ALEKSANDER JANTA

W niewoli niemieckiej (cz. 1)
NA WIEŚ

Żołnierz niemiecki z bagnetom na karabinie prowadzi grupę dziesięciu jeńców francuskich, odkomenderowanych na roboty do chłopów. Z miną dumną i zadowoloną każe nam nieść swój ciężki tornister. Przyglądam się bliżej karabinowi, który przed wyjściem w drogę załadował na ostro. Karabin jest polski. Przyglądam się wachmanowi: tępy, twardy, nieokrzesany typ, przejęty teraz rolą dowodzenia tym małym oddziałem. Zagaduję go po niemiecku; tu już niema powodu kryć się z tem, że mówię po niemiecku; opuściliśmy obóz, nie zostałem zagarnięty na tłumacza. Jest nas dwóch tylko w tej grupie Francuzów, która będzie stanowiła Arbeits-Kommando No. 2029, dwóch tylko mówiących także po niemiecku. Ja i Leon Miłosławski, obaj pod zmienionemi nazwiskami, obaj udający Francuzów. Zagaduję wachmana pytaniem, dokąd nas teraz wiezie.

– Na wieś – mówi. – Wieś nazywa się Oberberg. Będziecie pracowali u chłopów.

Nic nam to nie mówi w tej chwili, tyle że przez okna pociągu śledzimy z głęboką ulgą piękny krajobraz okolic, wzgórz, na które wspinają się łąki, lasów falujących na zboczach dolin, strumieni i dróg malowniczych.

Powiększyło się drobne nasze grono przyjaciół z koszar strasburskich. Sierżant Louis Malvet dobrał sobie w obozie jeszcze sześciu innych do nas czterech – trafił na sześciu zżytych i stanowiących, jak my czterej poprzednio, pewnego rodzaju rodzinę, zespoloną zresztą dość dziwnie i niewiadomo naprawdę według jakiego klucza.

Jest między nimi André, żołnierz zawodowy wojsk kolonjalnych, zdegradowany podoficer, typ szlachetnego awanturnika, który kiedyś później wypełni nam niejedną godzinę opowiadaniem swoich przygód w Indochinach i w Maroku i swojej krótkiej, ale intensywnej epopei w walkach z maja i czerwca. Miał, mówi, trzech jeszcze do niego podobnych „muszkieterów”, stanowiących nieodstępną grupę kompanów -do bitki i do wypitki. Byli razem aż do ostatniego dnia wojny, do dnia prośby o rozejm. I tego dnia siedzieli właśnie w pustym domku na skraju wsi podfrontowej. Gęsto krążyły kieliszki, a w nich wino toczone z beczek nieobecnego właściciela. Nie słyszeli nawet samolotu. Bomba uderzyła w dom. Andrégo podmuch wyrzucił na ulicę. Z domu zostały gruzy. Szukano w nich przez pół dnia jego towarzyszy. Nie znaleziono nic, prócz pokrwawionych strzępów.

Jest z nami pozatem Henri, młody antykwarjusz z Paryża, cygan, niebieski ptak, człowiek obdarzony talentem nieprzejmowania się niczem, nieżyciowy właściwie, a przecież znoszący to wszystko co tu musimy znosić jakimś subtelnym uśmiechem wyższości i oderwania. Kompanja składa się jeszcze z byłego szofera ciężarówek, Maurice’a, który pracował w przedsiębiorstwie transportowem, zanim go wzięli do wojska, chłopa jak byk, o falujących pod skórą pleców i ramion muskułach, tatuowany jak marynarz po dziesięciu okrążeniach świata. Ma przytem usposobienie pogodne, wyhodowane na winie i słońcu południa Francji. Następny jest laborantem w fabryce perfum. Swoją technikę chemika i drogerzysty przyrzeka obrócić dla nas w kunszt kucharski. Nieraz też potem przyrządzał potrawy, łechcące podniebienie i nos smakowitym zapachem przypraw i wymyślnego dozowania majeranku, czosnku i cebuli. Przyjacielem Josepha od perfum jest Jean, syn sklepikarza z Tuluzy, najmłodszy z nas wszystkich, chłopiec nie mężczyzna, o urodzie śródziemnomorskiej, o ciemnej, oliwkowej skórze południowca i ogromnych oczach; jakby z rodu sycylijskich rybaków, zjawiskowy trochę w tem naszem towarzystwie, pełen ciepła i wdzięku w obejściu, mający kocie ruchy i bardzo jedwabne spojrzenie.

