WE WRZEŚNIU
Księga ponurych niedopowiedzeń1)

O „Kampanji wrześniowej 1939 w Polsce” gen. Mieczysława Norwida-Neugebauera

PLAN WOJENNY

Dyplomatyczne i gospodarcze przygotowanie wojny było więc jak najgorsze. Winne temu były przedewszystkiem czynniki wojskowe, albowiem, po pierwsze, nikt tyle nie miał do powiedzenia w Polsce co marszałek Śmigły-Rydz, po drugie, bo takie biedy polityki zagranicznej, jak sprawa Słowacji, takie spóźnienia polityki gospodarczej, jak budowanie własnego przemysłu zbrojeniowego kiedy już na to było za późno, kiedy lepiej było u obcych zakupić broń, samoloty, dokonane zostały właśnie przy walnej ingerencji czynników wojskowych2).

Te wszystkie sprawy, choć tak podstawowe dla klęski wrześniowej, porusza gen. Norwid-Neugebauer jedynie mimochodem. Trzyma się bowiem bardzo ściśle tematu jaki sobie zakreślił: samej kampanji. Dla konstrukcji książki napewno słusznie. Niema jednakże myślącego czytelnika polskiego, któryby poza tą konstrukcję nie wybiegał, nie pytał, nie badał.

Ale oto dochodzimy skolei do spraw, które książka gen. Norwida-Neugebauera ujęła bardzo dokładnie. To już wydarzenia wrześniowe. To to co było we wrześniu. To kampanja. A najpierw, dwa plany kampanji: polski i niemiecki.

Jakżeż wygląda plan tej kampanji?

Nie posiadam, niestety, tego wykształcenia wojskowego któreby mi pomogło dokonać fachowej krytyki planu, z jakim nasz sztab przyjął dzień 1 września. Gen. Norwid-Neugebauer, dawny towarzysz marszałka Śmigłego-Rydza, wyraża się o tym planie możliwie powściągliwie. Ale wyraźnie przeciwstawia mu „przejrzystość celów”, jaka cechowała – jego zdaniem – plan niemiecki. O polskim powiedzieć tego nie próbuje.

Istotnie. Pobieżne nawet przyjrzenie się polskiemu „planowi” dowodzi, że jeśli „planem” nazywamy coś co ma pewną myśl przewodnią, zadania, cele do osiągnięcia, to planu – nie było.

Poprostu, wzdłuż olbrzymiej granicy niemiecko-polskiej porozstawiano, jak była długa, szeroka i wygięta, to co miano wojska. Nieco za tem postawiono mgławice odwodów. To było wszystko. Zamiarem pierwszym było bronienie wszystkiego. I Śląska – bo węgiel, i Krakowa – bo tradycja, i Gdyni – bo morze, i Poznania – bo taki polski. Zamiarem następnym był odwrót w głąb kraju, na linje rzek, t.j. Wisły – jak mawiali jedni. Bugu – jak sądzili pesymiści. Tu należało czekać na deszcze, zimę, pomoc sprzymierzonych i dalszy bieg wydarzeń. Oto był plan polski w swej „myśli przewodniej”.

Nie kto inny ale gen. Norwid-Neugebauer wysuwa w stosunku do niego szereg pytań, które są szeregiem zastrzeżeń. Jest to strona tak bardzo fachowa książki, że nie próbujemy jej skomentować. Zwracamy uwagę czytelnika na co innego. Oto gen. Norwid-Neugebauer daje najwyraźniej do poznania, że owo rozstawienie wojsk wedle linji granic i owo bronienie wszystkiego było dowodem, że plan polski nie miał idei strategicznej. Na owym planie wojskowym zaważyły – jego zdaniem – inne względy. Wzgląd na opinję publiczną. Na wrażenie, jakie wywoła w kraju oddanie Gdyni, Krakowa czy Poznania. „We wszystkich sercach polskich mogła być tylko jedna odpowiedź: nie” – pisze na str. 49. Ale, choć wojskowy, sam dodaje: „tajemnica wojskowa jest obowiązkiem, ale nie byłoby wykroczeniem zasięgnąć opinji niektórych przedstawicieli narodu i utwierdzić się w przekonaniu że społeczeństwo zdecydowałoby się na ofiarę przejściowego opuszczenia połowy kraju. Zmieniłoby na decyzję wyboru krótszej i terenowo wygodniejszej linji obrony”.

