ALEKSANDER JANTA

W niewoli niemieckiej (cz. 3)
DZIEJE DNIA POWSZEDNIEGO

Zaczynał się dla nas przed godz. 5 rano. Wachman tupał ciężko w sieni, potem otwierał z głośnem brzęczeniem kluczy zamki, kłódki, odsuwał sztaby, które miały nam bronić wyjścia na wolność, i wchodził krzycząc na cały głos:

– Aufstehen!

Przewracaliśmy się na naszych posłaniach, jeszcze ciężcy od snu, zawsze niewyspani. Wszystkie mięśnie, grzbiet, ręce i nogi, obolałe od wysiłków dni poprzednich, przeciągaliśmy leniwie, odzywały się z kątów chrapliwe i niepobożne życzenia, posyłające tego umundurowanego durnia, który sterczał nad nami w furażerce i z karabinem – do wszystkich djabłów. Ale nie było rady.

Odprowadzając nas wachman obchodził wszystkie gospodarstwa, gdzie pracowali powierzeni jego opiece jeńcy. O ile jeńcy nie sprawili oczekującym ich chłopom specjalnego rozczarowania, o tyle stróż nasz od pierwszych dni począł budzić poważne zastrzeżenia. Ten przysadzisty, tępy człowieczek, o małych świńskich oczkach, był, jak się okazuje, namiętnym poszukiwaczem przygód miłosnych i korzystał z wolnego czasu, który mu dawała nasza całodzienna nieobecność, aby pod pretekstem interesowania się robotą jeńców, zachodzić do chłopów i wybierać sobie u nich przyszłe ofiary swoich tajemnych pasyj. Wieczorem, gdy tylko jeńcy wracali do „lagru”, zamykał nas pośpiesznie i uważając, że jest już po służbie, szedł na wieś, w nieustannem poszukiwaniu objektów, na których mogłyby się skoncentrować pożerające go namiętności. A że miał do kobiet podejście bardzo niewyszukane i przystępował do ataku bez żadnych wstępów, że pozatem wybierał sobie dla tych celów istoty raczej małoletnie, chociaż Schnablowa potem kiedyś twierdziła z gorącemi błyskami w oczach, że się także do niej dobierał pod nieobecność męża, doszło zaraz po pierwszych paru tygodniach do skandalu, wieś poczęła szemrać, i pierwszego naszego wachmana zastąpił nagle i niespodzianie inny, stateczniejszy.

Już w Rabenhofie wchodziłem najpierw do stajni.

Schnabel zaczął od uczenia mnie podstawowych wiadomości o koniu i tylko dziwił się ciągle, skąd się to bierze, że mimo iż byłem żołnierzem tronów, nigdy nie miałem do czynienia z końmi.

– Siedziałem przecież cały czas przeszkolenia rekruckiego w kancelarji -brzmiało moje tłumaczenie. – Gdy mnie raz wzięli do pisania, już mnie potem nie chcieli wypuścić – dodawałem.

Schnabel potrząsał głową, mrużył oczy, robił jeden ze swoich typowych grymasów, jakby przypominając sobie z wysiłkiem własne rekruckie doświadczenia, i stwierdzał nagle, że w armji niemieckiej podobny wypadek byłby nie do pomyślenia! A mówił to tonem takiej wyższości i takiego pobłażającego wyrozumienia, że można było wyczuć w jego słowach wszystko czego nie dopowiadał. Stanowiłem bowiem nagle jak gdyby jedną z widocznych przyczyn klęski Francji – bezpośrednio za nią odpowiedzialny tem właśnie pisaniem w kancelarji, zamiast karmić i czyścić konie. Wobec tego, – zdawał się mówić, – wobec tego, oczywiście, już się niczemu nie można dziwić.

Ale przyznawał się nieraz, że go ta klęska Francji zaskoczyła w sposób niebywały. Jakto, on przecież był na froncie, od 1914 do 1918 r. i wie, co to jest. Myślał przedewszystkiem, ba, był tego pewny, że Francja rozporządza wielkiemi siłami lotniczemi. To było rano 10 maja, bardzo wcześnie, bo o godz. 2 rano. Wyjechał z Rabenhofu z klaczą, tą oto Lizą, – szczotkował ją właśnie, pokazując mnie, oficerowi kawalerji, jak się to robi, – do ogiera, w stadninie państwowej o 16 km stąd. Było jeszcze ciemno, a tu pod niebem aż szumi od samolotów. Więc zaraz sobie pomyślał, że się coś dzieje. A potem w stadninie, już po pokryciu Lizy, ludzie, którzy słuchali radja, powiadają: „Zaczęło się”. Francja? Francja.

