Warszawiak

Z cyklu „Żołnierze których znam”

– Gdzie się pan urodził, panie Antoś?

– Gdzie rodowity warszawiak może być urodzen? Wiadomo – na Solcu pod 17-tym.

Jako prawdziwy powiślak Antoś nienawidzi wody. Zdradziecka woda uczyniła jego dziadka sierotą gdy pradziadzio po pijanemu wpadł do Wisły i utonął. Odtąd cały ród stroni od tej zarazy.

Gdy w St. Marcel gruchnęła wśród brygady podhalańskiej wiadomość, że jedziemy do Norwegji, – i to okrętem, – Antoś nie uwierzył:

– Cyganią tak tylko chamy żeby ludzi straszyć. Czego zaraz okrętem? Jakaś kolej może okrężna, ale się przecie znajdzie.

250 km do Brestu jechał samochodem w najlepszym humorze, dopiero w chwili gramolenia się na statek poczuł się słabo. Gdyby nie litr pinardu, przełknięty na brzegu, wątpliwe czy by zdołał wejść o własnych siłach.

Cała podróż była dla Antosia jednym koszmarem. Bo niedość że bomba spadnie na głowę – jeszcze potem wleci do wody.

– To ja – żalił się Antoś – na Bielany w Zielone Święta nigdym się narzeczonej na statek namówić nie dał, zawsze tramwajem, w tłoku, na stojaka, jechalim. Pękłaby tera Mańka ze śmiechu widząc mnie wpadającego w środek tego morzyska.

Norwegja nie podobała się Antosiowi.

– Niesprzyjający kraj dla miłości, – orzekł, – ciągle jasno, kiedy tu młodzi na ksiuty mają chodzić?

Nie zna Antoś Polski. Nigdy nie był w Krakowie, Poznaniu, Radomiu, nawet w Piasecznie. Co tam mogło być ciekawego? Niech chamy przyjeżdżają do Warszawy rozdziawiać oczy, ale warszawiak czego na prowincję pojedzie? Co on, krowę będzie ogladał ?

I nagle przymuszony, zwiedził Antoś Bukareszt, Budapeszt, Paryż. Owszem, niezłe miasta, ale kudy im do Warszawy:

– Patrz pan, paryżanie niby też stołeczny naród, a nie mają tej śmiekałki co warszawiacy. Widziałem jak policjant na tym placu Kąkorduli faceta zatrzymał, za kołnierz do komisarjatu jak barana powlókł. Nie przyszło frajerowi do głowy glinę w dechę ugodzić, szmyrgnąć w bok. Wtedy publika niby to się rzuca glinę podnosić, depcze go trochę, tarasuje drogę, puszcza dopiero gdy śladu po tamtym już niema. Każde dziecko u nas na Powiślu wie, że tak się z gliną postępuje, a patrz pan te paryżaki – niby takie uczone – a nie znają tej podstawowej maniery.

Rumunja, Węgry, Jugosławja, Włochy, Francja, Norwegja, Anglja – zwiedził Antoś kawał Europy, a jednak w dyskusji politycznej ujawnia pewne nieotrzaskanie z geografją. Tłumaczy z zapałem:

– Teraz Grecy ruszą naprzód przez Gibraltar, wedrą się do Francji – i póóójdzie…

Albo:

– Powinni nas Polaków do Irlandji posłać!

– Chce pan znowu morzem jechać?

– Jak to? To do Irlandji niema szosy?

– Z geografji w szkole pan chyba nie był celującym uczniem, panie Antoś.

– Po djabła mi to. Sternikowi czy maszyniście powie się gdzie jechać – on już zawiezie.

Można poprawiać Antosia, że Albanja nie graniczy z Egiptem, że Indje nie leżą bezpośrednio u wylotu kanału Sueskiego. Zgodzi się. Omylił się. Lecz okropnie jest wzburzony, gdy ktoś opowiada jak poznał dziewczynę w Warszawie na rogu Ciepłej i Wolskiej.

– Kłamiesz chamie!

– Ależ naprawdę.

– Żebyś się w słup telegraficzny zamienił jeśli taki róg istnieje.

Co za obraza była gdy ktoś podał w wątpliwość czy on, Antoś, wie gdzie znajduje się ulica Furmańska. Jakto? Ta krótka uliczka, przylegająca do Bednarskiej, z kociemi łbami, z mizernemi klonami wzdłuż chodników, z knajpą tłustego Franusia pod 6-ym! Takich rzeczy może nie wiedzieć jakiś byk – pułkownik z cenzusem, ale nigdy szanujący się strzelec – warszawiak.

I rzucił Antoś śmiałe wezwanie:

– Jeśli mi ktoś powie ulicę cobym nie wiedział gdzie jest w Warszawie – przez cały tydzień nie zgłoszę się ani razu do doktora, choćby najcięższe ćwiczenia wypadały.

