Wieczny tłumacz

Część z nas, literatów, uniosła zagranicę trwożne głowy, część pozostała w kraju. Co też tam oni robią, jak i z czego żyją, czy sprzedają naprzykład papierosy, czy są kelnerami, czy też piszą, pracują w swoim fachu? Makuszyński, Nałkowska, Parandowski, Nowaczyński, Kaden i ilu ich tam jest w tej bardziej jeszcze niż poprzednia, przypadkowej akademji literatury…

Tadeusz Boy-Żeleński

Tadeusz Boy-Żeleński

Ot, niedawno śnił mi się Boy, zapewne w związku z niemądrą notatką o nim, którą zamieściło pewne pismo paryskie. Pono miał zaprzeć się polskości, pono zawarł we Lwowie pakt ze Stalinem czy z samym djabłem… Niewiele brakowało, by autor notatki puścił wodze fantazji i opisał ze szczegółami zawarcie tego krwawego paktu. Szkoda, notatka bowiem mogłaby zyskać na kolorycie, a tak pozostała sucha, krótka i… niemądra, jak się już rzekło powyżej. Nie wiem, kto ją napisał, ale wydaje mi się, że szanowny autor pewnie we Lwowie nie był ani podczas oblężenia, ani później przy wmarszu bolszewików, lecz poprostu pociągnął na Rumunję, przekraczając granicę w sakramentalnym dn. 17 września.

Tak się zdarzyło, że pozostawałem z Boyem w kontakcie dość bliskim i odwiedzaliśmy się wzajemnie pomiędzy jednym nalotem a drugim. Czytał niezmiernie wiele i… tłumaczył. Bez tego nie mógłby żyć Boy – wieczny tłumacz. Oprócz tego usiłował tłumaczyć także i zjawiska, których byliśmy świadkami, ale to tłumaczenie jakoś mu nie szło. Był bezradny i zdziwiony, nie umiał faktów przełożyć na język zrozumiały, jasny, precyzyjny.

W ciągu oblężenia zapomniałem o Boyu, porwany robotą, znękany trudnościami, które piętrzyły się coraz bardziej z dnia na dzień. Zresztą nagle zmieniło się wszystko: na ulice Lwowa wtargnęła brudna i obdarta czerwona armja, komisarze, pochody, transparenty, G.P.U., milicja, a na parkanach i kioskach pojawiły się plakaty, wzywające do rejestrowania się wszystkich zawodów zosobna, więc introligatorów, dentystów, plastyków, kuśnierzy, krawców, blacharzy, literatów, pracowników umysłowych i t. d. i t. d. Zapanował szał rejestracji, któremu ulegliśmy obaj z Boyem. Pomnę, po złożeniu generaljów w związku dziennikarzy usłuchałem jakiejś życzliwej osoby, która poradziła mi zarejestrować się dodatkowo także u literatów. To nie zaszkodzi bynajmniej.

Tamże, w brudnym lokalu Związku Literatów, spotkałem Boya, który poprzednio równie jak ja zarejestrował się u dziennikarzy. Wyszliśmy razem na ulicę smutną, markotną i zdziwioną podobnie jak my obaj. Stąpaliśmy w milczeniu, nie wiedząc, dokąd iść i poco. Nagle Boy przystanął i zaczął się żegnać ze mną.

– Dokąd pan idzie? – spytałem.

– Wie pan, spróbuję się zarejestrować u lekarzy… Przecież jestem doktorem! To także fach…

– W takim razie ja pójdę zarejestrować się w związku aktorów! To także fach…

– A pan oddawna już nie występuje? – spytał Boy.

– Nie tak dawno, jak pan nie leczy…

Zaczęliśmy się śmiać śmiechem wcale niewesołym. Środkiem jezdni jechały furgony pełne sołdatów, Kałmuków czy Kirgizów, patrzących osłupiałym wzrokiem na miasto, na wystawy sklepów, na kobiety, na wyelegantowane Żydówki, które wyległy z piwnic, ze schronów, po dwutygodniowem oblężeniu… Zdala nadciągał pochód, krwawy cały od chorągwi, od transparentów.

