JAN SASSE

Wojna zaczęła się w Gdańsku

Krążownik „Schleswig-Holstein”

Od chwili odłączenia na podstawie traktatu wersalskiego Gdańska wraz z jego okolicą od Rzeszy Niemieckiej i nadania mu charakteru wolnego miasta, Rzesza, niezależnie od innych kroków, podejmowanych w celu utrudnienia Polsce korzystania z praw przysługujących jej w porcie gdańskim i na terenie wolnego miasta, usilnie słarała się o podtrzymywanie kontaktu ludności niemieckiej Gdańska z armją i flotą niemiecką.

atak-na-westerplatte

Kontakt z armją był uciążliwy i dawał się utrzymywać jedynie w formie wysyłania do Gdańska na krótsze czy dłuższe okresy niemieckich wojskowych, pod pozorem odwiedzin lub pobytów wakacyjnych. Natomiast kontakt przy pomocy floty, jak wiadomo, jedynie częściowo zniszczonej po porażce Niemiec w 1918 r., był stosunkowo łatwy do zrealizowania. Jednakże przy nastrojach, jakie panowały w stosunkach między Polską a Niemcami w latach 1918 – 1934, nie doszło do odwiedzin floty niemieckiej w porcie gdańskim wobec negatywnego stosunku Polski, upoważnionej do prowadzenia spraw zagranicznych Gdańska i reprezentowania go na zewnątrz. Takie stanowisko Polski było w pełni uzasadnione okolicznościami, w jakich odbywało się korzystanie przez Polskę z praw przysługujących jej w porcie gdańskim, obawą niepokojów i brakiem konkretnych rygorów prawnych i faktycznych w wypadku poważniejszych incydentów z okazji odwiedzin jednostek floty wojennej Rzeszy.

Po r. 1933, a w szczególności z chwilą objęcia stanowiska prezydenta senatu wolnego miasta Gdańska przez Rauschninga, z nastaniem ery poprawniejszego stosunku Gdańska do Polski, gdy również stosunek Rzeszy do Polski przynajmniej na zewnątrz uległ daleko idącej zmianie na lepsze, powstały warunki, w których czynniki polskie nie miały możności trwania na stanowisku zdecydowanie negatywnem wobec sugestyj niemieckich, dotyczących odwiedzin jednostek niemieckiej floty wojennej w Gdańsku. Niezależnie od tych przyczyn, natury niejako polityczno-uczuciowej, będących konsekwencją polityki polsko-niemieckiej lat 1933 – 1938, również względy polityki europejskiej Polski, wyrażającej się w manifestowaniu na zewnątrz normalizacji wzajemnych stosunków polsko-niemieckich, trwałej i nie podlegającej wstrząsom, jako logiczną konsekwencję musiały mieć zmianę poprzedniego negatywnego stosunku Polski do kontaktów Gdańska z Rzeszą. A kontakty te stały się dla Rzeszy szczególnie ważne w tym okresie, gdy rozpoczęte w r. 1934 likwidowanie całego zespołu stronnictw politycznych w Gdańsku, na korzyść jedynej partji niemieckiej narodowo-socjalistycznej, dobiegać poczęło punktu kulminacyjnego. Następują kolejne odwiedziny niemieckich okrętów wojennych w latach 1936, 1937 i 1938. Gośćmi są krążowniki „Leipzig” i „Königsberg” i flotylla mniejszych jednostek wojennych.

Procedura odwiedzin była zawsze identyczna, podobnie ich protokół, w bardzo specyficznych warunkach gdańskich odbiegający od protokółu podobnych wizyt w innych państwach.

