy.

Wskazywał również, że szczytem głupoty jest mówić o tem, co się zrobiło, w obecności paru nieznanych Niemców.

W każdym razie zagraniczni dziennikarze nie byli w Gdańsku pożądanymi gośćmi. Kilku z moich angielskich kolegów, którzy tu siedzieli już od jakiegoś czasu, wyciągnięto z łóżek o 6-ej rano dla przesłuchania w Gestapo. Każdy był przesłuchiwany po kilka godzin. Dlaczego siedzieli w Gdańsku? Czego się spodziewały ich dzienniki? Jakie artykuły wysyłali? Czy próbowali wchodzić do miejsc zakazanych?

Po jakimś czasie wypuszczono ich z przestrogą, by pisali ostrożnie.

W Gdańsku zająłem się przedewszystkiem uzyskaniem wizy, której odmówiła mi ambasada niemiecka w Londynie. Sprawa była bardzo prosta. Oddałem tylko mój paszport portjerowi „Danziger Hof”.

– Termin mojej wizy niemieckiej upłynął. Proszę uzyskać dla mnie nową na trzy miesiące – powiedziałem mu.

Pobiegł do konsulatu niemieckiego i wrócił z wizą.

Jest to, sądzę, typowy przykład niemieckiej głupoty. Odmawiają mi wizy w Londynie. Nie wpadli na pomysł, że mogę tę wizę uzyskać i w innym kraju. Tak więc zakazu nie komunikuje się innym placówkom niemieckim. I za opłatą paru szylingów za pieczątkę na moim paszporcie, znowu mam prawo wjazdu do Niemiec.

Konsul brytyjski w Gdańsku p. Shepherd udzielił mi moc cennych informacyj o sytuacji.

Niech pan nic nie robi naprędce – powiedział. – Może pan być zaaresztowany za szpiegostwo na podstawie najlżejszych poszlak – i zamkną pana jeśli nie będzie pan bardzo ostrożny. Naprzykład Hagelsberg. Buduje się tam fortyfikacje. Jeśli pójdzie pan im się przyjrzeć, ma pan wszelkie szanse że pana przymkną. To samo, jeśli chodzi o Bischofsberg po tamtej stronie miasta. Teraz inna sprawa. Niech pan nie staje na chodniku, przechodząc koło dawnych koszar huzarów śmierci. Ćwiczą tam teraz wielu ludzi. Rzekomo dla policji. Jeśli będzie się pan gapił, zostanie pan z pewnością zaaresztowany. Zapewne, zdołalibyśmy pana wyciągnąć. Lecz byłby pan zatrzymany na szereg godzin, być może dłużej. Będzie pan miał wiele kłopotów – i ja też, by pana zwolnić.

Pan Shepherd, człowiek siedzący na beczce prochu, zdawał sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństwa sytuacji w Gdańsku. Nie próbował mnie wprowadzać w błąd optymizmem. Jestem pewny, że również nie próbował wprowadzać w błąd Foreign Office’u.

– Niewątpliwie dojdzie do awantury – powiedział. – Niemcy zajmą Gdańsk.

Swoją przepowiednię zaopatrzył w datę.

– Ostatni tydzień sierpnia albo pierwszy tydzień września – dodał stanowczo.

A dokładnie 1 września hitlerowcy proklamowali przyłączenie Gdańska do Rzeszy i zabrali się do mordowania Polaków.

W czasie mojego pobytu w Gdańsku, tamtejsi Polacy, którzy stanowili niewielką mniejszość, starali się siedzieć jak najciszej. Ludność polska otrzymała instrukcje by nie robić nic takiego co mogłoby być przedstawione jako prowokacja. Oczywiście, nie przeszkodziło to hitlerowcom wysuwać fantastycznych zarzutów o polskiem okrucieństwie. Codziennie Niemców rzekomo obrzucali obelgami i prześladowali. Jest rzeczą dziwną że ci z nas, którzy widzieli Niemców w polskim korytarzu, nigdy nie dostrzegli żadnego śladu tego polskiego bestjalstwa.

Dziennikarz polski, przedstawiciel P.A.T.a w Gdańsku, powiedział mi, że większość Polaków była zdania iż Niemcy rozpętają wojnę.

– Czy Anglja i Francja, staną przy naszym boku, czy też opuszczą nas, jak to zrobiły z Czechosłowacją? – zapytał niespokojnie.

