Wobec Rosji

Człowiek po przybyciu z Rosji jest atakowany całą masą pytań, zadawanych w różnych celach i przez różne osoby. Po takich kilku dniach biegania na cenzurowanem rozróżnia już intencje pytań i klasyfikuje je według ich zabarwienia. Są więc pytania szare, szare od śmiertelnego banału swej treści („No, jak tam w Rosji? Tak, w paru słówkach”…). Są dalej pytania czerwone, jak nabrzmiałe krwią tamtej walki, napęczniałe obawami („Czy długo, panie, czy długo?… Bo już, pod Stalingradem”…). Są wreszcie pytania czarne, wytrawione sepją goryczy najbardziej gorzkiej, no, i są pytania żółte, pytania zatrute faryzeuszowej barwy śniedzi. (To są w małem londyńskiem ghetku pytania najczęstsze). Pytania podchwytliwe. Jeśli odpowiem, że armja czerwona jest wspaniała, taki łaps, podziękowawszy serdecznie, rozkolportuje to potem w sosie własnej przyprawy z nieodzownym komentarzem: „zbolszewiczał do reszty”. Jeśli odpowiem, że trudności gospodarcze rosyjskie są olbrzymie, łaps wykręci z tego, że pragnę tryumfu Hitlera. Ale prócz tych wszystkich pytań są jeszcze takie, w których drga przejrzystość prawdy. Są ludzie, którzy chcą naprawdę wiedzieć jak jest, czego się spodziewać, czego oczekiwać, czego się obawiać, czem cieszyć. Są jednak ludzie, którzy o Rosji nie myślą komunałami ukutych powiedzeń, ale którzy zbierają jedne po drugiem, każde wrażenie, jak na półkach bibljoteki zbiera się książki poświęcone temu samemu tematowi. Są ludzie, którzy nie chcą gotowych zdań, ale którzy chcą z pomocą czyjegoś zdania skrystalizować swoje własne. Ci ludzie, spokojnie, bez histerji, bez podejrzliwości, wysłuchają każdej relacji, która ich zdaniom na wysłuchanie zasługuje, jej myśli nie przeinaczą. Ci ludzie, gdy są to Polacy, mają napewno swój obraz Rosji: nie trzeba tu zaczynać od Adama i Ewy. Natomiast może niejednokrotnie przyjmą do wysłuchania pewne korektury, korektury które jedne barwy ich obrazu przyćmią, inne uwydatnią.

