ALEKSANDER JANTA

W niewoli niemieckiej (cz. 4)
UCZĄ MNIE MÓWIĆ PO POLSKU

Staśkowi było na nazwisko Czapla, Wandzie było – Chwast, panna Chwastówna. Po pierwszych dniach wzajemnego przyglądania się sobie, w którym z ich strony było z pewnością więcej nieśmiałości niż nieufności z mojej strony – zaczęliśmy wzajemnie wyzyskiwać chwile nieobecności starego i nawiązywać ze sobą porozumienie. Sposoby tego porozumienia ograniczone zostały z mojej woli do tych kilkudziesięciu słów łamanej niemczyzny, którą Polacy rozmawiali z gospodarzom i z resztą rodziny Niemców. Chcąc wyrobić sobie pojęcie o ich zainteresowaniach i poglądach, ich związkach z Krajem i o stosunku do Niemców, słuchałem rozmów, jakie z gorączkową gadatliwością prowadzili między sobą po polsku, rzucając w nich nieraz pogardliwe i niezbyt pochlebne uwagi pod adresem tego Francuza, który nawet egzotyką początkowej swojej obcości przestał imponować.

– Słuchaj, Stasiek, – mówiła Wanda już po paru tygodniach mego pobytu w Rabenhofie, – ja nie wiem co to jest, ale ja tego Francuza okropnie nie lubię.

A potem dodawała z pośpiechem, jakby na wytłumaczenie tego szczególnego zjawiska:

– Ja ci mówię, Stasiek, to jest taki fałszywy człowiek !…

Stasiek nie odpowiadał, rzucał tylko na mnie jedno ze swoich badawczych, nieufnych spojrzeń, w którem była trochę dziecinna naiwność, oraz bezwzględna, krytyczna surowość człowieka, przywykłego od najmłodszych lat do patrzenia na życie jako na wrogą i bardzo niełaskawą okoliczność.

Było to w czasie jedzenia, kiedy miałem na szczęście gazetę w ręku i kiedy mogłem całe swoje udawane zaciekawienie jej treścią skoncentrować na tępem wbiciu oczu w szpalty. Mimo to czułem na sobie nieprzychylny wzrok obojga.

– Sam powiedz, – ciągnęła Wanda, – co to za praca, którą on robi? Ty, Stasiek, nałożysz jeden wóz gnoju, kiedy on ćwierci jeszcze nie władował. Co to on – siły nie ma, czy czego? A już utył od czasu kiedy tu przyszedł, taki chuderlak że pożal się Boże. Patrz jak mu na karku przybrało. Jeść to on umie, ale pracować mu się nie chce. Leniwy to on taki, czy co?

– Bodaj mu to warto pracować – podejmował rozmowę Stasiek. – Ma swój dom, żonę i dziecko, w mieście mieszkał, taki to na wsi i tak do niczego. Nie nauczy się, już za stary. Tyle żeby przesiedział te swoją niewolę…

– Ja się tylko dziwię, że go ten chłop trzyma – ciągnęła Wanda, z upartym, tępym realizmem wiejskiej dziewczyny, widzącej w tej chwili wyłącznie interes gospodarstwa i nawykłej od małości do tego uczciwego i rzeczowego stosunku, jaki każdego chłopa wiąże z ziemią, z pracą na ziemi, jednako dobrą i uczciwą tu czy gdziekolwiek na świecie.

Niemcy z pewnością nie potrafili docenić prymitywnej, organicznej uczciwości tych ludzi. Podziwiałem ją sam, przyczajony ale pilny obserwator w mej niewdzięcznej roli obcego im i obojętnego człowieka.

Czytali przy mnie na głos listy przychodzące z Polski, opowiadali wkółko o swojem tamtejszem życiu, Wanda – o wsi pod Krakowem, Stasiek – o wsi pod Przemyślem. O tem jak przyszła wojna, a po niej Niemcy, jak ich zabrano ze wsi, każąc się zapisać do Niemiec „na ochotnika”. Schnablowa zawsze też podkreślała, jakby próbując uspokoić niezupełnie czyste sumienie, że jej Polacy, to „ochotnicy” z Polski.

