JERZY WENDEL

DRĘTWA MOWA
Popaździernikowe metamorfozy

Jako jedną z głównych zdobyczy t.zw. rewolucji październikowej ogłasza się przywrócenie w Polsce wolności słowa i wolności sumienia. Z prasy dowiadujemy się że zerwała ona ze sztampą, że stała się rzetelna, prawdziwa, że odsłania rzeczywiste życie, że opiera się na faktach, że wydobywa na światło wszystkie bolączki. Koniec królestwa fikcji! Koniec drętwej mowy! Na zawsze zerwanie z drętwą mową!

Co to jest drętwa mowa? Nie jest łatwo podciągnąć pod jeden dach różnorodność zjawisk słownych jaką ten neologizm obejmuje. Bo oznacza on wszystkie martwe zdania, frazesy, stereotypy, wyświechtane komunały i nomenklatury; oznacza magiczne zaklęcia, mity, tabu, słowa wieloznaczne i słowa bez pokrycia; oznacza patetyczne deklaracje, werbalne mydlenie oczu, wiatrologię, szumnosłowie i pustosłowie. Oznacza również mistyfikacje wszelkiego rodzaju, zdania rzeczywistość fałszujące, zdania rzeczywistość maskujące i zdania rzeczywistość przemilczające. Oznacza łamanie praworządności słownej i wypaczanie zdrowego rozsądku. Jedyne dające się pomyśleć określenie dla tego bogactwa manifestacji słownych jest stwierdzenie, niezbyt zadowalające jako definicja, ale ścisłe, że jest to mowa właściwa publicystyce krajów budujących socjalizm pod przewodnictwem Związku Sowieckiego.

URZĄD BEZPIECZEŃSTWA SŁÓW

„Jak wiadomo życie narodu nadaje sens słowom” – powiada marzyciel-poeta Mieczysław Jastrun. Być może, ale nie w ustroju socjalistycznym. Tu słowom nadaje znaczenie partia i rząd. Musi chyba istnieć w państwach socjalistycznych jakieś gigantyczne nieujawnione ministerstwo semantyki, które, sądząc po rezultatach, jest, obok policji politycznej, najsprawniejszym w nich resortem. Odpowiednio spreparowane słowa mówią to co władza chce by mówiły; ściśle tak jak ludzie urabiani przez urzędy bezpieczeństwa.

Słowa zawsze zażywały opinii że są cierpliwe i posłuszne; w państwach totalnych nabrały one jednak przedziwnej elastyczności która da się porównać jedynie z elastycznością sumień ich inkwizytorów. W wielu wypadkach udało się je uwolnić od znaczenia, jakie dźwigały w ciągu stuleci, i nadać im znaczenie przeciwstawne. Wolność zastąpiła dawną niewolę, prawo – bezprawie, suwerenność – poddanie uciskowi kolonialnemu. Rewolucja, kontrrewolucja, reakcja, wyzysk, moralność, demokracja, nawet socjalizm uzyskały znaczenie krańcowo różne od znaczenia konwencjonalnego.

NAUKOWE PODSTAWY DRĘTWEJ MOWY

W mowie „burżuazyjnej” można, przez użycie przymiotnika kwalifikującego, mniej lub więcej zmienić sens rzeczownika. Amerykańskie złoto nie jest wprawdzie złotem ale je z wyglądu przypomina; polski urlop nie jest urlopem, ale podczas swego trwania zachowuje się tak jakby był.

W mechanizmie drętwej mowy jest możliwe przez właściwy dobór epitetu odwrócić sens słowa o całe 180°: realizm socjalistyczny jest przeciwstawieniem realizmu; nauka proletariacka jest zaprzeczeniem nauki; demokracja ludowa jest negacją demokracji.

Socjalistyczna drętwa mowa wprzęgła do swoich usług wszystkie zasoby stylistyki odziedziczone po kapitalizmie. Metafory czyli przenośnie, metonimie czyli zamiennie, synekdochy czyli ogarnięcia, hiperbole czyli przesadnie, personifikacje czyli uosobienia, eufemizmy czyli zastępowanie słów drażliwych mniej drażliwymi – żaden ze znanych tropów nie został pominięty w powszechnej mobilizacji środków językowych dla celów komunistycznej mistyfikacji. Wprzęgnięto do nich nawet figury nie zakwalifikowane w tradycyjnej stylistyce; te dadzą się co najwyżej podciągnąć pod ogólną kategorię katachrez czyli nadużyć.

