Dziwy propagandy

Szatan zadaje księdzu Piotrowi pytanie: „A czy wiesz ty, co to będzie z Polską za lat dwieście?”. Czytając pewne wydawnictwa, ukazujące się w Kraju, skłonni jesteśmy skrócić ten termin i spytać, co będzie z Polską, z Polakami, za lat np. dwa. Tam wszystko, absolutnie wszystko służy propagandzie, i to w najgłupszym mongolskim stylu. Propagandzie służy nawet afisz teatralny. Można spłakać się ze śmiechu i z rozpaczy przy lekturze programu opery warszawskiej, która wystawiła niedawno „tragedię japońską” „Madama Butterfly”. Człowiek wierzyć nie chce, że w Polsce, w Warszawie, drukują tak potworne nonsensy, jak np: „Mimo że Japonia straciła dziś nasze sympatie, wzrusza nas w dalszym ciągu smutna historia japońskiego dziewczęcia”. Urokowi tej opery „mimo wszystko” nie można się oprzeć, gdyż jest ona szczególnie egzotyczna „wśród twardej europejskiej rzeczywistości”. Po tym uroczystym wstępie następuje atak na Stany Zjednoczone i na ich brak etyki: „Jest prawdą starą jak świat (Nowy), że oficerowie marynarki Stanów Zjednoczonych nie biorą na serio ślubów zawartych w różnych portach świata. Ślub taki odbywa się na marginesie moralności europejskiej”… A to łajdaki ci Amerykanie! Zawierają śluby w różnych portach na marginesie moralności europejskiej! Pinkerton, to zupełny szubrawiec, gdyż „dość skwapliwie bierze na siebie nie obowiązujące jego zdaniem zobowiązania”… Rezultat? Dziecko, „którego błękitne oczy i złote włoski bynajmniej nie odpowiadałyby japońskim rasistom”.

Zacytowane idiotyzmy stanowią jednak dopiero początek, czytamy bowiem w dalszym ciągu, że na młodą Japonkę rzuca przekleństwo jej wuj, „kapłan japoński, fanatyk w kimonie”. A w czymże, do diabła, ma chodzić ten kapłan japoński? W szlafroku albo w rubaszce? Pinkerton, to zupełne bydlę, bo „ustatkował się i ożenił w Ameryce, jak przystało na przyzwoitego oficera marynarki, nie przejmującego się ślubami, zawartymi na dalekim kontynencie”… Sukinsyn! Nie darował Japonii i zrobił z niej kontynent! A cóż na to Madama Butterfly? Jest bardzo wierną małżonką, gdyż odtrąciła zaloty księcia Yamadoti, który „ofiarowuje jej swą japońską miłość i poprawę sytuacji materialnej”… Cóż to za jakieś świństwo ta „japońska miłość”?

„Mr. Pinkerton zjawia się w towarzystwie prawowiernej małżonki po to, aby zabrać i wychować na zasadach kultury europejskiej swego jasnowłosego synka”. Zrobi z niego faszystę, jak amen w pacierzu. Biedne dziecko! Ale Madama Butterfly zachowuje się w dalszym ciągu z wielką godnością, czytamy bowiem: „… ponieważ nie jest europejką, więc nie urządzi niewiernemu kochankowi sceny”… Autor programu także, i to z całą pewnością, nie jest europejczykiem nawet przez najmniejsze „e”, gdyż informuje nas, że dla Madamy Butterfly „pozostaje inne, egzotyczne, wschodnie wyjście z sytuacji”. Dokąd? Może do łazienki? Nic podobnego; „inne, egzotyczne, wschodnie wyjście” to „nóż – święta pamiątka po przodkach”. Wydaje mi się, że jeśli idzie o autora tego programu, nóż nie jest najlepszym wyjściem. Przydałaby się na niego bomba atomowa.

Myślałem także o bombie atomowej, myślałem o tym, co będzie z Polską za dwa lata, czytając najnowszy przewodnik po Krakowie. Autorem tej kłamliwej i niechlujnej książki jest Władysław Józef Dobrowolski*). Przedmowę napisał Adam Polewka. Jako wydawca figuruje Bratnia Pomoc Studentów Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Poziom tego przewodnika, styl, błędy (nie tylko drukarskie), mnóstwo niedozwolonych chwytów i fałszów historycznych, wszystko to napełnia nas zdumieniem. Przewodnik – kłamstwo.

