ALEKSANDER JANTA

W niewoli niemieckiej (cz. 2)
RABENHOF

Pierwsze moje spotkanie ze Staśkiem odbyło się na wielkiem buraczanem polu, dokąd przyprowadził mnie mój gospodarz Schnabel i gdzie właśnie odbywała się gorączkowa robota pielenia chwastów. Brała w niej udział, obok Staśka, Wanda. Z Wandą pracowała pozatem druga młoda dziewczyna, którą wołali Emma. Na przedzie posuwały się dwie stare baby, z tych jedna matka gospodarza. Baby obróciły się tylko na to moje przyjście, chłop powiedział znowu swoje: „Zobaczymy”, Stasiek wyprostował się nagle i obrzucił mnie szybkiem, przenikliwem spojrzeniem, i już znowu wszyscy w pochyleniu poruszali się, pilnie dziabiąc wokoło swoich rządków. Chłop pokazał mi jak pracować; a potem poszedł ku zabudowaniom, gwiżdżąc zawsze tego samego wojskowego marsza. Posuwałem się za innymi, to dziabiąc gwałtownie, to robiąc, jednem pociągnięciem motyki długą brózdę wzdłuż rządka buraków, co ogromnie przyśpieszało robotę. W ten też sposób znalazłem się, jak chciałem, tuż za Staśkiem i Wandą, którzy teraz, po odejściu chłopa, przyglądali mi się już bez skrępowania, chociaż zerkając czasem na baby, pracujące na przedzie. Miałem na sobie wymiętoszony, brudny mundur francuskiego żołnierza, nieco za obszerny na mnie i wiszący dosłownie jak worek. Spodnie o wypchniętych kolanach były przykrótkie, kończyły się tuż nad butami, włożonemi na gołe nogi i związanemi sznurkiem, zamiast sznurowadeł. Na głowie jak garnek z daszkiem okrągłe niebieskie kepi. Robiłem jako żołnierz wrażenie raczej żałosne ; jako jeniec, być może, godne politowania. Stasiek, chłopak młody i szczupły, o twarzy i karku spalonym od słońca i płowych włosach, ubrany w postrzępioną kurtkę, biednie i niepozornie, czapkę tylko zakładał na głowę z pewnem zacięciem fantazji. Nie odrywając się od roboty, zagadał Wandę tonem, w którym nie było żadnej sympatji czy współczucia:

Co on za jeden, ten Francuz! Roboty pewno w swojem życiu nie widział…

Wanda pośpieszyła zaraz z wyjaśnieniami i opowiedziała wszystko co się zdarzyło w kuchni, kiedy weszła z mlekiem.

– Stał, mówię ci, jak jaki baran, i coś tam ze starą gadali. Ale stara mówiła, że taki to do niczego. Stary także nie za bardzo rad, już też rozmawiał przez telefon, żeby mu dali innego.

Zacząłem sobie uświadamiać niezwykłość tej sytuacji, jeżeli miałaby trwać. Będę przecież rozumiał wszystko co o mnie powiedzą. I tylko mała, drobna, niewinna pociecha, jak poprawka do tej refleksji, która mnie właściwie onieśmiela: być przecież może, że los, który mi płata w tej chwili takiego figla, chowa jeszcze także niespodzianki, o których mam się dowiedzieć właśnie przez ust Polaków. Już teraz wiem co mi grozi.

Siadaliśmy przy tym samym stole, ja obok Polaków na samym końcu. Nie doszło jakoś do grożącej mi na początku zamiany. Pogodzono się z mojem istnieniem w domu i gospodarstwie chłopa. Leciałem przez pierwsze dni z nóg, zmordowany nieludzko trwaniem oraz intensywnością roboty, nie kończącej się od bardzo wczesnego rana aż po późny wieczór. Miałem ręce całe w odciskach, w bąblach, w pęcherzach, od siekiery, od wideł, od grabi, miałem plecy jak zbite od dźwigania, wszystkie stawy jakby napuchnięte, głowę w gorączce, mięśnie tak obolałe, że spać było trudno. Każde nerwowo ściśnięcie rąk budziło mnie nocą szarpnięciami bólu. Boże, jak trudno żyć nieprzyzwyczajonym do takiego życia! Mimo tych wszystkich widocznych objawów zmęczenia i pracy doprawdy nad moje siły – przyglądano mi się u gospodarzy krytycznie. W obu wsiach była cała kolonja Polaków, w każdem gospodarstwie chłopak, dziewczyna, albo po paru Polaków, dostarczonych urzędowo przez Arbeitsamt.

Miałem już wkrótce dowiedzieć się szczegółów ich pobytu w Polsce przed i po wojnie, a potem wywiezienia, podróży przez Niemcy i wreszcie życia u chłopów, którzy patrzyli na nich jak na swego rodzaju zdobyczną wartość, należącą się państwu i im samym w wyniku zwycięstwa nad Polską. Dalszym namacalnym ciągiem zwyciężania stała się teraz obecność w tych samych wsiach, obok Polaków, także jeńców francuskich. Były to zewnętrzne, niezaprzeczalne oznaki, że wojna idzie dobrze, że warto ją było robić. I już się nawet wielu nie kryło wcale ze stwierdzeniami, że Niemcom wojna była potrzebna, aby wyjść z nędzy i upodlenia, w jakie ich kraj, wspaniały i niezrównany, pogrążono „dyktatem” wersalskim.

