Wieniawa jakim go znałem

Gdy myślę dziś o życiu Wieniawy, niełatwo mi napisać wierne o nim wspomnienie. Przypomniana w nr. 123 „Wiadomości Polskich” „Ułańska jesień”, zdawałoby się, ułatwia to zadanie. Ten jędrny, rytmem galopu tętniący wiersz brzmi jak wyznanie „gaskońskiego kadeta”, jak spowiodź „dziecięcia wieku”. Jest prawdziwy i szczery we wszystkiem co dotyczy piany życia, wezbranej na powierzchni. Tę pianę życia pił Wieniawa łapczywie przez całe życie. Jednocześnie jednak w tym wierszu ukrył starannie swą bogatą wewnętrzną treść, przysłonił ją jakby troskliwie przed nami, a może przed samym sobą.

Świetne pióro Jana Lechonia skreśliło w nr. 126 „Wiadomości” wizerunek wewnętrzny i uwydatniło wartość duchową i intelektualną człowieka, poznanego dokładnie w czasie biesiad skamandryckich i przyjacielskich gawęd na półpięterku w „Ziemiańskiej”. Inni (tamże) scharakteryzowali Wieniawę jako ambasadora w Rzymie. Chciałbym dorzucić kilka rysów najbardziej może charakterystycznych oraz garść wspomnień osobistych.

Trudno jest zacząć to wspomnienie od słów stereotypowych: „Urodził się w roku”… Kiedy Wieniawa urodził się, tego żaden z jego najbliższych przyjaciół nigdy napewno nie wiedział. Był on bowiem jak urodziwa, a nigdy nie starzejąca się kobieta, która o swym wieku i przeszłości nie mówi nic lub zgoła niechętnie. Świadom tego defektu, a może świadom końca uciekającego życia, napisał już w Stanach Zjednoczonych żywy i malowniczy, choć pełen nostalgji, obraz swego dzieciństwa i młodości. Warto przeczytać to wspomnienie („Wiadomości”, nr. 41/42) p.t. „O kraju dzieciństwa i młodości”, ogłoszone później w książce zbiorowej „Kraj lat dziecinnych”, aby móc wytworzyć sobie obraz człowieka dojrzałego, który wychował się w bogatej tradycji żołnierskiej swego rodu.

Wędrówkę intelektualną po różnych gałęziach wiedzy i sztuki zakończył Wieniawa w Związku Strzeleckim w Paryżu. W studjach wojskowych i w ćwiczeniach bojowych Związku, w polskim mundurze i z karabinem w garści, odnalazł wreszcie samego siebie. W Paryżu też poznał Piłsudskiego, który odbywał wówczas podróż inspekcyjną oddziałów Związku we Francji, Belgji i Szwajcarji i wygłaszał swe pełne uroku prelekcje wojskowe. W lipcu 1914 r. przyjechał Wieniawa na kurs ćwiczebny Związku Strzeleckiego do Krakowa.

Poznałem go w sierpniu t.r. w Oleandrach krakowskich, w szeregach 1-ej kompanji kadrowej. W 4-m plutonie pod dowództwem Jana Kruszewskiego, w drugiej czwórce od czoła przekroczył granicę Królestwa dn. 6 sierpnia 1914 r. o godz. 9.45 rano. Od pierwszej chwili był duszą i sercem kompanji. Dorodny i postawny, pełen życia, humoru i temperamentu, podbił serca wszystkich: od rzeźnika z Głowna i robociarza warszawskiego, aż do różnych sensatów inteligenckich i studentów z Petersburga, Leodjum i Wiednia. Był dojrzałym mężczyzną w porównaniu z 18-letnimi i 20-letnimi młokosami, którzy składali się na większość kompanji, ale niejednego z nas prześcigał w sprawności i wytrzymałości na trudy wojenne.

Zanim Stanisław Oster-Ostrowski skomponował swoją piosenkę dla 1-ej kadrowej:

Raduje się serce, raduje się dusza,
Gdy pierwsza kadrowa na Moskala rusza,

kadrówka pod batutą Wieniawy śpiewała już jego piosenkę na melodję berżerety francuskiej, której dwie strofy tylko przechowała moja pamięć:

Dandysem był w Krakowie,
Podbijał serca wmig.
Poleżal w mokrym rowie,
I cały szyk gdzieś znikł.
Bo w strzeleckiem gronie,
Służba ta nie żart, o nie!

