W niewoli niemieckiej

Samolot ląduje na lotnisku gdzieś w pobliżu wybrzeża. Wysiadam. Jeszcze jest jasno, mimo że już powoli zapada zmrok. Rozprostowuję nogi i rozglądam się dokoła. Przysłowiowa mgła angielska. W dali widać hangary lotnicze. Zapraszają wszystkich do budynku, gdzie odbywa się kontrola przyjezdnych.

Jestem oszołomiony. Tylekroć w Niemczech wyobrażałem sobie chwilę podobną, tylekroć żartowaliśmy – z kolegami na temat, coby było gdyby jakaś wróżka lub raczej samolot angielski wylądował w pobliżu Stalagu i wywiózł nas do Anglji. Jestem zły na siebie, że za mało wyczuwam doniosłość chwili.

Dwa lata tułaczki i poniewierki po świecie – żeby choć dwa lata wojny – niestety, kilka tylko tygodni walki, potem przekradanie się, niefortunne próby ucieczki, rok niewoli w Niemczech, potem problematyczna wolność we Francji i znów przekradanie się dalej do Anglji. Obawiam się, by podoficer angielski, który prowadzi mnie do kontroli paszportowej, nie począł nagle wrzeszczeć na mnie, boję się, że usłyszę znów to przeklęte „raus ! raus !”, którego nigdy nie wypłoszę ze swych uszu. Lecz podoficer angielski, spokojny i opanowany, prowadzi nas do budynku, gdzie jacyś panowie kręcą się z teczkami i papierami. Czekam spokojnie na swą kolej. Ciekaw jestem, kiedy zobaczę moją żonę, czy jeszcze dziś, czy dopiero jutro. Obok mnie czeka na załatwienie formalności duchowny amerykański. Zagaduje mnie uprzejmie, skąd jadę, on bowiem jedzie z Australji. Odpowiadam naumyślnie, jak gdyby nigdy nic:

– Przyjeżdżam z Niemiec.

Zdziwiony i bardzo zaniepokojony, przerywa rozmowę.

Staram sobie wbić w głowę, że przecież jestem człowiekiem szczęśliwym, że o takiej właśnie chwili jak ta, która jest teraz moim udziałem, marzy w Niemczech wielu moich kolegów, których tam pozostawiłem.

– Pozwoli pan szklankę herbaty? – zapytuje mnie jakiś młody człowiek z personelu lotniska.

Prowadzą mnie do salonu recepcyjnego, gdzie już pije herbatę kilku moich współtowarzyszy podróży, których, jak i mnie, czeka dodatkowe badanie w słynnej „Patriotic School”. Wracamy przecież „stamtąd”, z innej planety. Musimy przejść kwarantannę moralną. Rozmawiamy tymczasem o warunkach podróży, o samolocie, o zaletach kapitana, który pilotował maszynę – ot, taka sobie rozmowa towarzyska.

Wiem, o co pytają cudzoziemca Niemcy po dwóch latach wojny, i wiem, jakie pytania zadają Francuzi. Tamci pytają się: „Kiedy się skończy wojna?”, ci: „Kto wygra?”.

Jakie będzie pierwsze pytanie Anglika? Chwilowo jeszcze o nic nie pytają. Są uprzejmi. Przechodzi mi przez myśl, że może o wojnie nie wypada w Anglji rozmawiać. Okazuje się, że nie. Młody Anglik, który odwozi nas później aż do samego Londynu, typowy przedstawiciel „middle class”, zadaje mi wreszcie pytanie :

– Co tam mówią w Europie o bombardowaniu Londynu?

Mam cię nareszcie! Widzę, że jest dumny, zgóry zresztą zna moją odpowiedź.

Bombardowanie Londynu sprawiło, że londyńczyk znalazł się w pierwszej linji frontu. Nie ruszając się od swego biurka czy warsztatu, pozostając nawet w swojem łóżku, mógł „żyć niebezpiecznie”.

Nie dane mi jest ani tego dnia ani następnego zobaczyć mojej żony. Formalności przeciągają się kilka dni. Nie łatwo przechodzi się z niewoli do wolności.

Pierwsza noc, jaką spędzam w Londynie, jest dość burzliwa. Męczą mnie sny i wspomnienia. Gdy budzą mnie rano, wydaje mi się, że to podoficer niemiecki krzyczy nademną: „Aufstehen!” – od tego rozpoczynał się dzień obozowy.

