• Wiadomości
  • / 19.03.1950
  • / Londyn
  • / Rok 5, Nr 12 (207)

ALEKSANDER BREGMAN

Dzieje grzechu

Stany Zjednoczone miały w swej historii bardzo niewielu wybitnych sekretarzy stanu (ministrów spraw zagranicznych). Nawet jednak w tej galerii miernot Edward Stettinius jr., który sprawował funkcje sekretarza stanu przez krótki, ale jakże doniosły okres pierwszej polowy r. 1945, wyróżniał się wyjątkowym brakiem kwalifikacji. Był to nie tyle sekretarz stanu ile raczej sekretarz Roosevelta. Dlatego zresztą został mianowany: Roosevelt, przygotowując się do jałtańskiej kapitulacji, nie chciał mieć na tym stanowisku Cordell Hulla, który wprawdzie też nie był geniuszem, ale który był zbyt uczciwy i wierny zasadom aby firmować nadciągające zło; Roosevelt chciał w tym momencie sam prowadzić politykę zagraniczną i mieć pewność ze Departament Stanu nie będzie mu przeszkadzał, jak to czynił w latach 1943 i 1944. Stettinius dawał wszelkie gwarancje ślepego posłuszeństwa.

W dziedzinie spraw międzynarodowych ten skądinąd pełen wdzięku osobistego „cudowny chłopak” wielkiego amerykańskiego businessu był całkowitym ignorantem. Był typowym wytworem amerykańskiej cywilizacji materialnej. Dlatego nadawał się doskonale na szefa wojennego Lend Lease’u: chodziło o dostawy masowe, o dobrą organizację typu handlowego. Ale gdy mu kazano zająć się polityką i rozstrzygać już nie o milionach butów dla armii rosyjskiej czy puszek spamu dla Wielkiej Brytanii, musiał zawieść. Jakże charakterystyczna dla całej jego amerykańsko businessowej umysłowości jest rozmowa ze Stalinem podczas bankietu w Jałcie, na którym oblewano sojuszniczą „jednosć”. Opowiada teraz, że przekładał Stalinowi:

– Jeżeli będziemy w latach powojennych współpracowali, nie ma powodu by każdy dom w Związku Sowieckim nie miał wkrótce elektryczności i wodociągów.

W swej rozbrajającej prostocie ducha wyobrażał sobie, ze Stalin nie myśli o rewolucji światowej, o podbojach i t.d., lecz jedynie o tym, jak każdemu ze swych niewolników w łagrach zapewnić możność pociągania za sznurek w komfortowym wychodku.

Niemniej przeto książka Stettiniusa o Jałcie *) jest cennym dokumentem. Byrnes w swej książce i Hopkins w swych zapiskach rzucili trochę światła na przebieg konferencji, ale dopiero Stettinius daje szczegółowy i wyczerpujący obraz rokowań, dzień po dniu, posiedzenie po posiedzeniu, przytacza dokumenty i teksty.

PODWÓJNE ROKOWANIA

Niewątpliwie nie wszystkie tajemnice Jałty książka Stettiniusa ostatecznie wyjaśnia. W szczególności, jeżeli podaje szczegółowo przebieg rokowań oficjalnych, nic nie ma do powiedzenia na temat ważniejszych jeszcze, a ściśle tajnych równoległych rokowań w sprawie przystąpienia Rosji do wojny przeciw Japonii. Stwierdza jedynie, że wkrótce po przybyciu do Jałty Roosevelt odbył w tej sprawie konferencję ze Stalinem. Większość członków delegacji amerykańskiej w ogóle nic nie wiedziała o tych rozmowach. Sam Stettinius dowiedział się o nich dopiero w połowie konferencji, kiedy Roosevelt przez ambasadora w Moskwie, Harrimana, i Hopkinsa, uczestników rozmów, powiadomił sekretarza stanu że się odbywają. Rezultatem rokowań był protokół podpisany 11 lutego razem z resztą uchwał, ustalający warunki przystąpienia Rosji do wojny na Dalekim Wschodzie, protokół który później był przechowywany w osobistym safe’ie Roosevelta. Stanowił on zazdrośnie strzeżoną tajemnicę, i nawet Truman nic o nim nie wiedział. Churchill w rokowaniach udziału nie brał, i z tego powodu Eden namawiał go – zresztą bezskutecznie – by odmówił podpisania protokółu. Ponieważ Churchill nie był obecny, Roosevelt nie żyje, Hopkins nie zostawił niczego na ten temat w swych zapiskach – jeden Harriman mógłby ujawnić przebieg tych rokowań. Tymczasem jesteśmy zdani na domysły.