– Powiedzieli, że jak się nie zapisze na ochotnika, to bez moc zabiorą – mówił ochotnik Stasiek.

Jechali z duszą na ramieniu. W Krakowie był najpierw przegląd lekarski. Wszystkie dziewczyny rozebrano do naga – opowiadała Wanda – i niemieckie żołnierze chodziły patrzeć; tak płakała, – mówi, – takiego się wstydu najadły.

– Niektórym nawet włosy poobcinali na głowie i wszędzie spowodu wszów. A potem zapakowali do pociągu, nie pytali, kto chce czy nie chce, i jazda.

I tak tu wylądowali. Staśka przedtem nie znała, dopiero tu się poznali. Po tym strachu i najgorszych przypuszczeniach jakie się ich czepiały po drodze, nie byłoby tu najgorzej, bo to także jest ziemia, także wieś, gdyby nie tak daleko od domu, od matki kochanej.

Ile razy Wanda wspominała matkę, – tyle razy musiała grubemi rękami wycierać gwałtownie oczy, zbierało się jej na płacz. I siostra, która raz już przed wojną pojechała pracować na „zaksy”, zarabiała w trzy miesiące do dwustu marek i wracała do domu opowiadając o tem, jak w Niemczech dobrze, teraz, kiedy ją znowu wywiedli, gorzko skarżyła się w listach, że to już nie to samo. Staśkowego brata posłano „na ochotnika” w okolice Hamburga. Dostał któregoś dnia list ; w niezgrabnych słowach Michał donosił Staśkowi, że mu ciężko i strasznie źle. Dawał do zrozumienia, że ma wszystkiego dosyć i że przy pierwszej okazji ucieknie od Niemca, niech się dzieje co chce. Stasiek płakał. Nieraz widziałem ich płaczących.

Wbrew pozorom, sytuacja ich nie była łatwa. Nie mieli żadnych praw, tylko obowiązki. Pod tym względem my, jeńcy, staliśmy bez porównania lepiej. Chroniła nas papierowa wprawdzie, niemniej przeto w ogólnych ramach przestrzegana przez Niemców konwencja genewska, chociaż mieliśmy się potem przekonać, że są i w tym stanowisku wyjątki, i to poważne. Dla Polaków, porwanych z Polski, nie było odwołania. Władza policyjna, sprawowana nad nimi, miała ciężką rękę. I to rękę nie cofającą się przed biciem bezbronnych. Polacy napiętnowani byli w umyśle przeciętnego Niemca jako barbarzyńcy, jako ludzie niżsi, którym nie przysługują te same prawa, co Niemcom, narodowi przyszłych panów świata. Ta propaganda przeniknęła głęboko w umysły nawet tych prostych ludzi, którzy dotąd z Polakami i z Polską nie mieli nic bezpośrednio do czynienia. Niewielu tylko zdobywało się w rezultacie na uczciwą ocenę Polaków i ich sposobu pracy, na samodzielne zdanie w tej sprawie. Ale i takich spotkałem.

Polacy byli pozatem oficjalnie wydzieleni ze społeczności jako gatunek gorszych istot, byli oficjalnie napiętnowani obowiązkiem noszenia w klapie marynarki, na bluzce albo na płaszczu, tego fioletowego „P” w żółtym kwadracie, które zdaleka już miało sygnalizować dobrym Niemcom ten obcy, niepewny, podejrzany element.

Schnablowa nieraz lubiła przypominać, jak ci Polacy wyglądali, kiedy posłano po nich na dworzec, otrzymawszy wiadomość o przybyciu transportu. Jacy byli biedni, jacy wygłodzeni, jak strasznie ubrani, poprostu w łachmanach! Popatrzeć na nich teraz – inni ludzie! Jak też ta kultura niemiecka potrafi podciągać zacofane ludy Wschodu, jaki ma na nich dobry wpływ!

