Etymologie gospodarskie: nazwy miesięcy

Większość nazw miesięcy nie kryje w sobie żadnych poważniejszych tajemnic językowych. Są jasne, przejrzyste i proste. Jednak i te, w ich gronie najprostsze, godne są uwagi.

Styczeń wywodzi się od styki-tyki. W średniowieczu związek jego z tyką był o tyle oczywistszy, że obok stycznia istniała również postać tyczeń. W miesiącu tym zima osiąga swą pełnię. O sannie lepszej marzyć nie można, więc też chłop, wolny naówczas od zajęć związanych z uprawą roli, najchętniej w styczniu (lub w lutym) wybiera się saniami do lasu, by narąbać drzewa potrzebnego mu na opał i na budulec. Wtedy tnie również i tyki, tym bardziej iż te, ścięte w zimie, są mocniejsze i sprężystsze dla szczególnych, z porą roku związanych właściwości drzewa.

Luty był niegdyś codziennym przymiotnikiem oznaczającym srogość, więc miesiąc dla srogiego zimna tak właśnie nazwano.

Marzec wiedzie się z łaciny, gdzie, jako martius, poświęcony był bogowi wojny Marsowi.

Kwiecień jest porą pojawiania się pierwszych kwiatów wiosennych.

Maj mamy z łaciny, gdzie maius był miesiącem bogini imieniem Maia, córki Fauna a matki Wulkana, później utożsamionej z boginią grecką o tym samym imieniu, matką Hermesa a córką Atlasa, podtrzymującego swymi barkami świat.

Czerwiec był niegdyś okresem zbioru poczwarek owada czerwia – czerwca, zwanego w nauce Coccus polonicus a gospodarczo ważnego, gdyż dostarczał prymitywnego czerwonego barwnika do barwienia tkanin. Stąd też, od czerwia, poprzez czasownik czerwić, wywiązało się określenie czerwiony, z kolei na czerwony odmienione, które pierwotnie znaczyło „barwnikiem czerwiowym potraktowany”. Dawne rusy (z rud-sy) i rudy na „rudości” osiadły, przez ową robaczą czerwień odsunięte. Są i dwa inne, mniej pewne, wywody nazwy czerwca od czerwia, „robaka w ogóle” (a może nawet i świętojanka-świetlika?), i od czerwienia się pszczół. Ale czerwienie się trwać ma od wczesnej wiosny i ponadto podobno nie jest czymś co by przykuwało uwagę pszczelarza. Poza tym naczelnym jego kłopotem jest w czerwcu nie czerwienie się, lecz rojenie pupilek.

Pszczelarska jest nazwa następnego miesiąca, lipca. Od lip kwitnienia, kiedy pracowita pszczoła spija z kwiatu lipowego miód.

Sierpień jest miesiącem pradawnego narzędzia żniwnego, sierpa – wówczas to pod jego zimną stal kładą się kornie dojrzałe kłosy zboża.

Wrzesień wiąże się z kwitnieniem wrzosu. Druga to pszczelarska nazwa, bo jak lipiec nie z czarnoleskich, późniejszych znacznie natchnień wziął swój początek, lecz z troski czysto gospodarskiej, tak i wrzesień nie poetyckie ma podłoże, lecz daninę, jaką z wrzosowisk zbiera pszczoła.

Dziesiąty miesiąc jest okresem międlenia lnu. Międlenie polega na oddzielaniu od pożytecznego włókna twardych jego części zewnętrznych zwanych paździerzą (paździerz) lub paździorami. Stąd październik.

W listopadzie liść opada, dawniejszy list. Zjawisko to ważne, zwiastuje bliskość nadchodzącej zimy.

Potem ziemia w grudy się ścina, utrudniając jazdę wozem, więc grudniem ostatni miesiąc nazwano.

Jak widzimy, dwie tylko mamy nazwy obce, w przeciwieństwie do większości Słowian prawosławnych, którzy, jak np. Rosjanie i Bułgarzy, w swoich językach literackich używają nazw wyłącznie łacińskich. Wzięli je z cerkwi, ta od Greków. Grecy u Rzymian się zapożyczyli.

Jeżeli kwiecień i listopad mają w sobie przebłysk poetyckiego spojrzenia na świat, a luty może być snadnie uznany za nazwę nadaną przez zmarźluchów, pozostałe siedem nazw miesięcy, to prozaiczne miana gospodarskie, zrodzone ze ściśle użytkowego stosunku do przyrody. Z owych siedmiu nazw dwie są pszczelarskie (lipiec, wrzesień), trzy wiążą się z innymi zajęciami specjalnymi (styczeń, czerwiec, październik), jedna może wynikła z troski o komunikację (grudzień) a tylko jedna odzwierciadla zajęcie, które słusznie uważane jest dzisiaj za podstawową gałąź naszej gospodarki wiejskiej, a mianowicie rolnictwo (sierpień).

Uderza brak nazwań mitologiczno-religijnych, jaskrawy w porównaniu np. z nazwami łacińskimi, gdzie cztery nazwy wiążą się z kultem bogów (ianuarius – Janusa, martius – Marsa, maius – Mai, a iunius – Junony), dwie z kultem władców, po śmierci uznanych za istoty nadziemskie, bogom zrównane (iulius od imienia Juliusza Cezara i augustus od cesarza Augusta Oktawiana) a jedna (februarius) bierze się od obrzędu oczyszczenia mającego charakter religijny. Inne, oprócz niezbyt jasnego aprilis, są odliczone: september, „miesiąc siódmy”, october, „ósmy”, november, „dziewiąty”, december, „dziesiąty” (dawny rok rzymski zaczynał się od marca).

