• Wiadomości
  • / 15.06.1952
  • / Londyn
  • / Rok 7, Nr 24 (324)

KORESPONDENCJA

Ci, co uratowali Londyn

Do redaktora „Wiadomości”

Fakt udziału Armii Krajowej w wykryciu niemieckiej tajemnicy „V”, wspomniany w pamiętnikach Winstona Churchilla, opisał obszernie Bernard Newman w książce p.t. „They Saved London” (por. recenzję Zygmunta Nowakowskiego w nr. 318 „Wiadomości”). Autor opracował całość zagadnienia. Zestawił wiele czynności władz i sztabów brytyjskich oraz środków przedsięwziętych przez nie dla obrony wysp brytyjskich, opisał również pomoc wywiadowczą uzyskaną z terenu innych państw.

Nas obchodzi głównie to co dotyczy wkładu polskiego.

Recenzje słusznie podkreślają narracyjne walory książki i znaczenie jej w spopularyzowaniu wydatnego wkładu polskiego w zwycięstwo sprzymierzonych. Przypisują książce tym większe znaczenie że autor nadał jej charakter dokumentacyjny i że oparł ją zarówno na źródłach, które we wstępie wymienia, jak na relacjach osób, które miały brać bezpośredni udział w wykryciu tajemnicy. Książka wprowadza czytelnika w środowisko podziemia polskiego, stara się oddać jego ducha, opisuje organizację i metody pracy wywiadu Armii Krajowej, i to wszystko ma zbliżyć nas do rzeczywistości.

Książka nie czyni niestety zadość intencjom autora; obraz podziemia nie jest wierny a zgodność z faktami pozostawia wiele do życzenia.

Podziemie polskie, obejmujące swym zasięgiem nieomal całość życia Kraju, działające przy pomocy metod wypróbowanych w twardej szkole konspiracyjnej, stanowiące przykład dotąd w historii nie spotykany – przedstawiono w książce jako organizację prymitywną. Opisy niektórych momentów, jak np. sposobów przenikania pracowników wywiadu do obozu doświadczalnego Luftwaffe w Peenemünde, dostarczenia przez łączniczkę depeszy o wykryciu tajemnicy lub też okoliczności nadania wiadomości do Londynu przypominają zabawę chłopców w „wojnę z Indianami”. Podobny charakter ma opis zbrojnego napadu oddziału Armii Krajowej na transport pocisku „V”, zresztą tylko zamierzonego a nie dokonanego, i to nie na szosie Mielec-Blizna, lecz na linii kolejowej Tarnów-Brzesko. (W pobliżu Blizny wobec gęstego rozmieszczenia tam oddziałów niemieckich i zaostrzonych środków bezpieczeństwa przedsięwzięcie takie było całkowicie nierealne).

Gdyby w Armii Krajowej stosowano opisane w książce metody Niemcy zlikwidowaliby podziemie bardzo szybko i tajemnica „V” nigdy by nie była wykryta.

Nie można oczywiście mieć o to pretensji do autora. Zrozumienie przez niego tematu, uznanie autora dla pracy Armii Krajowej są zadziwiające i wzruszające. Podziemie polskie miało jednak tak osobliwą atmosferę, było zjawiskiem tak dotąd nie spotykanym, iż mimo że Newman, autor wielu książek szpiegowskich, ma doskonałe wyczucie konspiracji, w tym wypadku bez wydatnej pomocy nie mógł dać obrazu całkowicie wiernego. Braki książki pod tym względem trzeba złożyć na karb tych, którzy dostarczyli autorowi informacji niewystarczających, spaczonych lub zgoła fałszywych.

Konstrukcja książki robi wrażenie że wszystko jest autentyczne. Poza obfitością źródeł, na które się powołuje, każdy rozdział poprzedzono wzmianką, skąd zaczerpnięto do niego materiały. Z polskich źródeł wymieniono: archiwum Studium Polski Podziemnej i „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. III; Armia Krajowa”.

A oto w jaki sposób źródła te wyzyskano.

Książka podaje wersję, zaczerpniętą z materiałów niemieckich o samobójczej śmierci gen. Jeschonka, szefa sztabu Luftwaffe, nazajutrz po nalocie R.A.F.u na Peenemünde, wskutek wyrzutów Hitlera, że nie zapewnił skutecznej obrony przeciwlotniczej tego ważnego obiektu.

