• Wiadomości
  • / 07.03.1948
  • / Londyn
  • / Rok 3, Nr 10 (101)

WACŁAW PRZEZDZIECKI

Dwie rozmowy w Moskwie

Jedziemy, zdaje się, w kierunku Moskwy. Bojcy (strzelcy N.K.W.D.), przydzieleni do nas, zachowują się dość grzecznie. Zastępca komendanta, a jednocześnie starszy politruk obozu kozielskiego, por. Starikiewicz, siedzi obok mnie i przez całą drogę milczy.

10 października 1940 o 15-ej przyjeżdżamy rzeczywiście do Moskwy. Na peronie czeka na nas podpułkownik-enkawudzista. Po wyładowaniu czekamy przeszło godzinę w poczekalni. Potem wyprowadzają nas na małe podwórko, gdzie stoi autobus więzienny. Każdy z nas zostaje ulokowany w malutkim stalowym boksie.

Autobus rusza. Po kwandransie stajemy.

Drzwiczki naszego boksu otwierają się i pada rozkaz:

– Wychadi!

Wychodzimy po jednemu na podwórze przed wielkim gmachem przy wieży typu Vauban.

Po jakimś czasie wprowadzają nas do długiej wąskiej celi.

W kwadrans potem wchodzi do celi generał ze znaczkiem N.K.W.D. na rękawie. Mały, krępy, twarz twarda, kosmyk włosów na czole à la Napoleon. Staje na środku celi, wyjmuje fajkę, nakłada tytoń i zapala. Prawdziwe teatralne wystąpienie i to w milczeniu. Po chwili pada z jego ust pytanie:

– Czy wiecie gdzie jesteście?

Milczymy. Wtedy krótko rzuca:

– W Butyrskoj tiurmie.

Podrywam się z ławy i pytam, co to znaczy, za co jesteśmy aresztowani.

– Mnie to nic nie obchodzi, moim obowiązkiem jest was pilnować i karmić, resztę powie wam sędzia śledczy – brzmi odpowiedź.

Wieczorem tego samego dnia obudzono mnie o 23.30 i kazano się ubrać. Byłem spokojny i przygotowany na wszystko. Toć przecie od lutego 1918 wisiał nade mną wyrok śmierci, wydany w Mińsku przez wojenno-rewolucyjny (bolszewicki) sąd frontu zachodniego. Nie wykonany, bo udało mi się szczęśliwie uciec na kilkanaście godzin przed wywiezieniem do Mohilowa na stracenie. Dziś mogą to sobie przypomnieć i wykonać co orzekli wtedy. Podpułkownik N.K.W.D, który po mnie przyszedł, każe mi iść za sobą. Idziemy, prawie biegniemy różnymi korytarzami, przechodzimy przez jakieś cele-klatki, do których wchodzi się jednymi drzwiami, a po ich zamknięciu i daniu sygnału stukaniem klucza, otwierają się w innej ścianie drzwi i znów korytarz, nie wiem – ten sam czy nowy. Schodziliśmy po schodach dwa piętra, by potem znów wznosić się to jedno, to dwa wyżej. Labirynt lub umyślne prowadzenie, by delikwent nie mógł zapamiętać korytarza.

Po 10-15 minutach „spaceru” wychodzimy na szeroki korytarz, wysłany czerwonym chodnikiem. W korytarzu dużo drzwi, podchodzimy do nr. 17. Mój przewodnik stuka, głos z wewnątrz: otwiera drzwi i wpuszcza mnie do pokoju, sam zostaje w korytarzu i zamyka drzwi.

Jestem w gabinecie jakiegoś dygnitarza.

Duży, po europejsku urządzony pokój. Przy biurku pan w ubraniu cywilnym. Mężczyzna przystojny, twarz miła, typ słowiański, ubrany elegancko.

Wskazuje fotel i mówi:

– Sadities.

Siadam.

Pyta o nazwisko. Odpowiadam, że musi je chyba znać, bo sam zapewne kazał mnie wezwać, natomiast ja nie wiem, „z kim mam przyjemność”.

Uśmiechnął się i mówi:

– Ja rabotnik N.K.W.D.

W odpowiedzi podaję swoją rangę, podreślając „armii polskiej”, i nazwisko.

