Wola Polski

ROZMOWA SPRZED LAT DZIESIĘCIU…1)

Natrętnie przypomina mi się rozmowa sprzed lat niespełna dziesięciu. Rozmowa, którą miałem w Warszawie z p. Hamiltonem Armstrongiem, redaktorem nowojorskich „Foreign Affairs”. Nie prosiłem wówczas mego gościa o upoważnienie do ogłoszenia jego poglądów – nie czuję się więc i dziś uprawniony do ich powtarzania. Natomiast wolno mi przytoczyć to co sam wówczas mówiłem. Tem więcej, że po tej rozmowie dałem wyraz swym poglądom -w formie bardziej oczywiście umiarkowanej – w podpisanym przeze mnie artykule „Gazety Polskiej”.

Chodziło o Pomorze. – A oto dość wiernie bieg moich ówczesnych rozważań.

– Błędem jest, gdy ktokolwiek uważa zagadnienie Pomorza za „drobną” sprawę, za „pomyłkę graniczną” albo za „niesprawiedliwość wobec Niemiec”. Jeszcze większym błędem jest, że sprawę tę da się załatwić w drodze jakiegoś „kompromisu”, t.zn. w drodze ustępstw ze strony Polski. Tragikomiczną zaś naiwnością są pomysły „rozwiązania” tego zagadnienia w drodze głosowali Ligi Narodów, art. 19 paktu, na jakiejś konferencji przy jakimś stole obrad, przez głosowania jakichś „mężów stanu”. Co więcej, nawet ewentualne głosowania tak czcigodnych instytucyj, jak parlament angielski, kongres amerykański czy francuska izba deputowanych, też nic tu nie zmienia i do żadnych rezygnacyj nas nie skłonią. Choć rzecz szczególna, że jednocześnie i Mussolini i Paul-Boncour, nacjonaliści niemieccy i radykałowie francuscy – są zadziwiająco jednomyślni w tym punkcie: zastosowania art. 19 do Polski, dokonania rewizji traktatów kosztem Polski, opłacenia własnych zysków – ziemią Polski, to jednak ani Cezarowe oblicze Mussoliniego, ani grzmiący głos senatora Boraha, ani płomienna wymowa Lloyd George’a, ani nawet tajemnicze szepty samego Stalina – do niczego nas nie skłonią. Nie ustąpimy – choćby nam konieczność, szlachetność, obowiązek ustępstw kładły co rano w głowę wszystkie gazety świata, choćby wszystkie miasta kuli ziemskiej manifestowały na korzyść „pokrzywdzonych Niemiec”, choćby zapadły w tej sprawie – co, o dziwo, nie jest wcale wykluczone -jednobrzmiące uchwały Wielkiej Rady Faszystowskiej i III Międzynarodówki.

„A zresztą – czyż dziś świat nie czyni tego właśnie? Czy nie pracuje nad tem aby nas osłabić, Niemcy zaś wzmocnić? Czy Locarno nie było angielsko-francuską próbą kupienia sobie pokoju za cenę krwi i życia mieszkających w „granicach drugiego rzędu”? Czy wy, Amerykanie, nie sypiecie hojnie i bez rachunku niemal złotym deszczem na Niemcy? Czy Stalin nie przytulił u siebie niemieckiego przemysłu wojennego? Czy Anglja i Francja nie wprowadziły Niemiec na stałe miejsce do Rady Ligi Narodów, podczas gdy nam tego miejsca odmówiono? Czy amerykańskie dolary, bolszewicka współpraca wojenna, faszystowski komisarz Gdańska hr. Gravina, pan Montagu Norman z Bank of England nie czynią wszyscy tego samego? Czy nie jest to wszechstronny nacisk na nas, zmierzający do tego, byśmy się Niemcom poddali? Czy nie mamy codzień do czynienia z faktami, groźniejszemi niż najjaskrawsze wypowiedzenia – faktami współpracy z Niemcami przeciw Polsce ze strony wielkich, najczęściej decydujących odłamów opinji Anglji, Francji, Ameryki – oraz ze strony Włoch i Rosji.

„A jednak nie ustąpiliśmy. Mogliśmy i możemy wytrzymać – dlatego, że mamy słuszność. Dlatego, że Pomorze – to Polska. Dlatego, że bez niego nie moglibyśmy żyć jak ludzie wolni. Dlatego wreszcie, że w tym okłamanym i zakłamanym świecie my, Polacy, wiemy, gdzie jest prawda, gdyż jej codzień dotykamy poranionemi rękami. A prawdą tą jest, że to nie Polska – tylko Niemcy są krajem imperjalizmu i zaborczości. Prawdą jest, że kto chce zatkać gardło wilka, rzucając mu kość na pożarcie – ten, choćby piastował wysokie godności w największych krajach, nie czyni nic mądrego.

„Zrozumiałe jest stanowisko Rosji -Sowiety chcą rozpętania wojny i wiedzą, że osłabienie Polski jest pierwszym krokiem do tego. Można zrozumieć stanowisko Włoch – bo Włochy same się boją nacisku niemieckiego i pragną go skanalizować w kierunku wschodnim. Stanowisko rosyjskie może być określone jako nieetyczne, jako demoniczne jeśli kto woli – ale daje się ono pojąć. Stanowisko włoskie jest krótkowzroczne, jest tchórzliwe, jest obliczone na krótką metę, ale jest w swojej słabości ludzkiej po ludzku logiczne. Natomiast nielogiczne jest w tej sprawie stanowisko tych co naprawdę chcą zachowania pokoju i oto pragną go wzmacniać przez podkopywanie jego fundamentów.

„Wy, szczęśliwi ludzie szerokiego świata, rozumiecie doskonale znaczenie takich punktów jak Singapore czy Panama. Nie rozumiecie jednak, że Polska leży geograficznie i politycznie w miejscu tak samo ważnem, że jej kształt, jej siła są, być może, dla dziejów świata jeszcze ważniejsze.

„Polska leży bowiem między dwoma olbrzymiemi ludami, opętanemi przez demony. I Polska – samem swem istnieniem – paraliżuje dwa imperjalizmy, imperjalizmy, których siły zdaleka ocenić nie można. Ponury, szary imperjalizm rosyjski, imperjalizm negacji i nędzy, imperjalizm odnalezienia własnej wartości w poniżeniu innych, imperjalizm oparty na ubóstwieniu liczby i przestrzeni, mnogości i bezkresu – i przeciwstawieniu tej niezliczonej smutnej ilości wszelkiej jakości. I lśniący, drapieżny, chytry, sprawny jak maszyna imperjalizm niemiecki – imperjalizm bałwochwalstwa organizacji, imperjalizm wzorowego więzienia, nowoczesnych koszar… Polska zna je oba.

„Polska zatrzymała w r. 1920 imperjalizm rosyjski, sięgający po władzę nad Europą. Sięgający po władzę nad Europą podówczas z szansami tryumfu. Nikt nam w tem nie dopomógł – i mało kto to rozumiał. Ale my wiemy, wiemy z bezpośredniego zetknięcia, że imperjalizm ten chce i chcieć będzie władztwa nad światem. Jak wtedy przez Wilno, Grodno, Warszawę wiodła droga do panowania namiestników moskiewskich w Berlinie, Paryżu, Madrycie – a może w Londynie i Waszyngtonie, jak panowała już była Moskwa nad Budapesztem, Lipskiem i Monachjum -tak dziś przez Chojnice, Wejherowo, Kartuzy, przez nieznane wam miasteczka uśpione wśród jezior, drzemiące wśród lasów – wiedzie niemiecki szlak do władania światem. Tędy właśnie i tędy koniecznie. Polska odcięta od morza, Polska powalona na kolana albo Polska zepchnięta do grobu – to cała Europa środkowa i wschodnia w ręku Niemiec. Jeśli uda się Niemcom ponownie zawładnąć Pomorzem, jeśli uda im się Polskę pokonać lub zmusić do kapitulacji, wówczas „Mitteleuropa” staje się faktem, wówczas władztwo Niemiec rozciąga się bez przeszkód od Bałtyku do morza Czarnego, wówczas blok niemal dwustu miljonów ludzi, pracujących pod kierownictwem niemieckiem dla Niemiec – staje się ciałem. A to skolei otwiera perspektywy bez kresu.