PAŹDZIERNIKOWE REDUKCJE

„Rewolucja kładzie kres wszelkim fikcjom” (Jan Kott). Jeżeli chodzi o fikcje słowne nie podobna zaprzeczyć że Październik przyniósł znaczące zmiany. Pewne słowa musiały się zmienić, pewne słowa musiały odejść: ostatecznie słowa to nie ludzie by mogły bez żadnej zmiany służyć każdej ideologii.

Zapluty karzeł reakcji skończył swój pracowity żywot (choć kołtun cieszy się nadal zadowalającym zdrowiem). Czujność bardzo ucierpiała na skutek wykrytego pokrewieństwa fonetycznego i ideowego ze szczujnością. Mało się słyszy obecnie o oszukanych dołach akowskich: przeżytki kapitalizmu przestały być magiczną klasyfikacją wszelkich socjalistycznych niedomagań i zaostrzenie walki klasowej przestało być uniwersalnym na nie lekarstwem. Rzadko się teraz pojawia wróg ludu, chyba w skróconej postaci wróg. I w ogóle mniej się ceni teraz bezcenną skarbnicę doświadczeń radzieckich. Nasz dobry znajomy inżynier dusz został zredukowany wraz z cięciami w administracji państwowej, choć jego czynności bynajmniej nie zawieszono: („My przecież nie produkujemy chleba – produkujemy moralne wartości ludzkiej postawy i postępowania” – stwierdził z ujmującą skromnością Andrzej Braun który był dawniej „inżynierem”, teraz, zgodnie z panującymi tendencjami, stał się prywatnym producentem).

Powstały nowe popaździernikowe sformułowania. Cechą ich jest jednak że się w nowym klimacie prędko zużywają i już po niewielu tygodniach muszą być opatrywane marką ochronną, „t.zw.”, lub zgoła cudzysłowem. System sowiecki przez pewien czas wygodnie ukrywał się pod dziwnym pseudonimem kult jednostki (pewnie dlatego że o żadnym kulcie żadnej bolszewickiej „jednostki” nie było nigdy mowy). Omawiano go również przy pomocy takch eufemizmów jak wypaczenia i błędy oraz łamanie praworządności. Ale dzisiaj te zwroty tak się wytarły że dla osiągnięcia zamierzonego celu muszą występować kolektywnie. Aby określić system stalinowski w sposób zadowalający, trzeba się dziś uciec do amplifikacji: ten system wypaczeń i łamania praworządności który się przywykło określać mianem kultu jednostki.

POPRAWKI SEMANTYCZNE

Ale większość dawnych wyrażeń pozostaje w niezmienionej postaci. Świadczy to że wbrew plotkom Polska twardo trwa w obozie komunistycznym i nie myśli wyrzekać się jego zdobyczy.

Nieustraszona córa rewolucji, Edda Werfel, w pewnym miejscu swego listu do towarzyszy zagranicznych usprawiedliwia się że używa szablonowych wyrażeń. Ale po chwili przychodzi uspokajająca refleksja: „Zdaje się że były nie tyle szablonowe co zakłamane: teraz się nie nadają”. Inne się nadają po lekkim sprostowaniu sensu: lewicą nazywano dawniej wyznawców kierunku reprezentowanego przez Stalina; teraz uchwalono że tamci mają się nazywać zachowawcami i konserwą, lewicą natomiast to co dawniej piętnowano jako prawe odchylenie lub gomułkowszczyznę. I daremnie oburza się Putrament na nonsens nazywania lewicą grupy partyjnej która „przyjmuje sojusz – i godzi się za to zapłacić – z całkiem zwyczajną klasyczną reakcją społeczną”. Putramenta uciszono przypomnieniem jego przeszłości wybujale „konserwatywnej” – i zaszczytna nomenklatura została przy tryumfującej grupie partyjnej.

Podobnej zamianie sensu uległy wyrazy realizm i utopia. Realizm zarezerwowano dla eksperymentów gomułkowskich; utopia stosuje się do „konserwy” komunistycznej. Prawda że małżeństwo wyrazów konserwatyzm i utopia może się wydawać dziwne; ale kto się wgłębia w misteria semantyki komunistycznej, musi być przygotowany na wszelkie niespodzianki.