Na ogół sądzi się że rokowania zakulisowe dotyczyły jedynie spraw Dalekiego Wschodu i że protokół, zapewniający Rosji Sachalin południowy, porty Dairen i Port Artura w Mandżurii oraz współudział Sowietów w zarządzie kolei mandżurskich, stanowi całą cenę zapłaconą – z chińskiej kieszeni – za przyszły parodniowy udział w wojnie z Japonią. Ale można śmiało założyć, że w rokowaniach poruszono również inne zagadnienia; w każdym razie zaś te tajne rokowania nie mogły pozostać bez wpływu na równoległe w szerszym zakresie.

WPŁYW SZTABU

Albowiem jedno było jasne od dawna, że sztab kategorycznie domagał się od Roosevelta by w Jałcie uzyskał zapewnienie, iż Sowiety przystąpią do wojny na Dalekim Wschodzie. Sztab amerykański obawiał się długiej wojny z Japonią, jeżeli Rosja nie weźmie w niej udziału. Obliczał, że inwazja wysp japońskich może kosztować Amerykę milion ludzi w zabitych i rannych i że walki potrwają przez cały rok 1946. Uważał, że w Mandżurii Japończycy mają milion ludzi i że armia kwantuńska stanowi „śmietankę” wojska japońskiego, zdolną walczyć jeszcze długo, nawet po kapitulacji wysp. Jakoby tylko Rosjanie mogli uporać się z tą armią. Żadna cena nie była za wysoka za obietnicę pomocy sowieckiej.

Nie ulega już dziś wątpliwości że sztab amerykański kierował się całkowicie błędnymi informacjami wywiadu na temat sił japońskich i możliwości oporu japońskiego. Interesujące oświetlenie tego błędu dał admirał Zacharias. b. zastępca szefa wywiadu marynarki Stanów, w pracy „The Inside Story of Yalta”. Według niego, wywiad armii przygotował dwa memoriały na temat sił japońskich, ale z tych dwóch jeden, który był bardzo optymistyczny, z bliżej nieznanych powodów pozostał w szufladzie, a szefowie sztabu oparli się na drugim, zdecydowanie pesymistycznym, w którego świetle uzyskanie pomocy rosyjskiej było nieodzowne. Sam Zacharias również opracował memoriał, który realistycznie oceniał możliwości japońskie, ale i ten memoriał nie dotarł do szefów sztabu.

Skoro zresztą jeszcze w Poczdamie, a więc po udałym eksperymencie z bombą atomową w Los Alamos i po zakończeniu wojny z Niemcami, szefowie sztabu Stanów nalegali na wciągnięcie Rosji do wojny z Japonią, można sobie wyobrazić jak bardzo natarczywie żądali od Roosevelta w Jałcie zapłacenia każdej ceny za tę obietnicę!

PLAN Z MARRAKESZ

W świetle relacji Stettiniusa nie można jednak twierdzić że Polskę sprzedano dopiero w zakulisowych przetargach na temat udziału Rosji w wojnie z Japonią. Okazuje się że Roosevelt jechał do Jałty już z tą intencją i że na konferencji chodziło tylko o raczej drugorzędne szczegóły. Program z którym Amerykanie zasiedli do stołu obrad, był tego rodzaju że gdyby nawet Rosjanie przyjęli go w całości, niepodległość Polski byłaby wysoce problematyczna.

Pomijając nawet wszelkie względy moralności międzynarodowej i zobowiązań sojuszniczych, elementarne zasady rokowań dyplomatycznych nakazywały mocarstwom zachodnim zacząć od postulatu powrotu do Polski rządu polskiego z Londynu i objęcia przezeń władzy nad krajem do chwili gdy wybory, przeprowadzone bądź po wyjściu wojsk sowieckich bądź też w obecności, obok wojsk sowieckich, symbolicznych choćby oddziałów anglo – amerykańskich, pozwolą narodowi na wypowiedzenie swej woli. O niczym tego rodzaju nie było mowy. W drodze na Krym Stettinius i jego doradcy zatrzymali się w Marrakesz w Maroku francuskim i tam opracowali program na konferencję. Program przewidywał m.in. stworzenie rządu jedności narodowej złożonego z „reprezentatywnych członków” pięciu stronnictw politycznych – czterech londyńskich i P.P.R. Nie trudno się domyślić, że wyznaczyć ich miały nie same stronnictwa, lecz czynniki obce; aby nie było żadnej wątpliwości, plan z Marrakesz głosił: „Musimy nalegać by Mikołajczyk i inni reprezentatywni, umiarkowani Polacy z Londynu, reprezentujący różne stronnictwa, byli włączeni do rządu tymczasowego”. Czyli, że z góry zakładano, iż stronnictwa reprezentowane będą przez takich „umiarkowanych” działaczy, jak Stańczyk, Grosfeld, Seyda i t.d. Plan przewidywał włączenie do rządu również „reprezentatywnych” Polaków z rządu lubelskiego, nie kłopocząc się skąd się oni tam znajdą. W świetle planu reprezentatywnych Polaków należało szukać wszędzie z wyjątkiem… rządu polskiego w Londynie: „Zgoda na połączenie rządu polskiego w Londynie i rządu polskiego w Lublinie per se byłaby dla nas niewskazana”.