ARMJA SOWIECKA

To co tu piszę, jest może tylko pierwszem naszkicowaniem pewnych myśli czy uwag, rocznego mego sowieckiego dorobku, aby prędzej powiedzieć rzeczy uważane za ważne. Od czego zacząć warto (i coby należało potom rozwinąć w całym cyklu osobnych artykułów), to sprawa armji sowieckiej. Obawiać się należy, że armja sowiecka nie jest doceniana tak jak na to w pełni zasługuje. Rozwleczenie się wojny, brak stanowczych sukcesów, koniec „blitzkrieg”u – wszystko to zbyt często tłumaczymy klimatem i geografją, przestrzenią i ogromem. Jest to pomyłka bardzo wielka. Istotnie, przestrzeń i klimat odegrały swą rolę w zatrzymaniu Niemców, istotnie czynniki to nie były zlekceważone przez sztab Stalina, ale wyzyskane przez ludzi rozumnych, nowoczesnych, śmiałych, swego zawodu świadomych. Dobry jest sowiecki czołg, dobry sowiecki samolot, dobry sowiecki pistolet automatyczny, ale najlepszy jest sowiecki żołnierz. Raczej nie tyle żołnierz ile oficer sowiecki. Nieraz pisząc o innych armjach podtrzymywałem, że ich dołowe elementy wydają mi się najwartościowsze, ale w wypadku sowieckim jest się raczej innego zdania. Sowiecki dowódca (nie powiem: „oficer”, bo oni tego terminu nie uznają) wydaje mi się materjałem lepszym od przeciętnego sowieckiego żołnierza, który jest raczej bierny, posłuszny, o mniejszej niż nasz inicjatywie własnej. Dowódca sowiecki robi wrażenie człowieka o umysłowości żywej, o wiedzy wojennej i nowoczesnej i rzetelnej, o odwadze niewątpliwej, ale kierowanej rozumem. W Rosji słyszy się wiele komunałów, jak wszędzie na świecie, ale niemal każda rozmowa z oficerem sowieckim uderza człowieka inteligencją rozmówcy, samodzielnością jego myślenia, solidnością rozumowania. Niewątpliwie w szeregach oficerskich skupiła Rosja sowiecka swój najlepszy, najbardziej wartościowy element ludzki, jakim obecnie rozporządza. Nie umiałbym przewidzieć jak rozwinie się bitwa o Kaukaz, albo jak rozegra się kampanja na Wschodzie, jedno mogę powiedzieć tym, dla których piszę ten „raport rosyjski”, t.j. czytelnikom „Wiadomości Polskich”: „Panowie, ci ludzie będą rządzili kiedyś Rosją”. Nie wiem jak prędko się to stanie, nie wiem pod czyją wodzą, nie wiem czy wtedy będzie się wznosiło nowe cerkwie czy też ostatnie istniejące pozamienia się na składy i kluby: niema na świecie siły któraby mogła przekreślić w Rosji rewolucję październikową, ale jej ewolucja może pójść jeszcze bardzo różnemi szlakami, albowiem tylko rzeczy martwe nie znają metamorfoz i przemian. To pewna, że tylko ci ludzie będą rządzili Rosją za lat kilka, albowiem innych niema. Oczywiście, nie nastąpi to wcale na zasadzie jakiejś legendy, nie stanie się to w myśl owego dziwacznego poglądu, że ojczyzna po wojnie powinna komuś solidnie władzą zabulić. Rosja jest państwem zbyt nowoczesnem, aby było w niem miejsce na poglądy meksykańsko-albańskiego autoramentu. Ludzie ci dojdą w Rosji do władzy, albowiem oni jedni w tym olbrzymim kraju mają wszystkie konieczne do tego walory, a poza nimi niema nikogo. Odwaga, inteligencja, wykształcenie, zmysł organizacyjny, wyczucie społeczne, młodość, energja, nawet doświadczenie – wszystko jest po ich stronie. Jasne jest, że nie przewiduję w Rosji restauracji Romanowych, ale można powiedzieć, że nawet gdyby nastąpiła restauracja Romanowych, i ona musiałaby się oprzeć na tych ludziach, tak samo jak Burbonowie po upadku Napoleona nie mogli się obejść we Francji bez jakobińskich ministrów i napoleońskich prefektów. Partja komunistyczna wie o tem doskonale – toteż wciąga tych ludzi setkami do swych szeregów, Hitler wie o tem także – i jego propaganda radjowa (a podobno i polityka w obozach jeńców) z tem się liczy. Byłoby źle, gdyby w nas, najbliższych sąsiadach Rosji, ludzie, którzy będą o losach Rosji decydowali, nie wzbudzili zainteresowania.

A poza tem wszystkiem, zbyt poważnie zajmowałem się w ostatnich latach zagadnieniami armji, bym nie miał zastanawiać się nad tą armją już nie jako człowiek, czy Polak, ale jako wojskowy innej armji, a świeżo – last not least – także i … oficer. Ten sowiecki oficer uderza prostotą swego zachowania się, chwalebną powściągliwością manier, stosunkiem do żołnierza, skromnością. W takim Teheranie, gdzie po ulicach spacerują przedstawiciele kilku różnych armij, oficer sowiecki jest niemal niewidoczny, niemal bezszelestny. Wieje od niego prawdziwie republikańską skromnością, czemś co na ulicach Czkałowa czy Syzrania przypomina nam naraz stare powieści Stendhala o tych armjach rewolucji francuskiej, w nieporadnych mundurach i nienajnowszych butach, które to armje jak orły strącał z Alp na nizinę lombardzką pewien młody blady generał, o włoskiem, korsykańskiem nazwisku.