„Krótszej i terenowo wygodniejszej”. T.zn. takiej, która kosztowałaby nas mniej krwi przelanej rozrzutnie, Niemców zmusiła do cięższych ofiar, umożliwiła zatrzymanie ich rozpędu. Przyznaje to generał i były minister rządów pomajowych. Tragiczne wyznanie! Bo przecież poto właśnie zerwaliśmy z sejmem, aby na najważniejsze decyzje państwowe nie miały wpływu nastroje powszechne, opinje mas, ale a jedynie „względy rzeczowe”. Okazało się jednak, że gdy przyszło do decyzji najważniejszej, ugięto się wobec nastrojów najpowszechniejszych. Może szlachetnych, ale najgłupszych. Liczono się z niemi. To nas kosztowało. I minister rządów pomajowych uważa dzisiaj, że trzeba było omówić te sprawy z przedstawicielami narodu, że wtedy można było uzyskać poparcie, wytłumaczyć społeczeństwu odwrót.

Kogo ma na myśli gen. Norwid-Neugebauer, mówiąc: „przedstawiciele narodu”? Mam nadzieję, że nie płk. Wendę, nie mjr. Galinata i nie „Ozon”. Myślę, że mowa jego jest żołnierska i że ma na myśli prawdziwych przedstawicieli narodu, t.j. takich, których sam naród, w sposób nieskrępowany, wybrał. Jeżeli tak, to nigdy jeszcze instytucja parlamentu nie została uznana za tak pożyteczną, jak w owem skromnem zdaniu pomajowego ministra. T. zn., że rządząc wespół z przedstawicielami narodu można było w pewnym momencie oddać wrogowi połowę ziem polskich i jednak nie załamać tem psychiki narodu. Można było wykonać plan wojskowo lepszy. A przeciwnie, rządy wojskowe, które nie uznawały przedstawicieli narodu, nie znalazły w sobie dość mocy by wykonać taki plan wojenny, któryby zmusił wprawdzie do bolesnego psychicznie odwrotu, ale zato dawał szanse walki planowej, czyli skutecznej.

Dochodzimy tu do następującego wniosku. –

1) Czynniki wojskowe uważały, że najlepszym planem strategicznym byłoby wycofanie się dalekie wgłąb, oparcie się na linjach rzek.

2) Liczyły się jednak z reakcją społeczeństwa, które oddania bez walki Krakowa, Śląska, Gdyni i Poznania łatwoby nie zniosło.

Nb., owe „nastroje społeczeństwa” wywołały i rozdmuchały one same. Jeśli nieczytalne pisma rządowe i nieodpowiedzialni publicyści rządowi wmawiali narodowi tak długo że mamy arcygenjalnego wodza, znakomitych dowódców, zapiętą „na ostatni guzik” armję, pełne arsenały, to tą bezmyślną robotą, nakazaną zgóry, utrudniali zadania armji, nie przygotowywali narodu. Przemowa Churchilla po objęciu władzy, z zapowiedzią trudu, znoju, łez i krwi, była lepszą lekcją wychowawczą. O, tylko wielcy durnie, albo wielkie łajdaki, mogą rezonować wzniośle: „nie mamy się czego uczyć od obcych!”.

W rezultacie planu nie było. Była nakazana walka na granicach z cofaniem się w głąb kraju, ku nowym linjom obronnym. Ustalając to, sztab polski zapomniał o dwóch rzeczach. O tem, że niemieckie kolumny zmotoryzowane posuwają się szybciej niż piechota polska i że szybciej niż ona dotrą nieraz do nowych linij. A dalej i o tem, że żołnierz polski jest znacznie lepszy w natarciu niż w odwrocie…

W ten sposób, w owym kompromisowym półplanie, z jakim nas zastał wczesny świt września, nie doceniliśmy i właściwości przeciwnika, i właściwości naszego żołnierza.

PIERWSZY OKRES KAMPANJI

Trzon książki gen. Norwida-Neugebauera poświęcony jest, niestety, nie owej „licytacji” przedwrześniowej, jaka poprzedziła kampanję, tak jak w bridżu licytacja poprzedza rozgrywkę, a właśnie rozgrywce, czyli samej kampanji. Ci wszyscy którzy rozumieją wraz ze mną, że kampanja wrześniowa nie została przegrana we wrześniu, ale przed wrześniem, zapewne odczują tu zawód.