– To ja zaraz do Müllera mówię – no ładnie to teraz oberwiemy z powietrza. Znam Francuzów jeszcze z wielkiej wojny. Mają dzisiaj lotnictwo i uzbrojenie lepsze niż wtedy. Ciężko będzie – mówię. – I tak czekaliśmy przez parę dni, że się nad nami otworzy piekło. A tu nic. A tu przez radjo jeden specjalny komunikat za drugim. Jeden drugi pogania. I wszystko idzie dobrze! I tak aż do końca. Nie przylecieli ani razu, a gdy latali, rzucali nie bomby, ale papierki. Nie rozumiem, -mówił, stukając zgrzebłem o ziemię i podjeżdżając długiemi pociągnięciami szczotki pod brzuch Lizy, która biła kopytami i parskała z niecierpliwości, – nie rozumiem do tej chwili, co się tam we Francji stało. To chyba nie ta sama Francja – dodawał, patrząc na mnie krytycznie i podejrzliwie jako na uosobienie różnicy między rokiem 1918 i 1940.

Po uprzątnięciu mierzwy trza było i mnie także – brać się do czyszczenia koni. Chłop przypominał sobie najwyraźniej swoje wojskowe czasy i swój stopień oberfeldfebla, kiedy wymagał, abym kawaleryjskim obyczajem z każdego konia wyciągał co najmniej po osiem rządków łupieżu, strząsanego ze zgrzebła, po iluś tam pociągnięciach szczotki. Pojenie koni było ostatnim aktem mej porannej obecności w stajni. A potem szedłem nareszcie na kawę, pobudzony jednem tylko, zawsze tem samem wezwaniem: szybko, szybko, bo jest dużo roboty!

Przetykaliśmy ją w milczeniu, patrząc po sobie trochę jak dzikie, źle rozbudzone zwierzęta, bez życzliwości i bez przyjaźni.

Nie było o czem mówić, nie było co powiedzieć. Już i po kawie. I zaraz w pole z kosą, z widłami, z grabiami. Wychodziłem zwykle z Wandą, która kosiła z wprawą i rozmachem chłopa. Trzeba się było uwijać, aby ukosić tego trawska albo koniczyny pełny wóz, na całą dobę dla dwudziestu krów. Grabiłem za Wandą, układałem na linji przejazdu wozu, z którym Stasiek miał za chwilę się zjawić, kupy trawy skoszonej, albo ciężkiego, jeszcze mokrego od rosy koniczu. Schnabel nieraz mi pokazywał jak grabić, jak trzymać widły. Drażniło go, że robię to inaczej, niż oni wszyscy, innym, złym chwytem trzymam haczące się na grudach i kamieniach grabie. Nie ciągnąłem ich dostatecznie długim wyrzutem ramienia, zostawało po mojem grabieniu zawsze jeszcze dość trawy, by opłaciło się Wandzie albo co gorsza, Schnablowi przeciągnięcie grabi po moim odcinku, na którym zawsze zgarniano kompromitująco sporą wiązkę traw i przynoszono na wóz, jako nieme oskarżenie pod moim adresem. Starałem się go raczej nie zauważać. Ładowanie wozu jest sztuką, mającą prosty związek z architekturą. Zaczyna się od techniki wbijania wideł w rozsypującą się masę traw, której warstwy powinno ścisnąć się przy wbijaniu, jak harmonijkę. Osiąga się ten rezultat nie tylko naciskiem całego ciała, ale i tym falującym ruchem zatykania igły w płótno – co dobrze zrobione daje nawet sprawdzian, dla ucha w postaci perkalowego chrzęstu kłutej i przyciśniętej trawy. Z koniczyną o tyle łatwiej, że jest gęstsza i bardziej sprężysta, chociaż o wiele cięższa. Tak nadziany pakiet traw jest niby cegła, przy której pomocy „buduje się” wóz. Kiedy już jego drabiniaste wnętrze wypełnione jest luzem aż po brzegi, zaczyna się właściwa robota układania owych „cegieł” na zewnętrznych ramach drabi, przy czem jednem pociągnięciem należy wydobyć widły z założonego na wóz pęku trawy. Tak ładowany wóz, wiązka przy wiązce, kępa przy kępie, gęsto i ciasno, przybiera dopiero ten równy, skośnokątny kształt szeroko-bocznego i pękatego ładunku. Na grzbiet, jeżeli bardzo przekracza wysokość drabi, kładzie się jeszcze belkę, niczem kręgosłup, utrzymujący całe wiązanie w równowadze i cisnący wzdłuż linji środkowej na mające skłonność do rozpadnięcia się boki.

Dopiero po godz. 10 rozpoczyna się zasadnicza część dnia, która w przeciwieństwie do jego powtarzających się ram zawsze, jednakowego poranka i zawsze podobnego wieczoru, zawiera codzień pewien element nowości, inności, zmienności, zależnie od pory roku i robót. Będą to raz żniwa, potem sianokosy, potem kopanie kartofli albo zbiórka buraków, potem wożenie i ładowanie gnoju, potem orka a w niepogodę najgorszą młócka, czasem pilnowanie krów na jesiennych pastwiskach, potem zimą już – wycinanie lasu. Jedno się tylko nigdy nie zmienia, bez względu na gatunek zajęcia i rolę, jaka mi przypada w tych zbiorowych krzątaniach się po polu albo w stodole – przez cały czas jej trwania niema tu ni sekundy wytchnienia, ani chwili odpoczynku czy przerwy. Chłopi niemieccy nie znoszą fizycznie widoku człowieka niezajętego, człowieka który choćby na chwilę zatrzymał się i nic nie robi, zwłaszcza jeżeli człowiek ma nieszczęście być ich parobkiem, pomocnikiem, niewolnikiem albo jeńcem. I to wówczas nawet, kiedy niema nic do roboty. Trzeba i w takim wypadku pozorować wysiłek, udawać przykładanie się do jakiejś wspólnej pracy, czy to będzie pchanie wozu, który już się toczy, czy trzymanie konia, już trzymanego, czy choćby zamiatanie podwórza, które za następnym przejazdem wozu i przejściem koni będzie znów musiało być zamiecione.