Dalej plan przewidywał wolne wybory, nie wysuwając wszakże żadnych warunków, które by wolność wyborów mogły zapewnić, i ograniczając się do wyrażenia gotowości dopomożenia w nadzorze wyborów.

W sprawie granic, narada w Marrakesz postanowiła zalecić przyjęcie linii Curzona na północy i w części środkowej, a na południu wschodnią granicę prowincji (zapewne województwa) lwowskiej, tak aby Lwów i zagłąbie naftowe pozostało przy Polsce. Wreszcie plan wypowiadał się przeciw granicy zachodniej na Odrze i za przyznaniem Polsce jedynie części Prus Wschodnich, skrawka Pomorza i Górnego Śląska.

ROLA ALGERA HISSA

Kto był autorem jałtańskiego, avant la lettre: planu z Marrakesz? Sam Stettinius, nie obeznany z zagadnieniami Europy, a zwłaszcza Europy wschodniej, na pewno najmniejszą odegrał rolę w jego przygotowaniu. Jako swych współpracowników, z którymi razem opracowywał tezy na konferencję, wymienia trzech wyższych urzędników departamentu: H. Freemana Matthews, dyrektora wydziału europejskiego. Algera Hissa, ówczesnego zastępcę wydziału „specjalnych spraw politycznych”, oraz pomocnika sekretarza stanu, Wildera Foote. Rola Foote’a wydaje się wszakże pośledniejsza; pisząc o swym rozkładzie dnia w Jałcie Stettinius stwierdza, że zaraz po wstaniu z łóżka konferował z Matthewsem, Hissem i Bohlenem, który w Marrakesz nie był obecny. Kiedy indziej zaznacza że na pełnych posiedzeniach konferencji za Rooseveltem siedzieli Hopkins, Matthews i Hiss. a tylko od czasu do czasu również Foote. Można więc zaryzykować twierdzenie, że jednym z dwóch autorów planu z Marrakesz był nie kto inny niż głośny dziś Alger Hiss.

Wyrok sądu nowojorskiego uznał, że Hiss na kilka lat przed wojną był wtyczką komunistyczną w Departamencie Stanu i że wykradał dokumenty dla płk. Bykowa z wywiadu sowieckiego. Możliwe że w pewnej chwili przestał pracować dla Sowietów, ale nie mamy żadnej pewności że tak było. Co więcej, jeżeliby nawet chciał się wycofać z tej roboty, Rosjanie mogli go szantażować. Mogli zagrozić mu że jeżeli nie będzie posłusznym wykonawcą rozkazów Kremla, ujawnią jego kompromitującą przeszłość. Trudno sobie wyobrazić by takiej szansy nie wyzyskali.

I ten bohater skandalicznego procesu, wczorajszy agent wywiadu sowieckiego, przygotowywał program amerykański na konferencję, formułował zalecenia jak tworzyć „nowy rząd polski”, kogo do niego zapraszać, jakie granice Polski proponować. On siedział za Rooseveltem by go w czasie obrad informować. Gdy Hopkins zwrócił uwagę Roosevelta że konstytucja nie uprawnia go do zobowiązań w sprawie granic, a mianowicie w sprawie linii Curzona, i gdy Roosevelt kazał wezwać prawnika, Stettinius właśnie jemu, Hissowi, polecił opracować formułkę, która by Roosevelta wybawiła z kłopotu.

…I STANISŁAWA MIKOŁAJCZYKA

Jednakże pomysł „nowego rządu polskiego”, zakładający przejście do porządku nad legalnym rządem Rzeczypospolitej, nie pochodził od Hissa. Hiss, wraz ze swymi kolegami, skwapliwie podchwycił pomysł podsuwany przez kogoś innego, a mianowicie przez Stanisława Mikołajczyka.

