Wieniawa

Niesposób nad temi linijkami napisać „Pamięci Wieniawy” ; serce i myśl buntują się przeciw temu i wspomnienia tak żywe, że niesposób zaliczyć ich już na zawsze do wspomnień.

Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, 1938 rok (domena publiczna; wikimedia.org)

Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, 1938 rok (domena publiczna; wikimedia.org)

Bo czemżeż on był innem, czemuż on był właśnie jeśli nie czasem górnym i chmurnym, wyrażonym nie przez patetyczny rapsod ale przez piosenkę ułańską, żart w obliczu śmierci, tak polskiemu żołnierzowi właściwy, czemżeż jeśli nie patosem legjonowej epopei, który zeszedł do codzienności, stał się wszystkim bliski i zrozumiały, jak owa pieśń „O rozmarynie”, w której niema żadnych wielkich słów a jest cała pełna fantazji i polskiej hamowanej melancholji dusza legjonów?

Wienawa zdawał się być życiem samem, samym urokiem życia codziennego, o którem w gruncie rzeczy myślimy, że ono właśnie powinno być nieśmiertelne.

Tym, co oddawna znali Wieniawę, – a któż go nie znał w Polsce, odkąd piękny, rwący oczy adjutant zjawił się przy boku Piłsudskiego by na zawsze przy nim całą duszą pozostać, – tym więc wszystkim Polakom jakżeż łatwo było wyliczyć czem Wieniawa był w życiu, że był właśnie adjutantem Marszałka, attaché wojskowym w Bukareszcie, że był najpopularniejszym w historji Polski komendantem Warszawy, dowódcą szwoleżerów i wreszcie, ku zdumieniu wszystkich, ambasadorem w Rzymie.

Ci, co byli bliżej niego, wiedzieli że francuscy profesorowie w Wyższej Szkole Wojennej nie mieli dość słów dla jego uzdolnień i że gen. Faury dopisał do najpochlebniejszej o nim opinji: „W razie potrzeby umie też pracować”, wiedzieli że Marszałek Piłsudski powierzał mu parokrotnie misje polityczne największej wagi, wymagające najpewniejszego charakteru i największej dyskrecji, że w najcięższych osobiście chwilach jego właśnie chciał mieć przy sobie. Wiedzieli też że nagle ze szwoleżerskiego konia przeniósłszy się za ambasadorskie biurko, stał się Wieniawa wzorem nie tylko jak osobistym urokiem zjednywając ludzi dla siebie, zjednywać ich zarazem dla Polski, ale że był też przykładem nieposzlakowanej a nigdy pedantycznej sumienności, że raporty jego, wysyłane już do Angers, zachwycały jego niedawnych politycznych przeciwników swoją logiką i darem przewidywania, że wreszcie każdy nieszczęsny wygnaniec, który wchodził do ambasadora Wieniawy, wychodził od niego pocieszony lub zaspokojony w swej potrzebie.

Jego pasje i marzenia literackie znane były ogółowi ze świetnie przełożonej i ułańskim wstępem poprzedzonej biografji gen. Lasalle’a, z paru drukowanych po czasopismac i zbiorowych wydawnictwach wspomnień legjonowych. Przyjaciele już tylko wiedzieli że Wieniawa przełożył po mistrzowsku parę wierszy Baudelaire’a, pamiętali jego czarujący wiersz „Jesień ułańska”, jego anonimową współpracę w jednej z „Szopek warszawskich” i jego bardzo niecenzuralne i bardzo w swoim czasie popularne legjonowe piosenki.

Ale wyliczywszy wszystkie jego wysokie urzędy i to co ważnego zrobił, widzimy że zamknęliśmy go w rachunku czynów i cnót, w których się on nigdy nie mieścił, które zawsze przekraczał. Widzimy że nie można go ograniczyć jego pracą i urzędem, tak zawsze był on sobą, tylko sobą, czemś nieokreślonem, co stanowi o odrębności człowieka od innych a co każdy z nas znał tak dobrze, uśmiechając się gdy słyszał nazwisko „Wieniawa”.

Wieniawa bowiem, który długo błądził i włóczył się po życiu, nie mogąc ani przystać do solidnego, lekarskiego fachu, ani dość na serjo wziąć swego malowania, ująwszy po raz pierwszy w swe ręce muzealną ale prawdziwą, nową polską beliniacką szablę – poczuł nagle że on właśnie, on przedewszystkiem jest urodzonym ułanem polskim, że całe dotąd jego życie było błądzeniem do tego przedtem nieosiągalnego a tak nagle odkrytego przeznaczenia, że wszystkie jego
zalety i – co równie ważne – wady są to te właśnie, których trzeba by być ułanem polskim, by z pieśnią czy żartem na ustach, manierką i dziewczyną w myśli, szablą przy boku, wieść owo życie, zbratane ze śmiercią, życie, w którem od czasów księcia Józefa i szwoleżerów spod Somo-Sierry zakochała się dusza polska.