„Przez Pomorze biegnie droga do hegemonji Niemiec nad światem.

„Dlatego nie słuchając was, przeciwstawiając się wam, stojąc twardo przy tem, że nic nie mamy do ustąpienia -czynimy rzecz, która i wam służy. Póki Polska istnieje – zarówno imperjalizm niemiecki jak i imperjalizm rosyjski są zahamowane. Ten pierwszy szaniec musi być zdobyty – by dalszy marsz mógł się rozpocząć.

„Zagadnienie wojny i pokoju w Europie nie jest, jak się często myśli, zagadnieniem takich czy innych ustępstw Polski wobec jednego czy drugiego z jej opętanych sąsiadów. Wprost przeciwnie — jest to alternatywa Polski dostatecznie silnej albo Polski słabej. Polska słaba, to właśnie nadchodząca wojna. Polska silna, to olbrzymie wzmocnienie szans pokoju w Europie. Dlatego że wówczas pierwszy krok każdego z tych imperjalizmów jest trudny. Trudny bezpośrednio w stosunku do Polski silnej. Trudny dalej – bo w oparciu na tym mocnym pniu – zdolne są do istnienia inne opory. Państwa bałtyckie, Czechy, Węgry, Rumunja – to wszystko tylko przy oparciu na Polsce może się gwałtowi opierać.

„Nikt inny w Europie wojny rozpętać nie chce i wojny nie rozpęta – prócz jednego z tych dwóch narodów, jeśli nie obu razem. Ale wojna jednego z nich, czy obu, przeciw Polsce – będzie tylko początkiem. Chodzić w niej będzie o zdobycie pozycyj wypadowych. I gdyby Polska wojnę o swoje istnienie przegrała – wówczas do waszych domostw, tak odległych i tak dziś spokojnych, do waszych drzwi, tak napozór bezpiecznych – śmierć ręką kościaną niedługo zapuka.

„To nie jest nasza megalomanja – to jest nasze nieszczęście. Nieszczęściem jest, że żyjemy na otwartym gościńcu historji, na wielkiem rozdrożu dziejów. Ani to nasza wina, ani to nasza zasługa -to los nasz tylko. Ale przez krwawe próby, nauczył on nas rozumieć to, czego inni jeszcze nie rozumieją. Widzieliśmy zbliska, w ciągu stuleci, jak rodziły się, rosły, potworniały te dwa policyjne uniwersalizmy. Bo to są dziś uniwersalizmy – t.zn. są to imperjalizmy, dążące do ukształtowania na swoją modłę całego świata.

„Tak bowiem dziś już być musi. Planeta nasza stała się zbyt ciasna, by można było na niej stworzyć ograniczoną hegemonję. Kto chce rządzić gwałtem, ten, aby czuć się bezpieczny, musi władać światem. I dlatego Polska jest dziś -zrządzeniem losu – strażą przednią, pierwszym okopem wszystkich ludów, co nie chcą żyć w niewoli.

„Dlatego odrzucamy i dlatego mamy prawo odrzucać wszelkie sugestje ustępstw w sprawie Pomorza. Dlatego, gdyby nawet Rada Ligi Narodów uchwaliła jednogłośnie rewizję granic Polski, gdyby międzynarodowy korpus ekspedycyjny miał Polskę najechać, gdyby nawet połączone floty Anglji i Ameryki stanęły u naszych wybrzeży, by egzekwować to postanowienie – to i wówczas także walilibyśmy do waszych okrętów ze wszystkich armat, strzelali do waszych żołnierzy z każdego okna. W ten sposób spełnilibyśmy tylko nasz obowiązek wobec samych siebie – i wobec całej ludzkości. Gdyż w naszem najgłębszem przekonaniu – takim protestem dalibyśmy świadectwo trzykrotnej prawdzie: pierwszej – że Polska nie jest i nie będzie objektem handlu i żadnym skrawkiem swej ziemi kupczyć się nie zgodzi; drugiej – że wolności trzeba bronić do końca nawet przeciw ignorancji najmożniejszych tego świata; trzeciej -że nie na nas spadnie odpowiedzialność za katastrofę, jaką musi rozpętać wyzwolenie imperjalizmu niemieckiego.

… I GŁOSY PRASY DZISIAJ

Kiedy prowadziłem tę rozmowę, byłem człowiekiem prywatnym, nie piastującym żadnych godności. Dziś jestem zwykłym uchodźcą. Czy nie teraz trzeba, aby ktoś taki właśnie na swoją odpowiedzialność nie powiedział poprostu i wyraźnie tego co myśli, a co prawdopodobnie myślą i inni?

Przecież to teraz p. H. W. Dawson poucza nas dalej („Contemporary Review” z kwietnia b.r.) że Pomorze powinno przypaść Niemcom 2). Przecież to „Times” z dn. 1 sierpnia b.r. powiedział, że kierownictwo na wschodzie Europy musi przypaść Niemcom albo Rosji, bo tertium non datur. Przecież to „Times” z dn. 14 lipca t.r. pisze dosłownie: „Unless Poland were content to become the dependent of Germany – an unthinkable hypothesis whose implications have now been demonstrated beyond the possibility of misunderstanding – close co-operation and association with Russia are essential; and this is a matter of far more vital importance to her than any issue of disputed territorial claims. Russia on her side can afford to be generous”… Przecież pod wpływem tej publicystyki co trzeci Anglik, z jakim się dzisiaj rozmawia, radzi nam życzliwie, byśmy zrzekli się na rzecz Rosji „rosyjskich” terenów, wchodzących w skład Rzeczypospolitej, aby w ten sposób zyskać rosyjską przyjaźń i na Rosji po wojnie oparcie. A niejeden Anglik wraca po dawnemu do sprawy „korytarza”, bez którego tak trudno żyć będzie przyszłej demokratycznej Rzeszy.

Przecież ostatnie wypadki wywołały taką mnogość wypowiedzi prasy angielskiej w sposób „otwierający” zagadnienie naszych granic wschodnich, że oficjalny „Dziennik Polski” musiał to skomentować następującemi słowy: „Pogląd, że na konferencji pokojowej można będzie mówić o granicach, dotyczy, oczywiście, wszystkich państw bez żadnego wogóle wyjątku; jasne jest również, że Polska uważa zagadnienie swoich granic za bezsporne”… Wiceprezes zaś Rady Narodowej p. Mikołajczyk – twierdząc że umowa polsko-sowiecka jest powrotem do stanu prawnego sprzed września 1939 r. – z wielkim temperamentem, lecz nie bez pewnej dozy słuszności wykrzyknął: „Chyba tylko wrogowie Polski mogliby inaczej komentować ten punkt układu”.

KUŹNIA FAŁSZU

Nie zarzucam żadnemu z Anglików, wypowiadającemu podobne poglądy, złej wiary albo złej woli. Zbyt dobrze znam ten naród, aby nie wątpić o zupełnej uczciwości wewnętrznej tych nawet, co mówią rzeczy najbardziej dla nas bolesne. Widzę w tem natomiast rezultat nieświadomości i propagandy.

Propagandy! Mój Boże – obecnie w parlamencie angielskim toczą się długie debaty nad tą bronią, której potęgę odczuła sama Anglja tak dotkliwie. A przecież wszystkie niemal poglądy żyjących Anglików na Polskę kształtowały się, musiały się kształtować pod wpływem wrogiego Polsce fałszu. Przecież propaganda antypolska trwa nieprzerwanie od lat niemal dwustu. Przecież zaczyna się od Katarzyny II i Fryderyka II – a kończy się na III Międzynarodówce i wszystkich piątych kolumnach narodowo-socjalistycznych świata.