W rzeczywistości nie było żadną zasługą Niemców, że kiedy ci porwani tak jak stali ludzie rozpoczęli swój byt w nowych warunkach, pierwszą ich troską było jakie takie oporządzenie się. Naturalna była między nimi dbałość o wygląd, o ubranie, o to by w niedzielę przynajmniej, na te kilka godzin wolnego czasu, kiedy schodzili się między sobą i gadali o swoich kłopotach i czytali sobie nawzajem listy, otrzymane w ciągu tygodnia, móc pokazać, że nie są obdarci, że są czyści, że z tych paru marek, zarabianych w pocie czoła, zamiast je przepić albo przegrać w karty, zakupili co najkonieczniejsze. Co najmniej raz na tydzień, bo częściej przy robocie latem naprawdę nie było czasu, kąpali się, przynosząc do obory albo do stajni wiadra ciepłej wody, a i rano mało który wychodził do roboty, żeby sobie przynajmniej twarzy i rąk nie umył. Niejeden Niemiec był tem zaskoczony – nie wyobrażał sobie, na podstawie tendencyjnych sprawozdań z Polski, jakiemi przesycona była w owe czasy prasa, by wśród Polaków istniała wogóle naturalna potrzeba czystości. Inni wyraźnie utożsamiali polską nędzę pod niemiecką okupacją z polskim brudem i z brakiem potrzeb kulturalnych.

Przyglądam się pilnie i uważnie Wandzie i Staśkowi w ciągu całego dnia, a potem tygodni, a potem także miesięcy. Zaczynają być dla mnie który każdo ich słowo rozumie, po krótkim już czasie – przejrzyści, już ich teraz znam, można powiedzieć, na wylot.

Wanda, dobre z kościami dziewczysko, języka tylko za zębami nie umie trzymać za nic. Roznosi ją od środka konieczność paplania o byle czem i z byle kim – to ją też nauczyło szybciej niemieckiego, którym mówi źle i niegramatycznie i nie zawsze rozumiejąc co do niej mówią Niemcy – grunt jednak w tem, że mówi. Nie panuje zupełnie nad tonem swojego głosu. Mówi zawsze o ton za głośno. Nie licząc się ani z tem, że inni mówią, ani z tem co mówią, wpada w rozmowę Niemców, przy stole zwłaszcza, zawsze nie w porę, co daje Schnablowej okazję do powiedzenia, że Polacy są źle wychowani. Ze śmiechem Wandy kłopot podobny. Za głośno, za mocno, za długo. Sztywnych, surowych, purytańskich Niemców rażą te wybuchy jej życiowego i kobiecego dynamizmu w sposób całkiem wyraźny. Całe ich własne nastawienie i wysiłek świadomej myśli idzie w kierunku tłumienia odruchów naturalnych. Wzamian nakładają sobie sztywną i trochę ciasną maskę konwencjonalnych form i przestrzegają ich ściśle, jak gdyby zawstydzeni posiadaniem takich rzeczy, jak uczucia ludzkie.

Potencjał uczuciowy Wandy, objawiany na każdym kroku bez żadnych ram i ograniczeń, był na tem tle zjawiskiem równie egzotycznem jak onieśmielającem. Jej nieukrywane reakcje na każdy list, ba, na każdą rozmowę o domu, wywoływały u Niemców swego rodzaju zgorszenie: jacy inni ludzie, ci Polacy!

Podobnie nie było żadnej miary w wybuchach jej wesołości, jeżeli czasem zdarzył się powód po temu. Patrzyli wówczas z większem pobłażaniem, zabawieni trochę, ale nie zanadto i rozśmieszeni ostrożnie dziecinnością i niewyszukaniem tego jej sposobu. Wanda nie miała ani czasu ani ochoty dostrajać swego życia do subtelności ich krytycznego podejścia. Zauważała je dopiero, kiedy stary albo stara puszczali farbę i korzystali z przewagi, jaką im dawała sytuacja. Wtedy zaczynał się dramat. Nie pozostawała im dłużna ani w krzyku, ani w wyzwiskach. Ale niestety, zwycięstwo zgóry już było przesądzone. Wycofywała się wtedy, zrażona, skrzywdzona, niepocieszona przez wiele dni. Knuła ze Staśkiom różne wielkie plany aż do ucieczki włącznie, ale się zwykle ten spazm oburzenia rozchodził bez efektu po kościach.