PRAWDA NA USŁUGACH KŁAMSTWA

Ale po dawnemu historyczne są uchwały partii i uchwały odwołujące tamte uchwały; po dawnemu postęp służy na określenie praktyk dokonywanych na połaciach leżących nie na zachód ale na wschód od Łaby. Po dawnemu nędzę szerzącą się w Polsce nazywa się chorobą wzrostu, a nieludzkie warunki bytowania ludności – standardem życia. Skromni Anglicy mówią że w ich kraju nie ma klimatu tylko różne rodzaje niepogody; ale w Polsce różne odmiany nędzy upierają się nazywać standardem życia. Dlatego można czytać w odkrywczych wypowiedziach publicystów takie stwierdzenia jak to że „standard życia w Ameryce jest obecnie niewątpliwie wyższy niż w spustoszonej przez wojnę Polsce”, co jest kłamstwem wyrafinowanie skonstruowanym w oparciu na współczynniku prawdy: bo zawiera się w tym sugestia że porównane zostały dwie porównywalne rzeczy i że rezultat porównania nie wypadł na korzyść „standardu” polskiego.

„DONOSZĘ KLASIE ROBOTNICZEJ”

Drętwa mowa, to nie tylko wypaczenia słowne. To również cały system twierdzeń które niezależnie od sposobu ich sformułowania nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości. Ot np. całe bolszewickie słowne ubóstwienie mas. Na wiele sobie można w Polsce popaździernikowej pozwolić ale trudno sobie wyobrazić aby ktoś się odważył poddać w wątpliwość dogmat że klasa robotnicza jest solą ziemi, śmietanką narodu i czym tam jeszcze.

Kott, który lubi czasami chodzić własnymi drogami, powtórzył gdzieś zdanie Wyspiańskiego że, jak zwykle, na czele zrywu stanęli studenci i literaci. Na to zerwał się ze „Sztandaru Młodych” nie taki już młody Roman Zimand i „zdarł maskę” z Kotta (i z Wyspiańskiego), wyznawców „najgorszego z demagogicznych nonsensów”; nonsensu przeciwstawiającego się faktowi nieustannego wzrostu świadomości klasy robotniczej i jej przewodnictwa w życiu politycznym narodu.

„Donoszę klasie robotniczej” – woła w rewolucyjnym uniesieniu Zimand. O czym to donosi klasie robotniczej ten posiwiały w bojach o nią publicysta? Oto donosi że Kott lokalizuje klasę robotniczą w obrębie swego organizmu, i to bynajmniej nie w sercu.

SOCJALISTYCZNY ZDROWY ROZSADEK

Gdyby wierzyć temu co piszą w Polsce literaci i dziennikarze, trzeba by przyjść do przekonania że jedynym marzeniem ich życia jest „dalsze” umocnienie dyktatury proletariatu i uczynienie go wyłącznym dysponentem wszelkich dóbr materialnych (i niematerialnych) Kraju. Ich aspiracji w tym względzie zdaje się nie zadowalać fakt ogłaszany jako niezbity ze wszystkich trybun że robotnicy są pełnoprawnymi współgospodarzami swych fabryk.

Konstytucja angielska mówi o królowej że jest właścicielką wszystkiego co stanowi majątek państwa. Jest w tym zapewne nieco drętwej mowy w łagodnym wydaniu angielskim; ale nie ma jawnego natrząsania się jak w wypadku „gospodarzy” polskich; tych jedynych w dziejach świata gospodarzy którzy strajkują przeciw samym sobie, którzy w związku z bezrobociem są bez ceremonii wyrzucani na bruk i których w ich własnych zakładach ma bronić ustawodawstwo pracy; ale gdy z tytułu łamania tego ustawodawstwa zgłaszają roszczenia o miliardowe sumy, ich pretensje zbywane są jako kpiny ze zdrowego rozsądku. Bo socjalistyczny zdrowy rozsądek polega na tym że się zabiera robotnikom ich pracę i pieniądze a w zamian daje – tytuł własności.