Po chwili pada pytanie, czy znam obecną sytuację międzynarodową. Na odpowiedź przeczącą zaczyna szeroko opowiadać. Krytykuje przede wszystkim niewyraźną i wrogą Sowietom przedwojenną politykę polską. Wkroczenie do Polski usprawiedliwia żądaniami ludności naszych kresów, skierowanymi do Moskwy o ratowanie ich spod jarzma „polskich panów”. Potem omawia konieczność sojuszu z Niemcami, by burżuazyjna Europa nie napadła na Sowiety. A w końcu sprawę upadku Francji i obecne wykańczanie najgorszego ciemiężyciela świata – Anglii.

Wywód krótki – niech państwa kapitalistyczno-burżuazyjne pożrą się, a wtedy dojdzie do głosu Związek Sowiecki.

Słucham tego wykładu nie przerywając, lecz gdy mój rozmówca skończył, pytam, co ma znaczyć ta przemowa do mie – do więźnia.

Rzucam ostre pytanie: za co nas aresztowano, dlaczego jesteśmy uwięzieni jako (przestępcy) na Butyrkach?

Przerywa mi i tłumaczy, że wcale nie jesteśmy aresztowani, lecz że nie było innego wyjścia, niż umieścić nas w więzieniu, wreszcie dodaje, że wkrótce to zrozumiem. A więc zagadka! Będzie jeszcze coś innego.

Zaczynają się pytania – o mojej służbie w armii rosyjskiej, o działaniach w organizacji Związku Wojskowych Polaków, o udziale w wojnie polsko-bolszewickiej, i wreszcie pytanie:

– A gdzie wasza rodzina?

Tu nie wytrzymałem i odpowiadam:

– Sława Bogu, nie u was, nie na okupirowannoj wami tieritorji (Dzięki Bogu nie u was, nie na terytorium okupowanym przez was).

Złe spojrzenie i pytanie, co chciałem przez to powiedzieć.

Odpowiadam, że będąc spokojny o rodzinę, nie mogę być niczym szantażowany.

– Niet, my etowo diełat nie budiem (nie, my tego robić nie będziemy) – odpowiada, lecz wznawia pytanie, gdzie moja rodzina.

Odpowiadam, że w Warszawie.

Zapytuje mnie, co sądzę o położeniu wojennym. Odpowiadam, że nie wierzę w pokonanie Anglii. Niemcy na wyspie nie wylądują.

Uśmiecha się.

Dalej twierdzę, że wkrótce Niemcy napadną na Sowiety, gdyż zmusi ich do tego brak żywności i surowców.

Przerywa mi i mówi, że Sowiety dokładnie dotrzymują zobowiązań i że miliony ton ropy, zboża i innych surowców wysyła się do Niemiec.

Ja twierdzę znowu, że do końca wojny jeszcze daleko i choć on w przemowie swej twierdził, że Polski nie ma i nie będzie, chcę mu przypomnieć: po pierwsze, że w poprzedniej wojnie Serbii i Belgii także nie było, a po wojnie powstały większe, po drugie, że Niemcy w r. 1918 zajęły Ukrainę i znalazły tam wielkie bogactwa, dlatego obecnie także pójdą znaną i utartą drogą, znów na Ukrainę po zboże. I to będzie początek wojny z Sowietami.

Nic na to nie odrzekł, lecz zapowiedział:

– My jeszcze pomówimy.

Zadzwonił. Odprowadzono mnie do celi.

12 października przewieziono nas na Łubiankę.

Położyłem się wcześnie spać, gdyż z braku powietrza rozbolała mnie głowa, ale ledwie zasnąłem usłyszałem wymówione swoje nazwisko. Budzę się, podnoszę głowę i widzę oficera N.K.W.D. stojącego obok mego łóżka. Polecił mi wstać i ubrać się.

I znów, jak w nocy 10-go, chodzimy jak po labiryncie aż wreszcie znalazłem się w dużej sali. Na ścianach portrety Lenina, Stalina, Worosziłowa i innych. W sali na fotelach siedzi czterech drabów w cywilnych ubraniach. Twarze tak „miłe”, że nie chciałbym się z nimi spotkać w odległej od śródmieścia ulicy. Nic nie mówią, nawet okiem żaden nie mrugnął, lecz wszystkie cztery pary oczu utkwione w mojej twarzy.

Przewodnik odchodzi.