Stasiek zdawał się bardziej cwany, chytrzejszy i bardziej skryty. Uczył się lepiej z przeżywanych doświadczeń, miał pozatem wrodzoną nieufność i dużo skłonności do intryg, co z niego czyniło lepszego dyplomatę, niż z Wandy. Przeszkadzała mu tylko jedna okoliczność w korzystaniu pełnem z tej skłonności: nieprzezwyciężona niczem nieśmiałość. Pozatem obciążał go kompleks niższości. Było tylko jedno lekarstwo na tę słabość – to rozmowy o wojnie i o tem, że się Niemcy pod koniec i tak rozłożą. W początkowym okresie, kiedy wszystko zdawało się przeczyć tego rodzaju ufności, zastanawiał mnie nieraz w ich rozmowach, których byłem biernym ale ciągle obecnym słuchaczem, pierwiastek niewyrozumowanej wiary, jaki prowadził do jednej tylko i zawsze tej samej konkluzji: Niemcy dostaną w d…! Oni sami wychodzili z nich odświeżeni, pocieszeni mirażem dalekiej, abstrakcyjnej klęski Niemców, i nieświadomie dodawali otuchy, temu Francuzowi, który po niemiecku umiał, gazety czytał, o polityce rozprawiał i udawał trzeźwego realistę przed samym sobą, a przecież szukał oparcia właśnie w tych niby niemądrych i pozbawionych zdrowego sensu, a jednak pilnie podsłuchiwanych rozmowach.

Zdarzało się czasem, że po robocie, albo w niedzielę, od chłopów w Unterbergu przychodzili do Wandy i Staśka inni Polacy, pracujący w tej samej wsi. Skończyli, być może, wcześniej robotę i zaszli, niby przypadkiem, zapytać o coś, coś przynieść, zasięgnąć języka, dowiedzieć się co nowego.

– Jaki też jest ten wasz Francuz? – pytała gruba Felka z nogami jak dwie kolumny i z rozczochranym łbem.

– E, ten nasz do niczego – mówiła Wanda. – Roboty żadnej nie umie, tylkoby gazetę czytał i ze starym rozmawiał. Po niemiecku mówi! – dorzucała, jak gdyby chcąc jednak znaleźć jakąś dodatnią cechę w tym bezużytecznym skądinąd człowieku.

– Nasz zato – chwaliła Felka – obrotny i zgrabny w robocie, a zato mówić z nim niepodobna. Żadnego ludzkiego języka nie zna. Podśpiewuje sobie czasem, wesoły jest chłopak.

– Nasz to nie śpiewa – mówiła znowu Wanda. – Zato udaje, ze jest coś lepszego, że niby z miasta. Sama doprawdy nie wiem, co to za człowiek.

Jean z Tuluzy pracował u tego samego chłopa, co Felka, ale najwięcej miała do powiedzenia Baśka, gdzie był Maurice.

– Ostry na dziewuchy – mówiła. – Tak się muszę pilnować, bo jak tylko sami zostaniem, to się zaraz dobiera. Jemu tylko jedno w głowie. Przy stole siedzim osobno, to mnie zaraz za nogi chwyta. I tak się napiera, że to czysta męka z takim człowiekiem. Ale w robocie mocny. Uwinie się ze swoją roboty, ino patrzeć, już gnój wywalił, już słomę podesłał. Do dojenia się nawet bierze. I tylko szuka chwili gdzieby się do dziewuchy przycisnął.