Dzień jeńca wojennego w Niemczech będzie kiedyś przedmiotem ankiet instytutów społecznych. Ma się tam przecież do czynienia ze zjawiskiem masowego ogłupiania i otępiania ludzi. Nie powinno być obojętne dla społeczeństw cywilizowanych, jak spędza czas za kratami obozów jenieckich kilka miljonów mężczyzn w sile wieku. Kiedyś ci ludzie będą musieli wrócić do normalnego życia. Czekają na nich rodziny, czekają opuszczone warsztaty pracy. Wrócą jednak nieco inni, w wielu wypadkach zmęczeni, wyjałowieni. Kto wie, czy nie trzeba będzie stosować wobec nich jakiegoś sposobu reedukacji społecznej, jakiejś metody zaszczepiania im na nowo radości życia i poczucia swobody.

Sam widzę po sobie, jak niezdarnie poruszam się w atmosferze wolności. Kiedy po dwóch dniach opuszczam wieczorem miejsce kwarantanny, przez które przechodzi każdy przejeżdżający z Europy, sam nie wiem dobrze, co mam zrobić ze swą wolnością. Szukam żony. Niema jej chwilowo w Londynie, przyjazd mój był przecież zupełnie niespodziewany. Jestem kilka dni sam, chodzę zagubiony w tylomiljonowem mieście, rozglądając się dokoła. Porównywam rzeczywistość z urobionym obrazem Londynu, Anglji i Anglików. W gazetach niemieckich czytałem o olbrzymich zniszczeniach, spowodowanych bombardowaniem. Całe strony dzienników wypełnione były opisami „nocy londyńskich” na podstawie relacyj korespondentów amerykańskich czy szwedzkich. We Francji Londyn stal się żywym symbolem charakteru i wytrzymałości angielskiej. Mówi się powszechnie:

– Quand même ces Anglais ont du cran – niszczą im stolicę, oni jednakże prowadzą wojnę.

Londyn, tak jak Warszawa, stał się w Europie symbolem poświęcenia.

W Hiszpanji i w Portugalji tak samo Londyn jest symbolem oporu. W Madrycie zapytywano mnie, czy nie boję się jechać do Londynu – „przecież tam jest gorzej niż na froncie”.

Tymczasem chodzę po ulicach Londynu spokojnie jak w normalnych czasach. Atmosfera miasta tchnie dyskrecją, tak właściwą angielskiemu gentlemanowi. Samochody, taksówki, ludzie dobrze ubrani. Uderza mnie widok żołnierzy z całego świata. Na rękawach mundurów egzotyczne napisy: „New Zeeland”, „Rhodesia”, „South Africa”, „Scotch from Canada” „U.S.A.”. Wstrząsające wrażenie robi dzielnica City, okolice katedry Św. Pawła, tyły Fleet Street. W śródmieściu jednak rany zabliźniają się w oczach. Jakiś pośpieszny turysta mógłby przejść koło ruin, nieświadom wojny i zniszczenia. Może pomyślałby nawet, że są to miejsca pod nowe budowle. Życie płynie wartkim strumieniem pośród ruin. Unika się nieprzyjemnych tematów. Londyńczycy tchną optymizmem. Od kilku dni rozmawiam z ludźmi i stwierdzam, że panuje wielka rozpiętość między nastrojami Londynu a nastrojami kontynentu. Nie mogę dobrze określić tej różnicy. Męczy mnie brak formuły, któraby mnie samemu mogła wytłumaczyć to zjawisko. W Londynie jest jaśniej i pogodniej. W Europie jest ponuro. Dziwna rzecz, mimo wielkich zwycięstw militarnych, widmo nieuniknionej klęski wojennej ciąży nad Niemcami. Klęski jak gdyby leżącej w logice rzeczy. W Londynie, mimo klęsk militarnych, oddycha się atmosferą pewności siebie.

*

Przebywając w Paryżu jako dziennikarz polski przez kilka ostatnich lat przed wojną, wybierałem się kilkakrotnie na „week-end” do Londynu. Drobne przeszkody uniemożliwiały stale realizację tego projektu. Dziś znalazłem się w Londynie, w jakże jednak zmienionych okolicznościach. Nie był to już zwykły skok przez Kanał, lecz długa i niebezpieczna wędrówka, znacząca się śladami przeżytych doświadczeń, rozwianych złudzeń, samotnych przemyśleń.

Przeszedłem wojnę w Lotaryngji, spędziłem rok w Niemczech, kilka miesięcy w powalonej i skrępowanej Francji, potem przejechałem Hiszpanję i Portugalje. Zagubiony w masach tysięcy i tysięcy ludzi, żołnierzy, jeńców, patrzyłem na to co się działo dokoła mnie otwartemi oczami.

Obserwowałem nastroje i ludzi, chciałem odgadnąć tajemnicę klęski Francji, a raczej tajemnicę załamania się narodu francuskiego, chciałem wydrzeć Niemcom tajemnicę ich zwycięstw i nareszcie znaleźć odpowiedź na pytanie: co to są Niemcy?