A jak wygląda sprawa w świetle faktów ?

Po otrzymaniu w Londynie wiadomości o śmierci gen. Jeschonka od bomby brytyjskiej w nalocie R.A.F.u na Peenemünde w nocy z 17/18 sierpnia 1943, postanowiono fakt ten wyzyskać w wojnie psychologicznej. We wrześniu 1943 sztab naczelnego wodza w Londynie, na inspirację brytyjską, zlecił dowódcy Armii Krajowej, by propagandowa komórka dywersyjna rozpowszechniła wiadomość, że gen. Jeschonek popełnił samobójstwo, zmuszony do tego przez Hitlera. Miało to pogłębić istniejące rozdźwięki między Luftwaffe a Hitlerem, gdyż gen. Jeschonek był bardzo popularny w lotnictwie niemieckim.

Wskutek tego zlecenia w następnym numerze dywersyjnego pisma „Der Soldat”, wydawanego po niemiecku przez komórkę „N” Armii Krajowej, wersję tę podano i jak widać z wywodów Newmana, przyjęła się ona w Niemczech. Wiadomo i z innych przykładów, że jeszcze dotąd polską propagandę dywersyjną z czasów wojny traktuje się w Niemczech jako objawy czysto niemieckiej antyhitlerowskiej akcji. Zachodzi obawa, że bezkrytyczne czerpanie z podobnych źródeł może stworzyć wiele legend. Bardzo jest prawdopodobne, że legenda o „dobrych Niemcach” czynnych przeciwnikach Hitlera, która zyskuje obecnie wielu zwolenników, buduje się głównie na dywersyjnych wydawnictwach Armii Krajowej i sprzymierzonych. One to bowiem, podszywając się pod ruch antynazistowski, rozchodziły się szeroko po Niemczech. W zmienionych obecnie warunkach akcja ta zwraca się jak bumerang przeciw prawdzie i naszym interesom.

Gdyby Newman sięgnął do archiwum Studium Polski Podziemnej na które się powołuje, znalazłby tam wszystkie dokumenty dotyczące śmierci gen. Jeschonka i mógłby podać w swej książce wersję prawdziwą.

Drugie źródło, „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. III; Armia Krajowa” przytoczono chyba tylko dla dekoracji. Mimo że opracowanie to zawiera dokładny opis organizacji i działania wywiadu Armii Krajowej, Newman, opierając się na relacji anonimowego pracownika wywiadu, kreśli schemat tej służby zgoła niepodobny do rzeczywistego. Schemat nakreślony przez autora wskazuje organizację jednej z wielu samodzielnych komórek wywiadowczych niższego rzędu, która faktycznie istniała pod kryptonimem „Lombard”, i nad tym umieszcza nadbudówkę kierownictwa centralnego. Powstała wskutek tego kompozycja nierealna, twór, który w żadnej fazie rozwoju Armii Krajowej nigdy nie istniał.

I tutaj nasuwa się uwaga podobna do poprzedniej, że przy takiej organizacji wywiadu, tajemnicy niemieckiej nigdy by prawdopodobnie nie wykryto. Czytelnika zaś, szczególnie angielskiego, któremu trudno sięgnąć do wydawnictw polskich, wprowadzono w błąd przez powołanie się na źródło oficjalne, które zignorowano na korzyść autentycznej wprawdzie, ale nieudolnej i mylnej relacji.

Książka wprowadza do akcji kilka postaci urojonych i rzeczywistych. Postaciami urojonymi można oczywiście operować dowolnie, gdy chodzi natomiast o osoby biorące rzeczywisty udział w wydarzeniach, trzeba trzymać się faktów.