Zanim doszliśmy jednak do rozmów na te tematy, przyjrzałem się nieco dokładniej otaczającym mnie ludziom. Łatwo było stwierdzić że rodzina, posiadająca przoszło 30-hektarowe gospodarstwo, uważa się za coś lepszego w porównaniu z resztą „małorolnych” mieszkańców wsi. Chłop, „stary”, jak go nazywali Stasiek i Wanda, niedość że był oberfeldfeblem w zeszłej wojnie, chodził kiedyś do szkoły w mieście i z miastem miał wogóle bliskie stosunki. Żonę sobie także znalazł miejską, damę z przeproszeniem, jeśli porównać z całą resztą miejscowych jejmości, które poza obręb swojej wsi i sąsiedniego miasteczka nie wystawiły nosa. W rodzinie tę okoliczność przy każdej sposobności podkreślano, toteż „stary” żył w nieustannem poczuciu swej wyższości.

Była w domu jedna tylko osoba, która tej sytuacji przyglądała się, nic nie mówiąc, ze znaczną niechęcią – to właśnie matka „starego”. Nazywali ją babcia, ale babcia, mimo że wyglądała na ciężko spracowaną babę, niepozorna, skrzywiona postać, zawsze w czerni, była właściwie najsilniejszą indywidualnością nie tylko domu, ale całego gospodarstwa. Staruszka pracowała więcej niż inni, wstawała pierwsza, kładła się ostatnia i mrucząc coś pod nosom popędzała samą swoją obecnością wszystkich w domu i na polu do szybszej, lepszej, intensywniejszej pracy. Koledzy-jeńcy, kiedy przyjrzeli się już stosunkom panującym w tych chłopskich domach, gdzie w każdym żyje i pracuje jeszcze podobny okaz nie babci ale baby, wiedźmowatej z wyglądu, jędzowatej z usposobienia, ale pracowitej i zaciekłej jak mało kto, koledzy-jeńcy żartowali nieraz, iż jednem z bogactw naturalnych niemieckiego państwa są te staruszki, równoważące swoją obecnością nieróbstwo młodych, mających dzięki nim czas na Hitlerjugend, na zbiórki, na parady i marsze.

Nigdy w ustach babci nie słyszałem : „Heil Hitler!”. Zawsze mówiła: „Grüss Gott”. Oszczędności, stosowane w domu, reżyseruje sama. Ona zlewa kawę z dzbanków i filiżanek i odgrzaną stawia w garnku na końcu stołu, gdzie siedzimy my, niewolnicy – w ich domowym języku nazywani „osobami”. „Osoby” nie mają prawa brać cukru do kawy, kawa dla „osób” jest już z cukrem, kiedy przychodzi na stół. „Osoby” dostają suche resztki chleba i jabłka nadgniłe, których kto inny nie zechce jeść. Kiedy cukier trzeba było oszczędzać na robienie zapraw i konfitur – widywaliśmy już tylko sacharynę.

Im dłużej przypatrywałem się mojemu gospodarzowi, zmuszony znosić jego rozkazy, cierpieć jego głos rażący i obraźliwy, wysłuchiwać jego ciężkich dowcipów, – sam będąc nieraz ich przedmiotem, – tem bardziej drażnił mnie brak u niego wszelkiej delikatności. Była to natura ciosana grubo, tępa i raczej brutalna, mimo pozorów pewnego okrzesania. Sama jego obecność budziła we mnie jakby wewnętrzny skurcz odrazy. Nie cierpiałem pracować przy nim, a musiałem to czynić przez większą część dnia. Kiedy siadał przy stole, rozpinał zwykle dwa górne guziki rozporka i zakładał rękę na brzuch, jakby podtrzymując jego ciężar. Twarz układał w zawsze ten sam grymas wysiłku czy napięcia, szczerząc zęby i marszcząc czoło. Kiedy mówił, zamykał oczy. Nie kończył zdań, zatrzymując się przed ostatniem słowem i czekając, aż mu je dorzuci albo dopowie słuchający. Znałem już po paru tygodniach wszystkie te jego sztuki i obyczaje, i sama myśl o tem, że nic się w jego zachowaniu nie zmienia, napawała mnie rano, kiedy przychodziłem do pracy, uczuciem przygnębiającej nudy. Przebywanie w jego towarzystwie było równie męczące, jak robota, której wymagał.