Albowiem owa kampanja, nieprzygotowana nowocześnie, pozbawiona jasnego, konsekwentnego planu, ma ogromnie mało walorów, jeśli chodzi o strategję. Jak mało walorów strategicznych przedstawiały walki Europejczyków z plemionami najbardziej bohaterskich Indjan w Ameryce, tak samo bez znaczenia strategicznego musi być każda walka, gdzie dysproporcje uzbrojenia sprawiają, że o zwycięstwie decyduje nie genjalność dowodzących, ale wyższość techniczna ich oręża. W r. 1920 mogliśmy marszem na Siedlce zajść na tyły armjom sowieckim z przedpola Warszawy i Płocka, albowiem i my i oni znaliśmy, jako środek przerzucania mas wojska, albo miłego konika, albo tyle sławione jeszcze wciąż w pieśni żołnierskiej „własne nogi dwie”. I my i oni. Sytuacja była wyrównana. Ale w 19 lat później, nowy nasz przeciwnik przerzucał motorami ogromne siły swego wojska w tempie takiem, że wobec niego najmądrzejsze nawet myśli strategiczne były skazane zgóry na niewykonanie. Samolot dokonywał reszty. Napoleon niewieleby wskórał wobec przeciwnika uzbrojonego w karabin maszynowy. Być może, że na naszych grach wojennych wykrzesały się jakieś wielkie talenty strategiczne. Ale karygodne, niechlujne, kołtuńskie, zlekceważenie nowoczesności, wynalazku, myśli ludzkiej jako środka do wygrywania wojen, przez wielbicieli drylu, pomściło się fatalnie na nich samych. Nie mogli nigdy rozwinąć swych talentów w sposób szerszy. Kto wie, może strategicznie niejeden z naszych generałów nie był gorszy od niemieckich? Nie dowiemy się tego nigdy: bo niemieccy, niestety, dali lepszy od naszego dowód zrozumienia czem jest technika współczesna, nauka i myśl w służbie wojny.

Natomiast każdy z zainteresowaniem przeczyta te luźne uwagi, jakie przy omawianiu chronologji wypadków poświęca gen. Norwid-Neugebauer dowodzeniu naczelnego wodza. Uwagi te cechuje niewątpliwie najszlachetniejsza powściągliwość w krytykowaniu pokonanego. A jednak trudno jest nie wytknąć tego, że naczelny wódz scentralizował szkodliwie dowodzenie w swoim ręku, że rozkazy parokrotnie odwoływał i cofał, że zastrzegłszy sobie decyzję w sytuacji, która raczej wymagała paru ośrodków decydowania, na różnych odcinkach frontu, sam czynił z niej użytek w sposób jak najdalszy od zdecydowania.

Pod tym jeszcze względem wydaje się że naczelny wódz tej kampanji nie korzystał z taktyki Marszałka Piłsudskiego. Marszalek, człowiek o niezwykłej osobowości, właśnie dawał podkomendnym ogromnie wiele wolnej ręki. Był on raczej zwolennikiem koncepcji Moltkego starszego, który swym dowódcom armji zostawiał szeroki margines do własnych decyzyj, niż Napoleona, który centralizował decyzję we własnym ręku i nawet swoim marszałkom dawał minimum inicjatywy własnej. Dzieje odwrotu z Kijowa były klasycznym przykładem tej moltkowskiej taktyki Marszałka. Śmigły-Rydz uważał jednak widocznie, że łatwiej mu pójdzie naśladowanie Napoleona, niż naśladowanie Piłsudskiego.

Kto wie; zagadnienia osobowe mają wpływ wielki. W Polsce było dwóch generałów, których Śmigły-Rydz prześcignął w swojej karjerze. Gdyby byli powołani na czas do armji, zapewne liczyłby się z ich zdaniem bardziej niż z poglądami swoich wychowanków, od niedawna ozdobionych generalskim wężykiem. Sikorski, postawiony na czele np. armji północnej, miałby wtedy może de facto większy zakres samodzielności? Sosnkowski, postawiony w Poznaniu, może działałby jeszcze skuteczniej niż potem nad Wereszczycą?

Ale marszałek Śmigły-Rydz uważał, że Polskę we wrześniu 1939 r. stać w pełni na luksus pozostawienia dwóch najdoświadczeńszych generałów polskich w jak najdalszym odwodzie.