Mimo krzyżowego ognia pytań, nie doszło dla lekarza do tej katastrofy.

Dla Antosia Polska jest tylko dodatkiem do Warszawy:

– Patrz pan, – mówi, – że nasze miasto broniło się samo jedno dłużej niż całe państwo. A jeszcze przecie nie wszystkie nasze chłopaki były. Żeby nie ten co to przez radjo młodym wychodzić ze stolicy kazał – zostałbym i ja i inni z Powiśla, Woli, Targówka. No i przynajmniej o tydzień dłużej Warszawaby się trzymała.

Rad jest Antoś z każdej przetrzymanej przez Warszawę godziny, zrozpaczony z każdej rozwalonej kamienicy. Wszystkie zniszczenia w Polsce wydają mu się drobiazgami.

– Co tam Lublin, – macha lekceważąco ręką, – co tam Garwolin, Lwów – to nie takie potrzebne. Ale cała Chmielna w gruzach. Kiedy wrócimy, to gdzie się skórę znajdzie, gdzie człowieka ondulowanogo zapozna?

Ma Antoś pańską pogardę osobnika dobrze urodzonego w stosunku do motłochu. Przedstawiając się jakimś Szkotom, zawsze zaznacza:

– I am Warsaw – no prowincja!

I dziwi się gdy tą frapująca wiadomość nie wywiera należytego wrażenia.

Przyjechała do naszego miasteczka „Lwowska Fala”. Poszedł Antoś na przedstawienie, lecz nie chował potem swych spostrzeżeń w kieszeni:

– Mizeroty jedne! Ani to prezencji nie mają, ani tej dystynkcji scenicznej. Gdzie im do Faliszewskiego!

– Jednak publiczności się podobało.

– Ciemna masa bez zrozumienia żadnego. Biły te chamy z prowincji brawo aż im ręce puchły. Pewnie jak nic naprawdę dobrego nigdy w życiu nie widziały. Zobaczyliby rewję w kinie „Kometa,” albo w „Bajce”, na Żelaznej – te były rewje! Owszem, starają się ci lwowiacy, ale tego drygu, tej aparycji potrzebnej nie umieją.

Pouczająco jest słuchać wspomnień Antosia z cywila. Pracował w stacji obsługi Fiata na placu Piłsudskiego.

– Jak się panu tam zarabiało, panie Antoś?

– Och doskonale! Zajeżdża limuzyna, widzę po tablicy ze z Kieleckiego. Wychyla się gruby facet i dyspenuje: „2 litry castrolu !”. „Na rozkaz panie dziedzicu, już się robi!” Ale naco takiemu frajerowi castrol ? Czy on się pozna, oceni? Niosę mu blaszankę oliwy po złoty dwadzieścia litr, leję: „Voila! Gotowe panie dziedzicu!”. I gość płaci 9 zł 80 gr. bez zająknienia.

– No, a gdy gość był warszawiakiem?

– Też się nabierało, ale nie z taką przyjemnością.

A ile razy właściciel samochodu zostawiał je w garażu, mówiąc: „Proszę wóz nasmarować, ja zajdę do „Złotej Kaczki”, posiedzę, tam godzinę”…

– Wtedy ja też siadałem, – wspomina Antoś, – wstawałem dopiero by wziąć forsę od faceta. Poważna była firma, rachunek się pisało na stemplowanym blankiecie, no to i każdy miał zaufanie!

Ponieważ jestem też z Warszawy, i do tego z Rozbratu (nie tak szykowna ulica jak Czerniakowska czy Solec – ale jednak Powiśle), więc Antoś zaszczyca mnie niekiedy wieczorami rozmową. Gdy sobie podpije, gdy w wielkiej ciemnej hali unosi się gwizdliwe chrapanie i smród spoconych nóg, Antoś odnajduje poomacku moją pryczę, przykuca, przyjmuje papierosa i szepce:

– Jak pan myśli, odbudują Warszawę?

– No pewnie, murarzy przecie nie zabraknie.

– Nowy Świat, Marszałkowską to oczywiście; ale czy na Tamkę, Solec znajdą się pieniądze? Wiadomo, jakieś chamy będą forsą dysponować, mogą nie zrozumieć, że to konieczne, najważniejsze…

– Em, wytłumaczy się im kijem…

– Kiedy weź pan taki Kercelak. Spalony podobno docna. Postawią nowe kramy, ale to będzie do niczego. Kradzione gołębie, rowery, stare ubrania sprzedawać w nowych budach – to nie wypada, to już będzie nie to.

Tak, wszystko już będzie nie to, nie to…

– Jednak, panie Antoś, do tej innej Warszawy pojedziemy – choć i przez morze.

– Koniecznie trzeba będzie morzem?

– Jakże inaczej, przecie siedzimy na wyspie!

– No to nawet okrętem. Ale jak pan myśli – może jaki most do tego czasu zbudują?

KAROL ZBYSZEWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close