Ani Belina o tatarskiej twarzy, władczy i odważny jak dawny watażka, Belina, o którym fale szemrały pieśni i składali je poeci, ani surowy, milczący Orlicz, dokazujący cudów śmiałości, ani panienkowaty Grzmocik z figurką jak młode drzewko i twarzą „jak malowanie” – nie stali się tak bardzo, tak na zawsze, symbolami ułana polskiego, jak Wieniawa. Nie stali się nie przez swe wady, przeważnie raczej przez zalety, które ich szybko niosły do ważnych, coraz ważniejszych zadań i zaszczytów. Wieniawa przez swoje umiłowanie ułańskiego życia, przez swoje pragnienie wolności, niechęć do przymusu, chęć zatrzymania swej cudownej młodości, przegrał – dlaczegóż tego nie powiedzieć ? – swój wielki los w polskiem życiu, los, do którego wszystko go przeznaczało: jego zdolności niebywałe, instynkt ludzi, znajomość świata, czar niezrównany. Do tego losu sposobił go Piłsudski, zazdrościli mu go już przyjaciele, on jeden mu się opierał, chcąc być tylko ułanem, robić co mu się podoba i nie chcieć niczego coby wyglądało na prezent czy nagrodę.

I ludzie, wszyscy ludzie, ci nawet, których zgrozą napawały zaiste ułańskie harce życiowe Wieniawy, i ci, którym, nie licząc się z ich godnością, czasem i miejscem, rąbał po ułańsku prawdę w oczy – wszyscy nie tylko byli pod urokiem jego porywającego temperamentu, jego humoru i jego legendarnych dowcipów, ale wszyscy też przyjaciele i wrogowie, w tej jego rozrzutności, w tej niechęci do „ważnego” i w upartem przywiązaniu do szwoleżerskiego życia, w tem włóczeniu się z artystami i niechęci do znacznych figur czuli gest wielkopański, szlachecki, polski, i wszyscy też, niektórzy głośno zżymając się, pocichu, jeśli nie uwielbiali Wieniawy, to mieli do niego słabość.

W patetycznej, heroicznej, górnej legendzie Piłsudskiego Wieniawa pozostanie na zawsze ułańską, raźną, wesołą, pełną uczucia, wszystkim zrozumiałą a niezbędną do pełnego prawdziwego dźwięku nutą, bez której sam Piłsudski, jakże ludzki, jakiemż wspaniałem poczuciem bujności życia obdarzony, nie widział napewno swej legendy. Żaden z piłsudczyków, żaden z ludzi Piłsudskiego, najbardziej zasłużonych, bohaterskich, czekających dotąd na swe odkrycie i miejsce w historji – w wyobraźni szarego człowieka, w sercu Polski, w pamięci Warszawy, nie zrósł się tak bardzo z Piłsudskim jak Wieniawa.

Kult Wieniawy dla Piłsudskiego, jeśli nieraz budził żarty, był wśród ludzi Marszałka do niczyjej innej miłości niepodobny. Jeśli inni więcej dla niego pracowali, więcej go zgłębiali, więcej dla jego sprawy zrobili -nikt nie kochał go bardziej i nie czuł go z większym instynktem niż Wieniawa.

Cóż znaczyły różne, jakże nieraz wymęczone artykuły dziennikarskie, różne patetyczne, nadęte przemowy, różne wiersze na szczudłach i koturnach, fabrykowane na akord przez galówkowych wierszokletów -wobec tej miłości nie ślepej ale właśnie, jasnowidzącej i tak niebywale zdrowej, męskiej, ludzkiej, która biła z każdego słowa Wieniawy o Marszałku i szła na miasto, na Polskę, w jego niebywałych powiedzeniach i żartach, miłości, która w osobie Wieniawy, w jego ciągłej obecności przy Marszałku w wielkich chwilach, była symbolem uniesienia wojska, zachwytu poetów, marzenia młodzieży. Wieniawa, który wszystkiem wzgardził aby żyć dla swojej szlacheckiej, ułańskiej fantazji, żył dla jednego jeszcze: dla Piłsudskiego; żył dlatego, że czuł iż w ten sposób najpiękniej żyje dla Polski.

Pamiętam jesienne popołudnie w Sulejówku kiedy Marszałek, skłopotany że guzik odpadł mu od munduru, ze wzruszającą niezgrabnością starał się coś temu zaradzić, kiedy Wieniawa, przyniósłszy nici i igłę, przyszywał mu ten guzik nie jak jakiś adjutant, którym już wtenczas nie był, ale jak syn oddany i szczęśliwy że może usłużyć ojcu.

Kiedy Piłsudski umarł, Wieniawa jechał na czele nocnego, widmowego konduktu i wyglądał tak, że w oczach jego każdy, nawet najbardziej nieczuli prześmiewcy czytali ową grecką tragedję, która kryła się dla naszego narodu w tej śmierci.

Dzisiaj żegnamy go, żegnamy – rozbitki – rozbitka, który zmierzywszy w życiu swem wielkość, porywające piękno i nieszczęście Polski, jak żaden z nas zadrżał od tego okrutnego przeciwieństwa i już nigdy nie mógł odwrócić od niego oczu. Za jego zapadającą w obcą, nieczułą ziemię trumną, w jakąś przestrzeń bez czasu i sensu, z której dopiero pieśń poety, czułość wstrząśniętej przyjaźni je dobędą – idą nasze najpiękniejsze lata, przeżyte z nim w upojeniu budzącej się wolności, w pierwszym porywie do polskiego wojska, w pieśni, rodzącej się z wracających ech przeszłości, pod wspaniałym, potężnym cieniem, który padł na życie nas wszystkich, żołnierzy i poetów, i życiu każdego z nas na zawsze wskazał drogę.

Łzy, które się nam cisną do oczu, które trzeba stłumić, żegnając Wieniawę, żegnają też to wspólne, najpiękniejsze wspomnienie.

JAN LECHOŃ.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close