Kogóż tam niema wśród tych kupionych, albo ideowych oszczerców? Od idjotycznego traktatu genjalnego nieuka, jakim był J. J. Rousseau, poprzez złośliwe kłamstwa Bakunina, poprzez „L’ordre régne à Varsovie” ministrów czerwonego cesarza, poprzez naukowe wywody Kautsky’ego i kobiecą histerję Róży Luksemburg („niepodległość Polski jest burżuazyjnym wymysłem”), aż do codziennego paszkwilu w „Humanité” albo perjodycznego paszkwilu w „Daily Worker”, ciągnie się -zrodzone w buduarach najcyniczniejszej autokracji świata – oskarżanie Polski o obskurantyzm, malowanie jej jako zacofanego państwa jezuitów, jako siedziby papistowskiej inkwizycji, znęcającej się nad każdym, kto myśli lub pracuje. A równolegle biegnie inna, nie mniej konsekwentna nić propagandy. Z Russem sąsiaduje Metternich, z Bakuninem – hr. Bekendorf, z Napoleonem III – Bismarck, z Kautskym – Ludendorff, z Różą Luksemburg – Alfred Rosenberg, z „Humanité” – „Völkischer Beobachter”. Bo choć Bismarck dowodzi czegoś wprost przeciwnego niż Bakunin – cel jego jest ten sam: przekonanie opinji świata, że Polska istnieć nie może i nie powinna.

Od 170 lat Rosja i Niemcy – zarówno od strony reakcji jak i od strony rewolucji – atakowały bezustannie Polskę nieopisaną ilością fałszu. Polskę przez lat 130 pozbawioną państwa, pozbawioną środków, pozbawioną głosu. Od 170 lat nad każdym torysem nachylał się jakiś rosyjski lub niemiecki reakcjonista, by oskarżać Polskę o anarchję i ogłaszać jej śmierć jako zwycięstwo ładu, nad każdym zaś whigiem nachylał się jakiś liberał lub socjalista rosyjski czy niemiecki, by oskarżać Polskę o reakcję i ogłaszać jej śmierć jako zwycięstwo postępu. Wieloma nieprzeliczonemi strumykami sączyło się i sączy – kłamstwo o Polsce do każdego uczciwego angielskiego domu?

Czy Anglicy o tem wiedzą? Czy zdają sobie sprawę, kiedy wypowiadają poglądy swoje, kiedy zaś cudze? Czy przeanalizowali skąd wzięły się sądy i mniemania o Polsce? Czy je zweryfikowali? Czy nie mają wątpliwości, że to co mówią jest objektywnym i uzasadnionym sądem – nie zaś nieświadomem powtarzaniem kłamstw, które wchłonęli, nic o tem nie wiedząc, w ciągu pokoleń?

EWOLUCJA OPINJI ANGIELSKIEJ

Wydaje mi się że ogromna większość sądów angielskich o Polsce jest nieświadomym wynikiem przyjęcia za swoje kłamstw sączonych przez dziesięciolecia. Warto przeczytać przemówienia członków parlamentu angielskiego w sprawie Polski od dnia uchwalenia konstytucji 3 maja do dziś. Nie mogę teraz tego uczynić. Ale przecież z ułamków, jakie zostały mi w pamięci, wydaje mi się, że widzę jak stopniowo zmieniał się ton i ginęło zrozumienie Polski. Dla ludzi pokolenia Burkego -zabór ziem polskich był poprostu bezprawiem; dla ludzi pokolenia lorda Curzona – powrót tych samych ziem do Polski stał już pod znakiem zapytania. Od przyjęcia Kościuszki w Londynie po zwolnieniu go z kazamat petersburskich – do antypolskiego strajku robotników w portach angielskich wówczas, gdy ponownie pułki rosyjskie, jak niegdyś pułki Suworowa, podchodziły pod Warszawę – długa psychiczna praca w kolejnych pokoleniach została skutecznie przez propagandę niemiecką i rosyjską dokonana. Jakże inaczej rozumieli znaczenie Polski w Europie posłowie parlamentu angielskiego w r. 1831 a nawet w r. 1863, a jakże inaczej w r. 1918. I później…

Przeciętny kulturalny Anglik, otwierający co rano wspaniałe pismo, jakiem jest „Times”, miał szanse dziewięć razy na dziesięć trafić na informacje albo na przemilczenia zagadnień polskich, wychodzące zgodnie z Petersburga i Berlina, z kół reakcyjnych i z kół czerwonych. W w. XIX częściej tak było niż w w. XVIII, w w. XX częściej niż w w. XIX. Przez ostatnie dziesięciolecia przed wybuchem poprzedniej wojny Paryż był czasem ideowem, czasem przekupnem echem Petersburga, Rzym – dość posłusznem echem Berlina. Cały kontynent zdawał się wołać to samo. Jeśli się nie mylę, przed wojną 1914 r. – wśród znakomitych korespondentów „Times”a, których godzi się nazwać ambasadorami opinji angielskiej w stolicach świata, jeden tylko – naprawdę szczególniej znakomity – Wickham Steed odkrył Polskę, Polaków i zagadnienie polskie, które stało się potem – nieprzewidzianie – głównym wynikiem przebudowy Europy.

Tylko w ten sposób – brakiem informacji lub złą informacją – można wyjaśnić sobie dziwaczne pojęcie o Polsce, jakie tak często spotyka się wśród najlepiej do nas usposobionych Anglików. Jakim że bowiem to może być kraj, gdzie o 100 km na północ od jego stolicy zaczyna się teren „niemiecki”, o 150 km na wschód od stolicy, w Brześciu, teren „rosyjski”, o 200 km na południe od stolicy, koło Rawy Ruskiej, teren „wątpliwy”, o 200 km na zachód od stolicy, koło Krzyżborka, znów teren niemiecki… I jakim zadziwiającym cudem ten kraj, złożony w pojęciu tak wielu ludzi dobrej woli właściwie ze stolicy tylko i „wątpliwości” – może dzisiaj, zajęty całkowicie, mieć jeszcze armję nie mniejszą, niż niektóre dominja, mieć lotnictwo wielekroć większe, niż jakikolwiek inny z okupowanych narodów, mieć wśród swoich aktywów około 10% wszystkich samolotów strąconych w walkach powietrznych nad Anglją? Jedno z dwojga musi tu być nieprawda: albo ta Polska uznawana tylko w rogatkach Warszawy, albo to wojsko polskie, które co dnia Anglja ogląda, to lotnictwo, co pod niebem Londynu czuwa.

Niegdyś Joseph Conrad, człowiek który znał i kochał Anglję jak Anglik, ale który rozumiał Polskę jak Polak, wystąpił, aby sprostować błędy opinji angielskiej co do Polski. Pył pokrył jego słowa. A jednak, gdyby był wysłuchany – kto wie czy nie inaczej potoczyłyby się dzieje.

IRONJA DZIEJÓW

Ironja historji nie jest tylko dziełem przypadku. Jest w niej zawsze coś znacznie głębszego. Czyż nie jest ironją, że Anglja weszła, że wejść musiała – po Wersalu, po Locarno, do wojny jako sojuszniczka Polski. Że Gdańsk, właśnie przez angielskich mężów stanu stworzony, przez nich Polsce odebrany, przez jej wysokich komisarzy faworyzowany – stał się formalnym powodem wybuchu kataklizmu? Czy nie jest ironją, że po latach „wątpliwości”, Anglja dobyła miecza, by bronić polskich praw do Pomorza?

To nie jest przypadek. To jest tylko w chwili próby nagle odsłoniętą prawda. Okazało się, że Conrad i Chesterton przewidywali lepiej niż angielscy politycy. Gdy Anglja stanęła twarzą w twarz z imperjalizmem niemieckim – stało się jasne, że jedynym narodem środkowej Europy, który potrafi oprzeć się groźbie, który wyżej ceni wolność niźli spokój, który wierny jest swojej misji dziejowej – to Polska. Gdzieindziej gromkie słowa roztopiły się jak śnieg na słońcu. Wielki cień Hachy przeszedł po Europie środkowej i wschodniej od Bukaresztu aż do Rygi. W dniach kryzysu Anglja odczuła, że najbardziej jednolitym, najbardziej zwartym, najsilniejszym moralnie był ten kraj właśnie, o którym najbardziej wątpiła, który sama tak długo osłabiała. Ten kraj, ten jeden chyba, w ciągu dwóch lat okupacji przez dwa największe kolosy kontynentu, przez dwa najokrutniejsze systemy ucisku – nie wydał swego Quislinga ani w jednym, ani w drugim zaborze.