Każde odwiedziny poprzedzało złożenie przez ambasadę niemiecką w Warszawie noty, zawierającej prośbę o wyrażenie w porozumieniu z senatem wolnego miasta Gdańska zgody na odwiedziny okrętu wojennego Rzeszy w porcie gdańskim. Po zasiągnięciu opinji senatu, która rzecz prosta, wypadała pozytywnie, Polska zawiadamiała ambasadę Rzeszy w Warszawie o swojej zgodzie na odwiedziny, przy zastrzeżeniu uzgodnienia ścisłego terminu i programu przyjęcia „gościa”. Program ten ustalany był już na miejscu w Gdańsku pomiędzy przedstawicielami wysokiego komisarza Ligi Narodów, komisarza generalnego Rzeczypospolitej, prezydenta rady portu i senatu wolnego miasta. Podczas wizyt, występowała ze strony polskiej, jako gospodarz portu gdańskiego, jakaś poważniejsza jednostka polskiej floty wojennej (zwykle kontrtorpedowiec „Wicher”), która oddawała honory przy wejściu do portu i wysyłała i przyjmowała oficera komplementacyjnego. Kolejność wizyt była zgóry ustalona, podobnie – charakter przyjęć. Według protokółu wizyty, komendant niemieckiego okrętu składał najpierw wizytę wysokiemu komisarzowi Ligi Narodów, potem komisarzowi generalnemu Rzeczypospolitej, a następnie prezydentowi senatu i prezydentowi rady portu. W tej samej kolejności wizyty były oddawane. Symbolika tego protokółu była jasna i zapewne była należycie rozumiana zarówno przez gości jak przez gospodarzy.

Naogół wizyty okrętów wojennych Rzeszy odbywały się bez incydentów, jeśli nie zaliczać do nich „żywiołowych”, dobrze zorganizowanych manifestacyj ludności Gdańska na cześć okrętów, marynarzy i Rzeszy. Od r. 1935 senat Gdańsku zarządzał z okazji odwiedzin iluminację i dekorację wszystkich gmachów publicznych flagą gdańską oraz domów prywatnych flagami niemieckiej partji narodowo-socjalistycznej.

Jeden raz tylko wynikł w czasie odwiedzin okrętu wojennego floty niemieckiej incydent natury głębszej. Było to w r. 1937. gdy oficerowie krążownika „Leipzig” obrazili wysokiego komisarza Ligi Narodów Lestera, który atakowany był ostro przez Rzeszę z przyczyn sztucznie skonstruowanych. Incydent został zażegnany w sposób niezbyt zręczny z punktu widzenia prestige’u Ligi Narodów. Polska nie zareagowała również aktywnie w tej sprawie, idąc zresztą logicznie po obranej w r. 1933 (maj) drodze nieinteresowania się zagadnieniami dotyczącemi wysokiego komisarza Ligi Narodów w Gdańsku, a stawiając konsekwentnie na dwustronne regulowanie spraw polsko-niemieckich. Zagadnienie gdańskie przesuwało się w ten sposób z dziedziny stosunków pomiędzy Polską a Ligą Narodów na płaszczyznę polsko-niemieckiej rozgrywki politycznej. Coraz wyraźniej wysuwać się począł on na czoło zagadnień, których regulację korzystną dla siebie uważała Rzesza Niemiecka za sprawę, w kolejności postulatów w stosunku do Polski najpilniejszą i jak sądzono w Berlinie, za stosunkowo najłatwiejszą.

W tym stanie rzeczy nie było niespodzianką, a w każdym razie nie było niespodzianką co do treści, gdy Rzesza po zabraniu Czech, Moraw i Kłajpedy, sprecyzowała wreszcie swoje, długo przedtem lansowane w prasie w formie raczej mglistej, postulaty co do terytorjum Gdańska. Spowodu braku formy ultymatywnej w ujęciu tych postulatów, wydawało się, że uda się rozwiązanie tego zagadnienia przesunąć na okres późniejszy, zwłaszcza wobec konstelacji ogólnoeuropejskiej, samo zaś zagadnienie poddać rewizji rzeczowej.