POTĘGA CIEMNOTY

Można kochać robotników. Kto ich zna ten wie że są to przeważnie czarujący ludzie. Ale twierdzić że przodują w czymkolwiek poza gruźlicą i analfabetyzmem – jest to ta odmiana drętwej mowy którą wieszcz by nazwał „duby smalone w głupstwa wywarzone kuźni”. Tak przodują politycznie jak przodują gospodarczo, kulturalnie i intelektualnie. Jeżeli mają jaką potęgę – to potęgę ciemnoty. Bo jest to smutna prawda że masy polskie są tak ciemne jak tylko masy ciemne być potrafią. Nie wiem jak reagują na te bezwstydne kadzenia; wiem tylko że gdybym ja był, broń Boże, masą, nie posiadałbym się z oburzenia na te bezkarne obelgi jakimi są niezasłużone pochwały.

Robotnicy są ciemni ale skromni. Uchodzący za prawdomównego Gomułka może przeciwstawiać naukę proletariacką nauce burżuazyjnej; ale oni sami wiedzą że nauka proletariacka, to ciągle tylko – abecadło. Gdzie by im do głowy przyszło porywać się na inicjowanie zrębów doskonałego ustroju społecznego lub na rozwiązywanie zagadnień gospodarczych w skali całego kraju! Zagadnienie gospodarcze które daremnie próbują rozwiązać, to jak wyżyć z rodziną z 800-złotowej pensji. A tamte zagadnienia i teorie są przeważnie dziełem ludzi wolnych od trosk materialnych: albo – jak to było w przeszłości – siedzących w British Museum na koszt zamożnych Jednostek, albo – jak obecnie -opracowujący nowe wartości ustrojowe na koszt skarbu, jeżeli nie będzie drętwą mową nazywać taw urzędów finansowych w krajach socjalistycznych.

NA CZELE CZOŁA

O klasie robotniczej mówi się że jest przodującym oddziałem społeczeństwa a o partii komunistycznej mówi się że jest przodującym oddziałem klasy robotniczej. Można powiedzieć że istotnie partia ściśle tak same przoduje klasie robotniczej jak klasa robotnicza przoduje społeczeństwu. Można też powiedzieć że te dwa ożenione ze sobą twierdzenia są rzadkim przykładom kłamstwa które dosłownie siedzi na kłamstwie.

Partię tę opinia publiczna – opinia publiczna gazet komunistycznych – wynosi pod niebiosa że w Październiku nadążyła za opinią narodu, co zdawałoby się jak na to co stoi na czele czoła nie jest niezwykłym rekordem; ale w gazetach stoi jak wół że od tego czasu jeszcze bardziej zaawansowała: stała się partią narodu. I jako partia narodu nie miała już oczywiście żadnych trudności w odniesieniu druzgocącego zwycięstwa: wygrała wybory przeprowadzone w sposób skrupulatnie uczciwy choć na podstawie niezbyt postępowej bo nieco biblijnej ordynacji wyborczej („Masz Adamie Ewę – wybierz sobie żonę”).

KULT FAKTÓW

„Nadchodzą czasy – już nadeszły – gdy panować będzie kult faktów” – obwieszcza tryumfalnie najmłodsza latorośl rodu Bocheńskich (z linii bolszewickiej).

A jakie są fakty? Jednym faktem jest że w Polsce zawsze jest pewność wygrania wyborów jeżeli ożywiającą je siłą jest nienawiść do komunizmu. To jest koń który doniesie do mety każdą partię, nie wyłączając Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Bo przecież wybory w Polsce wygrał Gomułka niesiony na skrzydłach swej olbrzymiej popularności. A skąd się ta popularność wzięła? Z przeszłych zasług dla narodu? Z uznania jego geniuszu politycznego? Ach, nie bratajmy się z absurdem.

Wypłynęła ona z jednego jedynego źródła: z nienawiści do partii, z protestu przeciw jej metodom, z naturalnej sympatii dla ofiary jej prześladowań. Gomułce nie tylko „historia włożyła na barki ciężar władzy”; walnie jej w tym dopomógł – wstręt do wszystkiego co bolszewickie. I trzeba było zwariowanych stosunków, wytworzonych w wyniku dwunastu lat gwałcenia praw ludzkich i boskich, by powstała sytuacja gdy nienawiść do partii mogła stać się wehikułem którym ta sama partia z większymi niż kiedykolwiek pozorami legalności zdołała dojechać do władzy.