Przez dwa stulecia zatruwana propagandą Anglja odmawiała Polsce siły. I tylko tam ją w godzinie próby znalazła. Wszystkie przesłanki polityki angielskiej w stosunku do Polski od r. 1918 -okazały się fałszywe. Wszystkie je przekreślił traktat polsko-angielski z dn. 25 sierpnia 1939 r.

Ale z fałszu, w który wierzyło się zbyt długo, trzeba się wkońcu wyrąbywać mieczem.

POMIĘDZY ROSJĄ A NIEMCAMI

Podziwiam szczerość prasy angielskiej. Niema w niej nic z dwuznaczności, nic z wstydliwości. Układ polsko-sowiecki z dn. 30 lipca b.r. wywołał dwie odmienne interpretacje w sprawie granic. Polska interpretacja oficjalna twierdziła, na zasadzie „pacta sunt servanda”, że punkt pierwszy tego układu jest przywróceniem stanu prawnego sprzed września 1939 r. a więc przywróceniem granic ustalonych traktatem ryskim. Sowiecka interpretacja oficjalna, według artykułu „Izwiestij” z dn. 3 sierpnia b.r., stanęła na stanowisku, że sprawa granic polsko-sowieckich jest otwarta. W tej nieprzyjemnej sytuacji, kiedy między dawnym a nowym sprzymierzeńcem wynikła, nazajutrz po podpisaniu układu, tak poważna różnica zdań w tak poważnej sprawie – prasa angielska nie okazała zakłopotania. W ogromnej większości i z całą otwartością opowiedziała się za tezą sowiecką. Co więcej, w kilku wypadkach doradzała nam, aby po wygranej wojnie poddać się przyjaznemu rosyjskiemu kierownictwu.

Szczerość prasy angielskiej jest godna nie tylko uznania lecz i wdzięczności. Pozwala ona bowiem wiedzieć – i przewidywać. Zarazem szczerość ta obowiązuje. Obowiązuje do wzajemnej szczerości.

Powiem więc zupełnie otwarcie, że stanowisko zajęte przez większość prasy angielskiej uważam za błędne. Gdyby ta błędna ocena publicystyczna stała się decyzją polityczną – wolno przypuszczać, że skutki takiej mylnej postawy mogłyby się okazać katastrofalne dla przyszłej organizacji Europy. Uważam to stanowisko większości prasy angielskiej za wynik nieznajomości historji Europy środkowej i wschodniej. Uważam je, co gorzej, za wynik zupełnego braku znajomości Polski i Polaków.

Czego nas uczy historja? Uczy, że w ciągu ostatniego tysiąclecia tylko przez 135 lat, jakie upłynęło od pierwszego rozbioru Polski do jej zmartwychwstania – wielki obszar ziem ścielących się międzymorzem Bałtyckiem i Karpatami utracił własną fizjognomję polityczną. Utracił własną fizjognomję polityczną podzielony i zajęty częściowo przez Niemcy, częściowo przez Rosję. W ciągu wielu wieków przedtem, w ciągu wszystkich wieków historycznego życia tych obszarów przed rozbiorem Polski – plemiona a później ludy i narody tam mieszkające broniły się krwawo, uparcie i skutecznie zarówno przed wchłonięciem ich przez Rosję jak i przed wchłonięciem ich przez Niemcy.

Jak dalece mocna jest wśród ludów mieszkających na tym obszarze niechęć do poddania się kulturze bądź niemieckiej, bądź rosyjskiej – wskazuje niezaprzeczalny fakt, iż po 135 latach niewoli Polski, które to lata były zarazem i latami niewoli innych ludów – z chwilą odbudowy Polski i one powróciły do wolnego życia. I to powróciły do wolnego życia bynajmniej nie wskutek decyzji odległych konferencyj – ale bodaj wbrew tym decyzjom. W walkach, jakie prowadziły w latach 1918 i 1919 choćby Łotwa i Estonja jednocześnie przeciw Niemcom i Rosji, jest wiele prawdziwego eposu, eposu, który uczy, że na tych obszarach słowo Rosja i słowo Niemcy są właściwie tem samem słowem: niewola.

Kto chce myśleć historycznie, ten nie może z okresu niemal tysiącletniego pamiętać tylko ostatnich – a właściwie przedostatnich – lat 135. Nie może tem bardziej, że pomimo upływu owych lat 135 pierwszy wstrząs przywrócił na tych obszarach układ polityczny, znacznie bardziej przypominający poprzednie długie stulecia, niż owych szczególnych lat 135.

W wyniku poprzedniej wielkiej wojny, w wyniku nieoczekiwanym i nieszukanym przez nikogo z tych, kto wojnę zaczynał i prowadził – większość obszarów wchodzących w skład dawnej Rzeczypospolitej Polskiej powróciła do własnego życia, oddzielając się od Rosji i oddzielając się od Niemiec. Tego chcieli ci tylko – bezbronni wówczas i niewolni, co na obszarach, ciągnących się od Bałtyku do Karpat i morza Czarnego od wieków zamieszkiwali. Widać chcieli tego mocno, skoro to właśnie się stało. Głęboka, nieprzezwyciężona obcość duchowa, jaka dzieli od zaczątków życia historycznego na tych obszarach -plemiona słowiańskie i niesłowiańskie, wyrosłe na kulturze zachodniorzymskiej, od bizantyjsko-mongolskiej kultury i psychiki rosyjskiej; głęboka, nieprzezwyciężona obcość rasowa i psychiczna, jaka dzieli te plemiona od rasy germańskiej i zaborczej psychiki niemieckiej – znalazły tu nieoczekiwany niemal przez nikogo wyraz polityczny. Wyraz ten nie był identyczny z prawnym układem stosunków, jaki na tych terenach panował przez długie wieki, gdy Rzeczpospolita Polska była państwem związkowem tych ludów. Ale faktyczny układ stosunków niewiele się od dawnych wzorów odchylił. W istocie bowiem – jak od wielu wieków przedtem, od w. XV już niepodzielnie – tak w w. XX znów Polska stała się ośrodkiem oporu wszystkich tych ludów przeciw naciskowi ze wschodu i z zachodu. Z jej upadkiem – i ich wolność rozpłynęła się jak dym.

Jeśli przeszłość uczy, że od początków historycznego życia obszarów, położonych między Bałtykiem a Karpatami i morzem Czarnem, ludy zamieszkujące te obszary opierały się zarówno wchłonięciu przez germanizm jak i zalaniu przez Rosję, jeśli wskazuje dalej, że jedna trwała forma polityczna, w jakiej dawały wyraz swej woli, niezawisłości, było państwo polskie – to dzieje owych szczególnych lat 135 także czegoś uczą. Zdają się one mianowicie dowodzić, że jedynie w wypadku połączonego wysiłku Niemiec i Rosji można te żywe odrębności rasowe, duchowe i kulturalne ujarzmić i obezwładnić. Tylko brutalny podział i brutalnie prowadzona zjednoczonemi siłami Niemiec i Rosji eksterminacja była w stanie owej, przez wieki żywej, woli ludów tego obszaru odebrać zewnętrzny wyraz. Natomiast żadna próba wchłonięcia czy poddania sobie tego, nie tylko geograficznego lecz przedewszyslkiem historycznego obszaru przez jednego z zaborców – nie udała się nigdy. Nie udała się Rosji ani uosobionej przez Katarzynę II, ani uosobionej przez Aleksandra I, ani uosobionej przez Lenina. Nie udała się Niemcom ani podczas prostackich usiłowań Ludendorffa, ani podczas -największej w rozmachu i stylu – próby, podjętej przez Hitlera, podjętej w okresie 1936 – 1939.

Wobec każdej z takich prób Polska, desygnowana niejako przez historję mandatarjuszka wszystkich tych obszarów -stawiała opór. Opór wobec każdego z zaborców na tyle skuteczny, że musieli się łączyć, aby go złamać.

Dlatego z historycznego punktu widzenia opinja „Times”a, że „leadership” w Europie wschodniej może należeć albo do Niemiec albo do Rosji – jest jedną z największych niedorzeczności, jaką można było napisać.