Przy jedzeniu, na które wołano nas zawsze o tych samych godzinach, pewne urozmaicenie stanowiła obserwacja dzieci, z których dwóch najstarszych chłopców chodziło do szkoły, a dwoje najmłodszych pętało się dzień cały po domu i po podwórzu. Pierworodny, Willi, miał lat może trzynaście i był chłopcem uderzającej urody, o niebieskich, zimnych oczach w czarnej oprawie, o regularnych, klasycznych rysach i bardzo blond czuprynie. Schnablowa z niemałą dumą zwykła mówić, że jej Willi posiada typ tych niemieckich, aryjskich i czysto nordyckich chłopców, których sobie upodobał i na wzór narodom stawia jako okaz rasy czystej a przeto wyższej nad inne – Führer. Nie tylko zresztą z wyglądu byłby Willi faworytom Führera. Także z usposobienia. Rysowała się już w tym młodym chłopcu arogancka natura egoisty, twarda i brutalna, którą wprawdzie dziedziczył po ojcu a która jednak w jego niepozornej osobie dosięgała stanu jakiejś swoistej i przerażającej doskonałości. Nie widziałem tak bezczelnego i bezwględnego malca; każde jego odezwanie się i każdy odruch zdawał się świadczyć o istnieniu cech, powołujących go od początku do jednego tylko zajęcia i typu życia: był to już sformowany embrjon idealnego członka S.S. Ten drobny żołnierz, butny, niesforny, stawiający się rodzicom, bez cienia jakichkolwiek sentymentów poza przywiązaniem do zbiórek, musztr i parad organizacji Pimpfów, poprzedzającej przystąpienie do Hitlerjugend, szczęśliwy tylko w swoim zgrabnym mundurku, brunatnej koszuli i czarnych spodenkach, zgrabnie ściśniętych w pasie, zapowiadał się rzeczywiście niebanalnie i zachowaniem swojem rozsadzał ramy domu o tradycjach właściwie zachowawczych, w którym praca uważana była za pierwszą cnotę, a posłuszeństwo i poddanie losom za nieodzowny element obywatelskiej i ludzkiej wartości każdego. Willi stanowił na tle tego domu niepokojący czynnik buntu i przewrócenia dotychczasowych porządków rzeczy. Inna sprawa, że system wychowawczy rodziców w stosunku do tego trudnego chłopca nic lepszego nie mógł był wydać. Polegał on na niekonsekwentnem popuszczaniu cugli i puszczaniu mimo uszu wszystkich bezczelności ukochanego syna, aż do chwili kiedy nagle ojca zbierała szewska pasja. Słowem, oczywiście, do smarkacza nie można było trafić, nic sobie z pogróżek rodzicielskich i tak nie robił. Szanował tylko fakt, że ojciec ma więcej fizycznej siły niż on sam, ale kiedy już nie mógł uniknąć przekonania się o tem na własnej skórze, przyłapany, bronił się z zaciętością zwierzęcia, walczącego o życie. Gryzł, pluł i kopał, odgrażał się wściekle, gdy czasom ojciec doprowadzony do rozpaczy arogancją i butą chłopca, porwawszy bat albo kij, bił ile i gdzie popadło.

Drugi zrzędu, Hans, był o wielo potulniejszy i tem samem choćby przez kontrast z bratem milszy na oko – często płakał i skarżył się na starszego, który ma się rozumieć, rządził nim jak szara gęś, rozkazywał, popychał, wymagał i maltretował. „Mały Führer” – mówili zachwyceni rodzice, nie mogąc wyzbyć się dumy z jego wyglądu, choć zachowaniem sprawiał im kłopoty.

Izba, w której się jadało, przylegała do kuchni, i głównym jej meblem był duży stół z blatem z politurowanogo drzewa, przy którym zbieraliśmy się rano na wczesną kawę, potem na „Vesper”, rodzaj pierwszego śniadania, potem na właściwe jedzenie w południe, potem na podwieczorek i wreszcie wieczorem na kolację. Były to czasy, kiedy się wojna Niemcom jeszcze nie dała we znaki. Chłopi jedli do rannej kawy ogromne pajdy białej bułki. Fama tego jedzenia, dawanego w czasie wielkich robót, sianokosów lub żniw, pięć razy dziennie, rozeszła się po obozie i była od początku najskuteczniejszym magnesem, ciągnącym wygłodzonych jeńców do pracy na rolę.

– Chleba ile chcieć, – mówiono, – żarcia u chłopów jest wbród. Są pozatem krowy w oborze i kury w kurnikach. Jak ci nie dadzą dosyć, sam się będziesz dożywiał…

Możnaby prawie przypuścić, że w tym wstępnym okresie przymusowego postu, który nam zaaplikowano, była metoda, polegająca na uprzytomnieniu jońcom, że posłanie ich do roboty jest przywilejem, bo się z niem wiąże odcięcie troski o brzuch. Wielu w ten też sposób traktowało pierwszy swój okres pobytu u chłopów i nie szczędziło słów zachwytu, wdzięczności nieledwie, ani białej bułce, ani kawie z mlekiem, ani tym wszystkim mącznym i kartoflanym daniom, tym zawiesistym zupom, jakie dobrzy i znający swój interes Niemcy pakowali w przegłodzone, choć często muskularne ciała przydzielonych im niewolników, zgóry już obliczając ich wydajność i sumę potu, jaki wzamian będzie można z nich wytopić.

ALEKSANDER JANTA.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close