Literatura o Krakowie jest niezmiernie bogata. Żadne inne miasto w Polsce nie posiada tak świetnie, tak szczegółowo opracowanej historii każdego zabytku. „Roczniki Krakowskie”, a przede wszystkim wydawnictwa Tow. Miłośników Krakowa w monograficzny sposób przedstawiają dzieje każdej nie tylko ulicy ale każdej kamienicy, każdego cechu, każdego kościoła, każdego, niemal dosłownie, kawałka murów. Dzięki niebieskim książeczkom (jest ich chyba ze dwieście), wydawanym przez miłośników Krakowa, znamy np. historię szpitali krakowskich albo krakowskich łaźni, znamy stosunki handlowe Krakowa np. z Węgrami lub z Czechami, znamy zwyczaje, legendy, anegdoty, znamy całe życie miasta od czasów najdawniejszych aż do niedawnych, opracowanych w dwóch kapitalnych tomikach przez Marię Estreicherównę. Znamy nawet… strachy, duchy, ukazujące się w starych domach.

Przewodników drukowanych było sporo, z nich ostatni, Karola Estreichera, po prostu znakomity. Ostatnie słowo wiedzy o Krakowie, podane w sposób popularny a pouczający. Autor, zarówno po mieczu jak po kądzieli, jest dziedzicznie obciążony Krakowem (dziadek macierzysty – Ambroży Grabowski!), kocha Kraków i wie o nim co najmniej tyle, ile np. Franciszek Klein, p. Helena d’Abancourt, Jan Dobrzyński, nie mówiąc o pokoleniu starszym, więc o Bąkowskich lub Muczkowskich. Przewodnik Estreichera, który ukazał się na krótko przed wojną, miał dwa (może nawet i trzy?) wydania. Był najlepszy, bezkonkurencyjny.

Lecz ten przewodnik odznaczał się jedną wielką wadą: mówił o Krakowie prawdę! Dlatego trzeba było koniecznie wydać przewodnik nowy, taki który by zawierał wyłącznie propagandę, i to propagandę na poziomie programu „Madamy Butterfly”. Autor przewodnika jest zupełnym ignorantem, pisał zaś swe dzieło na kolanie i kłamał, jak mu kłamać kazano.

Styl? Pomnik Mickiewicza „zburzyli umyślnie Niemcy”. To „umyślnie” jest czymś kapitalnym. Czy można zburzyć taki pomnik nieumyślnie? Albo: Twardowski to był „popularny szlachcic”. Zdaje się, że autor przewodnika uzyskał stopień doktorski na jakichś popularnych kursach wieczorowych. Albo: kościół Dominikanów „podlegał… pożarom”. Kraków teraz podlega bolszewikom, natomiast kościół Dominikanów ulegał pożarom. Albo: przysięga Kościuszki odbyła się „w przededniu słynnego powstania”. No, owszem, było „słynne”, ale tak się nie pisze, poza tym nie zawadziłoby dodać, przeciw komu zwracało się owo powstanie. Albo: w gmachu Tow. Sztuk Pięknych „mieszczą się zmienne [!] wystawy”. Pan Dobrowolski używa konsekwentnie formy ten „architekta”, jednak w Krakowie trafił się czasem także kiepski architekt, skoro np. w Collegium Physicum bezpośrednio nad gzymsami „wypadają okna półpiętra”. Powinno się uważać, bo mogą komuś zlecieć na głowę.

Autorowi darować można pewną malowniczość pisowni, która polega na tym, że spotykamy się z „Tęczynem” i z „Tenczynem”, z „Tęczyńskim” i z „Tenczyńskim”. To głupstwo, ale skąd autor wziął termin „sala Obiedzińskich”? Żyję dosyć długo i słyszałem tylko o „sali Obiedzińskiego”, jak czytałem w Barycza historii Uniwersytetu Jagiellońskiego o pewnym Obiedzińskim, który wyprawiał przeróżne brewerie, ale na starość ustatkował się i zapisał spore fundusze dla Alma Mater.