*

Tysiące żołnierzy francuskich, z którymi znalazłem się w pierwszych dniach lipca w obozie jeńców w Rambervillers, dalecy byli od rozpaczy lub wstydu. Wstyd każdego pojedynczego Francuza hamowała świadomość, iż nie jest osamotniony, tak samo bowiem jak on, znajduje się w niewoli przeszło miljon żołnierzy, oficerowie i generałowie, prawie cała armja francuska. W ten sposób poczucie odpowiedzialności za klęskę rozłożone zostało na setki tysięcy ludzi.

Żołnierze byli w większości jakby zadowoleni z tego, że „to” się już skończyło. Przypuszczali, że wkrótce wrócą do domów. Może nowe życie będzie trochę trudniejsze niż dawne, w każdym razie będzie lepsze niż wojna.

– On était trop heureux – powtarzali często.

Niemcy podtrzymywali te nastroje, rozpuszczając co pewien czas pogłoski po obozie o tem, że w niedalekim czasie odjedzie z Rambervillers pierwszy transport zdemobilizowanych. Wskazywano nawet miejsce gdzie ma nastąpić masowe zwalnianie jeńców. Mówiono o Châlons-sur-Marne. Dyskutowano, jakie kategorje będą najpierw zwolnione.

Tymczasem warunki życia w obozie były bardzo złe. Spało się poprostu pokotem na kamiennej podłodze na płaszczach. Brakowało nie tylko jedzenia, ale i wody, którą Niemcy dostarczali do obozów w cysternach polowych. Pogoda, jakby na złość, była piękna, czyli ,,Hitlerwetter”, jak mówili Niemcy. Słońce prażyło. Jakaś łaska boska sprawiła, że w tem zbiorowisku dziesięciu tysięcy ludzi, stłoczonych w obrębie podwórza koszarowego, nie wybuchła epidemja tyfusu czy dyzenterji.

W naszej izbie panowała taka ciasnota, że gdy ułożyliśmy się na podłodze pokotem do snu, trudno było przecisnąć się do wyjścia. Rano zwijaliśmy płaszcze, na których się spało, Robiliśmy zawiniątko z rzeczy, które trzeba było pozostawić na miejscu w celu zarezerwowania sobie tego skrawka podłogi na następną noc. Mój towarzysz z prawej strony, murarz z Paryża, sceptyk i cynik, pacyfista, który wojnę uważał za koszmarny nonsens, szczęśliwie zlikwidowany genjalnem posunięciem, – poddaniem się wrogowi, – zachowywał pogodę ducha. Pompowałem mu w uszy najbardziej pesymistyczne pogłoski, by wyprowadzić go z przeklętej równowagi czy obojętności. Nie chciał jednak wierzyć, żeby Niemcy zdobyli się na okrojenie Francji, nie chciał wierzyć, żeby mogli wywieźć jeńców francuskich na roboty do Niemiec. Uważał zresztą, że jest to niemożliwe ze względów czysto technicznych. Jak wywieźć półtora miljona ludzi z Francji do Niemiec ? – zapytywał. Z pogodą Candide’a wierzył, że wszystko jest najlepsze na tym najlepszym ze światów.

Niemcy podtrzymywali niewątpliwie nastrój apatji wśród jeńców francuskich. Traktowali ich łagodnie. Ogromne koszary, obejmujące dwa czteropiętrowe bloki z licznemi przybudówkami, otoczyli poprostu kordonem posterunków z karabinami maszynowemi, pozostawiając zarząd wewnętrzny oficerom francuskim. Nie było żadnych zbiórek, żadnych apelów. Kilka tysięcy żołnierzy podzielono na setki, każdej setce przydzielono kilkanaście metrów kwadratowych do spania – i to wszystko. Niewiadomo dlaczego, wśród Francuzów powstało przekonanie, że nie są jeńcami, lecz internowanymi. W ich pojęciu miało to oznaczać jakąś wyższą kategorję. Byli dlatego nie jeńcami lecz internowanymi, ponieważ, jak mówili, sami skapitulowali.

Sczasem idylla ta poczęła się zmieniać w prawdziwą niewolę. Niemcy nie poprzestali na trzymaniu kordonu posterunków dokoła koszar, lecz wzięli się naprawdę do „robienia porządku” w samym obozie.

W tym okresie uchwyciłem na gorąco bankructwo niemieckiej taktyki zjednywania sobie Francuzów. Gdyby Niemcy potrafili utrzymać linję postępowania, jaką sobie niewątpliwie nakreślili w momencie zawieszenia broni, masy francuskie mogłyby wziąć na serjo hasło „współpracy” z Niemcami. Na szczęście jednak, Niemców poniosła wrodzona im brutalność i teutońska pogarda dla zwyciężonego.