Baśka była zgrabna i niebrzydka; sądząc z opowiadań Maurice’a wcale nie taka dzika czy przestraszona Francuzem, jak to tutaj przedstawiała Wandzie. Miałem nieraz okazję poznawania tych spraw z obu zainteresowanych stron. Zeznania ich nie były nigdy zgodne, ale zmieniały się w zależności od togo, dla kogo były przeznaczone. Wanda o innych dziewczynach mówiła zawsze: „koleżanki”. Dziewczyny wobec koleżanek dawały do zrozumienia, że mają powodzenie, ale że się dzielnie i skutecznie bronią przed natarczywością „kolegów”. Jeńcy natomiast pozostawiali swoje opowiadania w sferze niedomówień, insynuacyj, wiele mówiących uśmiechów. Owszem, te Polki, to wcale nie taki zły wynalazek. I chociaż niema sposobu porozumieć się z niemi w rozmowie, są inne drogi. W zasadzie wszelkie kontakty między Polakami i Francuzami były oficjalnie zakazane, praktyka życia i roboty zbliżała ich jednak często.

Bywało także, że do Staśka na pogawędkę przychodził kolega, przypadkiem przydzielony do tego samego transportu, chociaż pochodził spod Warszawy, a z zawodu był kupcem. Pracował jak wszyscy u chłopa, mówił niezgorzej po niemiecku i szukał czasem okazji do rozmowy ze mną. Przyjaciele Francuzi chwalili go że pomocny i że nawet przyrzekł, gdyby zaszła potrzeba, dostarczyć cywilnego ubrania do lagru. Przez niego kupowali z początku papierosy. Władek zamienił ze mną raz i drugi kilka szybkich zdań po niemiecku, próbując dowiedzieć się na własną rękę, jaki jest duch Francuzów i jakie są prawdziwe przyczyny klęski Francji, tej Francji, po której oni tyle się dobrego spodziewali, licząc, że Hitler zęby sobie połamie na jej oporze. Czułem, jak straszny sprawiła zawód tym ludziom, czekającym każdego znaku nacięcia się Niemców na przeciwnika silniejszego od nich.

– Czy pan myśli, że Anglja wytrzyma? – pytał mnie z niepokojem w oczach.

Był to okres pierwszych, wielkich nalotów na Londyn, które Niemcy przyjęli jako zapowiedź zbliżającego się najazdu i zwycięskiego końca wojny.

– Będzie trzymała – odpowiadałem mocno. – Wszystko to się skończy jeszcze inaczej, niż Niemcy myślą.

Ściskał mi dłoń, zostawiał jakieś papierosy, zdając sobie widocznie sprawę, że w tym pierwszym okresie naszej obecności w Niemczech jesteśmy bardziej jeszcze zgubieni i nieszczęśliwi, niż oni, którzy jeśli nie zdążyli przywyknąć, lepiej się już w każdym razie zagospodarowali i więcej znają sposobów jakiego takiego urządzania się.

Posłyszałem potem kiedyś rozmowę Władka ze Staśkiem o mnie.

– On nie taki głupi jak wygląda – twierdził Władek. – Dobre jest chłopisko, tylko trochę ciężkie. Kto wie, jakie tam ma kłopoty i jakie sprawy. Ty, Stasiek, na niego nie jedź, tylko mu pomóż czasem, jak widzisz, że dalej nie może. My tu z Francuzami musimy trzymać, bo nas wszystkich razem Niemcy zjedzą.

Stasiek między swoimi udawał zucha, jakich mało. W rzeczywistości jednak był raczej potulny i ustępował odrazu, gdy mu się zdarzyło trafić na opór, albo gdy otrzymał rozkaz robienia czegoś, wbrew swoim zamiarom. Pod tym względem Wanda miała więcej stanowczości.

Nietrudno było spostrzec, że Stasiek miał się ku Wandzie. Wanda traktowała go trochę z góry, jako szczeniaka, i nigdy właściwie nie brała poważnie jego zalecanek. Co nie przeszkadzało faktowi, że się Stasiek dobierał do niej często i gorliwie. Krępowali się z początku moją obecnością, ale po jakimś czasie, kiedy stwierdzili, że jestem człowiek żonaty, więc pewno dlatego życzliwy dla takich spraw, obecność moja coraz mniej przeszkadzała im w okazjach zbliżeń, przypominających zresztą raczej zapasy i mocowanie się dwóch przeciwników, niż miłość.