Czytamy dalej: „W starym parku Woli Justowskiej wznosi się tu zbudowany jeszcze w XVI w. pałac renesansowy dla słynnego Berecciego lub jednego z jego trzech pomocników”. Zupełna bzdura! Willa raczej, nie pałac, została zbudowana dla Justusa Decjusza (przecież stąd nazwa „Wola Justowska”) może przez Berecciego, może przez jego współpracowników. Ignorancja autora dorównuje stylowi. Pan Dobrowolski nie umie wyjaśnić rzeczy najprostszej. Mówiąc o „Lajkoniku”, dodaje komentarz: „Zwyczaj ten, wedle legendy, pochodzi z końca XIII wieku i jest obchodzony na pamiątkę odparcia najazdu Tatarów, przez najuboższą ludność miasta”… Gdy naród do boju wystąpił z orężem, panowie cygara palili! Proletariat bił Tatarów. Ale dlaczego „Lajkonika” spotkać można w krajach, nie dotkniętych najazdem tatarskim, więc np. w Belgii? Przecież u Crommelyncka w sztuce „Rzeźbiarz masek” także występował Lajkonik.

Nie mam ochoty znęcać się dalej nad stylem, ale jeszcze jedna próbka: w kruchcie kościoła św. Katarzyny „pojawia się tu i ówdzie między liśćmi kilka ptaków i zwierzątek”. Niech cię diabli wezmą!

Arcykłamstwem jest przedmowa, która wyszła spod pióra literata minimorum gentium, Adama Polewki. Czytamy np.: „Walki konfederatów barskich o Kraków w latach 1769-1772 doprowadziły to wspaniałe niegdyś miasto do ostatecznej już ruiny”. Jak wynika z tego, konfederaci byli najeźdźcami a Rosjanie bronili swej własnej stolicy. Teraz rozumiemy, dlaczego p. Dobrowolski, mówiąc o domu Długosza, wspomina tajemniczo o „wojnach konfedarackich”, natomiast przy opisie Barbakanu nie wspomina o tablicy marmurowej ku czci Marcina Oracewicza, który celnym strzałem zabił pułkownika rosyjskiego w r. 1768. Pojmujemy, dlaczego p. Dobrowolski dyskretnie zaznacza, że arrasy zostały „rewindykowane z zagranicy”. Istotnie, pałac gatczyński jest za granicą, mianowicie w Rosji. Pojmujemy nadto, dlaczego p. Dobrowolski wyłgał się przy opisie Sowińca w następujący sposób: „Kopiec na Sowińcu jest mniej smukły niż Kopiec Kościuszki, ale za to widok z niego jest rozleglejszy. Tu miał być przeniesiony zabytkowy kościół drewniany [jaki kościół? skąd?], jako zaczątek przyszłego muzeum skanzenowskiego, które tu przed wielu laty projektował już Seweryn Udziela. Gdy patrzymy ze szczytu Sowińca ku południowo – wschodniej stronie, widzimy na skraju lasu wieżyce kościoła i klasztoru na Bielanach”. Ani słówka o Piłsudskim. Ale za to jest informacja o poczciwym dyletancie – etnografie, Udzieli…

Wszelako p. Dobrowolski jest wcieleniem prawdy, jeśli porównamy go z p. Polewką, który sprowadza do właściwych rozmiarów postać Piłsudskiego: „Tu [t. j. w Krakowie] zaczyna Piłsudski organizować „Strzelca”, tu organizuje później pierwsze kompanie legionowe. W okresie panowania sanacji będzie piłsudczyzna wyolbrzymiać te wydarzenia do rozmiarów legendy, chociaż jest faktem historycznym, że nie orężnej walce kilkunastu tysięcy legionistów, ale rozpadowi Austrii, rewolucji w Niemczech, a przede wszystkim w Rosji, zawdzięcza Polsce odzyskanie niepodległości po pierwszej wojnie światowej. To też dumny winien być Kraków z faktu, że Lenin, wódz tej rewolucji, która także i Polsce dała wolność, przebywał w Krakowie i jego okolicy (właśnie przygotowując rewolucję w Rosji) przeszło dwa lata od 1912 – 1914 r. W Krakowie od 28 lutego 1912 r. do stycznia 1913 r. odbywały się narady członków Komitetu Centralnego socjal-demokratycznej partii bolszewików z funkcjonariuszami partyjnymi, a w obradach tych brali udział Stalin, Krupska, Pietrowski i in. Przyjęto podówczas szereg uchwał o zadaniach partii, o wzmocnieniu nielegalnej pracy i o umasowieniu walki rewolucyjnej. W drugim tygodniu wojny, Lenin, którego chwilowo aresztowały władze austriackie jako Rosjanina i wypuściły z aresztu na skutek interwencji poety Jana Kasprowicza, wyjechał do Szwajcarii”. Trzy wiersze poświęcone próbie pomniejszenia Piłsudskiego, dwanaście wierszy przedstawiających Kraków niemal jako kolebkę bolszewizmu.