NACZELNY WÓDZ OPUSZCZA STOLICĘ

Wojna nieprzygotowana, rozpoczęta z „planem”, który miał wszystkie złe strony kompromisu pomiędzy tem czego wymagało położenie i strategja a tem co dyktowały nastroje, dała od pierwszych dni niewstrzymany ciąg klęsk.

Wojska niemieckie rozpruły front polski na każdym kierunku uderzenia. Niemieckie oddziały zmotoryzowane z Opola znalazły się dn. 6 września o kilkadziesiąt kilometrów od Wisły; wojska polskie, cofające się z Poznania, by zatrzymać się na tejże Wiśle, były oddalone od niej o km 150. Wojska polskie mogły więc dojść do Wisły najwcześniej za trzy dni, wojska niemieckie najpóźniej za sześć godzin.

W tym momencie naczelny wódz opuszcza stolicę w kierunku na wschód.

Nie mamy zamiaru twierdzić że zawsze i wszędzie naczelny wódz ma trwać w stolicy. Tak samo jak wcale nie uważamy by zawsze, w razie klęski, naczelny wódz powinien ginąć. Książę Poniatowski oddał Warszawę Austrjakom w r. 1807, Jan Kazimierz oddał ją Szwedom w r. 1655. Poczytajmy jednak co o tem sądzi gen. Norwid-Neugebauer (str. 84-85), a wtedy trudno będzie nie przyznać racji jego słowom krytycznym. Wszystko, istotnie, wymagało właśnie wtedy bliskiej obecności naczelnego wodza. I plan akcji, by wojska poznańskie wpadły na tyły owych zapędzonych nad Wisłę i oderwanych od własnej piechoty kolumn motorowych; i wzgląd na trudności porozumienia się z kwaterą główną – i tak już wielkie, tem większe w razie przenosin, które stały się potem wielokrotne. I wreszcie wzgląd na opinje kraju. Brał go pod uwagę marszałek Śmigły-Rydz jeszcze parę tygodni temu kiedy porozstawiał wojska wzdłuż granic, a nie na jakiejś linji obronnej, aby społeczeństwo nie powiedziało że oto oddaje Kraków, Poznań czy Gdynię. Kosztowało nas to wiele ofiar daremnych. Opinji kraju nie wziął pod uwagę wtedy, gdy chodziło o niego samego. Tym razem ofiary były mniejsze.

Wódz pozostający w mieście frontowem, bombardowanem, byłby wodzem nieszczęsnym, lecz mężnym. Dowodów przewidywania, energji, rozumu, decyzji, nie dał. Mógł dać jeszcze jedną rzecz – przykład męstwa. Tego nie dał także. Pozostawił armje walczące na przedprożu Warszawy, nad „smutną rzeką Bzurą”, pod Kutnem toczących bój rozpaczny. Jakieś Maciejowice rozwleczone nie na jeden, ale na szereg dni. Jakąś Małogoszcz idącą w setki tysięcy. Tu generałowie i pułkownicy nie poszli śladami swego marszałka. Odpowiedzialni w znacznie mniejszym stopniu za nieprzygotowanie armji, czasem nawet i nieodpowiedzialni, wzięli na siebie chłostę wojny. Czuli może, czego nie czuł Śmigły-Rydz, że owo nieprzygotowanie wojenne zapamięta nieszczęśliwy naród. Ci odgrodzili się od Zaleszczyk. Ginąc w szarżach kawaleryjskich na czołgi niemieckie, popełniali samobójstwo heroiczne, harakiri samurajskie za to co było. Bo doprawdy, jeśli kto mówi że była to „najkrwawsza dla Niemców bitwa w całej dotychczasowej wojnie”, nie wolno zapominać o tem, że owa bitwa, tak krwawa dla Niemców, – które w tej wojnie bitew krwawych prawie nie mają, – była dziesięciokrotnie tak krwawa dla Polaków. Żołnierz polski, mając przeciwko sobie samoloty, czołgi, olbrzymią przewagę artyleryjską, piechotę nie wyniszczoną uciążliwemi marszami, walczył nieraz bez takich pomocy, jak kuchnie, lazarety, uzupełnienia amunicji. W tych warunkach trzeba wiele uporu by szukać w tem morzu krwi jakiegoś strategicznego manewru, jakiejś myśli wodzowskiej. Nie była to bitwa wojenna. Była to narodowa, dobrowolnie przyjęta na siebie, rzeź. Straszliwy Sedan bez kapitulacji. Tragiczne Waterloo bez Napoleona. Maciejowice, od tamtych stokroć krwawsze. Biała Góra żołnierza polskiego.