Była to typowa wiejska zabawa z mnóstwem krzyków, śmiechów, poklepywań raczej, niż pieszczot, oraz niewyszukanych metod przewracania dziewczyny, broniącej się zawsze, jakby chodziło już nie o cnotę, alo poprostu o życie. Miejscem najbardziej odpowiedniem dla tego rodzaju popisów była szopa nad oborą, wypełniona sianem. Dwa razy na tydzień latem, a zimą częściej, trzeba tam było włazić, rozkopywać widłami zwały zbitego siana, zwalać je na kupę przy maszynie do cięcia sieczki (z napędem elektrycznym) i podawać na nią wiązka przy wiązce. Wbrew pozorom, była to ciężka robota. Sztuka polegała pozatem na mieszaniu dwóch rodzajów siana: z pokosu czerwcowego i wrześniowego, po wiązce na dwie. Te zabiegi wyzwalały w ciasnej przestrzeni poddasza tumany przeraźliwego kurzu. Rozpylało te kłęby jak wiatrak szybkiemi obrotami koło sieczkarni, mieliśmy pełne kurzu oczy, usta i nos, całe spocone ciało stawało się odrazu lepkie od brudu. Od tych czasów znienawidziłem siano. Krztusiłem się jego zapachem dusznym i korzennym, który stał się dla mnie synonimem godzin spędzanych na poddaszu, najpierw pod lawinami siana, walącemi się na głowę, kiedyśmy zwozili je z łąk na to poddasze i udeptywali niby sprężysty materac – a potem w niepogodne popołudnia, kiedy na tem samem poddaszu rżnąc trzeba było sieczkę.

Tyle tylko urozmaicenia przynosiły czasem te godziny ile było w Staśku i Wandzie ochoty do zabaw na owem sianie. Maszyna zagłuszała pokwikiwania Wandy i jej nie zawsze szczere wybuchy oburzenia – sam skłonny byłem raczej do zachęcania ich, aby korzystali z okazji, cicho nieraz sobie pomyślawszy, że się może w rezultacie pobiorą.

Stasiek uwinął się z podrzuceniem sieczkarce ogromnej kupy siana i sam wprowadzał je przez jakiś czas w drewniane koryto, z którego nieprzerwanym tokiem sunęło pod noże koła i rozsypywało się cienkiemi igiełkami sieczki. Potem, kiedy robota szła już normalnym trybem i nie spodziewano się nadejścia Schnabla, który często wyjeżdżał do miasta, Stasiek porozumiewał się ze mną, bym go przy maszynie zastąpił, pilnie w dodatku patrząc, czy kto nie idzie. Wanda po kolana w sianie strącała nam ku maszynie nowe rozgrzebane przez Staśka kłęby suchego trawska. Stasiek jednym susem był przy niej. Zaczynało się od okropnych wymyślań, ale w sianie trudno utrzymać równowagę, i szamocąc się, oboje leżeli odrazu, a Wanda nie mogła się podnieść.

– Stasiek, co ty wyrabiasz – wrzeszczała.
O Jezu, podrze mi spódnicę. Puść, mówię, pókim dobra…

Ale Stasiek nie przejmował się wcale jej zaklęciami. Robił czy też próbował robić swoje. Więc Wanda zaczynała z innej beczki:

– Stary przyjdzie!
– Nie przyjdzie – mówił Stasiek, podniósłszy głowę, słuchając, czy maszyna idzie równo i patrząc, czy jestem na posterunku.

Dawałem mu znak, że wszystko w porządku. Wanda teraz zaczynała z innego tonu.

– Puść, Stasiek. Co sobie ten Francuz pomyśli!
– Oho, – mówił Stasiek, – co sobie pomyśli! Jakby tego nigdy nie widział…

I znowu Wanda podnosiła głos.

– Świnia Stasiek, weź tę rękę, Stasiek, co ty wyrabiasz!