Pożegnałem Boya by odwiedzić go dopiero w pierwszych dniach października. Po drodze kupiłem sobie na ulicy jakiś samouczek rosyjski, jako że wtedy Lwów cały uległ manji uczenia się języka Tołstojów, Dostojewskich i Kaganowiczów. Nie było podwórza, nie było bramy bez kartek donoszących o otwarciu kompletów czy o lekcjach pojedynczych z gwarancją nauczenia do miesiąca najpóźniej. Boya zastałem także nad gramatyką rosyjską, otwartą na pierwszej stronie. Był starszy o dziesięć, lat i jakby jeszcze bardziej zdziwiony.

– Wie pan, te litery rosyjskie… Takie to trudne, takie nowe, takie obce…

Mam wrażenie, że nie szła mu ta nauka, że znacznie lepsze rezultaty osiągał, tłumacząc równocześnie któregoś z francuskich klasyków, nie przestał bowiem -wieczny tłumacz – pracować ani na chwilę. Jak podczas nalotów niemieckich nie odkładał pióra, tak i wtedy, gdy nadciągnęła na Lwów horda czerwonych oberwańców, pracował dalej nad przekładami. Ale rzeczywistości w dalszym ciągu nie umiał sobie przetłumaczyć na język zrozumiały, choć starał się znaleźć jakieś słowa, dobrać odpowiednie synonimy, uszeregować je w rytm. Nie, był bezradny, stary i zdziwiony. Nie rozumiał dramatu, nie potrafiłby napisać o nim recenzji.

Zniecierpliwiony, zapytałem nagle, dlaczego siedzi we Lwowie, zamiast próbować wracać do Warszawy. Przecież tu nie wysiedzi nic!

– Hm!… Warszawa… Widzi pan, Warszawa, to były teatru, których dziś niema, a o których pisywałem recenzje do pism, które już nie istnieją… Warszawa… To były „Wiadomości Literacki”, to był mój warsztat pracy… Zadumał się i umilkł. Miał w oczach coś jakby łzy. Zerwałem się z krzesła i zacząłem mówić gorąco, nerwowo. Że tu już nie można oddychać! Ze trzeba jechać na zachód! Przez zieloną granicę! Jedźmy razem! Jemu nie wolno zostać! Kto jak kto, ale on potrzebny jest właśnie teraz we Francji, w Paryżu potrzebny jest bodaj jako symbol związków naszej kultury, sztuki, literatury z Francją! Przecież te sto kilkadziesiąt tomów przekładów boyowskich, to jakby dokument wieczny tego sojuszu Polski z Francją.

– Hm, Paryż!… – szepnął.

Może ujrzał przed sobą to „cudne miasto”, rymujące się w „Mizantropie” z „niewiastą”, może zobaczył Paryż ze starej piosenki, którą tak mistrzowsko przetłumaczył, może mu stanęła przed oczami Sekwana, zamglona raz i senna, to znowu cała złota od słońca, może Montmartre… Milczeliśmy przez chwilę. Za szybami ryknęła pieśń sołdacka, przewaliła się przez ulicę razem z tupotem obcasów, dzika, azjatycka jakaś, aż mróz przeszedł po kościach. Boy siedział w milczeniu, zgarbiony i jeszcze starszy niż przed chwilą.

Został tam. Napewno poprawia bez końca przekład Prousta albo dla odmiany tłumaczy którąś z tragedyj Rasyna. Oprócz tego próbuje tłumaczyć zjawiska, próbuje przełożyć tekst prostackiej pieśni czerwonego sołdata na jakiś prawdziwy, ludzki, zrozumiały język. Widzi tę dziwną sztukę, która rozgrywa się na tle dekoracyj Lwowa i po raz pierwszy w życiu rezygnuje z napisania recenzji.

Niewiadomo zresztą: może kiedyś tę recenzję napisze.

ZYGMUNT NOWAKOWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close