– Staniemy przy was – odparłem, pragnąc bym był tego naprawdę tak pewny, jak byłem tego pewny pozornie.

Spytałem, dlaczego nie wyjeżdża z Gdańska. Pocóż zostawać by być schwytanym lub zabitym?

Nigdy nie opuszczę Gdańska – odpowiedział namiętnie. – Tu jest moje biuro. Zostanę by go bronić. Widzi pan – i tu pokazał rowolwer – mam broń. Pierwszy Niemiec, który przekroczy próg, będzie zabity. Podobnie następni i dalsi. Będą oni ginęli póki starczy mi nabojów – albo sam padnę zabity.

Wówczas wydało mi się to raczej teatralne. Później dowiedziałem się że wypełnił swą groźbę. Zabił pierwszego żołnierza hitlerowskiego, który próbował zająć jego biuro w imieniu Rzeszy. Strzelał przez okno, aż wreszcie przyszła na niego kolej. Dzielny człowiek.

Urzędnicy polscy twierdzili, że nocami hitlerowcy przemycają do Gdańska znaczne ilości broni i amunicji.

I żołnierzy w cywilnem przebraniu.

Naturalnie hitlerowcy temu przeczyli.

– Są to dobrzy Gdańszczanie, którzy wracają z Prus Wschodnich, gdzie się zgłaszali do wojska na ochotnika – mówili. – Nie mów pan głupstw, przyjacielu. Jeszcze jedno piwo?

Piwo wypiłem. Ale nie myślałem, by to było takie głupstwo. Zwłaszcza gdy pewien urzędnik niemiecki, nieco szczerszy od innych, nazwał armję polską „brytyjskim korpusem ekspedycyjnym w Europie wschodniej”.

Wielu jowjalnych Niemców zapewniało mnie, że Hagelsberg nie był fortyfikowany. Wcale nie. Robotnicy, o których słyszałem, budowali boiska sportowe. I cóż w tem złego?

Aż dziw, ile środków ostrożności Niemcy przedsiębrali dla tych „boisk sportowych”. Poszedłem na Hagelsberg by się przyjrzeć tym udoskonaleniom. Zanim doszedłem do szczytu wzgórza, napotkałem zasieki drutu kolczastego na krętej ścieżce i wartownika z nastawionym bagnetem, spoglądającego na mnie groźnie, choć się zatrzymałem. Nadszedł oficer, pytając czego chcę.

– Verbotener Weg – rzekł surowo.

Nie próbowałem się droczyć.

Było jasne co się stanie. Toteż zatelefonowałem do mej redakcji w Londynie: „Awantura jest uważana za równie nieuniknioną jak lód na Wiśle w zimie. Okres od końca lipca do końca września będzie okresem krytycznym, przy czem sierpień stanowi prawdopodobny termin wybuchu. Metoda polegać będzie na tem, że gdańscy hitlerowcy, którzy są u władzy, ogłoszą przyłączenie Wolnego Miasta do Rzeszy. Hitler, jak zwykle dobrotliwy i opiekuńczy, przyjmie ten podarunek i…”

Gestapo wiedziało, co nadawałem. Usłyszałem brzęk na linji, gdy szpicel włączył się by podsłuchiwać.

Lecz nie było żadnych konsekwencyj.

– Nie troszcz się pan, przyjacielu – powiedział mi oficer hitlerowski, gdym się z nim żegnał. – Niech pan prędko znowu przyjedzie, dobrze?

1 września Niemcy zaatakowali Polskę.

Gdańsk ogłosił się częścią Rzeszy.

W nocy z 1 na 2 września Hugh Cudlipp, redaktor mego dziennika, zawiadomił mnie przez telefon: „Został pan mianowany korespondentem wojennym „Sunday Pictorial” i „Daily Mirror”. Wydawcy pragną jutro pana zobaczyć”…

3 września p. Nevile Chamberlain, powiedział przez radjo:

– Wielka Brytanja jest w stanie wojny z Niemcami.

Beczka z prochem wybuchła.

BERNARD GRAY
przełożył
KRZYSZTOF NIENASKI.

———————-
*) Rozdział pierwszy z książki „War Reporter” (Robert Hale). Autor w r. 1942 zaginął na morzu.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close