Bernard, robotnik kamieniołomów baskijskich, obrośnięty jak niedźwiedź, ale poczciwy z kościami, dopełnia tę grupę jeńców, która pod strażą niemieckiego pastucha w mundurze, uzbrojonego w polski karabin, jedzie właśnie na roboty na wieś.

Na stacji spotkał nas wysłannik wsi, jeden z chłopów, ubrany schludnie i oglądający nas z tem samem rzeczowem i praktycznem zaciekawieniem, z jakiem na jarmarku ogląda się konie, krowy albo wieprze. Zamienili nauboczu parę słów z wachmanem, i odrazu kazano nam pójść dwójkami najpierw przez miasteczko, gdzie z każdego okna i przed każdemi drzwiami patrzały na nas wszystkie miejscowe oczy, a potem naprzełaj, lasem i polami, śliczną okolicą, która dyszała dostatkiem, spokojem i pogodą pierwszych dni sierpnia.

– Rozumie tu który z was po naszemu ? – zagadał chłop, a na moje przytaknięcie zaczyna prosto z mostu: – Ja bo sobie już jednego wybrałem – i wskazuje na Josepha, który swoim sportowym wyglądem i lekkością kroku budzi widocznie większe zaufanie w umyśle tego chłopa, niżeli ciężka, przysadzista postawa Maurice’a, albo mocna twarda i surowa postać Bernarda, o brwiach strzępiastych i przeglądającej przez rozpięty mundur szczecinie na piersi.

– Ty pójdziesz do mnie i będziesz moim jeńcem – mówi, wskazując Josepha.

Mam to zmiejsca zaraz przetłumaczyć.

– A gdzie będzie pracował Jean i wszyscy inni? – pyta Joseph, zaskoczony trochę tem nagłem przypieczętowaniem swojego losu.

– Będą pracowali we wsi sąsiedniej -mówi chłop. – Tam, dokąd idziemy, to jest Oberberg, ale obok jest Unterberg, gdzie właśnie mieszkają chłopi czekający na jeńców…

– Ja sam w Oberbergu nie chcę zostać. Powiedz temu idjocie, żeby nie próbował mnie u siebie zatrzymać, bo mu ucieknę… – mówi Joseph.

Zaczynają się trudności i komplikacje mojej tutejszej roli tłumacza. Muszę brnąć w te nieswoje sprawy i rozwiązywać je z możliwym dla obu stron pożytkiem i zadowoleniem. Przyjdzie mi nieraz jeszcze lawirować przez burzliwe i niewdzięczne wody. Uczę się dyplomacji. Łagodzę jednak pierwszą trudność namówieniem chłopa, żeby się przy Josephie nie upierał, że Bernard będzie o wiele lepszy. Bernard dał mi już do zrozumienia, że jemu wszystko jedno u kogo będzie.

– Niema lepszych i gorszych – powiedział. – Wszyscy są jednako obrzydliwi.