Toteż gdy w maju 1939 r. Rzesza zwróciła się do Polski, jak w poprzednich latach, z prośbą o wyrażenie zgody na odwiedzenie Gdańska przez niemiecki krążownik „Königsberg”, nie tylko Polska, ale i zagranica uznały ten fakt za próbę odprężenia, podjętą przez Rzeszę. W drodze normalnej procedury Rzesza została zawiadomiona o przychylnem stanowisku Polski w tej sprawie. Przy bliższej analizie okazuje się, że wszystkie korzyści wyciągnęły z niej wyłącznie Niemcy: osiągnęły mianowicie efekt odprężający w stosunku do siebie na Zachodzie, uzyskały sposobność podniesienia temperatury w Gdańsku z okazji odwiedzin oraz możność wygrania obecności niemieckiego krążownika w porcie gdańskim w ramach swego generalnego planu wojennego przeciw Polsce, który z wiosną 1939 r. był już bez wątpienia gotów. Polska, chwyciwszy się rozpaczliwie a bez istotnej przyczyny, niezbyt głębokiego, choć efektownego argumentu odprężenia stosunków polsko-niemieckich, popełniła błąd strategiczny i polityczny, pozwalając na wprowadzenie w środek swych pozycyj, poza linję obrony, czynnika obcego, przyczem punkt, w którym czynnik ten uzyskał możność działania, był najdelikatniejszy i bodaj jeden z najbardziej ważnych dla obrony Polski.

Dn. 24 sierpnia 1039 r. odbyła się w senacie gdańskim konferencja, dotycząca przyjazdu krążownika „Königsberg”. Wzięły w niej udział osoby tradycyjnie już zajmujące się tą sprawą, program ustalono jak zwykle, w protokóle nie dokonano żadnych zmian poza tą, że Polska zrezygnowała tym razem z wysłania swego okrętu wojennego na powitanie. Ale w godzinach popołudniowych tegoż dnia prasa gdańska zamieściła wiadomość, że krążownik „Königsberg” nie przybędzie do Gdańska, ponieważ uległ nieznacznemu, niemniej dotkliwemu uszkodzeniu, zamiast niego zaś do portu wejdzie dn. 25 sierpnia 1939 r. o godz. 9 krążownik „Schleswig-Holstein”. Równocześnie zamieszczono opis tej jednostki floty niemieckiej, wybudowanej w 1996 r., później zmodernizowanej, uzbrojonej w 6 dział 28-centymetrowych i 8 dział 15-centymetrowych, o załodze liczącej ponad tysiąc ludzi. Mimo konsternacji, jaką wiadomość ta wywołała wśród czynników niemieckich, zwłaszcza wobec oczywistej niewiarogodności uszkodzenia krążownika „Königsberg”, który przecież nawet z uszkodzeniem mógł dopłynąć do Gdańska, program wizyty nie uległ zmianie. Warto zaznaczyć, że rząd niemiecki nie zawiadomił Warszawy na właściwej drodze o zamianie okrętu, który miał przybyć do Gdańska.

Wieczorem dn. 24 sierpnia flotylla gdańskich statków pilotażowych wypłynęła naprzeciw krążownika, aby ułatwić mu wejście do portu gdańskiego. Jako miejsce postoju przewidziano basen w Nowym Porcie, tuż naprzeciw polskiej bazy przeładunkowej na półwyspie Westerplatte.

Dn. 25 sierpnia 1939 r. o godz. 8 rano przybył do komendanta pilotów i policji portowej portu gdańskiego, Polaka, komandora Ziółkowskiego, uzbrojony komandor marynarki niemieckiej z czterema żołnierzami i zaaresztowawszy go, odstawił do jego mieszkania, przed którem ustawił wartę. Równocześnie zostali złożeni z funkcji piloci polskiej narodowości, których było kilkunastu, i polscy policjanci portowi, stanowiący połowę całej policji portowej.

O godz. 9 zgodnie z programem wszedł do portu „Schleswig-Holstein”, witany przez tłumy ludności i salwy armatnie.

O godz. 10 zjawił się w mieszkaniu komandora Ziółkowskiego komandor niemiecki, który aresztował go poprzednio, i prosił, aby objął z powrotem służbę, donosząc mu równocześnie, że  piloci polscy i policjanci portowi również znów do służby zostali dopuszczeni. Przepraszając komandora Ziółkowskiego za to co się stało, tłumaczył się oficer niemiecki nieporozumieniem, jakie wynikło w rozgwarze instrukcyj wydawanych w związku z wejściem krążownika niemieckiego do portu. Nie tłumaczył się natomiast, rzecz jasna, skąd w Gdańsku znalazł się naraz niemiecki oficer marynarki w służbie.