Człek mądry był jak rabin,
Na szczyt się wiedzy piął.
Do ręki wziął karabin,
I mądrość djabeł wziął.
Bo w strzeleckiem gronie,
Służba to nie żart, o nie!

Śpiewaliśmy wiele piosenek pióra Wieniawy, ale ich swawolność nie pozwala na przypomnienie ich na tem miejscu.

Mieliśmy w kadrówce karabiny Mannlichera, a nie ciężkie Werndle, lecz widocznie 150 ostrych naboi noszonych w tornistrze nie szło wsmak Wieniawie, bo w czwartym dniu marszu, w Książu Wielkim, znikł z kompanji. Poniósł go dziedziczny pociąg do konia, gdyż okazało się, że wytrzasnął spod ziemi jakąś szkapę i siodło i zameldował się u Beliny do kawalerji. Byliśmy wściekli na niego, że tak łatwo zdradził piechotę dla końskiego ogona. Lecz niedługo odczuliśmy słodki smak zemsty.

Po odwrocie z Kielc, kiedy kompanja szła na stanowiska nad Nidą pod Brzegami, naszym zdumionym oczom przedstawił się taki oto widok. W przydrożnym rowie w dość niezwykłej pozycji, na czworakach tkwił Wieniawa. Nad nim doktór kwaczem umaczanym obficie w jodynie smarował odbite od siodła siedzenie. Kompanja nie wytrzymała, mimo całego współczucia dla niefortunnego jeźdźca. Odezwały się głosy:

– Trzymaj się Bolek! Cierp ciało, kiedyś chciało.

Podejrzewałem jednak zawsze, że Wieniawa całe życie miał wyrzuty sumienia, iż tak łatwo zdradził kadrówkę dla Beliny. Często więc w marszu podróżnym, po powrocie z patrolu lub po odwiezieniu rozkazu, zatrzymywał konia przy człapiącej w błocie lub piachu kompanji i gwarzył wesoło z kolegami, opowiadając najświeższe nowiny z frontu lub ze sztabu brygady. W czasie zaś dorocznych zbiórek 1-ej kadrowej na 6 sierpnia, stawał w szeregu kompanji na prawem skrzydle w mundurze ułańskim lub generalskim i zbierał naręcza kwiatów od pięknych warszawianek, krakowianek lub lwowianek. Darowywaliśmy mu i to, dumni że jest między nami, wierny tradycji.

U Beliny w 1-m szwadronie przechodzi wszystkie stopnie podoficerskie i pod koniec 1914 r. dostaje gwiazdkę podporucznikowską i dowództwo 1-go plutonu. W czasie kampanji letniej w r. 1915 zostaje przydzielony do sztabu I brygady, jako adjutant Komendanta i zostaje przy jego boku przez długie, długie lata. We wrześniu 1915 r. odbywa z Komendantem samotną podróż do Warszawy; po powrocie z tej podróży zostaje wydany historyczny rozkaz zaprzestania werbunku do legjonów i wzmożenia pracy organizacyjnej na rzecz P.O.W. W latach tych jest nieodłącznym towarzyszem Piłsudskiego, towarzyszy mu w podróżach do Lwowa, Krakowa i Wiednia, adjutantuje mu jako przewodniczącemu
komisji wojskowej Tymczasowej Rady Stanu w Warszawie.

Po uwięzieniu Piłsudskiego w Magdeburgu, Wieniawa zapada w pracy konspiracyjnej w P.O.W., jedzie w misji wojskowej do Rosji i wyłania się w Moskwie w więzieniu czeki na Butyrkach. Wydostawszy się stamtąd, wraca do Warszawy i zostaje adjutantem generalnym Naczelnego Wodza i Naczelnika Państwa w latach naszej wojny 1918-1921 na wschodzie.

Wieniawa był człowiekiem wojny. Był predestynowany w tym kierunku przez swe urodzenie i wychowanie, przez wiekową tradycję rodową, przez swą kompleksję fizyczną i psychiczną. A pozatem był rasowym kawalerzystą. Zrośnięty z koniem od dzieciństwa, na koniu, w przygodzie wojennej i miłosnej wyżywał się fizycznie i psychicznie, znajdował ujście dla swego bogatego temperamentu, ruchliwości i żywotności. Wojna była jego żywiołem. Daleki patrol, potyczka lub szarża ułańska, zawiezienie rozkazu na ochotnika dokądś daleko, gdzie djabeł mówi dobranoc – oto były przygody, w których czuł się najlepiej. Ody na froncie zanosiło się na dłuższy spokój, szczególnie podczas walk pozycyjnych, uciekał na urlop, aby odetchnąć i poszaleć w atmosferze Lwowa, Krakowa czy Wiednia. Na pierwszy sygnał bitwy był z powrotem na froncie. Wojna była mu kochanką.

