Warszawa w gruzach

Pod taką nazwą stowarzyszenie „Amis de la Pologne” zorganizowało wystawę zdjęć fotograficznych, wykonanych w stolicy polskiej podczas oblężenia wrześniowego i w ciągu zimy. W Paryżu znalazła ona wspaniałe i dostojne ramy w alejach Pól Elizejskich. Przez cały miesiąc odwracała uwagę tłumów od przecudnej perspektywy uwieńczonej Luwrem i Łukiem Tryumfalnym ku żałosnym widokom warszawskich gruzów. Paryż przywdział strój wiosenny, młode liście srebrzyły się delikatną zielenią wzdłuż alej; w oknach wystawowych widniały kapelusze damskie, lekkie i zwiewne jak kwiaty, suknie urocze i wyzywające, klejnoty i drobiazgi na czasie, z wojny biorące natchnienie, pragnące ją urozmaicić. A jednak wszystkie oczy biegły ku surowej fasadzie Maison Peugeot, na której szarem tle, w literach koloru krwi, odcinał się surowy i prosty napis, jak przystało ogromnej żałobie: „Warszawa w gruzach”.

Warszawa w gruzach - 1939 rok

W prawej witrynie, pod trzema wieńcami z wawrzynu, trzy zdjęcia z bombardowań, trzy wyloty na dym pożarów, na tę zaporę skłębionego mroku przeżartą ognistemi językami, za którą przez trzy tygodnie Warszawa walczyła i cierpiała. W lewej witrynie amarantowo – biały sztandar opadający na pęk bagnetów -symbol walki stoczonej o honor Polski aż po kres nieunikniony.

Na samym wstępie wita nas biedny malec, którego pozę zrozpaczoną uwieczniło zdjęcie: siedzi skulony na kupie gruzów rozbitego domu, które przysypały ciała rodziców; pochylił głowę ku starganym wspomnieniem niedalekiej, beztroskiej przeszłości. Gdyby chłopak ten podniósł głowę, ukazałaby się nam napewno twarz porażona nagłą i niezatartą starością.

Na dalszym planie dwoje maleństw o zatroskanych buziach stoi przy grobie. Maciejówka, którą tak często widziały na głowie ojca, wisi oto na krzyżu drewnianym. Jest to to samo miejsce, które tylekroć wydeptały zaciskając w piąstce rękę ojca. Aby spojrzeć nań, musiały mocno wtył zadzierać główki: był taki duży! Zakrywał sobą niebo! I oto teraz przyszło im patrzeć wdół, na tę ziemię kędy legł, aby nigdy już się nie podnieść.

Powiększenia zdjęć, wykonanych z narażeniem życia, przyniesionych potajemnie przez szereg zielonych granic, wiszą naprzeciw reprodukcyj obrazów Canaletta, które przedstawiają stolicę Polski w całym jej wdzięcznym splendorze. Możemy jednym rzutem oka odmierzyć ogrom zniszczenia zarządzonego i zorganizowanego przez Niemców.

Brak tym dokumentom fotograficznym barw, dźwięków, ruchu, woni: możemy je dopełnić wyobraźnią.

Patrząc na nie zdajemy sobie sprawę, że w tym wieku postępu najniesamowitsze pomysły wizjonerów średniowiecznych zostały prześcignięte. Szatany Breughela starszego są jeno cudacznemi zwidami przy sztywnych, metalowawych ptakach-upiorach, które setkami zaciemniały niebo nad Warszawą. Jakież potwory Goyi, grozą obłędne, rozpacz zionące, możnaby przyrównać do tych rumianych i starannie wygolonych młodych Teutonów, na których twarzach malowało się poczucie sumiennie spełnionego obowiązku? Tak bardzo dumni ze swej mocy niszczycielskiej, że ohydy jej pojąć niezdolni, rzucali bomby na to miasto najmilsze w świecie, siejąc chaos, śmierć i piekło. Jak fontanny wersalskie wzbijały przed królem-słońcem swoje świetliste pióropusze, tak ku panom śmierci tryskały mrocznym deszczem szczątki ludzkich ciał i domostw. Gdy opadł ten czarny tryumf z ulicy, nie pozostawało nic krom ziejących wykrotów, splątanych szyn, pękniętych przewodów, z których woda, ta krew miasta, płynęła strugami, mieszając się z ludzką krwią, wytryskającą z pogruchotanych członków, ze zmiażdżonych kadłubów, Gaz ulalywał, sycząc, z rur. Szyby, na proch starte, pył z rozwalonych murów, dym i płomienie wgryzały się w nozdrza, tamując oddech. Wszystko co ludzie wymyśli by udogodnić sobie życie, zionęło teraz nienawiścią i odwracało się przeciw nim. Domy piętrzyły się, pęczniały, by tem cięższym deszczem cegieł i gruzu opaść na bezbronnych. Inne, wpół przecięte, wyciekały na ulice szczątkami mebli, pamiątkami z niedawnych beztroskich dni. Cała groza wojny współczesnej, wojny totalnej, w którą świat nie chciał wierzyć, zwaliła się na Warszawę. Niebezpieczeństwo czyhało zewsząd: z powietrza, przeszywanego tysiącami szrapneli, z nieba czarnego od samolotów, z piwnic zasypywanych gruzem walących się domów. Miasto było jednym jękiem, jednem konaniem uniwersalnem. Audycje radjowe raz poraz przecinał alarm. Grzechot karabinów maszynowych zagłuszał głos speakera. Głos ten ochrypł z wyczerpania, stawał się niezrozumiały. Wkońcu i radjo zamarło, podobnie jak telefony, elektryczność, gaz, tramwaje, autobusy, poczta. Zerwał się kontakt ze światem, dzielnicy z dzielnicą, ulicy z ulicą, odciętych ognistemi kotarami.