RODACY

Wydaje mi się najzupełniej słuszny pogląd na naszych rodaków z Rosji jako na prawdziwych męczenników sprawy narodowej, za ludzi, których cierpienie i bohaterstwo dopisało nowe karty do najbardziej cierniowych kart historji Polski. Nieraz spotkać się można było wśród nich samych z rozważaniem, że ten się zachował „lepiej” a tamten „gorzej”, że w więzieniu cierpiało się „więcej” niż w łagrze, czy odwrotnie: wypowiadała się tu prawdziwa natura polska, która zawsze jest zawistna o to czy ktoś zdał egzamin z bohaterstwa lub męczeństwa na czwórkę z plusem czy na piątkę z minusem. Profesor Kot dobrze zrobił, że ku zgorszeniu naszych dyplomatów zabrał ze sobą artystę, który jest angielskim Goyą tej wojny: Topolskiego. (Szkoda że inne nasze czynniki w Rosji nie doceniły należycie rysownika i że wbrew najlepszym staraniom Topolskiego, do jego albumu rysunków z Rosji nie weszło więcej rzeczy polskich). Ale też tych kilkanaście sylwetek żołnierzy polskich z Rosji mówi światu i potomności więcej, niż jakiekolwiek pióro, niż jakikolwiek opis. Jest w nich patetyczna ponurość Grottgera. Wojciech Kossak ukazał całą buńczuczność dawnej armji polskiej. Myślę jednak, że do trzewi prawdy dobrnął właśnie Topolski i oddał to co od przeszło stulecia jest niestety, istotną treścią naszych poczynań zbrojnych: tragizm, bezbrzeżny tragizm poczynań, w których męstwo i ofiara spalają się w popioły jakiegoś helleńskiego całopalenia, rzadko obrastając w twardy mięsień zwycięstwa.

Jeśli naszym rodakom w Rosji musimy przyznać naprawdę wszystkie palmy męczeństwa, nie możemy im jednak oddać katedr wiedzy o Rosji. Więzienie naogół jest raczej złą szkolą życia: nieraz wychodzą z niego typy świetlane, rzadziej ludzie życiowi. Jeśli chodzi o katedry wiedzoznawstwa o Rosji, obawiać się bardzo należy tego, czy Polacy, którzy przybyli teraz z Rosji, aby napewno ją znają. Musimy pamiętać, że ci ludzie znają Rosję od jednej tylko strony, a mianowicie od strony więzienia. Więzienie zaś nigdy i nigdzie nie nastraja ludzi pozytywnie do kraju, z którego systemem penitencjarnym zapoznali się praktycznie. Polak, który przebyłby te dwa lata w angielskich więzieniach, nie byłby zbyt gorącym zwolennikiem Wielkiej Brytanji: Polak, któryby na podstawie swych obserwacyj więziennych wyrokował o całości tego kraju, nie uchodziłby w naszych oczach za znawcę przedmiotu. Niewątpliwie, Rosja sowiecka trzyma się wojennie i organizacyjnie znacznie lepiej, niż to sądziliśmy wszyscy czy niemal wszyscy. Ten fakt powinien nas skłonić do po ważniejszych rozmyślań.

AMBASADA

Chciałem pojechać do Rosji jako dziennikarz, wysłano mnie jako dyplomatę, ale praca naszej ambasady miała charakter bardzo daleki od normalnej dyplomacji. Była te raczej wielka ekspedycja ratunkowa, która w kraju wielkości jednej szóstej kuli ziemskiej szukała, zbierała i ratowała w taki czy inny sposób masy ludzi tak wielkie, że chyba nigdy żadna ekspedycja ratunkowa, żadna wielka akcja humanitarna, nie przybierała podobnych rozmiarów. Oto był, jak mi się zdaje, prawdziwy sens posłowania do Moskwy. Bilans tego posłowania byłby zapewne przedwczesny, ale można powiedzieć że w rezultacie, po roku, sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi znalazło się poza granicami Rosji, setki zaś tysięcy opuściło więzienia, łagry czy posiołki, albo też odzyskało swobodę ruchów. Jeśli powiemy, że w ilości owych ponad sto tysięcy znajduje się kilka dywizyj, kilkadziesiąt tysięcy żołnierza, że dzięki temu nanowo mamy prawdziwą armję, fakt ten w znaczeniu swojem niepomiernie jeszcze urasta. Ale nie uszczuplając w niczem tego znaczenia, trzeba powiedzieć, że misja do Rosji miała przedewszystkiem ów charakter ratowniczy. Ratowała odzieżą, lekarstwami i interwencją, opieką, pieniędzmi, ratowała sierocińcami i domami dla inwalidów, ratowała kuchnią wojskową, ratowała polską książką i polskiem słowem pisanem. Ratowała polskie dziecko, polska kobietę, polskiego żołnierza. Ratowała polskiego obywatela. Sama ambasada, gdzie po siedem i dziesięcioro osób spało w jednym pokoju, gdzie na jeden deputat żywnościowy wypadały cztery mocno wygłodniałe żołądki, mogła była doprowadzić do apopleksji niejednego dyplomatę starego obrządku. (Szkoda może, że to nie nastąpiło). Nie chcę wcale twierdzić że ta opieka była najlepsza, że jej organizacja była wzorowa, że nie myliła się w niczem. Takich arcydzieł natura nie zna. Nie zna ich przede wszystkiem Polska. Ale też zorganizowanie aparatury kilkunastu delegatur, ponad stu ich podagentur, w tak olbrzymim kraju, przy tak słabej sieci komunikacyjnej, tak wielkich trudnościach wojennych, było też zadaniem bez precedensu. Ludzie, na których się oparto, byli niedawno więźniami. Bardziej należał się im długi pobyt w sanatorjum, niż opieka nad dziesiątkami tysięcy rodaków. W tych warunkach zrobiono naprawdę wiele. Widocznie dosyć, bo już dzisiaj można zauważyć w pewnych kołach w Teheranie licytację, czyją to „właściwie” było zasługą. A zatem okazuje się teraz, że w tej polityce rosyjskiej są takie rzeczy, które zaczyna się uważać za zasługę.