Albowiem tylko wspólnie Niemcy i Rosja były w stanie opanowywać wolne ludy mieszkające wielomiljonowym pasem między niemi. Ujarzmienie możliwe było przez podział. A to dlatego, że ludy te nie chcą poddać się ani kierownictwu niemieckiemu, ani kierownictwu rosyjskiemu. Alternatywa „Times”a „albo Rosja albo Niemcy” wywołała ten sam odruch oburzenia – bądź widoczny, bądź niewidoczny -od Konstantynopola poprzez Warszawę aż do Stockholmu. Bo dla myślącego obserwatora – wrześniowa walka Polski na dwa fronty, jednocześnie przeciwko Niemcom i przeciw Rosji, i długotrwała turecka neutralność w tej wojnie – są dwiema formami tego samego zjawiska. Jest to negatyw i pozytyw tego samego obrazu, dwa bieguny tej samej woli – woli zachowania prawdziwej niezależności zarówno wobec rosyjskiej jak i niemieckiej żądzy władania. Jest to tragiczna i pogodna wersja tej samej odwiecznej baśni. Szkoda
tylko, że wyjaśnienia ambasadora brytyjskiego, słusznie przekreślające alternatywę „Times”a, zostały złożone tam tylko, gdzie tragizm tej alternatywy nie został przeżyty. Wydaje się – co w niczem Turcji nie uchybia – że w tej sprawie właśnie istniał moralny przywilej sterczącej kikutami zburzonych murów ku sprawiedliwemu niebu Warszawy nad pogodną jeszcze Ankarą.

POLSKA A WSPÓLNOTA ZACHODNIOEUROPEJSKA

Najbardziej zadziwiającem jest, czemu logiczny autor wywodów „Times”a nie pomyślał, dlaczego taka prosta i taka logiczna rzecz jak nieunikniony rzekomo wybór „albo Rosja albo Niemcy” – czemu to się nie stało, choć miało mniejwięcej tysiąc lat czasu, by się stać? Czemu, do djabła, Polska w ciągu tysiąca lat ani przez godziny nie poddała się dobrowolnie kierownictwu niemieckiemu czy rosyjskiemu? Czemu nigdy nie weszła „in close association” z tym lub tamtym z tych sąsiadów? Czemu walczyła bez przerwy nawet w najtrudniejszym okresie 135 lat niewoli? Przypisanie tego tylko przekornemu charakterowi Polaków – jest doprawdy zbyt płytkie.

Jeśli Polska w ciągu tylu wieków nie weszła ani do wspólnoty rosyjskiej ani do wspólnoty niemieckiej – to dlatego że wejść do nich nie mogła. Nie mogła zaś dlatego, że od początku swego historycznego istnienia Polska należy do innej wspólnoty.

Polska należy do wspólnoty zachodnioeuropejskiej, mimo że znajduje się na wschodzie. Kto wie czy ta antynomja nie jest główną przyczyną tragizmu jej losów. Ale tragizm walk tej daleko wysuniętej awangardy dał Europie zachodniej – i pod Lignicą i pod Cecorą i pod Smoleńskiem i pod Wiedniem i pod Warszawą i na stu innych polach bitew – swobodę wzrostu i rozwoju.

Polska należała i należy do wspólnoty zachodnioeuropejskiej… To znaczy, że Polska żyła od początku swego historycznego istnienia temi samemi ogólnemi zagadnieniami, jakiemi żyła wspólnota zachodnioeuropejska. Bo „Commonwealth” narodów Europy zachodniej nie zaczyna się z powstaniem Ligi Narodów. Przed reformacją Europa zachodnia była – pomimo wszelkich różnic regjonalnych – znacznie pełniejszą wspólnotą duchową, niż kiedykolwiek później. Polska żyła – zdaleka – tem samem życiem, jakiem żyła Anglja, Francja, Włochy; Polska kształciła się na tych samych księgach, tych samych wzorach, tej samej Biblji i tym samym Plutarchu. To nie jest przypadek, że uniwersytet krakowski powstał w tym samym okresie, kiedy powstały Sorbona, Oxford, Padwa – i o tyle stuleci wcześniej niż uniwersytet petersburski. Tak samo nie jest przypadkiem, że w Wilnie i we Lwowie podróżnego z Zachodu przywita znajomy gotyk, prawdziwy gotyk i renesans – którego napróżno szukałby w bizantyjskiej Moskwie, w kopjowanym Petersburgu. Polska żyła życiem wspólnoty zachodnioeuropejskiej duchowo i politycznie. Jak w każdym narodzie tej wspólnoty, te procesy, które nazywamy średniowieczem, odrodzeniem, wiekiem oświecenia – przebiegały w sposób odrębny i własny. Ale były to te same procesy. Każdy z wielkich prądów duchowych od krucjat i św. Franciszka poprzez reformację aż do epoki oświecenia przepływał przez mózgi i serca polskie. W formach ustrojowo-politycznych były w Polsce, podobnie zresztą jak w Anglji, odrębności większe może niż w życiu duchowem -brak np. okresu oświeconego absolutyzmu. Wolno przypuszczać, że niedorozwój okresu feudalnego i liberalno-kapitalistycznego w Polsce – czyli okresów, z których pierwszy kształtował poczucie hierarchji jako zjawiska naturalnego, drugi zaś poczucie odpowiedzialności indywidualnej – jest główną przyczyną niedomagań życia politycznego Polski współczesnej. Mimo wszelkich różnic jednak, i tu linja rozwojowa biegła analogicznie do zasadniczej linji rozwojowej Europy zachodniej.

KRAJ NIEOŚWIECONEGO ABSOLUTYZMU

Jakaż może być wspólnota takiego kraju z Rosją? Z Rosją, która żyła innem, odmiennem, dalekiem życiem przez całą swą historję? Jak znaleźć łączność duchową między Polską i krajem, którego średniowiecze jest tatarskie, który nie zna odrodzenia, w którym „oświecenie” promieniuje z Piotrowej olbrzymiej pięści, szarpiącej brody bojarskie? Jakież może być współżycie polityczne ludów, które znały nadmiar swobód i zbytek wolności – z krajem, gdzie od zarania dziejów, bez przerwy, bez zmiany, aż podziśdzień trwa ustrój nieoświeconego absolutyzmu? Absolutyzmu teokratycznego niemal, bo ubóstwienie cara i obalenie Boga jest właściwie tak samo nałamywaniem mas, aby i to co jest boskiego także Cezarowi oddały. Gdzież znajdziemy w dziejach wspólnoty zachodnioeuropejskiej postaci analogiczne do Iwana Groźnego, do Łże-Dymitra, do Piotra I, do Mikołaja II, do Rasputina, do Sawinkowa, do Trockiego, do Stalina? Niema podobieństw – bo gdzieindziej każda, największa nawet z tych postaci, byłaby niepodobieństwem. Kulturalna Anglja napewno czyta Dostojewskiego i zachwyca się nim. Słusznie. Ale nie dosyć go czytać. Trzeba zrozumieć że to co pisze, że jego „Biesy” – to jest rzeczywistość. Ma ona nie tylko estetyczne, ma ona polityczne istnienie. Wydaje mi się czasem, iż podziśdzień, iż do tej godziny nikt w Europie zachodniej nie wierzy, że to nie są egzotyczne opowieści – tylko że to jest naga i żywa prawda. Być może że to jest prawda piękna, wspaniała, tragiczna – ale człowiek wspólnoty zachodnioeuropejskiej nie może w niej żyć. Chciałbym aby każdy polityk angielski z tych zwłaszcza, którzy nam doradzają „ścisłe złączenie z Rosją”, wyobraził sobie, czy mógłby osobiście przenieść się do „Sieła Stepanczikowa”, żyć w Petersburgu z „Winy i kary”, egzystować realnie w świecie Stawroginów, Wierchowienskich, Myszkinów, Raskolnikowów, czy mógłby zgodzić się pozostać na zawsze nie jako turysta, nie jako widz, ale jako człowiek w atmosferze Karamazowych?

Być może, większość polityków angielskich, udzielających całemu narodowi przyjaznej rady, by się w tę realność zanurzył na wieki – nie zna wogóle Dostojewskiego. Ale w takim razie zdanie ich o sprawach rosyjskich jest tyle warte co opinja czteroletniego dziecka o astronomji. I to nie jest paradoks.