Nieraz bowiem to już on tylko dowodził. Ostatnim dowódcą obrony Sochaczewa nie był żaden generał, żaden oficer. Był nim – pisze gen. Norwid-Neugebauer – jakiś starszy strzelec. A obrona Sochaczewa – pisze płk. Roman Umiastowski w nr. 57 „Wiadomości Polskich” była – ogromnie ważnem zadaniem…

WÓDZ OPUSZCZA WALCZĄCE ARMJE

A gdy zagrzmi nad miastem dział huk,
On rycerzy ginących porzuci;
Z arki kraju wyleci jak kruk,
Strząśnie skrzydła, do arki nie wróci…

Jest to wiersz Słowackiego, mówiący o gen. Krukowieckim, który oddał Warszawę wojskom kniazia Paskiewicza-Erywańskiego we wrześniu (fatalny miesiąc) 1831 r. I jego, i Czartoryskiego, i innych wodzów powstania potraktował polski poeta bardzo surowo. Nikt mu jednakże wtedy nie powiedział, że nie ma prawa o tem mówić, bo to nie jego ale wojskowych sprawa i że poeta na tem się nie zna. Sto lat temu społeczeństwo i emigracja polska były na zbyt wysokim poziomie umysłowym, aby występować z tak niedorzecznemi zarzutami i robić ze świeżej klęski „tabu”, o którem wolno wypowiadać sądy wyłącznie generałom. Jednak, ówczesne oddanie nie było ani w części tem czem przekroczenie granicy rumuńskiej przez naczelnego wodza dn. 17 września 1939 r.

Znowu jest to sprawa, którą omawia gen. Norwid-Neugebauer wyłącznie z punktu widzenia wojskowego. I właśnie, z punktu widzenia wojskowego, najwyraźniej ją potępia. „Wojsko polskie – pisze swym powściągliwym obyczajem na str. 130 -znalazło się w dziwnej sytuacji. Pozbawione jest naczelnego dowództwa. Skąpa w ostatnich czasach orjentacja o ogólnej sytuacji ustaje zupełnie. Armje działają wedle otrzymanych poprzednio dyspozycyj i pośrednio przekazanych wskazówek z dn. 15 września”.

Ale wojskowe omówienie tej sprawy nie wyczerpuje jej, tak samo jak omówienie kampanji wrześniowej dokonane z punktu widzenia czysto wojskowego jest omówieniem zbyt ciasnem, zbyt skąpem, omówieniem, któremu brakuje clausewitzowskiej szerokości ujmowania spraw wojennych. W czasach kiedy wojna jest totalna, t.zn. nie tylko wojskowa, ale psychiczna, społeczna, gospodarcza i jaka jeszcze – taki sposób zacieśniania omówienia jest anachronizmem tej samej klasy co lanca ułańska, piechota bez czołgu i bagnet w epoce pistoletu automatycznego. Po wsze czasy zresztą zachowanie się naczelnych wodzów było przedmiotem rozważań pozawojskowych.

A istotnie, jak powiada gen. Norwid-Neugebauer, wojsko polskie znalazło się „w dziwnej sytuacji”. Nie tylko zresztą wojsko. Cała Polska, jej armja i jej naród, znalazły się w rzeczy samej w sytuacji, którą chcąc nazwać najłagodniej w świecie, można nazwać co najmniej sytuacją „dziwną”. Takiej sytuacji -wiedziało o tem każde dziecko polskie -nie miała bowiem Polska w toku tysiąca lat swej historji. Ta Polska pamiętała, że jeden jej król i naczelny wódz poległ na czele swych szyków na polach bałkańskiej Warny, a jego ojciec, w walce na polach Grunwaldu narażał życie. Polska pamiętała męstwo swych królów na polu walki. Pamiętała i klęski, chwały pełne. Pamiętała, że siwowłosy Stanisław Żółkiewski, hetman wielki koronny, padł na polach Cecory, że sędziwy Jan Karol Chodkiewicz, hetman wielki litewski, zmarł w oblężonym i prochów pozbawionym Chocimiu, że Stefan Czarniecki brał buławę na łożu śmiertelnem w polu, że syn hetmański zginął pod Żółtemi Wodami, a dwaj hetmani dostali się pod Korsuniem do niewoli kozackiej. Prawda, były i Piławce. Ale pozostały po wiek wieków synonimem hańby. Wieczną plamą na szlachcie polskiej pozostanie pamięć owego obozu, z którego uciekano w panice, pozostawiając srebra, dywany cenne i mienie na łaskę czerni. Ale nowa szlachta rządząca nową Rzeczpospolitą sreber i dywanów nie zostawiała. Wiozła je z sobą.