A drugi fakt jest ten że komunizm w Polsce jest tak silny że zawsze może bezapelacyjnie wygrać wybory jeżeli na jego listy oddadzą głosy wyborcy katoliccy. To już jest fakt znacznie mniej dziwny. Ja nie jestem człowiekiem bogatym – piszę te słowa dla chleba, panie, dla chleba -ale gdy się uwezmę, to zawsze mogę sfinansować zaporę wodną w Egipcie jeżeli mi w tym dopomoże John D. Rockefeller (Jr.).

WYSTĘPEK KTÓRY SIĘ WSTYDZI SWEJ NAZWY

To były dwa naczelne fakty które zadecydowały o „bezprzykładnym w historii partii sukcesie politycznym”; ale o których prasa wyznająca kult faktów nigdy nie pisze. Był i trzeci fakt, – t.zw. racja stanu, – o czym się pisze w tym kontekście również bardzo rzadko i z użyciem całej aparatury drętwej mowy – właśnie w imię racji stanu.

Pisze się natomiast że „Marks i Lenin mieli rację nad Wisłą”; że zwycięstwo Gomułki było wynikiem zaufania do partii komunistycznej i bezapelacyjnym dowodem powszechnego pragnienia socjalizmu. To już nie jest drętwa mowa ale niebosiężny nonsens. Bo co ten socjalizm uczynił aby usprawiedliwić jakiekolwiek inne dla siebie uczucia niż nienawiść i obrzydzenie? Uczynił jedno: starał się do siebie przekonać – przy pomocy siły. Ale siła nigdy jeszcze nikogo nie przekonała; co najwyżej zrobiła z ludzi hipokrytów. I niczym innym niż hipokrytami są ci co się deklarują jako entuzjaści tej partii; i jeszcze większymi hipokrytami są ci co głoszą jej przeszłe zasługi dla narodu.

Ale rzecz ciekawa: ci co mówią o „dorobku” i o „zdobyczach” socjalizmu, których rzekomo „lud nie pozwoli sobie odebrać”, starannie przemilczają jaki to był „dorobek” i jakie „zdobycze”. Ba, unikają nawet nazwania okresu w jakim zostały osiągnięte – socjalizmem. Ich socjalizm. to występek który wstydzi się swej nazwy. Występuje on pod różnymi pseudonimami: przeszły etap, miniony okres, okres błędów i wypaczeń, ponura noc stalinowska, czasy pogardy – wszystko aby nie powiedzieć wyraźnie: socjalizm.

Inną grupę pseudonimów służących temu samemu celowi stanowią antomanazje w rodzaju: stalinizm, beriowszczyzna, zdanowszczyzna, różańszczyzna. Roman Bratny próbował wprowadzić jeszcze jedną taką antomanazję: mijalszczyzna. Ale ta nie mogła się przyjąć bo powstałaby sprzeczność zbyt rażąca nawet dla komunistycznego ucha: to co reprezentuje w komunizmie Mijal to wcale nie jest element mijający ale ustawicznie powracający.

WYŻSZOŚĆ NAD ZACHODEM

„To że kierownictwo pozostaje niezmiennie w rękach partii, – pisał niedawno Zbigniew Florczak, – że zmiany personalne nie pociągają za sobą zmian ideowych i nie podważają klasowego sensu ustroju – to jest szczególna cecha naszych stosunków politycznych, dając nam wyższość nad Zachodem”. Trafnie zauważone, tylko dlaczego Florczak tak skromnie przemilcza jeszcze bardziej „szczególną cechę” która chyba odpowiednio zwiększa wyższość nad Zachodem? To mianowicie że w Polsce nie tylko zmiany personalne nie pociągają za sobą zmian ideowych, ale i zmiany ideowe nie pociągają za sobą zmian personalnych – co najwyżej tylko chwilowe absenteizmy. Bo już Mijal powrócił do rodzinnej sosny, a za nim krzykliwymi nadciągają pułki Kłosiewicze, Nowaki i inni byli wrogowie Gomułki. Tylko patrzeć z powrotem Minca i Radkiewicza – i tych niewielu jeszcze innych brakujących do kompletu ark przymierza między dawnymi i nowymi laty.

Bo w komunizmie przyszłość, to tylko przeszłość która wchodzi innymi drzwiami*).

Jerzy Wendel.

—–
*) W jednym z najbliższych numerów „Wiadomości” dokończenie: „Popaździernikowe perspektywy”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close