Wizyty i rewizyty miały przebieg normalny. Wieczorem tegoż dnia odbyło się pzyjęcie u „Gauleitera” Forstera, który dwa dni wcześniej przyjął tytuł głowy państwa, nadany mu przez senat gdański. Na przyjęciu tem nie zjawił się ani wysoki komisarz Ligi Narodów, ani komisarz generalny Rzeczypospolitej, i „Gauleiter” Forster nie omieszkał w przemówieniu swojem dać wyraz niezadowoleniu z nieobecności tych dostojników, zupełnie zrozumiałej wobec nieprawności uchwały senatu, podnoszącej „Gauleitera” do godności nieprzewidzianej w statucie wolnego miasta Gdańska, głowy państwa.

Dn. 28 sierpnia 1939 r. prasa doniosła o decyzji komendanta krążownika „Schleswig-Holstein” pozostania jeszcze przez pewien czas w Gdańsku w celu dokonania drobnych naprawek oraz uzupełnienia zapasów. Tegoż dnia zmienił on też pozycję, ustawiając się przodem do Westerplatte.

Dn. 1 września 1939 r. krążownikowi „Schleswig-Holstein” przypadła haniebna funkcja rozpoczęcia, bez wypowiedzenia, wojny przeciw Polsce. O godz. 4.45 tego dnia, na godzinę przed przekroczeniem granicy polskiej przez oddziały niemieckie, rozpoczął on bombardowanie polskiej bazy przeładunkowej w porcie gdańskim, półwyspu Westerplatte.

Westerplatte, polskie Termopile

Westerplatte jest półwyspem o rozmiarach 800×200, leżącym u ujścia martwej Wisły w t. zw. Nowym Porcie (Neuhafen). Od reszty portu oddzielał ją mur z cegły czerwonej. Podstawą przyznania Polsce tego skrawku ziemi, jako bazy przeładunkowej dla amunicji i broni, stał się traktat wersalski, zapewniający jej prawo wyładowywania wszelkiego towaru, niezakazanego przepisami polskiemi, w porcie gdańskim.

W celu wykonywania przysługujących jej praw, Polska uzyskała upoważnienie do utrzymywania niedużej załogi (88 ludzi łącznie z oficerami) jako straży transportów, nadchodzących na Westerplatte. Zmienianie tej załogi, które okazywało się konieczne, wobec charakteru służby wojskowej w Polsce oraz szkolenia żołnierzy, powodowało co pewien czas sytuację pod względem ilościowym nieco odmienną, mianowicie znajdowały się tam chwilowo dwie załogi: odchodząca i przychodząca.

Jeden raz w ciągu niemal dwudziestoletniego okresu władania przez Polskę Westerplatte zdarzyło się, że Polska świadomie powiększyła ilość żołnierzy, stanowiących jej załogę. Było to w r. 1933, gdy nastąpił desant polski na Westerplatte wobec niewłaściwości popełnionych przez Rzeszę w Gdańsku, a wskazujących na agresywne jej stanowisko wobec Polski, w szczególności na zamiar zmiany stosunków, panujących w Gdańsku, na niekorzyść Polski. Desant ten po pewnym czasie został wycofany.

W sierpniu 1939 r. obsadę Westerplatte stanowiło 171 żołnierzy i 5 oficerów. Był to akuratnie moment wymiany załogi, i odchodząca załoga wprowadzała w nowe funkcje nową załogę. Pozatem znajdowało się na terenie Westerplatte 20 rzemieślników, krawców, szewców, ślusarzy i murarzy, którzy obsługiwali żołnierzy każdorazowo przebywających na Westerplatte, dokonywali drobnych remontów koszar, instalacji elektrycznej i kanalizacji. W toku były właśnie roboty, zmierzające do podniesienia warunków życia załogi Westerplatte, a mianowicie zmiana podłogi w koszarach i kasynie załogi oraz opatrzenie ścian, narażonych na wpływy wilgotnych wiatrów Bałtyku, płytkami szamotowemi. Wagon takich płytek stał od początku sierpnia na bocznicy kolejowej i nie mógł się doczekać zezwolenia władz celnych wolnego miasta na wyładowanie.

Załoga składała się wyłącznie z ludzi zupełnie młodych: 21-23-letnich. Jedynie komendant Westerplatte, w randze majora, był człowiekiem czterdziestokilkoletnim, który przeszedł wojnę 1914 – 1920.