I tak trwało to dziesięć, dwadzieścia minut, przeplatane wyzywaniem Wandy, albo jej śmiechem, jak łaskotanego dziecka, albo prośbami, a czasem nieledwie płaczem. Stasiek mówił niewiele, zbyt zatroskany o utrzymanie zdobytej z takim trudem pozycji. Zjawiał się z powrotem pierwszy, mrugając na mnie porozumiewawczo, czerwony jak burak, czasem podrapany, ze zmierzwioną czupryną i z sianem we włosach. Miał szpas – twierdził, ale wyglądał zawsze jak zmyty pies. Wanda przychodziła do maszyny za nim, pokazując rozdartą bluzkę i wymyślając na czem świat stoi:

– Taki stary i taki głupi! Nie wstyd ci tego Francuza? Co on sobie pomyśli! że Polakom to tylko d… w głowie. A ja staremu powiem, że już do sieczki z tobą nie pójdę. Nie chcę.

Było jasne, że chociaż Stasiek przede mną udawał zwycięzcę, ofensywy na sianie, mimo pozorów, nie dawały oczekiwanych przez niego rezultatów. Wanda nie taka głupia, żeby sobie jeszcze do obecnych kłopotów nowy przysporzyć. To nie to, co Magda w Oberbergu. Jak się tylko spostrzegli, że będzie miała bachora, zaraz z powrotem do domu. Nie tu, w Niemczech, Polakom na takie rzeczy pozwalać. I nikt nie wie, czy jej nie odbiorą dziecka, gdy się urodzi.

Miałem któregoś dnia zawołać Staśka do Schnabla. Zawołałem poprostu:

– Stasiek!

Tyle tylko i parę słów niemieckich, niegramatycznych, jak zawsze, bo się z nimi gadało „en petit negre”, tak jak umieli.

– Stasiek kommen Herr Schnabel!

Nie pamiętałem tego wcale, aż tu słyszę nazajutrz przy koszeniu, jak sobie Wanda swoim zwyczajom rozmawia ze Staśkiem o wszystkiem co jej do głowy przyjdzie, i najpierw opowiada, że się Felka puszcza, a do Maryśki w sąsiedniem Kirchendorf próbował dobrać się syn gospodarza, że przystawił w nocy drabinę do okna i przez okno próbował wejść do niej, ale Maryśka narobiła krzyku i chłopaka odegnała, mało z drabiny nie zleciał, a teraz cała wieś z niego się śmieje, że mu się z Polką nie udało. I nagle, jak to w jej zwyczaju, zmienia temat.

– Jak cię wczoraj wołał ten Francuz, to tak dobrze wypowiedział „Stasiek”, że aż mnie zdziwiło. On żeby chciał toby się szybko po polsku nauczył.

Za leniwy – bąknął Stasiek. – Ale nauczyć go można…

Zrobiło mi się gorąco. Zaczną mnie uczyć po polsku?

Od tego dnia począłem powoli ale nieznacznie zmieniać sposób mówienia do nich. Już nie mówiłem „Stasiek”, ale stopniowo, udając trudności w znalezieniu właściwego akcentu i tonu, przemieniłem brzmienie słowa Stasiek na coś w rodzaju „Sztasziek” i już tego używałem aż do końca.

Stasiek tymczasem ku wielkiej uciesze Wandy zaczął mnie uczyć po polsku.

– Ryne, – mówił, bo to był ich odpowiednik mojego francuskiego imienia René, – Ryne, sagen „d…”.

Powtarzałem niewinnie „d…” z akcentem na a i niby nie rozumiejąc, o co idzie. Od tego słowa zaczęły się lekcje polskiego, których ze zrozumiałem zażenowaniem starałem się mieć jak najmniej. Wandę cieszyły niezmiernie te moje pierwsze początki. Nie mogłem się niby nadziwić, dlaczego kiedy nauczyli mnie już tych czterech liter, kończących się na a, sami używają ich zawsze z końcówką ie albo y. Próbowałem je przekręcać i dodawać inne jeszcze końcówki, co nieodmiennie rozweselało moją parę nauczycieli i prowadziło do wybuchów śmiechu. Aż się czasem stary interesował, co za powód. Ano, uczą Francuza mówić po polsku.