Tego rodzaju natury i typy ludzkie czują się zwykle nieszczęśliwe i upoślodzone, gdy wojna się skończy i przychodzi pokój. Ale Wieniawa uniknął szczęśliwie tych sideł, jakie na ludzi wojny zastawia pokój. Zawdzięczał to swej wyjątkowej inteligencji, szczęściu do ludzi, oraz czarowi słowa polskiego i poezji, którym zaraził swą duszę we Lwowie i Paryżu. W oswobodzonej i odradzającej się Warszawie, w wirze spraw i rzeczy tworzących się i zmiennych, w ogniu zaciekłych walk ideologicznych, wreszcie w przyjaznym kręgu poetów i pisarzy odnalazł świat nowy a bliski zarazem, w którem wyżywał się dowoli. Ludzie i atmosfera duchowa „Pikadora”, „Skamandra” i „Wiadomości Literackich” są etapami jego życia intelektualnego. W zespole poetyckim Iwaszkiewicza, Lechonia, Słonimskiego, Tuwima, Wierzyńskiego, Broniewskiego, Hemara i wielu innych, w bataljach i bachanaljach poetyckich iskrzy się i perli jego dowcip subtelny, a dosadny zarazem, znajduje zaspokojenie chłonność myślowa i uczuciowa.

Był więc przez długie lata przyjacielem i ambasadorem poetów, literatów, aktorów i dziennikarzy z miejscem postoju w „Ziemiańskiej”. Stał się sczasem najbardziej popularną i ulubioną postacią Warszawy. O jego popularności świadczy następująca anegdota. Opowiadano, że dwie warszawianki spotkały w alejach Ujazdowskich Piłsudskiego, idącego w towarzystwie Wieniawy. Po wyminięciu ich, jedna z nich zwraca się do drugiej: „Powiedz mi, moja droga, kto to jest ten starszy pan, który szedł z Wieniawą?”.

Popularność swą zawdzięczał Wieniawa nie tyle swej urodzie, fantazji i niebylejakim swawolnym wyczynom, ile niewyczerpanemu dowcipowi, swobodzie w wypowiadaniu swych poglądów, oraz przyjaznemu i serdecznemu stosunkowi do ludzi. Język, którym mówił i pisał, był pełnowartościowym, bogatym i jędrnym językiem polskim, wzbogaconym przez rozczytywanie się w literaturze staropolskiej *.) Próbę tego jędrnego, zwartego a ochoczego języka i stylu znajdziemy w przełożonej przez niego książce Duponta o Lasalle’u. Dowcipy Wieniawy obiegały całą Warszawę, wkraczały na deski sceniczne „Qui pro Quo” i innych teatrzyków. Mało było ludzi w przedwojennej Warszawie, którzyby chcieli stać się przedmiotem ataków dowcipu i języka Wieniawy.

Rzecz prosta, że beliniacy i starzy przyjaciele szukali zawsze jego porady w różnych trudnościach życiowych. Ale pozatem Wieniawa przyjaźnił się z ludźmi z najrozmaitszych sfer społecznych i politycznych, z obozów niemal wrogich jego sposobowi myślenia. Byty to kontakty oparte na wieloletniej przyjaźni, albo też na zaufaniu do człowieka, który umiał wysłuchać innego zdania i nie potrafił ukryć swego sądu, szczególnie jeśli chodziło o pewno imponderabilia i kryterja moralne w sprawach publicznych.

Dziwne się może wydać użycie tu słowa „moralność”. A jednak, patrząc na rzeczy głębiej i szerzej, trzeba przyznać, że w życiu swojem kierował się Wieniawa jakby pierwotnemi nakazami moralnemi, które odziedziczył zapewne po swoich dalekich przodkach; dlatego były ono pozbawione subtelności życia współczesnego. Była to moralność podobna do tej, o jakiej czyta się w klechdach i balladach starodawnych, w opowieściach o Janosiku czy Doboszu. Sam byłem w swoim czasie uderzony wypowiedzią pewnej matrony z Akcji Katolickiej, która mi oświadczyła, że nie byłaby bynajmniej zdziwiona, gdyby Wieniawa został ministrem oświecenia.