Humanitarny, ludzki, polski, charakter tej ambasady pozostanie napewno jej najbardziej wyraźną cecha. Jej charakter polityczny schodził w zestawieniu z tem na plan dalszy. Politycznie, w stosunku do Rosji, staliśmy zawsze na sztywnem stanowisku pełnej nienaruszalności naszych granic według traktatu ryskiego. Wanda Wasilewska mówiła o „Polsce Bolesława Krzywoustego”. Jeśli nie jest to tylko frazes, oznacza to jedno: Polskę, która na wschodzie sięga ledwo po Bug czy San, ale na zachodzie przesuwa się do Szczecina i obejmuje Wrocław. Przed oczami nas, Polaków z Anglji, poprzez czerwone sztandary rewolucji powiała jakby zachęta, jakby zaczepka, taka właśnie propozycja: „Przekreślcie pięćset lat historji, wyrzeczcie się wschodu, a otrzymacie Bałtyk, wrócicie nad Odrę, odzyskacie ziemie, o które ostatniemi słowami swych dziejów Polski modlił się Długosz”. Ale, by odpowiedzieć w takiej sprawie, trzeba być czemś więcej niż ambasadorem, czemś więcej niż premjerem. Trzeba być Chrobrym, Piotrem Wielkim, Kemalem Paszą. Trzeba brać na swe barki decyzję za cały naród i na całe stulecia; trzeba ciąć i trzeba łamać. Nie dziw, że trudno o barki dość mocne by unieść ciężar decyzji tak olbrzymiej i tak straszliwej. Człowiek myślał o tem, chodząc po szerokich ulicach Kujbyszewa, patrząc się zgóry na olbrzymi, oceaniczny nieomal, wylew potężnej Wołgi, i wspominał dwa naraz nazwiska: Popławski i Dmowski.

WIECZNA ROSJA

Historyk francuski czy angielski, polityk francuski czy angielski, rozcinają swe dylematy ostrym mieczem decyzji. Historyk francuski, jeśli wielbi Robespierre’a, nie będzie na drugiej karcie swego dzieła ronił łez nad Marją Antoniną. Polityk angielski, po nawróceniu się na antysemityzm, nie będzie jednocześnie prowadził wojny z Hitlerem. Ale polscy historycy i polscy politycy są inni. Polscy historycy z rodzinnej historji robili niemal zawsze ciężki, gęsty barszcz, w którym było i uwielbienie dla konfederatów barskich i komplement dla Stanisława Augusta. To, że konfederacja i Stanisław August byli wrogami, wcale im nie szkodziło. Polscy politycy… ? Jeszcze ćwierć wieku temu byli oni zupełnie inni. Piłsudski i Studnicki zapatrzeni byli w Wilno i w Kijów – ale wtedy nie rozprawiali o swej miłości do Poznania czy Śląska. Popławski i Dmowski mówili o Gdańsku i Prusach Wschodnich – ale wtedy nie patrzyli na wschód. O ileż aktywniejszy charakter posiadałaby ambasada polska w Moskwie, gdyby z dalekiego grobu w Polsce powstał Popławski, gdyby z cichej mogiły na warszawskiem Bródnie podniósł się nanowo Dmowski… albo, gdyby w dzisiejszej Polsce Dmowski, mając tylu zwolenników, posiadał choćby jednego ucznia.