Idziemy znowu dłuższy czas, nic nie mówiąc. Ale potem za zakrętem drogi już odrazu wieś. I już nas na placyku pośrodku oczekują nasi przyszli chlebodawcy. Zatrzymaliśmy się i przyglądamy się sobie nawzajem z nastawieniem bardzo niewspółmiernem. Oni nam jak żywemu towarowi, który im przyprowadzono, który jak na przetargach niewolników ocenia się budową, wagą, ilością zdrowych zębów, wytrzymałością grzbietu i serca oraz posiadaniem dobrej woli poddania się wszystkim warunkom sytuacji człowieka bez własnego życia -my im jak oprawcom, jak przyszłym wyzyskiwaczom naszej siły i cierpliwości, naszego potu i trudu i to w dodatku pod osłoną uświęconych konwencjami praw zwycięzcy nad zwyciężonymi. Poszwargotali między sobą, jeden i drugi palcem pokazał kogoś między nami, ale zdają się trochę onieśmieleni naszem zjawieniem, egzotyczną na początek obecnością, której od paru dni oczekiwała z napięciem cała wieś. Gdy już dostatecznie pogadali między sobą i każdy sobie upatrzył kandydata, wystąpił najmłodszy wśród nich, kościsty drągal w butach z cholewami, i jako Bauernführer, sołtys i przywódca miejscowego chłopstwa dokonał przydziału jeńców na poszczególne obejścia. W Oberbergu mieścić się miała nasza kwatera, miejsce zamknięcia i spania; chałupa, dotąd pusta, została przerobiona na coś w rodzaju więzienia: z drutem kolczastym i z żelaznemi sztabami na oknach, z mnóstwem zasówek, zamków i kłódek przy drzwiach. Kriegsgefangenenlager. Obok miał mieszkać wachman. W Oberbergu został pozatem tylko Bernard u chłopa, który nas przyprowadził. Reszta przeznaczona była do robót w Unterbergu, wsi położonej o kilometr dalej. Z wyjątkiem już ulokowanego Bernarda ruszyliśmy tam bez zwłoki, odprowadzani przez wachmana i chłopów, oraz przez wszystkie psy i dzieci, jakie się nawinęły po drodze. Unterberg był rozległą wsią, i w miarę przechodzenia jej środkiem coraz to inny jeniec odchodził pod eskortą swego pracodawcy wbok ku podwórzom chłopów, ku ich domom, których połowa tylko jest mieszkaniem, a reszta, w zależności od wypadku, oborą, stajnią albo stodołą. Nie wiem jak się to stało, ale zostaliśmy we dwóch na szarym końcu, ja i Leon. Bauernführer i wachman prowadzili teraz nas tylko, jak mizerną resztę oddziału, z którego wszystko co lepsze wybrali inni. Nie budziliśmy znać wyglądem ani postawą wielkiego zaufania w tych poszukujących robotnika ludziach. Ale tak się złożyło, że nasi przyszli „szefowie”, obaj mieszkający na końcu wsi, nie mogli sami się zjawić na ten targ niewolników, który się odbył w Oberbergu. Że przeto pod ich nieobecność, reszta chłopstwa miejscowego rozparcelowała między sobą ludzki materjał, przysłany przez obóz. Nas, wybrakowanych, choć do naszej nieprzekonywąjącej grupy mógł śmiało należeć i Georges i Jean i Henri, zwłaszcza Henri, który nie wiem czemu znalazł na swoje cienkie kończyny i nonszalanckie ruchy amatora w postaci niskiego, kwadratowego chłopka na paru morgach i z pełnym domem bab; nas, wybrakowanych, ostatnich, odstawiano teraz pozostałym chłopom, którzy zgłosili zapotrzebowanie na jeńca. Pana domu nie było, kiedy sołtys zastukał do drzwi. Wyszła mi na spotkanie pulchna, czysto ubrana kobieta, o białej cerze i bardzo pełnych kształtach, typowe uosobienie Germanji, przyjrzała mi się szybkiem, krytycznom, niezbyt łaskawem spojrzeniem, kiedy Bauernführer powiedział: „To ten”.

Poczem tonem stanowczym, pokrywającym emocję, nie wiem: rozczarowania czy przejęcia na ten widok dawno oczekiwany, a teraz wreszcie rzeczywisty, jeńca we własnym domu, powiedziała, żeby wejść.

– Mówi po niemiecku – zaznaczył wachman i rzucił na pożegnanie pod moim adresem ostrzegające krzyknięcie: – Pass mal auf! – na wypadek, gdyby jeniec miał zapomnieć, że jest jeńcem.

Wprowadziła mnie do kuchni, kazała usiąść, pozwoliła się umyć, pogadała o tem i o owem, coraz śmielsza i bardziej swoja w obliczu tego nowego człowieka, z którym wbrew spodziewaniu można się w swoim języku porozumieć. Wypytywała piąte przez dziesiąte o rodzinę, o pochodzenie, o to, co umiem robić i czy już pracowałem końmi, czy potrafię doić krowy, albo kosić, albo rąbać drzewo? Trochę się obruszyła na moje spokojne ale stanowcze zaprzeczenie i odżegnywanie od podejrzenia nawet, że umiem wogóle coś robić, lecz zdecydowała wreszcie, że to sprawa męża, który niebawem przyjdzie – przyniosła jakieś odgrzane jedzenie od obiadu, czubatą miskę kartofli, kapusty i zupy i kawał mięsa i poleciła to zjeść.

Byłem bardzo, bardzo zmęczony i bardzo głodny. Zacząłem jeść i nauczony głodówką poprzednich tygodni, zjadłem na wszelki wypadek wszystko co mi przyniosła. Na zapas. Przyglądała mi się spod oka, pilnie i krytycznie, rzuciwszy jakby odniechcenia uwagę; odsłaniającą, po jakiej linji toczą się teraz jej myśli: „Poco nam tutaj na wieś przysyłają ludzi z miasta, których trzeba będzie wszystkiego uczyć od początku, którzy nic nie umieją?”.