W ciszy słyszę jakiś głos, jakby dochodzący przez drzwi w głębi z lewej strony sali. Dziwne drzwi, widocznie podwójne, bo na salę wychodzi wykusz ramowy, drewniany i w nim drzwi oszklone, dalej ciemno. Ściana na lewo też mnie zainteresowała, bo niedaleko opisanych poprzednio drzwi widzę w ścianie niewielką płytę stalową czy żelazną. Jest zupełnie gładka, wielkości 2 na 1,5m, z boku wystaje koło z rączką, jakby było od hamulca wagonu towarowego.

Siedzę już 20 minut, tak mówi zegar wiszący, który mam na przeciwnej sobie ścianie.

Zza drzwi rozlega się wesoły, rubaszny śmiech, a w ślad potem nieco uniesiony głos, słyszę otwieranie jakichś drzwi, po chwili wchodzi mój przewodnik, otwiera drzwi zaopatrzone w stalową płytę i przepuszcza mnie.

Stoję za progiem wielkiego gabinetu, olbrzymie biurko, dywany i garnitur głębokich foteli klubowych.

Niedaleko drzwi, przez które wszedłem, stoi ów cywilny dygnitarz, który rozmawiał ze mną w Butyrkach przedwczoraj w nocy. Z głębi gabinetu idzie do mnie tęgi i gruby cywil, typ semicki, też elegancko ubrany; typowy „bankier” – pomyślałem. Zbliżając się, wyciąga rękę i mówi:

– Zdrawstwujtie, gienierał.

Stoję na miejscu milcząc, bierze mnie za prawą dłoń, potrząsa ręką i mówi jeszcze raz:

– Zdrawstwujtie.

Potem, wskazując jeden z foteli:

– Sadities.

Jestem nieco podekscytowany, chcąc dodać sobie animuszu i okazać pewność siebie, odpowiadam, że uprzykrzyło mi się siedzieć, choć to trwa już długie miesiące. Mój rozmówca śmieje się i jeszcze raz wskazuje fotel. Siadam.

Pyta, czy myślałem nad tym co towarzysz Mierkułow „mówił mi uprzedniej nocy. (A więc ów przystojny dygnitarz, to zastępca szefa N.K.W.D. Mierkułow? Ale kim jest „bankier”? Na pewno mi się nie przedstawi). Odpowiadam, że myślałem, lecz że ciągle nie mogę zrozumieć przyczyny uwięzienia mnie i kolegów. „Bankier” twierdzi, że nie jesteśmy uwięzieni. Przypominam, że wszystkie państwa cywilizowane, po podpisaniu konwencji genewskiej, dokładnie stosują jej przepisy do jeńców i internowanych. Na ten temat wywiązuje się dłuższa rozmowa, ale „bankier” przechodzi wkrótce do wojny, do zagadnień angielskich, do zjadania się państw kapitalistycznych i t. p.

Milcząc słucham.

Wreszcie zadaje mi pytanie:

– Jaki jest wasz stosunek do Niemiec?

Odpowiadam dość obszernie. Naświetlam historyczne wojny obronne Polski z Niemcami. Zaciekłość Niemców i ich dążenia do wyniszczenia Polaków, tak jak ongi wyniszczyli Słowian nadbałtyckich, nadłabskich i nadolziańskich. Kończę stwierdzeniem, że albo Niemcy przegrają tę wojnę, w co wierzę głęboko, albo zniszczą naród polski. Osobiście, mówię, nienawidzę Niemców, i jedynym pragnieniem moim jest, aby mieć możność jeszcze raz walczyć z nimi i zwyciężyć lub zginąć na polu walki.

Słucha mnie uważnie i nie przerywa pytaniami. Potem pada pytanie:

– A wasz stosunek do Związku Sowieckiego?

Pytanie to zaskoczyło mnie, wiedziałem, że muszę odpowiedzieć stanowczo, lecz nie rozdrażniająco. To też mówię, że przedwojenną, t.j. carską, Rosję znałem dobrze, natomiast Sowietów nie znam, a z tego co widzę nic pojąć nie mogę, są dla mnie „sfinksem”.

Pyta mnie, co znaczy to określenie.

Odpowiadam, że toć przecie Rosjanie głoszą, że są narodem słowiańskim i że Polacy są też narodem słowiańskim, a jednak w r. 1939 Sowiety napadły na Polskę, pomagając tym samym Niemcom – zajadłym wrogom Słowiańszczyzny. Że wreszcie, będąc na Litwie, czytałem o wywożeniu setek tysięcy Polaków spod okupacji sowieckiej w głąb Azji. Jeśli polityka zgnębienia zmierza do zniszczenia naszego narodu, mój stosunek do Sowietów nie może być inny niż do Niemiec.