Polska miała nie tylko tak dalekie wspomnienia. Jeden z jej naczelnych wodzów podniesiony był półmartwy na polach Maciejowic, z ośmioma ranami od spis kozackich. Inny, ranny parokrotnie, zatonął w nurtach Elstery. Inwalida z nogą drewnianą, generał napoleoński, padł w kościółku na Woli. Traugutt zawisł na szubienicy. Takie rzeczy nazywał Marszałek Piłsudski „imponderabiliami”. Takich „imponderabiliów” wymagała Polska dn. 17 września 1939 r. Do rozporządzenia naczelnego wodza było jeszcze owego dnia sześć samolotów. Mógł udać się niemi do bohaterskiej Warszawy, mógł przedostać się nad Wereszczycę. (Najwięcej mający władzy, największym cieszący się ongi posłuchem u narodu, największą dźwigający odpowiedzialność, był najbardziej winny. Jeśli się mówi o błędach dyplomatycznych Becka czy gospodarczych Kwiatkowskiego, to zapominać nie można, że jeden wyraz woli marszałka Śmigłego-Rydza wystarczał do usunięcia ich w ciągu dwudziestu czterech godzin. Mógł. Nie chciał. To znaczy akceptował).

Taka decyzja naczelnego wodza nie byłaby zapewne strategiczna. Ale byłaby polityczna i heroiczna. Gdyby zginął, byłby tragicznym bohaterem szekspirowskiej miary. Gdyby dostał się do niewoli, byłby ekspiował. Rząd limuzyn walących do Rumunji byłby wtedy przesłonięty tym marszałkowskim gestem. Kondukt zaleszczycki, otwierany Packardem naczelnego wodza, przeszedł, niestety, do historji Polski. A ponieważ sąsiaduje z Warszawą, z Helem, z walką kobiet i dzieci nieletnich, jest tem straszliwszym wyrzutem.

Śmigły-Rydz przegrał swą rolę w historji Polski. Pewno, że w odróżnieniu od tylu krajów, które na tem źle nie wyszły, Polska nie miała szubienic, nie stawiała gilotyn, i w Polsce zawsze wszystko rozłaziło się – niestety! – po kościach. Jeśli za rok, za dwa, wrócimy do kraju, okrucieństwa sowieckie i niemieckie przesłonią nawet i Wrzesień. Nie; nic nie grozi byłemu naczelnemu wodzowi. Ale nawet najgorętsze krzątanie się, puszczanie plotek, doklecanie legendy przez tych co przy nim robili karjery, niewiele już pomoże! Nato by naród polski mógł wybaczyć Rydzowi, musiałby sam spodleć. A bohaterstwo, jakie nasz naród pokazał podczas tej właśnie wojny, jest dowodem, że na spodlenie Polaków jeszcze się nie zanosi.

WNIOSKI I NAUKI

Wydanie książki gen. Norwida-Neugebauera, choć książka ta ujmuje temat tak zawodowo, tak wąsko, choć jest ogromnie powściągliwa w swych sądach i krytykach – jest zjawiskiem bardzo szczęśliwem.

Mylą się bowiem ci co sądzą że uda się stłumić w opinji publicznej wszelkie rozmyślania na temat Września, albo też że uda się to przedstawić jako wzór postępowania na przyszłość. Nie można zapobiec aby ludzie nie myśleli i nie mówili o Wrześniu. I rozumny człowiek będzie wolał, aby dyskusja o tem toczyła się w pełnem świetle dziennem, na przewiewie odmiennych zdań, wypowiadanych z argumentacją i umiarem, niż w tajni zakamarków, w niezdrowym odorze plotek i bajań. Lepiej o tem pisać otwarcie.

Jeśli chodzi o ocenę Września, prawdopodobnie najtrafniejszą formułą byłaby następująca: naród zdał egzamin ze swego bohaterstwa jak najwspanialej; rządzący ze swych zdolności państwowych zdali fatalnie.