Pan Mikołajczyk wypierał się do tej pory systematycznie ojcostwa formułki jałtańskiej. Gdy w trzy dni po Jałcie, 14 lutego, referent dyplomatyczny „Daily Herald” stwierdził że plan jałtański oparty był na sugestiach p. Mikołajczyka, p. Mikołajczyk temu zaprzeczył. W swoich pamiętnikach zachowuje całkowite milczenie na temat roli, jaką odegrał w przygotowaniach do Jałty.

Ale teraz Stettinius ostatecznie ujawnił całą prawdę. Opisuje on naradę u Roosevelta przed rozpoczęciem obrad w Jałcie z udziałem dyplomatycznych doradców, w tej liczbie oczywiście Hissa. Sekretarz stanu przedstawił Prezydentowi memorandum, zawierające główne tezy z Marrakesz. Prezydent odniósł się do nich przychylnie.

„Na temat składu rządu polskiego Prezydent zgodził się z nami, że nie należy uznać rządu lubelskiego. Znana mu była całkiem dobrze (he was quite familiar with) propozycja Mikołajczyka by stworzyć radę prezydencką, złożoną z przedstawicieli poszczególnych grup polskich, która by działała jako tymczasowy rząd do chwili wyborów. „Nie będą mieli króla, – zauważył Prezydent, – więc potrzebują rady regencyjnej”. Polecił nam przygotować krótki dokument, wyrażający nasze poglądy na sprawę polską, w celu doręczenia Stalinowi i Churchillowi”.

Tak więc mamy czarne na białym stwierdzenie że projekt amerykański, równoznaczny ze zdradą sojuszniczego rządu polskiego podsunięty był przez b. premiera tego rządu, nie mogącego przeboleć że go z tego stanowiska przepędzono.

CYNIZM ROOSEVELTA

Roosevelt nie miał zresztą zamiaru upierać się nawet przy tym projekcie. Przedstawił go konferencji, ale wobec oporu Stalina szybko zaczął ustępować.

Sprawa polska weszła pod obrady w trzecim dniu konferencji, 6 lutego. Roosevelt zaczął od sprawy granic, stwierdzając że już w Teheranie oświadczył, iż naród amerykański gotów jest przyjąć linię Curzona. W rzeczywistości w chwili Teheranu naród amerykański nie miał jeszcze w ogóle sposobności wypowiedzenia się na ten temat, a sam Roosevelt, ze względu na liczenie się z głosami polonii, przez cały rok po Teheranie ukrywał swe ustępstwa. Relacja Stettiniusa ukazuje kłamstwa roku wyborczego 1944.

Roosevelt dodał że „jeżeliby Związek Sowiecki rozważył pozostawienie Lwowa i zagłębia naftowego Polsce, miałoby to zbawienny wpływ na amerykańską opinię publiczną”. Pośpieszył jednak zaraz dodać, że raczej poddaje to pod rozwagę, niż nalega. Nic dziwnego, że Stalin nie widział najmniejszej potrzeby iść na jakiekolwiek ustępstwa od swego maksymalnego programu. Tegoż wieczora w piśmie na temat Polski Roosevelt nie wspominał już o Lwowie, a w dwa dni później wyraża bez zastrzeżeń zgodę na sowiecki projekt granicy.

Odrobinę bardziej energicznie zabiegał Roosevelt o Mikołajczykowy projekt rady prezydenckiej i w ogóle o wprowadzenie do rządu Mikołajczyka oraz osób przez niego wskazanych. Miał w pogotowiu całą listę, obejmującą nazwiska ludzi, którzy z pewnością nie upoważnili ani jego, ani Mikołajczyka do wysuwania ich kandydatur do rządu mianowanego przez obce mocarstwa. Czasem nie wie nawet dobrze, jak pisać ich nazwiska. Gdy w liście z 6 lutego domaga się wprowadzenia do rządu „dwu czy trzech” z listy „reprezentatywnych” Polaków, wymienia obok arcybiskupa Sapiehy i Witosa „p. Zurlowskiego”, mając zapewne na myśli Żuławskiego, jak również profesorów Bujaka i Kutrzebę. Ponadto oczywiście Mikołajczyka, Stanisława Grabskiego oraz Tadeusza Romera. Ponieważ jednak zaraz dodaje że „Stany Zjednoczone nigdy, nie udzielą jakiegokolwiek poparcia żadnemu rządowi tymczasowemu w Polsce, który byłby nieprzyjazny dla waszych interesów”, Stalin znowu ma zapewnienie, że Prezydent nie będzie się przy żadnej kandydaturze upierał.