Nie byłem nigdy narodowcem. Nie jestem uczniem Dmowskiego. Ale niewątpliwie, jeśli co w myśli politycznej tego wielkiego człowieka sprawia wrażenie głębi, jeśli co posiada ciężar spiżu, to właśnie jego rozważania o Polsce i Rosji. Dmowski miał 19 lat gdy rozpoczął karjerę polityczną i rozpoczął ją jako zwolennik porozumienia z Rosją. Miał lat ponad 60 gdy ją zakończył. Ale nigdy tego swego zdania nie zmienił. Rosja w ciągu tych lat kilkudziesięciu zmieniła się tak, jak nie zmienił się w podobnym okresie żaden inny kraj w historji świata. Z carskiej, prawosławnej, półfeudalnej, stała się komunistyczna, bezbożna, proletarjacka. Dla Dmowskiego pozostała – Rosją. Wiecznym sąsiadem Polski, obok którego żyć musimy, z którym powinniśmy – jego zdaniem – żyć możliwie najzgodniej. Stąd Dmowski był największym wrogiem jakiejkolwiek akcji antyrosyjskiej w Polsce, i nic go to nie obchodziło, jaki ustrój ma w danej chwili Rosja. Dla bolszewików nie miał napewno większych sympatyj niż jego epigoni; ale różnił się od tych epigonów i tem, że w jego oczach upodobania ustrojowe nie przesłaniały istotnych założeń. Założeniem tem było: wrogiem Polski są Niemcy, Polska na dwa fronty walczyć nie może, Polska powinna więc szukać porozumienia z Rosją. O, oczy Dmowskiego były naprawdę wpatrzone w niebieską Odrę i w szary, kaszubski Bałtyk! Dzisiaj Dmowski byłby najlepszym naszym ambasadorem w Rosji. Jego wyjazd tam wywołałby nieopisaną wściekłość Berlina, zmusiłby Niemcy do wielu, wielu rzeczy. Prasa sowiecka mówiłaby o polskości Pomorza i zachodniej części Prus Wschodnich, o polskości Opola i Wrocławia. Świat by się przyzwyczajał do myśli, że nasza granica zachodnia z traktatu wersalskiego była krzywdą nie dla Niemiec, ale dla Polski. Niestety, Dmowski nie żyje, i doprawdy „nie zostawił po sobie żadnego dziedzica, ani dla swojej myśli, ani dla imienia”. A szkoda.

Oczywiście, można myśleć kategorjami doznanych krzywd. Straszliwych, bezrozumnych rzeczy, doznanych przez setki tysięcy naszych rodaków. Damy wtedy dowód czułego serca – co jest wiele. Ale nie będziemy składali dowodu politycznego myślenia. Albowiem, przedewszystkiem, na to co było nic nie poradzimy, a natomiast, jeśli chcemy szybko, jak najwięcej i jak najrealniej, pomóc naszym rodakom w Rosji, możemy to zrobić tem łatwiej, im nasze stosunki z rządem sowieckim są lepszo, tem trudniej, im są gorsze. Możemy się targować, możemy się opierać, ale musimy łagodzić. Po drugie, musimy pamiętać że od samego początku tej wojny większość narodu polskiego – a obecnie i olbrzymia większość – cierpi nie od Rosji, ale od Niemców, i to cierpi coraz gorzej, coraz dotkliwiej. To jest okupant. To jest wróg.