Albowiem, jeśli podnosimy plusy kampanji wrześniowej, mówimy zawsze o heroiźmie żołnierza czy oficera polskiego, o bezprzykładnem męstwie kobiet i dzieci, o harcerzach broniących Katowic kiedy już armji nie było, o kosynierach Gdyni, o ludzie warszawskim. To wszystko dał naród. Konkretnie, dała to polska rodzina, polska matka, polska szkoła powszechna i polska tradycja. Państwo i armja otrzymywały od narodu obywatela i rekruta, czy oficera rezerwy, wychowanego w idei czynnego patrjotyzmu, a nie pacyfizmu, jak np. we Francji. Jeśli ten żołnierz potem ginął heroicznie, a nie uciekał, było to zasługą narodu.

Gorzej zdały egzamin agendy polskiego państwa. Przedewszystkiem ci co mieli przygotować wojnę. Nie umiano u nas żołnierza odpowiednio uzbroić; nie umiano korzystać z lekcyj sąsiadów, z przykładu wojen i kampanij lat ostatnich; nie umiano przestawić naszej gospodarki na potrzeby zbrojeniowe; lekceważono zdobycze techniczne i ich rolę w wojnie; nie było koncepcji wojennej; nie było planu; nie było informacyj o planach sąsiadów, jak chociażby Rosji. Nasz wywiad, mimo zręcznej reklamy jaką się zawsze umiał otaczać, znacznie mniej inteligentnie pracował poza granicami państwa, niż w intrygach wewnętrzno-polskich, tak go niestety absorbujących. Otóż tych olbrzymich błędów, popełnionych przez rządzących, nie wolno bronić heroizmem narodu. Jeśli w obronie Warszawy ginęły kobiety, a za obronę Katowic rozstrzeliwano dzieci polskie, to zasłanianie ich heroizmem owego raidu limuzyn na Zaleszczyki byłoby doprawdy świętokradztwem. Jakże to więc? Ich śmierć, która nastąpiła właśnie z winy nieprzygotowania tamtych, miałaby jeszcze na dodatek bronić honoru tych co mogli wszystko, nie zrobili nic i uciekli? Czy to jednak jest zupełnie w porządku?

Chyba nie. Heroizm kobiet i dzieci, ludności cywilnej i ochotników, nie może służyć za parawan najhaniebniejszym stronicom naszej historji. Było jedno i było drugie. To co naród dał rządzącym, stało na wyżynach bohaterów Plutarcha. To co rządzący zrobili z tem co dał naród, osiągnęło dno upadku historji Polski.

Upadek dawnej Polski w XVIII w. był kompromitujący jeszcze bardziej dla narodu, niż dla państwa. Ówczesny rozkład państwa był skutkiem rozkładu narodu, jego spodlenia w jurgieltach, jego ciemnoty, jego niechęci do walki. Kościuszko, zwolennicy trzeciego maja, znajdowali się w znacznej mniejszości. Państwo musiało upaść skoro jego ludzkie podstawy były przegniłe.

Upadek Polski w w. XX był kompromitujący nie dla narodu, ale dla rządzących. To rządzący nie umieli wyzyskać tego co tak ofiarnie niósł obywatel, ilekroć powiedziano mu że wolność tego wymaga. To rządzący odsunęli tego obywatela od głosu. Oni zmarnowali jego heroizm. Pod jarzmo popadł nie naród przegniły, ale zdrowy jak mało który w Europie. I to właśnie było tragedją Września.

WNIOSKI KONKRETNE

Na Wrzesień należy patrzyć jak na wielką lekcję historji.

Czegóż ona nas uczy?

Uczy nas tego że nie wystarcza heroizm narodu. Konieczne jest dobre operowanie tym heroizmem przez państwo. Uczy nas że państwo nie kontrolowane przez naród nie wychodzi na tem dobrze. Uczy nas że można najofiarniej łożyć na armję, ale że to nie wystarczy. Trzeba by obywatel badał jak armja zużytkowuje owe nakłady, czy buduje za nie armaty, czy yacht-kluby augustowskie.

A wreszcie uczy jednej jeszcze rzeczy. Jak fatalne są rządy wojskowe. Jak złym systemem jest wydobywanie z kadr oficerskich premjerów, ministrów, dyrektorów i starostów. Fatalnym dla kraju i dla armji. Anachronizmem, który jest obcy i państwom demokratycznym, i ustrojom totalnym, a który pojawia się chyba tylko w tworach półtotalnych, czy ściślej mówiąc, policyjnych. Jest to schorzenie polityczne. Ciężki, niebezpieczny ropień. Tem niebezpieczniejszy, że trudny potem do usunięcia.