Tak więc „Rafał”, kpt. Jerzy Chmielewski, główna postać rzeczywista, nie jest ani sławnym inżynierem ani konstruktorem, lecz ekonomistą. Podczas gdy autor wprowadza „Rafała” do akcji już na wiosnę 1943 i oddaje mu kierownictwo wykrycia tajemnicy, w rzeczywistości siedzi on w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, szczęśliwie nie rozpoznany przez Gestapo jako oficer Armii Krajowej. Gdy pod koniec r. 1943 przeniesiono doświadczenia niemieckie z Peenemünde na ziemie polskie, jako szef wywiadu Armii Krajowej osobiście kierowałem do maja 1944 całością akcji wykrycia tajemnicy „V”. Docenialiśmy bowiem znaczenie, jakie miało dla sprzymierzonych wczesne i dokładne rozpoznanie tej broni wobec przygotowań inwazji na kontynent europejski i dla dalszego przebiegu wojny. Na wiosnę 1944 narosło jednak tak wiele związanych z tym zagadnień, że przy pomocy dotychczas istniejącego aparatu trudno im było podołać. Jednocześnie wobec wydarzeń na froncie niemiecko-rosyjskim, który objął południową część Polski, potrzeba dostarczenia stamtąd elementów dla dowódcy Armii Krajowej stała się tak nagląca że zachodziła konieczność skupienia tam szczególnej uwagi. Stworzyłem wówczas specjalną komórkę kierowniczą zajmującą się wyłącznie sprawami „V”, by zagadnienie to nie ciążyło nad bliższymi nam zadaniami, związanymi z sytuacją bojową na ziemiach polskich. „Rafałowi”, znanemu z inicjatywy i przedsiębiorczości, uwolnionemu z Oświęcimia w marcu 1944 po odzyskaniu sił przez niego, powierzyłem to zadanie w maju 1944, a więc o rok później niż twierdzi Newman. Książka znacznie by zyskała, gdyby zawierała autentyczną relację „Rafała”.

Udział trzeciej osoby rzeczywistej, kpt. Jana Nowaka, w przewiezieniu planów Peenemünde z Warszawy do Stockholmu również niezgodny jest z faktami. Odbył on wprawdzie w czerwcu 1943 podróż z Warszawy do Stockholmu, ze zgoła innym przeznaczeniem, ale już w kwietniu tego roku plany Peenemünde były w rękach sztabu brytyjskiego w Londynie. Dokumenty znajdujące się w archiwach londyńskich, na które powołuje się książka, nie zawierają żadnej wzmianki o udziale kpt. Nowaka w całej tej akcji, gdyż nie miał on z nią nic wspólnego w żadnym stadium jej rozwoju. Trudno zrozumieć, jaki cel ma wprowadzenie do opowiadania osoby rzeczywistej, której udział w wydarzeniach jest tylko urojony.

Autor pomija niektóro istotne okoliczności, których nie zawierają szczupłe dokumenty w polskich archiwach londyńskich, a ślad o nich pozostał jedynie w pamięci osób rzeczywistych uczestników tych wydarzeń. M.in. dotyczy to transportu części pocisku „V” przez „Rafała” samolotem z Polski do Londynu. Niebezpieczną tę imprezę podjęto dlatego, by technikom brytyjskim dostarczyć radiowego urządzenia znalezionego w jednym z pocisków, gdyż nasunęło to przypuszczenie, że służy ono do kierowania pociskiem na żądany cel przez stację naziemną. Niektóre meldunki z obserwacji lotu pocisków w końcowej fazie doświadczeń niemieckich w obozie Blizna uzasadniały to przypuszczenie. Gdyby technikom brytyjskim udało się przy pomocy dostarczonego urządzenia skonstruować stację do kierowania pociskami według ich woli, uzyskano by najskuteczniejszy środek obrony. Niemcy nie zdążyli przed zakończeniem wojny użyć pocisków kierowanych, i przedsięwzięte środki zapobiegawcze nie zostały zastosowane. Ale ta myśl była głównym powodem ryzykownej imprezy powietrznej. Bagaż wieziony przez „Rafała” zawierał właśnie wszystkie zdobyte części urządzenia radiowego, w tym nieuszkodzony aparat nr 0948. Dopiero te okoliczności, pominięte przez autora, tłumaczą sens i ważność podróży „Rafała”. Chociaż ta część opowiadania Newmana jest doskonała, stałaby się jeszcze doskonalsza, gdyby znał on przypomniane wyżej szczegóły.

Jak się dowiaduję, jedna z londyńskich wytwórni filmowych przygotowuje film osnuty na wersji Newmana. Ma to być film dokumentarny, oparty na faktach w książce opisanych. Byłoby dużą szkodą dla obiektywnej prawdy, gdyby sporą ilość nieścisłości książki utrwalono jeszcze i na filmie.

Kazimierz Iranek-Osmecki.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close