Przyswoili mi jeszcze parę innych dosadnych i doborowych polskich wyrażeń, które przekręcałem nielitościwie, aby ich raz na zawsze zniechęcić do tych prób, równie dla mnie trudnych jak krępujących. Przeszli potem na słowa z innego repertuaru i wzamian za francuskie „bon jour” i „bonne nuit” wpajali mi swoje „dzieńdobry” i „dobranoc”. Potwarzałem niezgrabnie „dżemdobri” i „doobrraanoos”. Myślałem, że dadzą spokój. Ale gdzie tam. Podobała im się ta zabawa, jedna z rzadkich rozrywek monotonnego życia pracy. Było o czem opowiadać potem Felce, Magdzie, Maryśce. Jakie głupie te Francuzy, albo jakie niezgrabne.

– To nie to, co nasze ludzie.

Zapominali znowu o mojej obecności, zagadywali się o swoich sprawach. Wanda tłumaczyła Staśkowi, że się nie puści, chyba z takim chłopakiem, co się będzie żenił. Żeby matka wiedziała, że ona się puszcza, toby ją chyba zabiła. Nie taka ona naiwna, żeby się dała wyzyskać byle komu. Chodził tam do niej jeszcze w Polsce jeden, co mu było Wojtek, ale matka go przeganiała z domu, taka była nieżyczliwa dla młodych. A sama to sobie po śmierci ojca-nieboszczyka, wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie, dobry był człowiek, tylko pił za dużo, wzięła zaraz szewca jednego, wdowiec to był i w domu zamieszkał. Sądny dzień się potem robił, bo to i z matką żadnej zgody nie było i z córkami taka wojna, że strach. Aż się potem próbował do siostry do łóżka wsunąć, a kiedy się matka spostrzegła, co się robi, to go zaraz też i z domu przepędziła.

Stasiek, jak zwykle, odmrukiwał coś półsłówkami, chociaż słuchał uważnie.

Wanda, przeskakując ni stąd ni zowąd na jego temat, zaczynała go teraz przedrzeźniać i naciągać, że się źle do dziewuch zabiera, że nic nigdy nie wskóra, bo mu się zdaje, że jak się na której położy, to to już wszystko.

Nic bardziej Staśka nie oburzało, niż te rozmowy, których się stawał ofiarą. Wanda czuła, że jest na gruncie twardszym niż onegdajsze siano i szydziła z niego bezlitośnie. Bo tutaj Stasiek bronił się tylko gębą, a w gębie Wanda mocniejsza. Wymawiali tak sobie niejedno głupstwo, niejedne nieudane zaloty, niejeden żart dziecinny i każde potknięcie, każdą słabość i śmieszność, już nie nawet osobistą, ale mieszcząca się poprostu w samym fakcie odrębności płci, w różnicach anatomicznych. Te różnice wyrzucali sobie nie szczędząc dosadności słów i plastyki określeń, nazywając rzeczy po imieniu. Przeniosła się ta rozmowa aż do stołu, gdzieśmy się znaleźli na pośpiesznym podwieczorku między dwoma okresami roboty. Muszę przyznać, że się bawiłem świetnie.

Był to być może jakiś nieostrożny błysk moich oczu, czy wyraz twarzy niedość obojętny, który zatrzymał nagle Wandę w zarzutach natury bardzo osobistej i bardzo nieskrępowanej, kierowanych pod adresem Staśka i całego męskiego rodu.

– Ty, Stasiek, ja tak czasem sobie myślę, czy ten Francuz trochę jednak nie rozumie po polsku?

Ale Stasiek miał tylko jedną odpowiedź na to babskie przewrażliwienie.

– Głupiaś – powiedział.

Wanda pokraśniała na twarzy.

– Bo wiesz Stasiek, jakby on czasem co rozumiał, to ja nie wiem cobym zrobiła, to jabym się chyba pod ziemię musiała schować…

ALEKSANDER JANTA.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close