8 lutego Roosevelt jeszcze – po raz ostatni – mówił o radzie prezydenckiej, która by miała się składać z… Bieruta, Grabskiego i arcybiskupa Sapiehy, wyobrażając sobie najwidoczniej że arcybiskup zgodziłby się na udział w takim tworze. Później już o tej radzie nie ma mowy; zwycięża niemal w całości formułka Mołotowa o „rozszerzeniu” rządu lubelskiego.

W toku dyskusji Roosevelt wygłaszał opinie przesiąknięte nieukrywanym cynizmem. W żadnej z jego wypowiedzi nie ma słówka w obronie legalnego rządu polskiego. Przeciwnie. 7 lutego, Roosevelt wręcz oświadcza że „nie przywiązuje znaczenia do ciągłości czy legalizmu jakiegokolwiek rządu polskiego, ponieważ sądzi, że od kilku lat nie było w rzeczywistości w ogóle rządu polskiego”. Wygłaszając te słowa, nie zdaje sobie sprawy, że ośmiesza siebie i swój rząd, który z tym nieistniejącym rządem polskim zawierał umowy, zapraszał jego kolejnych szefów i t.d.

Kilkakrotnie też daje do zrozumienia że jego zainteresowania sprawą polską wiążą się ściśle z głosami polskimi w wyborach amerykańskich. Podczas jednego z bankietów oświadcza, że zagadnienie stosunków z mniejszymi państwami nie jest zbyt proste i dodaje: „Mamy na przykład w Ameryce masę Polaków, którzy są żywotnie zainteresowani w przyszłości Polski”. Innymi słowy, cała ta sprawa ma znaczenie ponieważ trzeba się liczyć z polonią. Pod koniec konferencji, gdy mowa o „wolnych wyborach”, oświadcza, że „chciałby mieć jakieś zapewnienia dla sześciu milionów Polaków w Stanach Zjednoczonych że wybory będą wolne”. Czyli znowu nie jemu na tym zależy, nie naród amerykański tego się domaga, lecz ci Polacy amerykańscy, z którymi ma tyle kłopotu.

W gruncie rzeczy Roosevelt przez cały czas dba tylko o pozory. Wszystko sprowadza się u niego do kwestii zgrabnej formułki. Gdy Hopkins zgłosił wspomniane już wątpliwości na temat prawa Roosevelta do przyjmowania zobowiązań w sprawie granic, Prezydent, jeszcze zanim Hiss wykonał swe zadanie, sam wymyślił jak wybrnąć z sytuacji. Ot, wystarczy zastąpić słowa „trzy mocarstwa” słowami „trzy głowy państwa”, oraz słowo: „uzgadniają” – słowem: „uważają”. Zamiast formalnego zobowiązania państwowego było „wyrażenie poglądów”, ale skutek praktyczny był ten sam: Stalin miał wszystko czego chciał.

ZŁUDZENIA CHURCHILLA

Przez kontrast z Rooseveltem Churchill występuje w stosunkowo korzystnym świetle. W dyskusjach na temat Polski okazał sporo odwagi, próbował coś ratować, nie bał się nazywać rzeczy po imieniu. Nie można bynajmniej wykluczyć, że rzeczywiście wyobrażał sobie przed konferencją iż za cenę zgody na linię Curzona zdoła się uratować niepodległość Polski, i o tę niepodległość usiłował walczyć. Nie okazywał tej gotowości do kapitulacji, która cechowała Roosevelta.

Ma się wrażenie, że Brytyjczycy nie przyjechali do Jałty z żadną gotową formułką. Jedyne propozycje brytyjskie, o których wspomina Stettinius, zgłoszono kiedy rokowania były już dość zaawansowane. W drodze do Jałty Stettinius spotkał się z Edenem na Malcie i przedstawił mu plan Hissa i spółki z Marrakesz – wolne wybory, rząd z Mikołajczykiem i t.d. Eden okazał sporo sceptycyzmu. Miał wątpliwości, czy Rosjanie dadzą zapewnienie że wybory będą wolne. Bezgranicznie naiwny Stettinius jeszcze w pięć lat później pisze rozbrajająco, że nie bardzo wie, co skłoniło Edena do wypowiedzenia tej uwagi! Eden nie wahał się też powiedzieć, że jeżeli Rosjanie nie przyjmą anglo-amerykańskiego punktu widzenia w sprawie Polski, trzeba będzie oznajmić światu o impasie.