Bezbronna ludność widziała czarne ptaki, krążące tuż nad głowami, rażące ogniem karabinów maszynowych kobiety, skupione w ogonkach, dzieci, szpitale. Patrzała swemi jasnemi, uczciwemi oczami, w których nie było już żadnej nadziei, które oddawna nie zaznały snu. Każdy czekał na swoją kolej w śmiertelnym tańcu, czy to od kuli czy pod rumowiskiem, od bomby czy w ogniu. Tymczasem jednak każdy trwał na posterunku: mężczyźni w okopach, kobiety przy nazbyt rzadkich studniach, w których była jeszcze woda, lub w ogonkach, pod sklepami, dziewczęta na dachach, czatując z workami piasku na bomby zapalające.

Miasto płonęło, rozpadało się w gruz. Na skwerach, na dziedzińcach, przy chodnikach, coraz to wyrastały pagórki grobów. Spod gruzów dobywał się zaduch śmiertelny, siejący zarazę. Nad tem olbrzymiem pogorzeliskiem o skrwawionych chodnikach rozlegał się dniem i nocą huk pocisków, trzask karabinów maszynowych, pogrążający w otumanienie ludzi pozbawionych pożywienia i snu.

Trzeba uprzytomnić sobie to piekło, zagłębić się w nie aż po dno, by zrozumieć bohaterstwo Warszawy.

Trwali pod ogniem, trwali pod deszczem stalowym, trwali wówczas nawet gdy stało się wiadome, że wszystko stracone.

Oto fotografja, wyobrażająca na środku ulicy dwa szkielety końskie. Jeden z nich został docna odarty, ani włókno mięsa nie przywiera do białych kości. Nad drugim kobiety wciąż jeszcze się pastwią. Jest to jakby nawrót do epoki jaskiniowej. Człowiek wyzbył się wszelkich ambicyj, projektów, marzeń, nie pozostało w nim nic, krom instynktu samozachowawczego. Jest już tylko głodem rozpętanym, dojmującą potrzebą snu. Ale nad tą męką zwierzęcą wciąż jeszcze góruje, wśród ludności Warszawy, płomień heroizmu. Ci ludzie nie dość jeszcze cierpieli. Muszą jeszcze bardziej pogrążyć się w boleść. Jedna śmierć da im radę, ale nie jej groza. Nic to że pociski i bomby spadają ulewą, że oblężenie się przeciąga. Jeżeli niema już nadziei, pozostał honor.

Rozpostrzyjcie się, czarne dymy, zasnujcie widnokrąg! To pojęcie honoru płonie ponad wami i wskazuje nam Warszawa. Pod tym ogniem bledną wysokie pochodnie pożarów. Im bardziej szaleje furja teutońska, tem większym splendorem zdobi się dusza polska którą wciela Warszawa.

Honor: wola cierpienia i śmierci raczej niźli zdrada duszy!

Oblężenie się skończyło, gdy miasto zostało zmiażdżone. Ale wy nie zostaliście zwyciężeni, warszawianie! Naboi zabrakło wam w ładownicach, nie odwagi w sercu.

Gdy wojna ta zakończy się zwycięstwem sprzymierzonych, trzeba będzie byście się znaleźli w pierwszych szeregach tych którzy wkroczą do Berlina. Wy podyktujecie Niemcom warunki, gdyż wy pierwsi podjęliście ciężar wojny i dźwigaliście go sami i bez żadnej pomocy, pókiście mogli, o wiele dłużej niż to było możliwe.

