Życie w Oflagu

Dzień upływa za dniem. Życie nasze powoli zaczyna się normować. Inteligencja nasza wysila się przedewszystkiem w kierunku zaspokojenia dominującego w nas uczucia głodu. Stan ustawicznego głodu staje się uczuciom upokarzającem. Człowiek uświadamia sobie, do jakiego stopnia w gruncie rzeczy jest zjawiskiem fizycznem; po pewnym czasie wszystkie inne zagadnienia zaczynają schodzić na drugi plan, bo umysł pracuje tylko w jednym kierunku: jak wynaleźć dodatkową kromkę chleba, czy dziś dostanie się na obiad więcej czy mniej zupy, kiedy przyjdzie paczka.

Głód doprowadza do rozluźnienia się hamulców. Przestaje się panować nad pewnemi odruchami, których się człowiek w głębi duszy wstydzi. Przechodząc koło baraku kuchennego, zauważyłem jak stary pułkownik francuski, spacerujący po drodze, nagle podszedł do kupy odpadków kuchennych i zaczął w nich grzebać nogą, szukając kartofli czy liści kapusty. Gdy posłyszał moje kroki, wyprostował się i odszedł nie odwracając głowy.

Niektórzy przekupują kucharzy, którzy za drogie pieniądze odstępują im trochę tłuszczu do smarowania chleba. Uważamy, że jest to niekoleżeńskie. W ten sposób pozbawia się tłuszczu innych.

Paczki jeszcze nie nadchodzą. Jest już początek listopada. W listach z Francji otrzymałem zawiadomienie, że wysłano mi kilka paczek, tymczasem do tej pory nic nie przyszło.

Jednostki bardziej przedsiębiorcze organizują zajęcia i rozrywki, by zająć umysł własny i kolegów. Na pierwszy ogień idzie organizowanie bibljoteki. Poszło to stosunkowo najłatwiej, a zaczęło się w sposób zupełnie przypadkowy.

Wacław zgubił kapciuch na tytoń do fajki. Jest tem głęboko zmartwiony, gdyż w naszej sytuacji każda – nawet drobna – rzecz nabiera wielkiego znaczenia. Radzę mu, żeby wywiesił ogłoszenie. Istotnie, – oświadcza, – to jest myśl. Wypisuje na kawałku papieru zawiadomienie, że zgubił kapciuch fajkowy, i wywiesza na ścianie jednego z baraków, który wychodzi na placyk, gdzie odbywają się zbiórki. Następnego dnia pojawia się odpowiedź. Kapciuch można odebrać u kpt. X w tym i tym baraku.

Wacław postanawia wyzyskać ten pomysł. Wywiesza ogłoszenie, iż chętnie wymieni dwie książki, które z sobą przywiózł, na jakieś inne. Na ścianie baraku pojawia się następnego dnia kilkanaście odpowiedzi. Organizuje się giełda na wymianę książek, która przekształca się w bibljotekę. Daje to początek „bujnemu życiu intelektualnemu”.

Tworzymy uniwersytet obozowy. Nazywa się tak szumnie, w praktyce ogranicza się do różnego rodzaju kursów i wykładów. Ludzi ogarnia szał nauki. Chcą nadrobić czas, który upływa im bezużytecznie.

W naszym baraku, wśród grupy polskiej, powstaje własne życie naukowe. Po pewnym czasie dochodzimy do tego, że mamy nawet czas dość wypełniony. Kursy zaczynają się o godz. 10 wykładem języka francuskiego. Jeden z aspirantów francuskich, z zawodu nauczyciel języka francuskiego, zabiera się poważnie do pracy. Ponieważ większość moich kolegów nie zna tego języka, pomagam mu w jego wykładach. Wielki stół, na którym jemy, przewracamy do góry nogami i tak zyskujemy tablicę. Znalazła się nawet i kreda. W kursie bierze udział kilkunastu kolegów. Widzę, że korzystają poważnie. Nauczyciel jest surowy i traktuje kurs jak normalną szkolę.

O godz. 12 jemy obiad. Nazywa się to szumnie obiadem, a ogranicza się do talerza wodnistej zupy. Jemy przy stole w grupie siedmiu ludzi. Staramy się zachować formy towarzyskie i jak najmniej pokazywać, jak bardzo nam zależy na każdym kęsie strawy. A zagadnienia są bardzo skomplikowane. Dziś np. przyszły do kantyny ogórki. Na każdy stół po skrupulatnym rozdziale wypada 13 ogórków. 13 ogórków trzeba podzielić na siedmiu ludzi. Podział odbywa się z całą sprawiedliwością. Jest to wielki ewenement.