W Jałcie Roosevelt unikał uzgadniania stanowiska z Churchillem. Swój pierwszy projekt przesłał Stalinowi zanim nastąpiła dyskusja na konferencji. To też Churchill nie śpieszył się z formułowaniem swego stanowiska. Dopiero trzeciego dnia dyskusji nad sprawą polską, gdy już całe zagadnienie sprowadzono do tego, czy ma być „nowy rząd” czy też rząd lubelski ma być „rozszerzony”, Churchill zgłosił własny projekt zbliżony do projektu amerykańskiego, jeżeli chodzi o formułkę dla utworzenia rządu, ale różniący się w jednym bardzo istotnym punkcie. Mianowicie, w przeciwieństwie do tekstu Roosevelta, nie było w nim mowy o uznaniu rządu tymczasowego zaraz po jego utworzeniu.

Nie było to rzeczą przypadku. W toku dyskusji Churchill wręcz oświadczył że uznanie nowego rządu nastąpiłoby dopiero po przeprowadzeniu w Polsce wolnych wyborów. Zdawał się w tym momencie odrzucać możliwość uznania rządu przed wyborami.

Tego dnia Churchill zdobył się na powiedzenie kilku słów prawdy. Przypomniał o armii polskiej, która by uważała przeniesienie poparcia na rząd lubelski za zdradę. W przeciwieństwie do Roosevelta, dla którego od lat już nie było rządu polskiego, Churchill mówił że zerwanie z „prawowitym rządem polskim, uznawanym w ciągu wszystkich lat wojny, stanowiłoby akt, który by wywołał najbardziej surową krytykę w Wielkiej Brytanii”. Formułował warunki, które muszą być spełnione, zanim rząd brytyjski mógłby się na ten krok zdecydować.

Wszystko to było bardzo dalekie od stanowiska, jakie Churchill miał obowiązek zająć na podstawie sojuszu polsko – brytyjskiego, nie mniej przeto była to przynajmniej próba zapewnienia uczciwych wyborów, zachowania w ręku jakiegoś atutu w postaci uznania odroczonego aż do chwili ich odbycia. Niestety, Churchill nie wytrwał długo na tym stanowisku; w dalszych obradach nie było już mowy o tym warunku.

Z relacji Stettiniusa wynika, że Churchill, w przeciwieństwie do Roosevelta, liczył się poważnie z opinią brytyjską i zdawał sobie sprawę z tego że w parlamencie kapitulacja w sprawie Polski będzie mocno atakowana. Wspominał o tym kilkakrotnie. Zresztą, znowu w przeciwieństwie do Roosevelta, nie miał całkiem wolnej ręki: musiał się liczyć z gabinetem. A gabinet próbował hamować. Stettinius dwukrotnie wspomina o depeszy z Londynu krytykującej ustępstwa; nie jest całkiem jasne, czy Eden informował go o dwóch różnych depeszach, czy też chodzi o jedną, otrzymaną w końcowej fazie obrad 9 lutego, w przede dniu ostatecznego porozumienia; raczej wydaje się, że depesza była jedna, ale za to mocna. Zapowiadała, że jeżeli Rosjanie nie przyjmą formuły brytyjskiej, szanse zatwierdzenia przez rząd brytyjski jakiejkolwiek propozycji w sprawie Polski będą nikłe. Ostrzegała Churchilla i Edena że „poszli za daleko”.

Jednak Churchill nie umiał się już zdobyć na powiedzenie „nie” i Stalinowi i Rooseveltowi. Na popłynięcie przeciw „wysokiej fali sojuszniczej jedności”.

IGRASZKI STALINA

Stalin nie musiał być geniuszem aby w tej sytuacji osiągnąć w praktyce wszystko co chciał. Z każdej jego wypowiedzi bije pewność siebie; wie, że może sobie pozwolić na wszystko. Najbardziej bezczelne słowa, najbardziej jaskrawe kłamstwa pozostaną przecież bez odpowiedzi; jawne kpiny z partnerów przełykane są przez nich bez grymasu.

Charakterystyczny jest epizod jeszcze sprzed konferencji, o którym wspomina Stettinius. Oto Roosevelt, przyjmując Gromykę w celu przedyskutowania sprawy O.N.Z, czyta mu depeszę od gen. Hurleya, według której Mołotow powiedział mu, że „Związek Sowiecki nie interesuje się komunistami chińskimi, że zresztą w ogóle nie są oni komunistami”. Stettinius cytuje to bez komentarza i mamy prawo wnioskować, że wszyscy – Roosevelt, Hurley, Stettinius – wzięli to za dobrą monetę.