Warunki życia na Westerplatte były w porównaniu z normalnem życiem żołnierskiem dostatnie, jedzenie obfite i dobre, swoboda poruszania się, naturalnie tylko na terenie Westerplatte, duża. Kontakt ze światem zewnętrznym utrzymywała motorówka służbowa, którą jeżdżono do Gdyni, a z Gdańska dojeżdżali niekiedy oficerowie z komisarjatu generalnego Rzeczypospolitej i urzędnicy komisarjatu. Westerplatte posiadała wewnętrzne połączenie telefoniczne z komisarjatem generalnym w Gdańsku i (kablem podmorskim) z dowództwem marynarki w Gdyni. Życie płynęło w dużem odosobnieniu, ale też i beztrosce materjalnej.

Ciszę zakłócały podejmowane co pewien czas alarmy prasy gdańskiej i reprezentantów Gdańska o grożącem jakoby wolnemu miastu niebezpieczeństwie ze strony „magazynu środków wybuchowych”, jakim, zdaniem ich, miała być Westerplatte. Rzut oka na mapę pozwala skwalifikować te zarzuty jako pozbawione jakiejkolwiek realnej podstawy. Co pewien czas też, a zwłaszcza już w r. 1939, rozszerzały czynniki niemieckie pogłoski o daleko posuniętych pracach fortyfikacyjnych na Westerplatte, wieżach pancernych artylerji ciężkiej, rzekomo się tam znajdującej, i zwielokrotnieniu załogi. Prawdą było jedynie, jak zaznaczono już wyżej, że niekiedy, przejściowo przebywała na Westerplatte podwojona załoga oraz że pod koszarami wybudowano w ciągu lat obszerne piwnice o silnych sklepieniach, służące przejściowo jako magazyny. Uzbrojenie Westerplatte w lecie r. 1939 stanowiło, poza karabinami ręcznemi, kilkanaście karabinów maszynowych i kilka działek przeciwpancernych nowego typu, przesłanych dla celów szkolnych, pozatem pewna ilość granatów ręcznych. Amunicji było – rzecz prosta – dość.

Kontakt Westerplatte z Gdańskiem, zawsze dość uciążliwy, w r. 1939 z dnia na dzień niemal się pogarszał. Odwiedzanie załogi przez oficerów z biura wojskowego komisarjatu generalnego w Gdańsku napotykało na szereg przeszkód, samochody poddawane były szykanom w formie legitymowania znajdujących się w nich osób, rewidowania bagażników i zaglądania pod maski motorów. Dowóz środków żywności drogą lądową stawał się coraz trudniejszy aż do zupełnego zahamowania w ostatnich tygodniach sierpnia. Pierścień izolacyjny wokół Westerplatte zaciskał się coraz mocniej i mocniej, w miarę jak zbliżały się ostatnie dni sierpnia. Jeszcze raz rozluźniono go, by przepuścić karetkę, wiozącą ciężko chorego żołnierza polskiego z Westerplatte do granicy gdańsko-polskiej – okazja do późniejszego patetycznego wysławiania na łamach gazet gdańskich „wielkoduszności” niemieckiej. Jeszcze raz rozluźniono pierścień, a potem zamknięto go w dn. 30 sierpnia 1939 r. i już nie otwarto.

Kilka dni przedtem, na dzień przed wejściem do porlu gdańskiego krążownika „Schleswig-Holstein”, polecono usunięcie sprzed Westerplatte wszystkich statków i łodzi rybackich, zakazując na przyszłość spuszczania kotwicy wszelkim statkom przed Westerplatte.

Dni były niepospolicie piękne. Upalne południa, letnie, pogodne wieczory. A atmosfera była ciężka i duszna w mieście czerwonem od stale wiszących flag, przyozdobionych koszmarnemi wężami swastyk. Ryk tłumów i piski oddziałów dzieci, podniecanych nieustanną, niepowstrzymaną, nieprzytomną propagandą wodzów i małych kacyków partyjnych, rozdzierającym dysonansem tętnił po ulicach. Na gmachach publicznych umieszczono festony z zieleni i małych chorągiewek upstrzonych czarnemi pajączkami, przed gmachem senatu ustawiono maszty, oddziały wojska maszerowały nieustannie, baterje dział rozdygotywały ulice, czołgi pełzły na wszystkie strony, na polach kopano rowy strzeleckie i ustawiano karabiny maszynowe, miasto pełne było szaleńczego ruchu i zamieszania, wśród którego jak wyspa spokoju i umiaru, zdecydowania i godności, a może też dumy i tragicznego zaufania we własne siły, leżała Westerplatte.