„- Sądzę, – mówiła, – że byłby dobrym ministrem oświaty; samby się ustatkował, a młodzież przecież musi mieć jakieś widoczne ideały i wzory, któreby zapalały jej wyobraźnię w ofiarnej służbie dla Polski. Wieniawa jest rycerzem i będzie umiał porwać za sobą młodzież”.

„Z kochankami w wojnie” – napisał Wieniawa w „Ułańskiej jesieni”, sądząc, że zatai w ten sposób przed nami swe dwie największe miłości. Pierwszą i największą miłością jego życia był Piłsudski. Wiadomo było i jest powszechnie, że Piłsudski miał swój specyficzny, nieopisany czar osobisty i urok wyjątkowy, którym zjednywał na zawsze serca ludzi obcych, pierwszy raz spotkanych lub nawet przedtem wrogo ku niemu usposobionych. Lord Kennet w rozprawie „Piłsudski”, zamieszczonej w t. II „The Cambridge History of Poland”, w ten sposób to ujmuje: „Bez uciekania się do współczesnej sztuki sugestji mas, miał umiejętność przywiązywania ludzi do siebie, niektórych przez urok swej osobowości, wielu przez swe czyny i przez straszliwą gwałtowność swych przemówień”… Wieniawa, przez szereg lat będąc w bezpośrednim zasięgu osobowości Piłsudskiego, żywił ku niemu miłość iście synowską, pełną oddania całkowitego i bez reszty. Trudno jest mówić o tem szerzej, był to fakt powszechnie znany i oczywisty. W jednem ze wspomnień o Wieniawie powiedziano, że „Wieniawa bał się w życiu tylko Piłsudskiego, i bał się panicznie”. Napewno Wieniawa miał respekt i bał się Komendanta i nikogo więcej. Ale był to jednocześnie strach marnotrawnego syna przed ukochanym ojcem, któremu chciałby sprawić jak najmniej przykrości i strapień. Natomiast wiadomo było, że Wieniawa nawet przed Komendantem nie zapominał języka w ustach i z najtrudniejszej opresji umiał się wywinąć swoim wiecznym humorem i dowcipem. Charakteryzuje go następujące wydarzenie. Po jakiejś niezwykłej awanturze, którą zrobił Wieniawa, został wezwany do raportu do Belwederu. O oznaczonej godzinie zjawił się w adjutanturze… ale we fraku i bez odznaczeń. Zdumieni adjutanci nie wiedzieli co robić.

– Nic się nie bójcie, meldujcie mnie do Komendanta – powiada im Wieniawa.

– Cóż to ma znaczyć, Blociu? – usłyszał Wianiawa, gdy wszedł do gabienetu.

– Komendancie, melduję posłusznie, wiem, żem ciężko zawinił i powinienem dostać po pysku od Komendanta. Ale ponieważ bardzo szanuję swój mundur, przeto ubrałem się we frak. We fraku jakoś łatwiej to wytrzymam.

Komendant roześmiał się, machnął ręką, i na tem skończył się raport.

Miłość ta była wzajemna. Komendant nie tylko lubił Wieniawę, jak lubili go wszyscy, ale kochał go jak syna. Kochał go nie tylko za jego brawurę i fantazję, nie tylko odwzajemniając jego przywiązanie, nie tylko za gawędziarstwo i dowcip, ale bardziej jeszcze za jego indywidualność, niepospolite zdolności w różnych kierunkach oraz szczerość i otwartość jego wypowiedzi. Wiedział, że Wieniawa niczego przed nim nie ukryje, że wykona doostatka każde powierzone mu zadanie. Najlepiej illustruje tę miłość następujący wypadek. W czasie jednej z najcięższych bitew, jakie stoczyły legjony, pod Kostiuchnówką na Wołyniu, huraganowy ogień artylerji rosyjskiej zniszczył wszystkie połączenia telefoniczne i środki łączności. W szczególności nie można było nawiązać łączności z wysuniętem w pierwszej linji stanowiskiem, zwanem redutą Piłsudskiego. Wszyscy wysłani tam gońcy wracali z niczem, nie mogąc dotrzeć wobec morderczego ognia. Wtedy Komendant zdecydował się wysłać swego osobistego adjutanta. W ciągu dwóch godzin sztab I brygady przeżywał udrękę myśli swego dowódcy, szamoczącego się w ciasnej ziemiance w trosce o życie Wieniawy. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że tylko on jest zdolny wykonać zadanie, ale może nie wrócić z wyprawy. Kiedy po dwóch godzinach Wieniawa się zjawił, Komendant rzucił mu się na szyję i uściskał go, mówiąc:

– No, nareszcie wróciłeś!