Gdy skończyłem, gorąco zaprotestował przeciw moim wywodom. Twierdził, że Sowiety przekroczyły granicę Polski dopiero wtedy gdy Prezydent i rząd nasz opuścili terytorium państwa, gdy tym samym Polska przestała istnieć. Wkroczenie wojsk sowieckich tłumaczył koniecznością obrony bratnich Białorusinów i Ukraińców przed „polskimi panami” i niemieckimi wojskami. Wreszcie zaprzeczył twierdzeniu o masowym wywożeniu ludności. Tu mu się wyrwało charakterystyczne powiedzenie:

– Wiedzcie o tym, że na terenie, zajętym przez Związek Sowiecki, zastaliśmy 12 milionów ludzi. Gdy przystąpiliśmy do udzielania obywatelstwa sowieckiego, ponad 4 miliony odmówiło przyjęcia.

Przerwałem mu, zaznaczając, że na chwilowo zajętym terytorium w czasie wojny nikt nie ma prawa zmieniać swego obywatelstwa. Powtórzyłem to co powiedziałam już Mierkułowowi: że za czasu poprzedniej wojny cala Belgia i Serbia były okupowane, lecz mimo to powstały po wojnie większe i potężniejsze.

Odrzekł, że z Polską jest inaczej, że Polski nie ma i nie będzie. A sprawa ludności na terenie Polski sowieckiej jest zagadnieniem państwowym Sowietów. To też ci, co nie chcieli dobrowolnie przyjąć obywatelstwa, są go obecnie pozbawieni, ale jednocześnie są pozbawieni i praw obywatelskich, jak prawa wyborczego, prawa do pracy i t. d. Lecz na tym koniec. Jeżeli chodzi o wywożenie ludności, wypadki zmuszają do tego; tak np. wiele rodzin wojskowych i urzędniczych prowadzi prace konspiracyjne. Wskazałem, że wywożą starców i dzieci, ze mną siedzi rotmistrz, którego rodziców wywieźli, ojciec – 78 lat, matka – 72 lata, czy rzeczywiście tacy staruszkowie mogli spiskować? Nie odpowiedział, lecz nazwisko rotmistrza zapisał.

Potem zadał pytanie:

– Czy chcecie jeszcze walczyć z Niemcami, jak mówicie?

Odpowiedziałem, że tak!

I znowu pytanie:

– A z kim byście poszli przeciw Niemcom?

Odpowiedziałem, że nawet z diabłem bym się sprzymierzył, byle bić jeszcze Niemców.

Zresztą będę się łączył z tym sprzymierzeńcem, którego nam wskaże nasz rząd.

Tu „bankier” zaczął wykpiwać nasz rząd:

– Wasz rząd! A gdzie on jest? Może myślicie, że wasz Sikorski jest w Anglii?

O nie! Anglia jest już na wykończeniu! Wasz Sikorski pewnie z Jerzym angielskim płynie teraz do Kanady! Lecz czy dopłyną, nie wiadomo, a zresztą to im i tak już nie pomoże. Wasz rząd! Wasza Polska! – i zaczął się rubasznie śmiać.

Poderwałem się z fotela i zawołałem:

– Więcej na pytania nie odpowiadam, nie pozwolę w mojej obecności obrażać naszego rządu.

Przestał się śmiać. Przez pewien czas patrzył na mnie, potem wskazując fotel, powiedział:

– Sadities.

Usiadłem i milczałem. Z pięć minut nie wymieniliśmy ani słowa. To długie milczenie przerwał pytaniem, czy to ja służyłem w wojsku rosyjskim na Kaukazie. Gdy potwierdziłem, zaczął rozmowę o Gruzji. Wypytywał o moje wyprawy, o polowania, mówiliśmy o Tyflisie, o Kutaisie, o Gori i t.p. Wreszcie dodał, że tak dobrze mówię po rosyjsku, iż sądzić trzeba, że jestem „russkim”, i zwracając się do milcząco siedzącego Mierkułowa rzuca:

– Prawda, towariszcz?

Mierkułow odpowiada, że owszem, mówię dobrze, lecz że poznać „inostranca”. A ja, zwracając się do „bankiera”:

– Wam się zdaje, że ja tak doskonale mówię po rosyjsku dlatego że wy mówicie gorzej ode mnie.