Na konferencji, gdy Stalin dowodził że sprawa Polski, to dla Rosji sprawa honoru, ponieważ Rosja ma do Polski „wiele pretensji (grievances)”, nikt nie zapytał, jakie to krzywdy Polska Rosji wyrządziła; nikt nie zaprotestował, gdy „z naciskiem i zdecydowanym gestem ręki” Stalin wywodził, że Polska była korytarzem dla ataków na Rosję i że w ciągu ostatnich trzydziestu lat dwukrotnie Niemcy przez ten korytarz przeszli. Nikt słowa nie pisnął, gdy Stalin insynuował, że linia Curzona przebiega przez Małopolskę Wschodnią i gdy łżąc w żywe oczy twierdził, że Lenin sprzeciwiał się daniu Polsce Białostockiego lub z cynizmem wywodził, że nie może wrócić do Moskwy i spojrzeć w oczy narodowi, który powie, że „Stalin i Mołotow byli mniej zdecydowanymi obrońcami naszych interesów, niż Curzon i Clemenceau”.

Chwilami zresztą – przyznać trzeba – Stalin dawał swym partnerom zasłużoną nauczkę. Gdy Churchill proponował by trzy rządy już w Jałcie uzgodniły skład rządu polskiego, Stalin ironicznie zauważył że jest rzeczą niemożliwą tworzyć rząd polski bez udziału Polaków. Według Stettiniusa oświadczył: „Aczkolwiek nazywają go dyktatorem, a nie demokratą, ma dość uczuć demokratycznych aby odmówić tworzenia rządu polskiego bez naradzenia się z Polakami”.

W ten sposób zdrada, popełniona z góry wobec rządu prawowitego, mściła się na mocarstwach zachodnich. Stalin mógł się zawsze posługiwać argumentem, że „Polacy się nie zgadzają”. Więcej jeszcze: w pewnej chwili po prostu okazało się, że niepodobieństwem jest nawiązać telefoniczne połączenie z „premierem” Osóbką, i to wystarczyło by konferencja odłożyła obrady nad sprawą polską.

Nawet najbardziej oczywiste szyderstwa pozostawały bez odpowiedzi. Gdy Roosevelt zapytał, jak szybko mogłyby się odbyć w Polsce wybory, Stalin odrzekł, że jeżeli nie nastąpią niepowodzenia wojskowe, to w ciągu miesiąca. W ciągu miesiąca! Walki toczyły się jeszcze na ziemiach polskich, granice zachodnie były nieustalone, miliony Polaków znajdowały się w obozach w Niemczech oraz w wojsku, decyzje jałtańskie przewidywały wędrówki ludności na bezprzykładną skalę, i w tych warunkach, bez śladu jakiejś administracji, niemal na linii frontu miały się odbyć wybory! Trudno sobie wyobrazić słowa bardziej wyzywające. A jednak Roosevelt nie wyraził żadnych wątpliwości!

Stalin musiał się dobrze bawić na tej konferencji. A jeszcze lepiej, gdy przeczytał książkę Stettiniusa i dowiedział się, że według człowieka, który był – o zgrozo! – sekretarzem stanu Stanów, właśnie Stalin poczynił w Jałcie największe ustępstwa. Przecież to polityczne niewiniątko nie waha się napisać: „W opinii niektórych urzędników Departamentu Stanu, którzy towarzyszyli Rooseveltowi na konferencję, marszałek Stalin po powrocie do Moskwy miał trudności z Politbiurem za to, że był zbyt przyjazny i że poczynił zbyt wiele ustępstw dwum krajom kapitalistycznym […]. Niektórzy członkowie Politbiura mogli uznać, że Związek Sowiecki w Jałcie sprzedano”.

Stettinius święcie w to wierzy w pięć lat po Jałcie. W złotej księdzie głupstw historycznych, wypowiedzianych przez ludzi na wysokich stanowiskach, te jego końcowe uwagi zasługują na honorowe miejsce!

GRANICA ZACHODNIA

Wśród różnych rzekomych „ustępstw” Stalina, Stettinius wymienia również wycofanie żądania zachodniej granicy Polski na Nysie. „Sukces” mocarstw zachodnich rzeczywiście niebywały! Chwalenie się tym charakteryzuje dostatecznie poziom Stettiniusa.

W rzeczywistości Stalin najwyraźniej nie miał najmniejszego zamiaru kruszyć w Jałcie kopii o granicę na Odrze i Nysie. Owszem, wysuwał ten postulat, ale bez trudności od niego odstąpił. Rokowania w tej sprawie należały do najspokojniejszych w Jałcie.