Przez rzadkie drzewa widać było z okien koszar Westerplatte wąską kiszkę portu, szarą wodę basenu, popielaty ogromny przód krążownika niemieckiego, stojącego przodem do półwyspu w odległości około 200 m, ruchy marynarzy na nim, a nocą światło domów leżących nad portem i odległą łunę Gdańska. Żyła Westerplatte w te dni ostatnie jak przedtem, w pogotowiu i w nieustannej czujności. Zwarli się w sobie i z sobą ludzie Westerplatte, żołnierze i cywilni, jak w uścisku nierozerwalnym. Cywilni odmówili opuszczenia tego skrawka ziemi, nad którym łopotała dumnie flaga Rzeczypospolitej a na którym przeżyli szereg lal. Zostali i otrzymali swój odcinek obrony, na wypadek potrzeby.

Przyszła noc 31 sierpnia. Aparat radjowy odkrzyczał jak echo tekst niemieckich propozycyj kapitulacji Polski, a potem zamilkł. Telefony jęczały całą noc między Westerplatte a Gdynią, komendant czuwał, żołnierze i oficerowie drzemali na swych posterunkach. Nad ranem stało się cicho i niemal spokojnie. Mgiełka jesienna położyła się na domach i drzewach i osłoniła je delikatnie, zacierając ich zarysy. Mgiełka otuliła okręt, stojący naprzeciw Westerplatte, i skróciła widnokrąg. Tak płynęły minuty.

Dn. 1 września 1939 r. o godz. 4 rano rozpoczęła się na krążowniku „Schleswig-Holstein” gorączkowa krzątanina. Za mgłą działo się również na wybrzeżu, w porcie, coś niezwykłego. Zegar bliskiego kościółka wydzwonił kwadrans na piątą, potem pół do piątej.

Piętnaście minut przed piątą krążownik „Schleswig-Holstein” rozpoczął ostrzeliwanie Westerplatte. Piętnaście minut przed piątą naraz zagrzmiały wszystkie jego działa – sześć dwudziestoośmiocentymetrówek, osiem piętnastek i reszta zespołu uzbrojenia, waląc tysiąckilogramowym ładunkiem w Westerplatte.

W chwilę później nie było już koszar, nie było kasyna i budynków administracji – pozostało tylko rumowisko cegieł, cementu i połamanego drzewa.

Załoga, wycofawszy się z małemi stratami do piwnic, odstrzeliwała się ze swych trzech działek przeciwpancernych, z karabinów ręcznych i karabinów maszynowych. Ostrzeliwanie trwało do godz. 9.15, przyczem oddano ogółem 64 salwy artylerji.

O godz. 10 wyszło nadzwyczajne wydanie gazety „Danziger Vorposten”, donoszące o zbombardowaniu Westerplatte i puszczające bajkę o jej zdobyciu „po dziesięciu minutach bombardowania”. Popołudniu bombardowano Westerplatte ponownie z krążownika, z lądu i z bombowców, trzykrotnie nalatujących na nią falami. Westerplatte broniła się, urągając swojemi piwnicami artylerji „Schleswig-Holsleina” i bombom lotniczym. Dn. 2 września 1939 r. znów wczesnym rankiem rozpoczęto bombardowanie, potem uderzyły czołgi i piechota. Na małym kilkusetmetrowym odcinku zgromadzono kilka tysięcy ludzi i masą tą chciano złamać ten okop męstwa, niezłomności i poświęcenia.

Bezskutecznie.

Dziewięć dni broniła się Westerplatte.

Dn. 9 września została wreszcie zdobyta.

W ręce niemieckie dostała się zryta pociskami ziemia, pokryta gruzem i pniami drzew, sto kilkadziesiąt zniekształconych trupów i kilkudziesięciu ciężko rannych.

JAN SASSE.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close