Armja może wynieść z tej srogiej lekcji dziejowej bardzo wiele korzyści. Może ocenić w pełni czem jest zastosowanie nowoczesnej techniki, nauki, fachowości, do wojny i do wojska. Może program wyszkolenia w armji oczyścić z zabytków zeszłowiecznych. Może wyszkolić żołnierza piechoty raczej do kroczenia współ z czołgiem, niż maszerowania paradnym krokiem na defiladzie. Może z tego żołnierza uczynić kierowcę samochodowego, i radjotechnika, i spadochroniarza, obznajmić go z obsługą czołgu i miotacza ognia. Może wykształcenie oficerskie wesprzeć dyplomem inżynierskim z tej czy owej dziedziny. Może wyciągnąć konsekwencje z tego, że jeden żołnierz w lotnictwie ma się dzisiaj w stosunku do jednego żołnierza w piechocie, jako wartość wojenna, jak 100 do 1. I położyć cały nacisk nie na kawalerję, która z całym swym heroizmem tyle nas kosztowała, a tak mało nam dała, nie na ulubioną piechotę, ale na bronie motorowe, pancerne, lotnictwo. Już teraz. Właśnie teraz. Oto jak armja może skorzystać z lekcji Września.

Może z niej również i nie skorzystać. W Polsce niejedna nauka poszła już w las! Możemy dalej lubować się w koniku, w defiladzie, w mustrze. Możemy dalej cierpieć na przerosty sztabów. Hodować olbrzymie brzuszyska kosztem młodych mięśni. Możemy dalej uważać to co było za ideał, do którego trzeba wrócić jak najśpieszniej. Dalej patrzyć z pogardą na czołg, na samolot, na radjowy „drucik”, i nie chcieć nic wiedzieć o nowych broniach. Wszystko oprzeć na dyscyplinie, możliwie odruchowej i bezmyślnej. Możliwie mechanicznej.

Niestety, nie wszystkie mózgi są zdolne do tego, by brać naukę z doświadczeń! Ale są jeszcze pozatem ludzie młodzi, i ludzie którzy przemyśleli Wrzesień. Ci właśnie mają wtedy obowiązek przeciwstawić tamtemu konserwatyzmowi jednolitą postawę. Choćby ich rola była nie wiedzieć jak mała. Należy w naszej opinji publicznej – a tą jest każdy Polak – szerzyć właściwy pogląd na przyczyny klęski wrześniowej, domagać się w każdej dostępnej formie unowocześnienia armji, zwalczać w każdy możliwy sposób – krytyką, polemiką, ośmieszaniem, dyskusją – wszystko co służy kontynuowaniu starych metod, starych wad, starych obyczajów i co może poprowadzić Polskę tylko do nowej klęski.

Zadanie takie spoczywa dzisiaj na każdym Polaku. Niech pamięta on, że jest to walka o przyszłość Polski, że za nim stoi cały Kraj który mówić nie może i cierpi. Że za nim stoją ci wszyscy, którzy we wrześniu 1939 r. dali swą krew tak ofiarnie i których zgon bohaterski mógłby być wojskowo wyzyskany o ileż lepiej.

Myśl, mów, czyń.

Miej odwagę swego zdania.

Inaczej nawet ta klęska narodowa nie ocuci narodu, i nasze dzieci za lat dwadzieścia ten sam los spotka.

KSAWERY PRUSZYŃSKI.

————-
1) Por. „Przed Wrześniem” w nr. 60 Wiadomości Polskich”.
2) Mówię : czynniki wojskowe, albowiem jest rzeczą powszechnie znaną że marszałek Śmigły-Rydz był człowiekiem mało wybitnym, iż faktycznie poprzez niego rządziło i decydowało jego najbliższe otoczenie wojskowe, samo zresztą przeciętne i poddające się sugestjom innych. Nie interesuję się w tej pracy, kto i w jakiej mierze oraz w jakich dziedzinach wpływał na marszałka Śmigłego-Rydza; to inne zagadnienie. Ale jak nie leży mi na sercu „oczyszczenie” b. naczelnego wodza, tak samo nie chciałbym aby moi czytelnicy mniemali, że on i tylko on wszystkiem kierował i że sam jeden jest odpowiedzialny.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close