To też dawni kombatanci francuscy, ci znad Marny i spod Verdun, przyszli na wystawę pod wodzą p. Georges Rivollet, okaleczałego na wojnie sekretarza Zjednoczenia Narodowego Dawnych Kombatantów i Ofiar Wojny, by złożyć hołd ludności Warszawy: żołnierzom, kobietom, dziewczętom, małym chłopcom, tym ich towarzyszom broni!

Również prezes rady miejskiej, p. Louis Pueeh, i paryscy ławnicy złożyli hołd Stefanowi Starzyńskiemu, który, naprawiwszy szkody wyrządzone przez półtora wieku niewoli, przywróciwszy stolicy polskiej jej urok, wdzięk i blask, poświęcił to dzieło ostatnich lat swego życia czemuś o wiele wznioślejszemu, niż najpiękniejsze dzieła sztuki: wierności dla ojczyzny.

Dziś zaborcy oczyścili ulice i wyrównali leje. Ostatnie fotografje nie ukazują już konającego ciała pięknego miasta, lecz tylko jego szkielet oczyszczony, okropny, jak ów koń który służył za pokarm obrońcom. Wzdłuż ulic, znowu czystych, piętrzą się stosy gruzów na miejscu wytwornych i kwiatami otoczonych domów. Fasady są nietknięte, ale przez puste okna jak przez żebra klatki piersiowej widać pustkę, którą przysłaniają. Te budynki, które wciąż jeszcze stoją zostały przepalone okrutnym żarem bomb zapalających: 3000°. Trzeba będzie obalić te trupy. Inne wyróżniają się ponurą brzydotą, której niema w prawdziwych ruinach, stoczonych dłótem czasu, tego cierpliwego artysty; brutalnie okaleczałe, wznoszą ku niebu nagie kikuty. Tu ścięty łuk przypomina nam kopułę. Szczątek kolumny, zawieszonej w powietrzu, nasuwa na myśl salę, w której tańczono poloneza. Wszystko co stanowiło przepych, wytworność, piękno Warszawy, znikło bez śladu. Prześliczna dzwonniczka w stylu barokowym na Zamku, pałac Raczyńskich, Opera, kościoły z różnych wieków, budynki współczesne, serce Jana III i serce Chopina, kamienne kwiaty.

Posąg peowiaka, który tak wyśmiewano w Warszawie spowodu zbyt skomplikowanej pozy, nabrał wśród tych ruin nagłego sensu: toż to człowiek umęczony, osuwający się w grób.

Na tem tle ponurem śmierć zapanowała i króluje w milczeniu. Ministrami jej są: mróz wdzierający się przez okna bez szyb do nieopalanych mieszkań, głód, zmęczenie, ból trawiący mocny ród warszawian, tak głęboko wkorzeniony w ziemię mimo subtelnej kultury.

Odbudujemy Warszawę. Przyłożymy wszystkich sił do tego dzieła. Czego żadną miarą nie da się ani odbudować ani naprawie, to duszy niemieckiej. Germanizm hoduje od wieków w synach swoich drapieżność i gwałt, wykarczował z nich wkońcu wszystko co ludzkie.

Zamienił tych młodych chłopców w morderców i sadystów. My nie będziemy żywili do Niemców nienawiści, bośmy chrześcijanie. Ale odtąd nikt nie zdoła stłumić na ich widok owej odrazy, budzącej się w człowieku instynktownie na widok pewnych zwierząt nikczemnych, które próżnoby było oswajać, których jedyną racją bytu wydaje się mord.

Mimo tylu żałób, ostaną się przecież warszawianie. Jakżeż mi spieszno zobaczyć ich znów, wyciągnąć ku nim ramiona, przycisnąć ich do serca!

Nigdy już nie będziemy jeździli do Warszawy z lekkiem sercem i z tym dąsem na ustach: „wolę Kraków, tam czuje się bardziej przeszłość”. Dozorca ze swoją miotłą, dorożkarz z numerem na plecach, Antek urwis zawalany, bosa służąca, okazali się godnymi spadkobiercami tych, którzy ongi zadali krzyżakom tak dotkliwą klęskę i czy będziemy mogli słuchać bez łez głosu dzwoniącego jak skowronek tego malca który biegnie na opalonych nożętach wołając: „Kurjer Warszawski”…

Roznosił gazetę swego miasta podczas grozy oblężenia, i towarzysze jego polegli śmiercią bohaterską, by za te cenę mali gazeciarze mieli prawo krzyczeć nagłos te polskie słowa.

ROSA BAILLY.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close