Raz tylko doszło do przykrej sceny. Kolega, który niedawno przybył z obozu z Francji, gdzie mógł się dokarmiać dzięki pomocy ludności cywilnej, nie był specjalnie głodny. Zjawisko u nas zupełnie niespotykane. Nie dokończył raz talerza zupy i zwracając się w uprzejmy sposób do innego z kolegów, zaproponował mu skorzystanie z rosztek jego porcji. Tamten odpowiada, że dziękuje, że skorzysta. Wszystko odbywa się w najbardziej normalny sposób. Tylko w chwili, gdy przychodzi do wzięcia zupy, obdarowany nie wytrzymuje i zbyt łapczywie rzuca się na ofiarowany mu talerz. Ten nagły ruch wywołuje w jednym z kolegów jakby uśmiech politowania. Tego dnia ów kolega również nie czuł głodu, bo dostał paczkę, łapczywość sąsiada wydała mu się więc nieco śmieszna. Doprowadziło to mnie do wściekłości. Nawymyślałem mu od parwenjuszy.

Popołudniu w baraku panuje cisza. Część kolegów śpi, część czyta. Jakiś wykład – i tak schodzi do kolacji, która jest zabiegiem jeszcze bardziej skomplikowanym niż obiad. Trzeba podzielić chleb i marmoladę. Wymaga to skrupulatności ze strony dzielącego i opanowania ze strony obdzielonego. Zawsze bowiem można uznać, że moja porcja jest mniejsza, że inny dostał więcej.

Te skomplikowane funkcje podziału wytwarzają specjalistów. Jednym z takich jest por. G. – „mistrz chochli”. On rozdziela obiad. Chleb i marmoladę rozdzielają komendanci stołów.

Uniwersytet powoli rozwija się coraz bardziej. Organizatorzy co kilka dni wywieszają na drzwiach baraku-kantyny program zajęć na najbliższe kilka tygodni. Są tam kursy języków niemieckiego, angielskiego, hiszpańskiego oraz kursy buchalterji, raz na tydzień wykłady z ekonomji politycznej, z literatury, i jakieś nadzwyczajne odczyty na oderwane tematy.

Kursy funkcjonują już tydzień, lecz nagle trzeba je przerwać, bo wolny barak, przeznaczony na różnego rodzaju imprezy, Niemcy zamieniają na barak teatralny. Dowództwo obozu w widoczny sposób faworyzuje grupę teatralną i grupę muzyczną na niekorzyść uniwersytetu. Jest to zupełnie zrozumiałe. Przedstawienia teatralne, rewję czy koncert można zareklamować w gazetkach obozowych, wydawanych dla jeńców w kilku językach. Porobi się zdjęcia, i całe Niemcy, kilkaset tysięcy jeńców, a nawet cały świat będzie mówił jak jeńcom dobrze powodzi się w Oflagu. Tymczasem uniwersytet jest imprezą wewnętrzną, z której korzyść mają tylko jeńcy. Trudno reklamować naukę hiszpańskiego czy kursy buchalterji.

W tym błogostanie nudy i półgłodu trapi nas kilka zagadnień. Jednym z nich jest osoba dowódcy naszego bloku, porucznik niemiecki, którego przezwaliśmy „Pyskaczem”. Jest to brutalne i dzikie zwierzę, które specjalnie znęca się nad grupą polską. Ma przytem kilka kompleksów, m.in. uważa, że wszyscy się z niego śmieją. Z tego powodu zrobił raz nawet awanturę oficerowi angielskiemu.

W naszym bloku, który składał się z około 1200 Francuzów i z naszej grupy 80 Polaków, było dwóch oficerów angielskich. Kapitan, Szkot, zamknięty w sobie, nie udzielający się nikomu, i młodziutki podporucznik, przyjemny chłopak. Podporucznik ten był oczkiem w głowie grupy francuskich snobów, młodych oficerów, typowych „fils à papa”, którzy nie wiedzieli jak podzielić swe serce między „współpracę” a miłość do „old fashionable England”. Sentymenty i przekonania ich ojców, nastroje środowiska, z którego wyszli, skłaniały ich raczej do „współpracy”. Marszałek Pétain, silne rządy, realistyczna polityka, znane, wytarte hasła. Z drugiej strony młody Anglik wyraźnie im imponował zimną krwią, dobremi manierami i całkowitem ignorowaniem Niemców. Chętnie więc szukali z nim kontaktu, by przy tej okazji popisać się swoją angielszczyzną.