Cokolwiekby się stało, Rosja pozostanie. Przetrwa. Rosja, co więcej, ewoluuje. Po raz pierwszy w swych dziejach, w tej sile i w tej skali, zapoznała się z tem czem są Niemcy. Bitwa nad Czudskiem jeziorem, udział Smoleńszczan w Grunwaldzie, wojna trzynastoletnia, wielka wojna – wszystko to było niczem w porównaniu z obecną inwazją. W pamięci wykształconego obywatela Z.S.R.R. owe, jedyne dotąd, zderzenia rosyjsko-niemieckie, malują się wypłowiałemi barwami, coś jak u nas „potop” szwedzki czy wojny z Czechami. Niemcy jako grabieżca, jako zaborca, dopiero teraz wchodzą w wyobraźnię Rosjanina: ale zato jak wchodzą! Okrucieństwa niemieckie we wszystkich krajach okupowanych bledną wobec bezmiaru okrucieństw niemieckich w Rosji. Tyle ongi wspominany przez Rosjan okres Polaków na Kremlu, pochód Napoleona na Moskwę, wszystko to niknie w oczach ludów sowieckich w porównaniu z obecną inwazją. Dopiero obecnie nauczą się Rosjanie nienawidzieć Niemców. A jednocześnie nigdy w swej historji Rosja nie dała tyle dowodów energji w walce, heroizmu w oporze, ofiarności w cierpieniu, a co więcej, wysokiej sprawności bojowej. Jeśli ktoś pociesza się może złudą, że Rosja obecna się przekreśli i że on z jakąś „przyszłą Rosją” potrafi się dogadać, bardzo się myli. Jeśli dzisiejsza Rosja sowiecka czci Kutuzowa i Suworowa, to żadna „Rosja przyszłości” nigdy nie wykreśli ze swych podręczników szkolnych, ze swej myśli i swego serca, widma bohaterskiej obrony Sewastopola, wojennej zimy pod Moskwą, zaciekłej walki o Stalingrad. I otóż, jako publicysta myślący o dalekiem jutrze swego narodu, cieszę się, że naród rosyjski, rozmyślając kiedyś o tej chwili wielkiej i tragicznej, nie będzie widział narodu polskiego po przeciwnej stronie, nie pomiesza go z Węgrami, Włochami, Rumunami. Słowakami i innymi wasalami Niemiec, ale zapamięta w nas jedynego sąsiada Rosji, który wbrew temu co doznał, stanął nie przeciw, ale obok rosyjskiego narodu w jego najcięższej walce. Nienawiść do Niemców, to uczucie nowe, masowe i szczególnej mocy. Zapada ono bardzo głęboko w ziemię rosyjską: będzie ono posiewem pod bujny, historyczny plon. Nienawiść do Niemców, potworna, o nieznanej nam potędze nienawiść, to uczucie które użyźnia glebę pod porozumienie Polski i Rosji. Nie lekceważmy mocy tego psychicznego superfosfatu! Jest ona olbrzymia. Sądzę, że pod jej działaniem nawet sprawa naszych ziem wschodnich przedstawiać się może lepiej. I wydaje mi się, że wielkie okazje są poto by je wyzyskać, nie poto by stać wobec nich biernie, że realny polityk, który przyszłej Polsce przyniesie pokój na wschodzie, dobrze się jej zasłuży, a ci co pierwsi powinni byli robić porozumienie z Rosją, ale się od tej misji uchylili, nie wrócą do Polski ze zbyt przepracowanemi rękami.

POWRÓT

Moja wyprawa rosyjska rozpoczęła się samolotem i samolotem skończyła. Pamiętam, jak lotem bardzo niskim wrzynaliśmy się w tundrę archangielską, w świat tajemniczy, zielony, płaski i pusty, w którym ginęły linje dróg i nici ścieżek, gdzie chował się, jak przed złem okiem, wszelki ślad człowieka. Po roku, inny samolot, wynurzał nas z gęstwy chmur nad morzami, i zaczęły przesuwać się pod nami zielone pagórki Anglji. Tu wszystko było pofałdowano, zindywidualizowane. Zieleń była głębsza i soczystsza, pokrajana wyraźnie czarnemi linjami żywopłotów i miedz. Lasy wyodrębniały się od pól, pola od dróg, a najmniejsze ludzkie domostwo bielą swych ścian, ciepłemi barwami dachów, odcinało swoją osobowość.

Lecieli ze mną Anglicy, którzy po lat kilka i więcej byli poza Anglją, a teraz wracali do domu. Byli wzruszeni, i ja też.

– You really like this country – powiedział mi pewien towarzysz.

– Yes – odpowiedziałem – I do.

I naraz pomyślałem sobie jak ten kraj, tak od nas daleki, jest mi bliższy od tamtego, do którego poznania i do współżycia z nim, was namawiam. Jak nas zbliża to, że należeliśmy ongi do tej samej wspólnoty rzymskiej, a należymy tak samo do miłujących wolność ludzką narodów, że kapitele romańskie w Wąchocku mają kształt kapiteli w St. Andrews, a w Oxfordzie jest coś z uniwersyteckiego Krakowa.

Samolot się zniżał, opływał wzgórza łagodne i nurty powolne rzeczułek, przesuwał się nad zaroślami parków i nad taflami leśnych polanek, a człowiek patrzał na ten kraj z miłosnem wzruszeniem, jak patrzymy po długiej rozłące w oczy ukochanej kobiety, od której – wiemy napewno – niesposób nam będzie teraz odejść.

KSAWERY PRUSZYŃSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close