Nie chcę wchodzić w ocenę, w wartościowanie różnic polsko-rosyjskich. Chcę tylko powiedzieć, że są to różnice wyrosłe w ciągu stuleci, różnice na stulecia nie do przełamania. „Association” polsko-rosyjska, to samobójstwo jednego z tych narodów. Przed czterema wiekami, kiedy wojska polskie obozowały na Kremlu -Rosja, wbrew rachubom politycznym części bojarstwa, oparła się latynizacji, któraby była nieuniknionym wynikiem polskiej dynastji. Z tego właśnie oporu wyrosła własna dynastja Romanowych, w tem jest podstawa jej sensu i sens jej trwałości. W kilkaset lat później Polska oparła się, niejednokrotnie, rachubom politycznym tych Polaków, którzy próbowali jakąś wspólnotę polsko-rosyjską zorganizować. Oparła się wiedziona tym samym instynktem samozachowawczym. Tragiczny los Stanisława Augusta, spotykającego smutną śmierć w licho pozłacanem więzieniu Petersburga; los Adama Czartoryskiego, detronizującego brata swego cesarskiego przyjaciela, w czasie wojny z Rosją, będącej ostatecznym skutkiem wszystkich jego usiłowań; los Wielopolskiego, człowieka na miarę Cavoura, odepchniętego przez własny naród – w ciągu jednego stulecia trzy straszliwe przykłady że niema najmądrzejszej rachuby politycznej, którą możnaby prowadzić wbrew instynktom narodu. A wreszcie – tak niedawno – życie Dmowskiego, odsuniętego aż do śmierci, mimo wszystkich wartości i atutów, od realnej władzy w Polsce zmartwychwstałej – czyż nie jest ponownem świadectwem, że nawet niezrealizowanym programem zbliżenia z Rosją nie można igrać w Polsce? Rozdwojenie prądu narodowego i tysiące słabości, jakie stąd dla nas wynikły, z tego właśnie źródła bierze znów początek. Ostateczne wyzwolenie z tej antynomji wymagało całego pokolenia.

Współżycie Polski i Rosji jest możliwe tylko przez separację. Tylko kiedy jeden kraj od drugiego, jeden naród od drugiego oddziela wyraźna, nieprzekraczalna linja, kiedy życie nie przenika się nawzajem, kiedy z innych zrodzone początków po innych, niezależnych wzajem biegnie torach – tylko wtedy, gdy oba państwa rozgrodzi wyraźna granica, dzieląca od zarania życia historycznego nie tylko dwa narody, ale dwa różne światy – tylko wtedy możliwe jest dobre sąsiedztwo. Wszelkie zatarcie, wszelkie zakwestjonowanie tej linji – oznacza walkę. A więc oznacza wojnę.

Tyle wieków historji tego właśnie uczy. Oznacza wojnę.

Politycy mogą nie lubić historji. Ale powinni o niej pamiętać.

KRZYŻ ŚMIERCI NAD EUROPĄ

W prostackiej logice ludzi, dla których polityka – sztuka, rozstrzygająca o całym układzie życia ludzkiego – jest rzeczą wymagającą mniej umiejętności, niż farmaceutyka czy weterynarja, wniosek będzie prosty: „skoro nie z Rosją, to z Niemcami”. Tam niema już tych różnic – te same gotyckie kościoły wznoszą się w Krakowie i w Norymberdze, w Wilnie i w Akwizgranie, podobne ratusze stoją w Zamościu i w Salzburgu. Jeśli spierać się można o przynależność Kopernika i Wita Stwosza do Niemiec czy do Polski – to dowód, że w kulturalnem życiu, w prądach duchowych musiał istnieć głęboki paralelizm…

Nie byłoby nic fałszywszego, niż taki „logiczny wniosek”. Polska bowiem prowadzi tę samą walkę na wschodzie i na zachodzie.

Oczywiście, Niemcy należą do wspólnoty zachodnioeuropejskiej. Oczywiście, są jej współtwórcami. Ale nie chcą do niej należeć.

W mylnej ocenie tego faktu tkwi przyczyna wielokrotnych i wciąż powtarzanych błędów polityki mocarstw zachodnich. Przez tyle wieków Zachód przywykł uważać Niemcy za członków swej wspólnoty, że nie może ani pojąć ani uwierzyć w to, co się stało. Bezustannie wraca przypuszczenie, że to tylko zła klika – niegdyś junkrów, dziś narodowych socjalistów -opanowała w niewytłumaczony sposób 80 miljonów Niemców i przymusza ich do popełniania niezrozumiałych zbrodni. Wystarczyłoby zatem wyzwolić „dobrych Niemców” spod panowania kliki szaleńców aby wrócili oni znowu do dawnej wspólnoty. A wówczas – aby zaspokoić ich zrozumiałe ambicje, aby zadośćuczynić ich potrzebom – można, a kto wie czy nie należy dać im mandatu całej wspólnoty zachodniej w stosunku do wschodu Europy.

Poczucie (zatracające się, z niezrozumiałych dla Anglji czy Francji przyczyn) wspólnoty – leży jednakowo u źródeł faworyzowania republiki weimarskiej, kredytów dla Niemiec, przedterminowej ewakuacji Nadrenji, traktatu w Locarno, angielsko-niemieckiej umowy morskiej, zaproszenia Rzeszy do Ligi Narodów, projektu paktu czterech, umowy monachijskiej. To samo poczucie znalazło wyraz w prowadzeniu wojny – poczynając od zajęcia R.A.F.’u rozrzucaniem proklamacyj które, miały obudzić „dobrych Niemców”, poprzez „armistice” francuski, oparty na wierze w to, że zwycięzca w ogólnym interesie wspólnoty potrafi umiarkować swój tryumf – aż do umowy angielsko-rosyjskiej, organizującej sojusz wojenny w stosunku do „National-Sozialistische Deutsche Arbeiter-Partei” – a nie w stosunku do państwa niemieckiego.

Jest w tem wszystkiem pewna doza słuszności. Mikroskopijna niechybnie – ale jest. Niewątpliwie każdy z prądów, nurtujący Europę zachodnią, ma wśród Niemców swoich pobratymców. Niewątpliwie każdy Anglik czy Francuz, czy Włoch, czy Amerykanin – może odnaleźć „swojego” Niemca, z którym mówić będzie wspólnym językiem.

To przecież co się stało, to że w ciągu niecałego stulecia Rzesza po raz trzeci napada Europę, po raz drugi rozpętuje wojnę światową, po raz dziesiąty łamie uroczyste zobowiązania, odrzuca jako niewystarczające najponętniejsze oferty – to nie jest, to nie może być przypadek. My, ludzie Europy zachodniej, mieszkający na jej wschodzie, wiemy o tem oddawna.

Naród niemiecki powstał z bronią w ręku przeciw wspólnocie Zachodu właśnie dlatego, że do niej należał i że do niej należeć nie chce. Nie tylko z przyczyn natury patologicznej zrodziło się okrucieństwo, jakiem Niemcy przerazili świat – nim się doń nie przyzwyczaił. Nie tylko z sadyzmu niszczy się bez potrzeby zamek królewski w Warszawie, nie tylko z barbarzyństwa czyni się z królewskiej sypialni św. Jadwigi na Wawelu miejsce odchodowe dla żołdactwa. Jest w tem objaw tej decyzji, która kazała palić książki po placach miejskich, która uczy dzieci denuncjować rodziców. Nie żartem i nie z samochwalstwa tylko Hitler mówi o nowem millenium. Naród niemiecki nie chce być członkiem wspólnoty zachodnioeuropejskiej – gdyż musiałby w niej zasiadać „inter pares”. Dlatego musi tę wspólnotę zamordować. Bez matkobójstwa – niema dlań możności władania. Jeśli uznaje się pewną wspólnotę – trzeba uznawać jakieś wspólne prawa, jednakowe dla wszystkich jej członków. Wtedy można tylko współwładać – nie władać. Dlatego zniszczenie całej kultury zachodnioeuropejskiej – od tablic Mojżesza, od kodeksu Justynjana, poprzez wszystkie przykazania chrześcijaństwa, przez wszystkie lata wspólnych dziejów, wspólnych prac, aż do zniszczenia materjalnych śladów tego na ziemi -to jest warunek prawdziwego zwycięstwa Niemiec, warunek istotnego zaczęcia nowego millenium.