Powiedziałem jej bowiem, że jestem z zawodu urzędnikiem ubezpieczeniowym, że stale mieszkam w mieście i że ze wsią nie miałem właściwie nigdy nic wspólnego.

Wspomniała, że pójdę zaraz do roboty przy burakach, ale stosunkowo obfite jedzenie po wielu dniach postu przyprawiło mnie zmiejsca o potworny rozstrój żołądka. Zaszła potem jeszcze pewna rzecz, której nie zapomnę tak łatwo. Do kuchni weszła z dwiema konwiami mleka dorodna, postawna dziewczyna o twarzy zdrowej, ładnie skrojonych, choć nieco za grubych ustach i dużych oczach. Stanęła przy progu, postawiła konwie i poczęła na mnie patrzeć ze zdumieniem trochę, ale bardziej jeszcze z naiwną ciekawością.

– Ruszaj się, Wanda, – huknęła gospodyni, – co to, Francuza nie widziałaś?

A kiedy Wanda przelewać poczęła mleko, Niemka powiedziała do mnie:

– Das ist eine Polin, Polka, którą tu mamy od zeszłej jesieni. Będziecie pracowali z Polakami, – dodała, – jest tu jeszcze chłopak, Stasiek, do roboty z końmi i na polu… Ochotnicy z Polski – uzupełniła.

Zrobiło mi się gorąco. Byłem przygotowany na wiele, ale jednak nie na to, że w mojej francuskiej skórze, w mojej roli człowieka ukrywającego swoją polskość, będę musiał żyć tu z Polakami i tej nowej, ciężkiej komplikacji już nie tylko spojrzeć w oczy, ale stale w oczy spoglądać i dostosować się i przywykać do obecności ich wkoło mnie, do Polaków, którzy razem z resztą otoczenia nie mają prawa ani nic o mnie wiedzieć, ani domyślać się i podejrzewać.

Uśmiechnąłem się do dziewczyny niezręcznie trochę i sztywno, udając jakąś obojętność sztuczną i nieprawdziwą – i mówiąc coś oderwanego do gospodyni, by pokryć zakłopotanie. A myśli toczyły się pod te słowa inne, gorączkowe, przerażające.

– Jakże to – jest jeszcze Stasiek? Znaczy to więc, że oni między sobą po polsku będą rozmawiali, a mnie słowa nie wolno pisnąć, do nikogo, nikogo. Instynkt mi teraz dyktuje mocne, uparte postanowienie, że się muszę uzbroić wewnętrznie przeciw niespodziankom tego rodzaju i wytrzymać i milczeć za wszelką cenę. Usiadłem, w głowie mi się kręci, osłabiony nadmiarem chodzenia; mdli mnie znowu, wybiegam na podwórze i zwracam wszystko co zjadłem, żołądek nie znosi widocznie tłuszczu czy mięsa, w dodatku boli mnie głowa, chciałbym położyć się gdzieś, uporządkować wrażenia, ustalić postępowanie, spać trochę. Ale stanąć mi jeszcze trzeba oko w oko z nowym szefem, z chłopem; wrócił właśnie z miasta, tupie ciężkiemi butami i już z sieni huczącym, podoficerskim głosem pyta o tego Francuza, którego mu zapowiadali.

Wyglądem swoim nie budzę widocznie zaufania, może tylko politowanie. Niemiec, nie kryje, że jest rozczarowany tem co widzi i tem co mu zdążyła powiedzieć żona.

– No, zobaczymy, zobaczymy – powtarza.

Wlepia we mnie świdrujące, bezmyślne, blade oczy, brzuchaty brutal z wąsem spiczastym, gadatliwy, ale nie umiejący mówić, bo każde słowo zamienia mu się w gardle na krzyk, na komendę, na ton wyzywający i obraźliwy. Przycisnął mnie odrazu mnóstwem pytań, z których wyślizgiwałem się jak piskorz – to samo niby, o co już żona pytała, ale dokładniej, systematyczniej. Interesował go zwłaszcza przebieg służby wojskowej i warunki dostania się do niewoli, trzeba było improwizować szczegóły mojej żołnierskiej karjery od września 1939 r.

Nie na darmo był feldfeblem przez czas wielkiej wojny, – huczał, wycinając pierś i próbując wciągnąć brzuch, – zna się na tych sprawach i dobrze rozumie wojnę i front i wszystko co się z tem wiąże. Rozumie żołnierza. W zeszłej wojnie nie udało się wprawdzie Niemcom, ale zato teraz odbili się.