Jeńcy krytykowali właśnie niemiecką metodę pracy. Tę konieczność udawania że się coś robi ciągle, przez cały dzień. Tę nieumiejętność zachęcenia robotnika, choćby to nawet był jeniec. Rozprawiali o tem Joseph i Jean, że przecież gdyby im powiedziano: „Zrób tyle, a potem możesz odpocząć”, robiliby chętniej i lepiej, i byłby z tego dla obu stron pożytek. A tak mając w perspektywie ciągnięcie każdego dnia do wieczora bez względu na jakość pracy, byle się od niej nie oderwać ani na chwilę, pracują wprawdzie bez przerwy, ale o wydajność niech ich nikt nie pyta. Wiedzą z góry że nie warto się przykładać. Poco? Dla kogo? Chłop i tak słowa dobrego nie powie, choćby było najlepiej.

– Ja się tam nie przemęczam, – wyznawał Joseph, – kości moich tu w Niemczech zostawiać nie chcę, a chleb i tak spożywam w pocie czoła.

Z tym „potem czoła” nieraz wyjeżdżał także i Schnabel, zawsze skłonny do biblijnych przykładów i przypowieści. Było to w najlepszej rodzinnej tradycji, sądząc po babci, która nałożywszy okulary rozczytywała się co niedzielę w Ewangelji. Łatwo było cytatami z niej usprawiedliwiać Niemcom niejedne ich poczynania, jak to, jakie via Schillera stosowano do Polski, kiedy mowa była o zwycięstwie Niemców, i w którem Hitler urastał do wymiarów wszechmogącego: „Mit Schwert und Ross und Wagen – hat sie der Herr geschlagen!”.

Wracało się z pola po godz. 6, nieregularnie, czasem wcześniej, czasem później. Ten popołudniowy okres dnia, chociaż krył w sobie nieśmiałą zapowiedź idącego wieczoru, był zwykle najbardziej uciążliwy. Przeżywało się każdy dzień etapami, a tu nagle roztaczał się etap bezbrzeżny, jak przepaść głęboka, w którą wpadało się po uszy i z której trzeba się było mozolnie wygrzebywać na drugi brzeg. Po powrocie szedłem do karmienia krów. Dalszy ciąg tego zajęcia polegał na dokładnem wyprzątnięciu nawozu pod krowami. Nikt kto tego nie robił nie wyobraża sobie, jaki jest ciężar gnoju, i ile energji kosztuje ta niby niepozorna i łatwa robota. Trzeba było pójść po słomę i tę słomę rozesłać pod krowami. Tymczasem Wanda, Emma, a często także Schnablowa doiły. Stasiek zajmował się stajnią. Ledwo skończyliśmy robotę około koni i krów, trzeba było czem prędzej wyładować jeden lub dwa wozy, czekające w stodole. Potem wozy ustawić w swojem miejscu, przynieść owsa dla koni na drugi dzień, albo sieczkę w koszach z klepiska nosić do stajni, albo jęczmień śrótować dla świń. Znajdowało się znowu masę ważnych i nieodkładalnych zajęć, byle obecność jeńca wyzyskać aż do końca.

Po godz. 8 zjawiał się z karabinem i bagnetem nasz wachman, „odbierał” jeńców od gospodarzy i prowadził ich znowu w dwójkowym szyku do Oberbergu. Wymienialiśmy pośpiesznie wrażenia i doświadczenia dnia, każdy informował się u kolegów, jacy są ich chłopi, jaku była robota, i porównywał z własnem swojem życiem. W tym pierwszym okresie zmęczenie nasze było tak przemożne, że na siedzenie i rozmowy w lagrze nie mieliśmy ani ochoty ani czasu. Leżąc i przeżywając w naciągniętych i spracowanych mięśniach, w systemie nerwowym, który, zdawał się pulsować jeszcze z przyśpieszeniem, z intensywnością gorączki, całą historję dnia, pogrążaliśmy się powoli w odrętwienie, w marzenia jeszcze półsenne i przerażające odbiciem tego samego wysiłku, jaki robiliśmy przez cały dzień. Ileż to razy, zasypiając, nakładałem znowu snopy na wóz, albo rąbałem drzewo, albo kopałem kartofle. Podświadomość w dodatku przesycona była już naprzód obrazem grożącego nam przebudzenia, które niosło ze sobą nowy, podobny do poprzedniego dzień – bezradosny, beznadziejny, nie posuwający nic dalej w naszem życiu, pozbawionem praw i wyzutem z nadziei na cały czas trwania wojny.

ALEKSANDER JANTA.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close