Ta walka, nim stała się walką o władanie światem, była walką o władztwo nad duszą narodu niemieckiego. Trwała długo, nim skończyła się zerwaniem z Zachodem. My właśnie znamy ją od początku. Wiemy to, czego nie wiedzą i nie rozumieją nasi sojusznicy, bo oglądaliśmy zbliska, od zalążka, jak rosły głowy tej hydry. Przed pół tysiącem lat przecięliśmy pierwszą jej gardziel.

Nad każdem z miast angielskich wisi dziś groźba, nad każdą kobietą, nad każdem dzieckiem nachyla się ten sam cień ponury. Nie swastyka, nie przemijająca oznaka partji – ale odwieczny czarny krzyż podboju, czarny krzyż śmierci na każdem ze skrzydeł razem z nocą nadlatujących nad spokojne domy Anglji – to jest stary znak wojny ze wspólnotą Zachodu. W cieniu tego krzyża rozciągnęły się cmentarzyska połabskie, litewskie, mazurskie. Pod tem godłem wzrastały Prusy Wschodnie -pięść w żelaznej rękawicy wsunięta w nasze wnętrzności. Te znaki szumiały na sztandarach wojennych, kiedy Bismarck ogłaszał w Wersalu drugie cesarstwo. Tym znakiem znaczone pociski spadły przed ćwierćwieczem na Londyn jak nikła zapowiedź tego co teraz się stało. I dzisiaj to co łączy naprawdę naród niemiecki – to jest tamto, dawne, pełne historji, pełne wspomnień, okryte laurem zwycięstw, skrwawione w rzekach krwi cudzej przecięcie czarnych linij – krzyż śmierci.

Anglja zna go jako namacalną rzeczywistość od siedmiu kwartałów. My znamy go od siedmiu wieków.

Jeśli Polska nie weszła w bliższy związek z Niemcami – to dlatego, że wejść nie mogła. Nie tylko spowodu różnic rasowych, gdyż – podobnie jak ona – opierały się zespoleniu z Niemcami inne ludy, plemiennie zgoła odmienne, jak Litwa. To co się nie stało w ciągu prawie tysiąclecia – widać stać się nie mogło – Niemcy bowiem na wschodzie zawsze były tem, czem są dzisiaj Niemcy hitlerowskie dla świata.

Nie tu miejsce na analizę, jak z małego zakonu wyrosła potęga, sięgająca po glob cały. Ale jedno jest pewne: te same hasła, te same metody, te same zasady, które dziś przerażają świat Zachodu – były zawsze bronią Niemiec na wschodzie. Dziwna mieszanina cnót i zbrodni, podstępu i bohaterstwa, okrucieństwa i ładu, fałszu i posłuszeństwa, cynizmu i uniesienia, wytrwałości i obłędu, krzywoprzysięstwa i pobożności – cechowała tak samo elektorów brandenburskich, jak Fryderyka II i jego następców, jak Bismarcka, jak Ludendorffa, jak Hitlera. To tylko się zmieniło, że w każdym etapie zakon krzyżacki coraz bardziej rozrastał się w Niemczech samych, zmieniając formę – coraz bardziej własną treścią nasycał wszystko co niemieckie. Aż dzisiaj stał się Niemcami. Wojna o Niemcy została ostatecznie przez wspólnotę zachodnią przegrana. Dziś trzeba wygrać wojnę z Niemcami. Wojnę o Europę. Wojnę o coś więcej jeszcze: wojnę o samo istnienie kultury europejskiej.

Niema wątpliwości, że Niemcy są kultury tej największym, bo świadomym wrogiem. Uderzają nie naoślep, ale umiejętnie. Matkobójcy łatwiej odszukać serce matki, niż obcemu mordercy.

CZEM JEST KULTURA ZACHODU

Podstawą i istotą kultury Zachodu jest wierność słowu, jest – przez Rzym starożytny stworzona – świętość kontraktu, nienaruszalność zobowiązania zawartego w dobrej wierze. W tem prostem, niczem niezastąpionem zjawisku, że człowiek może ufać słowu innego człowieka – i nie zawieść się na tem – zamknięta jest treść kultury zachodniej.

Chrześcijaństwo uczyniło ją pełną i powszechną. Od słów: „Oddajcie Cezarowi co jest cesarskiego, a co boskiego – Bogu” – od tych słów dopiero rodzi się na ziemi człowiek wolny. Człowiek posiadający sumienie. Od tej chwili zdjęta zostaje z ludzi wszechmoc władzy i zostaje włożony na nich ciężar odpowiedzialności wobec czegoś ponad władzę wyższego, a we własnych ich sercach bezustannie przytomnego.

Od tej chwili słowo, dane przez człowieka człowiekowi, uzyskuje sankcję nadprzyrodzoną, której żadna władza uchylić nie może. Podstawą stosunków międzyludzkich staje się nienaruszalna umowa wolnych ludzi.

Może śmieszna jest próba zamknięcia w dwóch zdaniach zjawiska tak potężnego jak kultura Zachodu. Jedno wszakże słuszność zdań tych potwierdza. To mianowicie, iż przeciw tym właśnie zasadom – przeciw transcendentalnej wartości zobowiązania i przeciw suwerennej niezależności sumienia – skierowany jest duchowy wysiłek Niemiec. Wysunięcie praw narodu niemieckiego ponad wartość najuroczystszych przyrzeczeń, przekreślenie bezpośredniego stosunku między człowiekiem a Bogiem i powrót do przedchrześcijańskiego ubóstwienia wszechmocnego państwa, odrzucenie powszechnej i bezwarunkowej wartości tamtych zasad – to jest zarazem przyczyna i skutek porzucenia i przeciwstawienia się przez Niemcy wspólnocie zachodniej.

We wrześniu 1939 r. upadł – po rozpaczliwej obronie – napadnięty z dwóch stron i zalany zbrojnem i masami nowych barbarzyńców najdalej na wschód wysunięty szaniec tej kultury. Ledwie dwa lata minęły od tego wrześniowego ranka, kiedy pierwszą krew swoją oddali tam ludzie – i oto kultura Zachodu trwa jeszcze tylko na ostatnich małych skraweczkach Europy, broni się jeszcze w ostatniej -przez morze obronnej – twierdzy starej Anglji, a żyje już tylko swobodnie poza Europą na lądach Ameryki, Afryki, Australji. Poza tem – od wschodnich brzegów Atlantyku aż do Pacyfiku rozciąga się olbrzymia przestrzeń, z której kulturę realnie wygnano. To znaczy, że na tych obszarach setki miljonów ludzi żyje i codzienną próbą zwykłego doświadczenia sprawdza, że możliwe jest bytowanie nawet wtedy, kiedy odrzucono to co zdawało się do życia równie niezbędne jak powietrze, woda i chleb, kiedy odrzucono Boga, wyszydzono świętość słowa ludzkiego, przekreślono sumienie.

PRZECIWKO KAPITULACJI

Kiedy – w takiej chwili – z murów ostatniej fortecy Europy odzywa się głos, mówiący że „w przyszłości, tam, na wschodzie, gdzie obecna wojna się zaczęła, gdzie przez wieki trwał najdalszy nasz szaniec, strażnica naszej wiary – tam w przyszłości panować mają albo obcy, albo wrogowie” – to głos taki jest nie tylko dowodem braku świadomości, jaki jest cel toczącej się walki, ale jest zarazem dowodem braku siły moralnej. W egoizmie, co każe opuszczać dalekich braci, w samolubstwie, co unika zobowiązań, sięgających poza najbliższy interes, co wyrzeka się wspólnoty gdy wymaga ona wysiłku – w tem jest coś więcej niż błąd. Jest słabość.

Ci, co jak autor artykułu „Times”a stawiają dla wschodu Europy alternatywę „albo Rosja – albo Niemcy”, są defetystami. Australja oddająca „dla świętego spokoju” Singapore – to beznadziejna i do niczego nie prowadząca kapitulacja. Wielka Brytanja rezygnująca z Suezu -to kapitulacja. Wspólnota zachodnia wyrzekająca się Polski – to kapitulacja.