„W roku 1927 złożono uroczyście na Wawelu zwłoki Juliusza Słowackiego, chociaż opierała się temu kuria biskupia”… Nieprawda. Opierał się kardynał Puzyna, który umarł w r. 1911. Jego następca wcale się nie opierał, był członkiem czy może nawet prezesem komitetu pogrzebu. Szkoda, że p. Polewka nie zaznaczył, że Słowackiego wprowadził na Wawel Stalin.

„W roku 1935 przy akompaniamencie rodzinnej kłótni kleru z sanacją pochowano w osobnej krypcie wawelskiej Piłsudskiego”. Gruba nieścisłość. W pogrzebie Piłsudskiego wzięło udział duchowieństwo wszystkich wyznań a celebransem był arcybiskup Sapieha. Do sporu przyszło dopiero w związku z faktem, że arcybiskup Sapieha przyśpieszył przeniesienie trumny do krypty pod wieżą Srebrnych Dzwonów.

Za dwa najbardziej godne uwagi epizody w dziejach Krakowa uznał p. Polewka t. zw. wypadki listopadowe z r. 1923 i strajk w fabryce „Semperit” z 23 marca 1936. O hołdzie pruskim pięć wierszy, o przysiędze Kościuszki dwa wiersze, o wypadkach listopadowych i strajku w fabryce „Semperit” trzydzieści dwa wiersze. Wypadki te przedstawił p. Polewka z niezmierną swadą. Szarżowali ułani, „wśród których blisko połowę stanowili żołnierze narodowości ukraińskiej. Szarża nakazana przez dowódcę miasta, Niemca w służbie polskiej, a dowodzona przez oficerów – arystokratów, załamała się w ogniu salw robotniczych, pokrywając ul. Dunajewskiego (dziś 1 Maja) trupami koni i ludzi”. Jakże to wyglądało naprawdę? Akcja strajkowa wymknęła się z rąk przywódców socjalistycznych. Z odwachu przy ratuszu strącono sztandar państwowy, a wywieszono czerwony. Męty uliczne zapanowały nad miastem. Gdy wreszcie władza przywróciła porządek, najbardziej zadowoleni z tego byli przywódcy socjalistyczni. Komendantem miasta był exaustriacki generał Czikiel, postać w Krakowie bardzo popularna, w każdym razie bardziej popularna niż dzisiejsi oficerowie rosyjscy, przebrani w polskie mundury. „Szarża” ułanów? Konie szły najpierw bardzo powoli, jednak spłoszone strzałami tłumu, zaczęły ślizgać się na mokrym asfalcie (jezdnię polano wodą właśnie w tym celu, by uniemożliwić szarże) i poniosły ułanów. Wojsko w ogóle nie strzelało. Nazwiska ułanów można łatwo sprawdzić, gdyż figurują na pomniku, który miasto postawiło im na cmentarzu rakowickim. W pochodzie pogrzebowym szedł dosłownie cały Kraków. Czy oficerowie byli „arystokratami”? Dowódca ułanów, który poległ, nazywał się Bochenek. Nazwisko w tym samym stopniu arystokratyczne co nazwisko Polewka.

Lecz najpiękniejszym dniem Krakowa był 18 stycznia 1945: „Na plantach krakowskich obok Bramy Floriańskiej i Barbakanu, tych dwóch klejnotów zabytkowych, bieleje na tle zieleni pomnik wzniesiony na zbiorowym grobie kilkunastu radzieckich oficerów, poległych w bitwie o Kraków. Dostojne piękno starych murów Krakowa obok grobowca tych, którzy piękno tych kamiennych kart historii Narodu polskiego ocalili, płacąc własnym życiem cenę uratowania stolicy Jagiellonów od zagłady… Jeśli ludzie zapomną – kamienie mówić będą”

Ludzie nie zapomną nigdy tych kłamstw, które p. Polewka sfabrykował, a kamienie będą mówiły prawdę. Za lat dwa i za lat sto i za dwieście!…

Zygmunt Nowakowski.

——-
*) Dr. Władysław J. Dobrowolski. Poznaj Kraków i okolice. Kraków, Bratnia Pomoc Studentów Akademii Sztuk Pięknych, 1948; str XXIV i 223 i 1nl. i tabl. 8.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close