Amerykanie przybyli z projektem bardzo skromnych zmian granicy zachodniej. Polska miałaby otrzymać część Prus Wschodnich, mały skrawek Pomorza i Górny Śląsk. Później Roosevelt wyraził zgodę na granicę na Odrze, utrzymując jednak sprzeciw wobec Nysy. Brytyjczycy nie przywieźli, jak się zdaje, określonego planu, ale gotowi byli od początku zgodzić się na linię Odry. Eden jeszcze na Malcie mówił że terytoria, które Polska powinna otrzymać, są zamieszkałe przez 8 milionów Niemców, i uważał że jest to maximum, jakie Polska może wchłonąć. Churchill przyznawał, że fakt strat wojennych, sięgających sześciu do siedmiu milionów, do których może jeszcze dojść dalszy milion, powinien stworzyć miejsce dla przesiedlonych w Niemczech. Warto zresztą zaznaczyć, że to Brytyjczycy a nie Rosjanie wysunęli konkretnie projekt przesiedlenia wszystkich Niemców z terenów na wschód od Odry.

Całe towarzystwo odnosiło się do tej sprawy z pewnym lekceważeniem. Podczas końcowej dyskusji Mołotow podjął jeszcze jedną próbę dodania do uzgodnionej formułki w sprawie zmian granicy północnej i zachodniej słów o „powrocie do Polski jej dawnych (ancient) granic w Prusach Wschodnich i na Odrze”. Nikt, oczywiście, nie wytknął mu w odpowiedzi, że nie można mówić o „starej granicy w Prusach Wschodnich”, mającej biec na południe od Królewca, który by przypadł Rosji, bo takiej granicy nigdy nie było. Za to Roosevelt z wyraźną ironią zapytał, jak dawno ziemie te były polskie, a Mołotow w tym samym tonie odpowiedział:

– Bardzo dawno temu.

Na to Roosevelt że takie oświadczenie mogłoby doprowadzić że Brytyjczycy zgłoszą żądanie powrotu Stanów Zjednoczonych do Wielkiej Brytanii. Stalin uspokoił go: ocean temu przeszkodzi. Churchill zakończył dyskusję, mówiąc że nie sprzeciwia się granicy Odry, ale zgadza się z Rooseveltem, iż nie należy ustalać granicy zachodniej na konferencji. Stalin nie nalegał i wycofał poprawkę Mołotowa, która zresztą też już nie wspominała o Nysie.

Stalin zapewne wolał, by sprawa pozostała niezałatwiona; pozwalało mu to przecież występować wobec Polski w roli jedynego obrońcy granicy na Odrze i Nysie.

CZY JAŁTA BYŁA NIEUNIKNIONA?

Ze wszystkich argumentów Stettiniusa w obronie Jałty jeden tylko zasługuje na poważne potraktowanie, mianowicie twierdzenie, że Roosevelt nie oddał niczego, czego był w stanie Stalinowi odmówić, i że gdyby nie było układów w Jałcie, to i tak „Rosjanie zatrzymaliby w swym posiadaniu terytoria, które Prezydent im jakoby dał”. W tej tezie jest niewątpliwie dużo prawdy. Najprawdopodobniej i bez układu Rosjanie rzeczywiście zachowaliby swe zdobycze. Czego natomiast ludzie o umysłowości Stettiniusa nie są w stanie zrozumieć, to różnicy między zwykłym, brutalnym podbojem a układem uznającym podbój. Przez niepodpisanie układu może by się praktycznie niewiele zmieniło, ale mocarstwa zachodnie nie stałyby się wspólnikami zbrodni jałtańskiej. Uratowałyby swój honor. Oczywiście nie podobna oczekiwać by ludzie w rodzaju Hissa i jego protektorów zwracali uwagę na taki drobiazg.

W tym sensie Jałta była nieunikniona. W większym jeszcze stopniu niż wynik polityki mocarstw zachodnich, stanowiła ona rezultat ich strategii, ustalonej pod wpływem Amerykanów w Teheranie. Winowajcą nr 1 Jałty nie jest Roosevelt, ani tym bardziej Churchill. Winowajcą jest gen. Marshall, i to podwójnie: raz jako ten, który zmusił do zaniechania planu inwazji Bałkanów na rzecz operacji „Overlord”, a drugi raz, gdy wraz ze swymi kolegami ze sztabu domagał się za wszelką cenę uzyskania w Jałcie udziału Sowietów w wojnie z Japonią.

Jałta była nieunikniona nie wskutek faktów, lecz wskutek ludzkiej małości. Była nieunikniona dla tych samych przyczyn, dla których nieuniknione było Monachium.

Aleksander Bregman.

——-
*) Edward R. Stettinius, jr. Roosevelt and the Russians. The Yalta Conference. Edited by Walter Johnson. Nowy Jork, Doubleday, 1949; str. XVI i 367 i 1nl. i tabl. 8.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close