Władował na ręczny wózek siennik, jak kwadratowy miech wypchany słomą, jakieś do tego kolorowe poduchy i pierzynę, i kazał mi to wieźć, idąc naprzód i pogwizdując beztrosko. Tak przybyliśmy z powrotem do Oberbergu, do tej chaty przerobionej na więzienie, którą nazywali już we wsi Kriegsgefangenenlager. Obóz jeńców wojennych.

Zauważyłem teraz że ściany tego wybranego domu pokryte są afiszami, które zawierają instrukcje dla Niemców jak traktować jeńców wojennych. Krótkie objaśnienie, czem właściwie jesteśmy. Zarządzenia są wyczerpujące, przewidują wszelkie ewentualności. Ujęte są w szereg paragrafów i podpisane przez dowódcę obozu. Notuję w myśli niektóre punkty tego pompatycznego obwieszczenia.

Więc np. zakaz zbliżania się do Niemek pod grozą surowych kar, do kary śmierci włącznie. Ostrzeżenie to zredagowane jest raczej na użytek owych kobiet, niż nas, jeńców. Wybija się czarnym, tłustym drukiem w niemieckim tekście rozporządzenie. Wstęp o charakterze ogólnym poucza obywateli Rzeszy, że jeńcy są i pozostają nieprzyjaciółmi – i że każdy ludzki objaw współczucia czy przyjaźni jest w stosunku do nich nie na miejscu. Jest poniżej godności wielkiego narodu: „Pamiętajcie co jesteście winni ludowi i wodzowi!”. Dem Volk und dem Führer! Osobom cywilnym i nie należącym do oficjalnych władz bezpieczeństwa wojskowego lub cywilnego wstęp bezwzględnie wzbroniony. Jeńcy nie powinni mieć żadnych kontaktów z ludnością, chyba że tego wymaga ich praca, a i wówczas należy te kontakty ograniczyć do minimum. Pośrodku tych groźnych ostrzeżeń figuruje m.in. uwaga, że także tańce z jeńcami są zakazane. Autorzy obwieszczenia wysilili widocznie wyobraźnię, by wszystkie możliwości i ewentualne pokusy, nurtujące własny ich lud, przewidzieć i objąć zakazem. Nie wolno jeńcom dawać i od jeńca przyjmować żadnych podarków. Nie wolno im jeździć na rowerze, chodzić bez eskorty, czytać gazet, pić alkoholu w jakiejkolwiek formie, siedzieć przy tym samym stole z Niemcami, którzy są przecież rasowo wyżsi, lepsi i muszą trzymać jeńców w należnej sobie odległości, na dystans.

Osobny paragraf przepisów poświęcony był stosunkom księży do jeńców i ich życiu religijnemu wogóle. W myśl tego rozporządzenia prawo udzielania pociech religijnych jeńcom mieli tylko księża-jeńcy tej samej narodowości.

Innym księżom, zwłaszcza miejscowym, kontaktu z nami wyraźnie wzbroniono, i to pod grozą surowych sankcyj. Na wspólne z Niemcami nabożeństwa też zakazano nam chodzić. Nasunęło nam to podejrzenie, że władze, niebardzo są pewne lojalności niemieckiego kleru, a późniejsze doświadczenia miały potwierdzić prawdziwość tej tezy.

Zresztą między jeńcami francuskimi był spory procent księży katolickich, którzy wobec nieistnienia konkordatu i wskutek rozdziału kościoła od państwa powoływani byli do wojska, jak każdy inny obywatel. Byli to prawie bez wyjątku dobrzy żołnierze, dobrzy koledzy, a zmuszeni do pracy, jak każdy inny, świecili nieraz przykładem inteligentnego pojmowania nie tylko obowiązków służby i poddania losowi, ale także obrony przed nim. Byli w naszem życiu jednostkami, które nie mówiąc po niemiecku, znakomicie wiedziały co się święci w niemieckich umysłach. Z kolegami księżmi niemieckimi rozmawiali w rzadkich okazjach spotkań po łacinie. Kośćiół jest przecież także wielką międzynarodówką, i łatwo jest jego ludziom, bez względu na pochodzenie, o wspólny mianownik i wspólny język porozumienia.

Nie było dotąd łóżek w izbie, przeznaczonej na nasze mieszkanie. Nocowaliśmy na siennikach, rozłożonych na ziemi, pod chłopskiemi pierzynami. Był to w porównaniu z warunkami obozu nieopisany komfort. Po raz pierwszy od czasu wzięcia do niewoli można się było do snu naprawdę rozebrać.

ALEKSANDER JANTA.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close