Pewnego dnia mój młody Anglik spaceruje w otoczeniu kilku Francuzów, gdy mija ich Pyskacz. Ja idę jakieś dwadzieścia kroków z tyłu. Pyskacz nagle zawraca na pięcie, podskakuje do Anglika i wygrażając mu pięściami przed twarzą, wrzeszczy swym chrapliwym głosem. Wszyscyśmy zdębieli. Nie przychodzi nam do głowy, co mogło urazić niemieckiego brutala. Anglik jest wyraźnie osłupiały, stanął na baczność i milczy. Pyskacz tupie nogami, mam wrażenie, że za chwilę uderzy Anglika. Chwila jest przykra. Żaden cywilizowany człowiek nie może spokojnie patrzeć na brutalizowanie bliźniego. Po chwili Pyskacz odchodzi, odgrażając się jeszcze młodemu Anglikowi. Zbieramy się wszyscy w gromadkę, zastanawiając się, co mogło spowodować ten przykry wypadek.

Sprawa znalazła swój epilog na zbiórce następnego ranka. Po obliczeniu stanu, Pyskacz wywołuje młodego Anglika przed front, stawia go na baczność i wygłasza do nas tyradę:

– Oto macie przed sobą dowód arogancji angielskiej. Ten młody oficer ośmielił się w nos śmiać się z niemieckiego oficera. Gdyby nie jego młody wiek, spotkałaby go ciężka kara. Lituję się jednak nad nim i wybaczam mu.

Musieliśmy istotnie zachować dużą siłę woli, by nie wybuchnąć chóralnym śmiechem. Odtąd, gdy tylko Pyskacz pokazał się na horyzoncie, znikały z twarzy uśmiechy. Lepiej było nie drażnić brutala.

Wstydliwą plamą na obrazie naszego życia wewnętrznego była sprawa aspirantów. Aspiranci się buntowali. Któregoś dnia na uliczce obozowej ukazało się trzech młodych aspirantów francuskich, przebranych za t.zw. „les hommes sandwich”, t.j. typowych francuskich nosicieli reklam. Przywiązali do kija kawałek tektury, na której wypisali tego rodzaju hasła, jak: „Aspiranci toż mają prawo do życia”, albo : „Wielki czas aby załatwiono nasze postulaty”. I.t.d.

Chodziło poprostu o konflikt na tle przyrodzonego skąpstwa francuskiego. Niemieckie dowództwo obozu uznało, że aspiranci, czyli młodzi oficerowie, nie mają praw oficerskich, a więc nie będą otrzymywali żołdu. Grupa oficerów polskich zagadnienie to rozwiązała w ten sposób, że starsi oficerowie opodatkowali się na rzecz aspirantów i wypłacali im kilka marek na dekadę. Pieniądze te były niezbędne, gdyż można było kupić za nie w kantynie piwo, papierosy i od czasu do czasu coś do jedzenia, jak np. ogórki. Trafiało się to rzadko, ale przy naszem stałem niedokarmieniu miało to dla nas ogromne znaczenie.

Aspiranci francuscy nic nie otrzymywali. Nie mogli więc kupować ani papierosów, ani piwa, ani od czasu do czasu ogórków. Stwarzało to głupią sytuację. Przy stole ośmiu oficerów popija piwo, jeden aspirant oblizuje się smakiem.

Oficerowie francuscy postanowili opodatkować się wzorem grupy polskiej. Niestety, kilkakrotne konferencje nie dawały rezultatu. Na jednej z takich konferencyj jakiś kapitan francuski, oczywiście z rezerwy, sprzeciwił się opodatkowaniu na rzecz aspirantów, przedstawiając rzecz w ten sposób: jeśli będzie ze swego żołdu udzielał np. 3 mk na dekadę (otrzymywał ok. 30 mk), uczyni to miesięcznie 9 mk, rocznie 108, a jeśli niewola przeciągnie się cztery lata, co jest bardzo możliwe, ogólna suma dojdzie do 400 mk, czyli po oficjalnym kursie – do 8000 fr. On jest za biedny, by mógł sobie pozwolić na taki wydatek.

Francuski komendant bloku, pułkownik, oficer zawodowy, wściekał się na podobną argumentację, niestety, nie mając żadnej egzekutywy, musiał miast rozkazywać – tłumaczyć. Tego rodzaju przeszkody opóźniały załatwienie sprawy zasiłków dla aspirantów francuskich.

Zniecierpliwieni aspiranci zareagowali jeszcze mocniej. Zorganizowali własną rewję, teatrzyk-kabaret, w którym w bardzo złośliwy sposób potraktowali swych starszych kolegów. Wypomnieli im wszystko – beztroskie życie w czasie pokoju, egoizm burżuazji francuskiej, wygodnisiostwo w czasie wojny, no i naturalnie, słabe punkty kampanji francuskiej. Między starszymi a młodszymi zaczął się wytwarzać wyraźny rozłam. Było to tem bardziej przykre, że z dnia na dzień groziła nam perspektywa wyjazdu z Oflagu. Niemcy uważali, że skoro aspiranci nie są oficerami, powinni iść do Stalagów i pracować razem z żołnierzami.