Zaczęło się to w połowie sierpnia. Pewnego wieczoru posłyszeliśmy nagle dzikie wrzaski. To gromada podoficerów niemieckich rozsypała się po obozie i z okrzykami „Raus! raus!” wzięła się do zaprowadzania porządku. Najpierw jeńców wypędzano z budynków, potem znowu ich wpędzano. Było to wdrażanie dyscypliny niemieckiej żołnierzom francuskim. Do ociągających się strzelano. Tak rozpoczęła się tresura. Odtąd już codziennie Niemcy zaprowadzali porządek w koszarach. Gdy wieczorem w której z izb przetrzymano światło choćby minutę poza nakreśloną granicę czasu, posterunki niemieckie strzelały do okna. Strzelano również do każdego kto w nocy wychylił nosa z budynku na podwórze.

Francuzi poczuli nareszcie, że są w niewoli. Zrozumieli że stare rzekome przesądy ojców i dziadów w stosunku do Niemców, które tak łatwo gotowi byli porzucić, miały jednak uzasadnienie. Rozgoryczenie powiększał jeszcze fakt przetrzymywania jeńców w niewoli.

Gdyby w lipcu lub w sierpniu 1940 r. Niemcy rozpuścili jeńców francuskich do domów, niewątpliwie zdrada części elity francuskiej, skłaniającej się do współpracy z Niemcami, mogłaby znaleźć poparcie w masach zdemobilizowanych żołnierzy. Wskutek jednak bezmyślnej brutalności, Niemcy, pięścią swoich podoficerów, zaczęli budzić w tych zdemoralizowanych masach żołnierskich poczucie patrjotyzmu i często żądzę odwetu.

– Ce n’est pas encore fini! wygrażali Francuzi.

Mimo przytępienia uczuć narodowych w masach, przeciętny pojedyńczy Francuz jest zbyt inteligentny, by nie zastanawiać się nad przyczynami klęski. W rozmowach często poruszano ten temat. Przeważna część żołnierzy francuskich stała na stanowisku „zdrady”. Początkowo mówiono, że zdradzili – naturalnie – oficerowie. Żołnierz często skłonny jest zrzucać winę za wszystko co się stało na oficerów. Był to jednak oczywisty nonsens. Wszyscy wiedzieli, że dobrze bili się właśnie oficerowie zawodowi, „fine fleur” armji francuskiej -najbardziej typowi przedstawiciele militaryzmu. Teorję tę trzeba było porzucić. Następnie wysunięto nową: zdradzili generałowie. Ujęcie to również wydało się zbyt proste. Żołnierze wiedzieli, że wielu generałów biło się dzielnie, czyli że i ta teorja nie odpowiadała ściśle istocie rzeczy. Nakoniec zatrzymali się przy teorji: zdradził wielki przemysł i finanse.

Wielcy przemysłowcy i bankierzy -tłumaczono mi w grupie robotników z okręgu paryskiego – chcieli wziąć na nas odwet za wybory 1936 r., za zwycięstwo i reformy Frontu Ludowego. Nie mogli dać nam sami rady, użyli więc Niemców.

Robotnik z fabryki Renault popierał swą teorję tem, że jego fabryka jeszcze w r. 1940 wypuściła na rynek kilkanaście tysięcy samochodów turystycznych.

– Nie chcieli budować czołgów – oskarżał rozgoryczony. – Zgóry byli przygotowani na klęskę, więcej – chcieli tej klęski. Puścili nas do walki z gołemi rękami.

Samego siebie żołnierz rozgrzeszał chętnie, jakkolwiek młodsi odczuwali pewien wstyd wobec kombatantów tamtej wojny. Sami zresztą swoją wojnę nazywali „drôle de guerre”. Bilans tej wojny mówił za siebie: 125 000 zabitych na polu walki, 300 000 rannych, blisko 2 000 000 jeńców.

W tem monotonnem oczekiwaniu na nieznany los, nielicznej grupce Polaków czas schodził szybko. Opracowywało się różne plany ucieczki. Przygotowywaliśmy podkop z piwnicy. W serca zaczęła wstępować otucha, gdy dotarły do nas wiadomości, że tu i tam pojawił się R.A.F. Walka więc trwa. Przechwałki niemieckie, że Anglja załamie się jak załamała się Francja, nie odpowiadały prawdzie. Wiadomości te natchnęły również otuchą Francuzów.

W końcu sierpnia przyszedł nagle rozkaz wyjazdu do Niemiec. Najgorsze przypuszczenia stawały się rzeczywistością.

Zamknięci na kłódki w wagonach, dwa dni bez jedzenia i picia podróżowaliśmy przez Niemcy. Gdy po wyładowaniu z wagonów prowadzono nas pod bagnetami przez ulice miasteczka do obozu, gdzie miałem spędzić kilka miesięcy, ludność patrzyła na nas ponuro, bez nienawiści, raczej jakby otępiała czy zdziwiona.

M. J. PIOTROWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Close