Tak to widzimy i tak to będziemy nazywali.

WOLA POLSKI

Bo wreszcie nie trzeba zapominać, że w tej wojnie my, Polacy, także bierzemy udział. Że mamy swoje tej wojny cele i że nie mamy zamiaru się ich wyrzekać.

Można zakwestjonować każde rozumowanie, można postawić znak zapytania nad każdem dowodzeniem. Ale poza rozumowaniami i dowodzeniami są jeszcze fakty. Jednym z takich faktów jest wola Polaków.

Jak każdy inny z nas potrafię chyba dokładnie powiedzieć co czuje, co myśli, czego chce i o co walczyć będzie każdy Polak.

Wydałoby się nam rzeczą potworną, gdybyśmy po zwycięstwie nad Niemcami mieli wyjść z tej wojny uszczupleni czy okrojeni, gdyby za wszystkie lata walki i cierpień chciano nam zapłacić krzywdą.

Niema ziemi polskiej na sprzedaż, niema ziemi polskiej do odstąpienia, ani kawałka, ani płachetka, ani dla wrogów, ani dla miłości sprzymierzeńców.

Ta Polska, którą wojna ostatnia zastała, jest Polska mała, jest Polska najmniejsza, jaka kiedykolwiek jako państwo niezawisłe istniała. Granice tego państwa, układane i uznawane w okresie absurdalnego niemal przerostu zasady etnograficzno-językowej nad prawami historji, nad wskazaniami strategji, nad zdrowym rozsądkiem nawet – są granicami, w których naród polski ledwie oddycha. Są to granice kompromisu – nie zaboru. Granice kompromisu na zachodzie – gdyż delegaci angielscy czuwali w Wersalu, by Polska nie poszła za daleko. Granice świadomego kompromisu na wschodzie, uczynionego dla trwałości pokoju – bo wówczas gdy traktat ryski odpisywano, wojska polskie stały znacznie dalej na wschód od linji, jaką Polska dobrowolnie przyjmowała.

Polska przyjęła ten kompromis i Polska go uszanowała. To inni przekroczyli te granice. Spotkali opór, który trwa i trwać będzie aż do końca – trwać będzie aż do zwycięstwa albo aż do wytępienia narodu polskiego.

Polska odrzuciła pokusy. Odmówiła przepuszczenia wojsk sowieckich do Niemiec kiedy zdawało się, po zamachu Kappa, że pomoc z zewnątrz może dać zwycięstwo niemieckim komunistom. Odrzuciła pokusę wspólnego z Niemcami marszu na Rosję, odrzuciła rolę Włoch na wschodzie Europy, nie skapitulowała z niezależności za cenę cudzej ziemi. Ale dlatego właśnie ma poczucie, że jej własna ziemia jest nietykalna, że jej granice są uświęcone nie tylko przez umowy, lecz i przez jej dobrą wiarę.

Wreszcie te ziemie są polskie. Polski jest Lwów, za który – od strzał tatarskich, od szabel tureckich, od kul austrjackich, od bagnetów rosyjskich – oddało życie więcej Polaków, niż dziś miasto to liczy mieszkańców. Polskie jest Wilno z Matką Bożą w Ostrej Bramie, z sercem Piłsudskiego śpiącem na Rossie. Nasze są poleskie równiny i mokradła, skąd Traugutt wyruszył do walki, skończonej na wysokiej warszawskiej szubienicy. Polski jest biały Krzemieniec, schylony razem ze Słowackim nad Ikwą, polski Nowogródek między dwoma księżycami, polskie cmentarze i lasy i każdy oddech tej ziemi tak samo tutaj jak w Poznaniu, jak w kopernikowskim Toruniu. To wszystko cośmy zebrali po 135 latach niewoli z Polski wielekroć większej. To wszystko, ta mała, ta najmniejsza Polska, Polska odbudowana po tylu latach podziemnego bytu najskromniej, najpowściągliwiej, najostrożniej. Przecież gdy się rodziła – uczyli nas wszyscy możni skromności i opamiętania jak niedorosłą dziewczynę. Jak niegrzecznemu dziecku przepisali poniżające prawa…

Ale przez lat 20, przez wojnę wygraną bez pomocy, przez dzieje lat ostatnich nauczyliśmy się niejednego. Dziś wiemy, że wielkie są nasze błędy, ale nie mniejsze, może większe są błędy innych. Wiemy, że ustępujemy niejednemu liczbą i bogactwem – nie ustępujemy nikomu odwagą i jakością.

Dlatego Polska obecna nie zgodzi się na kuratelę. Nie zgodzi się na żadne ograniczenie suwerenności, które miałoby ją objąć, nie dotykając innych.

Tem bardziej i tem więcej Polska nie zgodzi się na dyskutowanie jej terytorjów. Żołnierz i lotnik polski walczy dziś o całość Imperjum Brytyjskiego, nie rozważając czy i gdzie granice tego Imperjum zakreślone są zgodnie z jego osobistemi upodobaniami. – Tego samego żądamy dla siebie.

Powiedzieć trzeba więcej jeszcze. Polska nie ustąpi. Dopóki istnieć będzie żołnierz polski, dopóty strzelać będzie we łby zaborcy tak samo pod Lwowem jak pod Grudziądzem, tak samo w Zbąszyniu jak w Stołpcach – wszystko jedno czy na tym łbie będzie hełm stalowy czy spiczasta czapka. Nie dlatego odrzucaliśmy hitlerowskie propozycje „drogi przez Pomorze”, plebiscytów na Pomorzu – aby z kimkolwiek dyskutować na podobne tematy inaczej, niż ogniem karabinów maszynowych.

Francja została pokonana, bo uznała się za pokonaną. Anglja nie zostanie pokonana, bo nie uzna się za pokonaną, choćby ta wojna trwać miała całe stulecie.

My pokonani nie jesteśmy. Co więcej – wiemy z własnych dziejów, że potrafimy walczyć przeciw wszelkim rachubom, przez dziesiątki lat, doznawać porażki po porażce – i wreszcie zwyciężyć. Jeden jest tylko sposób, aby zmusić naród polski do wyrzeczenia się wolności czy ziemi – wytępić ten naród. Innego sposobu niema.

Przez 135 lat walczyliśmy – pozbawieni broni, w podziemiach, zapomniani, samotni. Nazajutrz po wyzwoleniu, znów samotni, stawiliśmy zwycięsko czoło jednemu z zaborców. W 20 lat później – świadomi tego co czynimy – podjęliśmy, jedyni w tamtej stronie Europy, wyzwanie największej potęgi militarnej świata. Wobec tych straszliwych faktów – dziecinną naiwnością byłoby przypuszczenie, że naród polski można „namówić” do kapitulacji. Do jakiejkolwiek kapitulacji.

Polska uważa się za równorzędnego sojusznika Anglji. Polska, jak Anglja, ma swoje cele w tej wojnie i żądać musi, by były one uszanowane. Cele te są skromne – niema w nich nic z zaborczości. Polska żąda, by przywrócona została wolność, całość i suwerenność wszystkim jej ziemiom. Polska musi wymagać, aby w przyszłości bezpieczeństwo jej zostało zapewnione przez naprawę granic z Niemcami przedewszystkiem przez odcięcie pięści wsuniętej w nasze wnętrzności: Prus Wschodnich. Polska wreszcie nie może się zgodzić, aby losy ludów z nią sąsiadujących, a dziś podbitych czy obezwładnionych -rozstrzygane były bez niej lub wbrew niej.

To wszystko. To niewiele. Ale nic tu niema już do ustąpienia.

Taka jest wola Polaków. Wszystkich Polaków. Ponadto – to także jest słuszność.

Kto podpisywał sojusz z Polską, ten tę wolę, nie ukrywaną wcale, akceptował.

Mała, najmniejsza Polska wchodziła w tę wojnę. Może z niej wyjść powiększona albo nie wyjść wcale. Ale nie może wyjść z niej pomniejszona. Bo broni przed takim wyrokiem nie złoży.

IGNACY MATUSZEWSKI

———-
1) Podtytuły pochodzą od redakcji „Wiadomości Polskich”.
2) por. nr. nr. 60 i 68 „Wiadomości Polskich”.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close