Roześmiał się na to i dodał, że trzeba zakończyć rozmowę.

– Twierdzicie tedy, że Niemcy będą wojowały z nami?

Odpowiadam, że tak, że Sowiety nie unikną wojny z Niemcami.

– A więc – mówi – trzeba się zbroić. Trzeba byście i wy wzięli udział w tej wojnie. Proponuję wam abyście rozpoczęli organizację polskiej dywizji.

Zaskoczony propozycją, pytam, jak to mam rozumieć – dywizję polską! Odpowiada, że dobrze by było stworzyć wojsko polskie pod sowieckim sztandarem i że powinienem zacząć organizować pierwszą dywizję, a gdy będzie gotowa, to drugą, trzecią i wiele starczy ludzi, a w miarę tego będę coraz starszym dowódcą nad całością.

Tak byłem tym zaskoczony, że na chwilę zamilkłem. Wreszcie odpowiadam pytaniem: po co Sowietom Polska jedna, choćby pięć dywizji – Sowietom, które posiadają tak olbrzymi rezerwuar ludzi? Sowiety powinny dążyć, by cały naród polski podjął walkę. Ale naród nasz stanie do walki jedynie na rozkaz polskiego premiera, na rozkaz naszego rządu. I wtedy tyły walczących wojsk niemieckich zagrożone będą partyzantką polską. Niszczenie linii kolejowych, mostów, szos, napadanie na transporty i w ogóle wroga postawa 35 milionów Polaków – to byłaby rzeczywista pomoc w wojnie Sowietów przeciw Niemcom.

Na to znów próba niepochlebnej i lekceważącej opinii o naszym rządzie. Gdy zaprotestowałem, pada pytanie:

– A co zrobicie gdy Sikorski każe wam połączyć się z Niemcami, by bić Związek Sowiecki?

Odpowiedziałem, że to niemożliwe, że takie przepuszczenie może rzucić jedynie człowiek nie znający Polaków, że Polska nigdy nie zdradziła sojusznika.

Tu długa rozmowa w tej sprawie. Wreszcie pytanie o tym, czy wiem, kto jest w niewoli sowieckiej z generałów polskich i kto by się nadawał na dowódców dywizji. Odpowiadam, że nie wiem, kogo u siebie mają.

Na zakończenie „bankier” zaznacza, że on zrozumiał z całej rozmowy, iż jednak ja bardzo chcę się bić z Niemcami, a z polskich i poprzednich rosyjskich odznaczeń bojowych widzi, że jestem „bojowym” generałem, a zatem jeszcze raz wznawia propozycję, bym zaczął formować pierwszą dywizję a potem dalej szedł w hierarchii dowodzenia. Żąda kategorycznej odpowiedzi: tak czy nie?

Odpowiadam: tak, dobrze, zgadzam się na formowanie wojska polskiego w Sowietach, lecz pod bezwzględnym warunkiem (bezpriekosłownym usłowjem).

Pada krótkie pytanie:

– Jaki?

– Rozkaz mego rządu (prikaz mojewo prawitielstwa).

Nastąpiło milczenie. „Bankier” odsunął się w głąb fotela i uporczywie patrząc na mnie, długo milczał. Cisza była ciężka. Wreszcie pada:

– Wy, generale już parę nocy nie śpicie, jesteście zmęczeni, idźcie spać. Ja jeszcze z wami będę rozmawiał.

Wstałem. Mierkułow odprowadził mnie do drzwi, gdzie czekał mój przewodnik. Po chwili znalazłem się w celi.

W kilka dni potem zaczęliśmy otrzymywać do celi gazety moskiewskie. W jednej z nich znalazłem fotografię „bankiera”. Okazało się, że był to „sam” towarzysz Berja, szef N.K.W. D.

* * *

Inni koledzy byli przez trzy dni wzywani na rozmowy. Pytano ich, czy pragną się bić z Niemcami, czy wstąpią do szeregów polskich formowanych w Sowietach, kogo chcą za dowódcę i czyj rozkaz wykonają. Kilku z nich wymieniło moje nazwisko. Pytano o generałów Andersa, Januszajtisa, Langera i mnie. Żaden z kolegów nie był dopuszczony do „zaszczytu” rozmowy z moim „bankierem”.

* * *

Ale i ja już nie byłem wezwany po raz drugi do „towarzysza Berji”.

Wacław Przezdziecki.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close