Piłsudski widział, że Wieniawa marnuje się w atmosferze warszawskiej, że jego zdolności nie mogą być właściwie wyzyskane w pokojowej służbie wojskowej: chciał wyzyskać go na szerszej arenie służby zagranicą. Ale Wieniawa, choć zasmakował tej służby na placówce rumuńskiej jako attache wojskowy, odrzucał myśl wyjazdu, nie chcąc pozbawiać się uroku życia w pobliżu Piłsudskiego i rozstawać się z ukochaną Warszawą.

Gdy skończył dowodzenie 1-m pułkiem szwoleżerów i ciągle nie mógł ustatkować się przed awansem na generała, niespodziewanie został mianowany komendantem miasta Warszawy. Pomysł tej nominacji wyszedł z Belwederu, gdyż Komendant uznał, że Wieniawa będzie postrachem dla różnych rogatych dusz, które nie mogły zmieścić się w rygorach życia pokojowego, a pozatem będzie musiał sam trzymać fason i dawać przykład młodszym kolegom. Pomysł okazał się zupełnie trafny. Sama myśl stanięcia do raportu przed Wieniawą, któremu żaden z delinkwentów nie potrafiłby dorównać w fantazji i pomysłowości, wydawała się niejednemu okropna, tem bardziej że Wieniawa przy raporcie stosował angielską zasadę : „Rebuke with soft words and hard arguments”. Próbę ogniową stróża obyczajów wojskowych przetrwał Wieniawa szczęśliwie, poczem został mianowany generałem i dowódcą 1-ej dywizji kawalerji. Jako dowódca kawalerji pełnił wartę przy trumnie Piłsudskiego. Kiedy dn. 18 maja 1935 r. na dworzec krakowski powoli wjeżdżał pociąg żałobny, przy trumnie Marszałka stał wyprostowany, z szablą na ramieniu, Wieniawa. Obraz ten wywoływał skurcz wzruszenia w gardle, i kto go widział, nie zdoła go zapomnieć.

Drugą miłością Wieniawy była jego córka. Był dumny jak paw z urodziwej panny, gdy asystował jej na spacerze w Łazienkach lub w dalekich spacerach konno. Swoją prośbą mogła wymóc na nim wszelką ofiarę i wyrzeczenie się.

Gdy Komendant już nie żył, córka kończyła szkoły, a węzły z przyjaciółmi-poetami rozluźniły się, Warszawa zaczęła nudzić Wieniawę. Przyjął więc którąś zrzędu propozycję i wyjechał do Rzymu jako ambasador Rzeczypospolitej. Miał tam przedewszystkiem wielu przyjaciół, włoskich kawalerzystów, którzy dawniej rokrocznie przyjeżdżali do Warszawy na konkursy hippiczne. Wysoka kultura artystyczna i towarzyska, finezyjny dowcip, świetna znajomość języków stanowiły niebylejakie atuty. Był zanikającym już typem dyplomaty, który nie tylko w ciszy własnego gabinetu, lecz i na posadzkach salonów towarzyskich, jako causeur i gawędziarz umiał robić dobrą propagandę swego państwa.

Wiadomości, które dochodziły z Rzymu, mówiły, że Wieniawa jest ulubieńcem elity towarzyskiej i salonów dyplomatycznych, że wprowadził do fraka dyplomatycznego ostrogi, że święto 1-go pułku szwoleżerów, jakie urządził w Rzymie, było zdarzeniem towarzyskiem. Ale pozatem mówiono, że miał duże wpływy w sferach decydujących Rzymu, że nadętego Mussoliniego osadzał ukłuciami swego dowcipu, że raporty Wieniawy były wzorem raportów dyplomatycznych. Jeszcze przed wojną opowiadano w Warszawie następującą historję. Na przyjęciu dyplomatycznem Mussolini gorąco przekonywał Wieniawę, jak wielką siłę wojskową i polityczną przedstawiają państwa osi i jak wiele zyskałyby inne państwa, któreby przyłączyły się do paktu antykomunistycznego. Na to Wieniawa tak zaripostował:

– Ekscelencjo! W moim kraju jest dużo Żydów, a Żydzi mają specyficzny dowcip. Kiedy byłem niedawno w Warszawie, opowiadano mi następujące wydarzenie. Odludną ulicą Warszawy o dość późnej porze szło dwóch Żydów. Nagle na drugim końcu ulicy pojawiło się dwóch mieszkańców przedmieścia warszawskiego, których owi dwaj Żydzi wzięli za bandytów. Jeden Żyd mówi do drugiego: „Uciekajmy, bo ich jest dwóch, a my jesteśmy sami”. Mnie się zdaje, Ekscelencjo, że zachowanie się państw osi jest podobno do zachowania się tych dwóch Żydów.