W baraku naszym powoli zaczęły się zarysowywać indywidualności. Przyjaciel mój nagle odkrył w sobie talent malarza. Zaczął robić portrety. Umiejętność ta przekształciła się w „żyłę złota”. Nawet w obozie znajdzie się zawsze dosyć takich, którzy chcą widzieć swą twarz utrwaloną na papierze. Drugi kolega, wyższy urzędnik z ministerstwa rolnictwa, zaczął pisać poezje.

Moją specjalnością była pogoda ducha, gastronomja i informacje polityczne. Sławę swą jako gastronom ugruntowałem przez wynalezienie piernika z marchwi. Przypomniałem sobie, że gotowana marchew wydziela słodki sok. Mieliśmy pozatem zapasy ziarna, które Niemcy rozdawali nam na dojadanie. Ziarno to butelką roztarłem na mąkę, drogą oczywiście nielegalną postarałem się o kilkanaście marchwi, które również utarłem. Do tej mieszaniny dodałem trochę sacharyny, tłuszczu wielorybiego, sody, którą mi zaaplikowali sanitarjusze na chorobę żołądka, i trochę sztucznego miodu. Wszystko to utarłem razem na masę, potem rozpostarłem na blasze i wsadziłem na dwadzieścia minut do pieca w kuchni obozowej. Oczywiście, kucharz był w zmowie. Piernik był znakomity. Kruchy, bardzo słodki. O to przecież chodziło! Tego dnia miałem i inne szczęśliwe koncepcje gastronomiczne. Z wyrzuconych liści kapusty, drobno posiekanych, do których dodałem również surowej marchwi i octu, powstała doskonała sałatka „witaminowa”.

Tego dnia obiad był znakomity. Na pierwsze danie sałatka, potem – zwykła zupa i na deser – kawałek piernika. Koledzy z innych stołów otoczyli nas i przypatrywali się z podziwem. Malarz darzył mnie tego dnia specjalnemi względami (siedział przy innym stole). Niby tak, bez celu, podszedł do mnie i nawiązał rozmowę ni o tem ni o owem, aż zauważył:

– Słyszałem, że podobno udał ci się piernik.

Oczywiście, poczęstowałem go. Wsunął w mgnieniu oka. Chudy był bowiem jak piszczel i pożerał wszystko co znalazł na swej drodze.

Nie mogę opowiedzieć w jaki sposób zorganizowaliśmy sobie służbę informacyjną, w każdym razie codziennie mieliśmy świeże wiadomości o tem co się dzieje na świecie. Po obozie kłusowały biuletyny informacyjne, prawie jak biuletyny Reutera, Havasa czy PATa, pisano ołówkiem na małych karteluszkach papieru. Niemcy czegoś się domyślali, węszyli po obozie, nie mogli jednak odnaleźć ani źródła ani sposobu, w jaki byliśmy informowani.

Na mnie, jako na dziennikarza, spadł obowiązek robienia wieczorem referatów prasowych. Wysilałem swoją inteligencję jak mogłem, aby do skrawków informacyj doczepić odpowiednio długi komentarz. Trzeba było przecież zająć umysły kolegów. Wieczorem po kolacji, w czasie ostatniego papierosa, w małej sionce, wymieniało się opinje i wrażenia na tematy polityczne.

Rozpoczynała się wówczas ofensywa włoska w Afryce Północnej. Prasa niemiecka, którą mogliśmy czytywać, zapowiadała wielką akcję marszałka Grazianiego. Dzienniki niemieckie rozwodziły się nad zdobyciem przez Włochów Sidi El Barani. Traktowaliśmy to jednak jako fragment. Wszyscy się zgadzali, że w żadnym razie Włosi nie mogą zaważyć na losach wojny, w jednym chyba tylko wypadku – jeśli się załamią albo poddadzą przymierzonym. Interesowała nas akcja wyborcza w Ameryce, szanse Prezydenta Roosevelta przeciwko Willkiemu.

Któregoś wieczoru otrzymałem wiadomość, że wybrano Roosevelta. Przebiegłem szybko baraki, wpadłem do naszego, wskoczyłem na ławkę i wbrew wyraźnemu nakazowi przestrzegania konspiracji, głośno wyrzuciłem z siebie:

– Wojna wygrana: Roosovelt wybrany na Prezydenta!

M. J. PIOTROWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close