Mussolini popatrzył na Wieniawę nierozumiejącemi oczami, kwaśno uśmiechnął się i odszedł. Na drugi dzień Wieniawa spotyka Farinacciego, i ten mu mówi:

– Il Duce jest zagniewany na pana, ambasadorze, o czem panowie wczoraj rozmawiali?

Wieniawa powtórzył rozmowę. Wtedy Farinacci, śmiejąc się, powiada:

– Na drugi raz, Ekscelencjo, proszę opowiadać tego rodzaju dowcipy nam faszystom, a nie Mussoliniemu. On i tak nic nie zrozumie.

O działalności Wieniawy na placówce rzymskiej w czasie wojny powiedzieli już czytelnikom „Wiadomości” Jan Rostworowski i Aleksander Zawisza (nr. 126).

Po wejściu Włochów do wojny Wieniawa wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam przez krótki czas redagował „Dziennik Polski” w Detroit, poczem osiadł w Nowym Jorku. Musiało mu tam być i głupio i pusto, temu rasowemu kawalerzyście pośród drapaczy chmur. Ze wspomnienia jego „O kraju dzieciństwa i młodości” widać, że ciężka nostalgja za Polską zżerała i serce i duszę tego Polaka z krwi i kości, tak tragicznie oderwanego od pnia macierzystego.

Przed paroma miesiącami przyszła wiadomość, że Wieniawa jedzie na Kubę jako poseł Rzeczypospolitej. Marjan Hemar, który w lekkich strofach zaczął układać jakby historję obyczajową polskiej emigracji w r. 1942, wydarzeniu temu poświęcił wiersz p.t. „Rozmowa z rodakiem” w nr. 120 „Wiadomości”. A jednak, mimo niejednej słusznej myśli, zawartej w tym wierszu, gdy się pomyślało: „w czasie tej najstraszniejszej dla Polski wojny Wieniawa na Kubie” – brzmiało to mimo wszystko jak groteska. I tak to musiało brzmieć w uszach Wieniawy. Dn. 1 lipca, gdy dowiedział się, że rząd w Hawanie udzielił mu agrément, powiedział: „Nie”, i w godzinę potem nie żył. Nie w czasie pokoju, jak Lawrence, ale w czasie wojny roztrzaskał swą piękną i dumną głowę o bruk nowojorskiej ulicy. Śmierć, z którą igrał przez całe życie, dosięgła go za oceanem.

Dlaczego? – pytamy. Nie znajdziemy dziś jeszcze na to odpowiedzi. Może poprostu pozazdrościł spokoju wiecznego swym przyjaciołom-kawalerzystom. (Jeden z nich, Gustaw Orlicz-Dreszer, prezes Ligi Morskiej i inspektor obrony powietrznej, znalazł śmierć w katastrofie lotniczej i w nurtach Bałtyku. Drugi, Jan Grzmot-Skotnicki, na czele dywizji kawalerji zginął w rozpaczliwej szarży na czołgi niemieckie). A może, jak napisał gen. Douglas Mac Arthur w swej pięknej depeszy: „…by połączyć się z Bogiem i z ukochanym Marszałkiem Piłsudskim”. Nie wiemy dlaczego zginął, ale wiemy, że śmiercią swą chciał coś ostatniego a niewypowiedzianego powiedzieć. Pomyślmy więc, czy śmierć Wieniawy, to protest? A jeśli inaczej, – bo w małą słabość uwierzyć nie można, – czemu odszedł od nas ten człowiek tak odważny przez całe bujne i bogate życie?

TADEUSZ KRÓLIKOWSKI.

———
*) Nawiasowo tu dodam, że w wierszu „Ułańska jesień” w drugiej strofce, zamiast „starsza już kokota”, powinno być, jak w oryginale, „podstarnia kokota”.


Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close