W średniowieczu, a częściowo jeszcze w w. XVI miała Polska wiele innych nazw, dziś już zaginionych. Poza tym poszczególne nazwy – zapewne w zależności od okolicy, w której były w użyciu – oznaczać mogły rożne miesiące, zamieszanie więc było spore.

Owóż styczeń nie tylko styczniem-tyczniem był nazwany, ale i ledniem (mianownik: ledzień), od lodu, prosińcem (o pochodzeniu potem) i… lutym, co było dostatecznie uzasadnione, skoro srogie są oba pierwsze miesiące roku.

Drugi miesiąc był także… styczniem, jako równie dogodna pora cięcia tyk. Że wówczas rąbano lasy, czyli sieczono je, był luty sieczniem (mianownik: sieczeń).

Obok tych dwu nazw występowały jeszcze dwie inne: yathen (yachen?) czytamy jako jacień, a wywodzimy od – jaty, jeszcze w XVI w. oznaczającej namiot lub budę, skąd nasza zdrobniała jatka mięsna; był także strompacz czytany jako strąpacz a wywodzony od strępu-strzępizny 4), jaka na drogach, grudzie podobna, powstawała. Dla święta Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego) bywał luty również i gromnicznikiem.

Łatwiejszy był marzec, który obok przywożnego łacińskiego nazwania, miał miano polskie (czeskie?), unor, od dawnego unorzyć t.j. unurzyć wywodzone. Dla Czecha uunor jest „lutym”. Mówił Czech: «norzil se led (-laamal) a kry odchaazely, mimo że jego norziti równe jest naszemu nurzyć. Tłumaczy się to tym, że lód, pękając, zanurza się w wodę. Był trzeci miesiąc także brzezniem, z czeskiego brzezen (brzeza to brzoza).

Kwiecień nazywano również i łżykwiatem, bo jak pasibrzuch brzuch swój pasie, czwarty miesiąc, przez swe nagłe nawroty do zimna, oszukiwał bezlitośnie co ufniejsze kwiaty wiosenne. Na południu takim zwodnikiem był marzec, – wcześniej się tam kwiaty wychylały, -więc marzec właśnie nazywano w cerkiewszczyźnie mianem „kłamczucha”. Bułgarów, czy też raczej ich owce, interesowała więcej trawa niż kwiaty, a że w górach wiosna jest późniejsza, trawę zwodził u nich kwiecień: łżytrjawa. Dębień, trzecie dawne miano kwietnia, przyszło może z Czech (duben).

Maja rodzima nazwa nie zachowała się u nas żadna. Dziwne. Wszak najpiękniejszy to w Polsce miesiąc! Czerwiec był czerwcem-czerwniem, zokiem lub ugornikiem. Dziwaczny zok bierze się od pradawnego nazwania konika polnego, zachowanego w języku starocerkiewnosłowiańskim w starszej postaci izok. Ugornik wiedzie się od ugoru i ratuje nieco opinię naszą jako kraju przede wszystkim rolniczego, tylko że sam ugór, niewątpliwie z gorzeniem (gorzeć) związany, jedni wywodzą od umyślnego palenia ścierni i łodyg przed orką, dla użyźnienia odłogiem pozostawionego pola, inni zaś, co mniej pewne, myślą, iż ugór, to naga, bo nie obsiana zbożem ziemia, wystawiona na działanie gorących promieni słonecznych.

Lipiec pszczelarzom poddał się niepodzielnie i mógł być tylko lipniem.

Za to sierpień nie był monopolem rolników jedynie. Wdarli się tu czerwniem barwnikarze, bo może wtedy zabierano się na dobre do barwienia tkanin zbiorem dokonanym w szóstym miesiącu. Był też sierpień i stojączką jakąś, niesłychanie zabawną, bo przecież podobnej budowy są różne nazwania chorobowe, jak: bolączka, drżączka, gorączka, mierzączka, parzączka, śpiączka i świerzbiączka. Mówią, że to przyroda, osiągnąwszy pełnię swego rozkwitu, na chwilę jak gdyby nieruchomieje i przystaje, ale wyjaśnienie to takie wymyślne, ze trudno w nie uwierzyć.

I o wrzesień zetrzeć się musieli pszczelarze z innymi zawodami. Niektórzy już wówczas międlili len, więc dla nich dziewiąty miesiąc był październikiem. Inni, bardziej próżniaccy, gapili się w babie lato, w pajęczyny babiego lata, woleli więc pajęcznik. Jeszcze inni kibicować musieli albo przyrodzie albo pracowitym sąsiadom, skąd znalazł się stojęczeń (pisane stoiatschen), niewątpliwie spokrewniony z paralityczną stojączka. Ta stojączka była jeszcze dlatego dziwna, że rodzaj ma żeński, podczas gdy wszystkie inne nazwania, wzorem słów miesiąc i księżyc (słowo to oznaczało również miesiąc kalendarzowy, np. w XVI w.), są męskie. Im bardziej ku północy, tym wcześniej opada liść, więc dla niektórych dziesiąty miesiąc nie był, jak dziś, październikiem czy też październiem (mianownik: paździerzeń), lecz właśnie listopadem.

Im dalej na północ, tym prędzej ziemia twardniała w grudę, więc też grudniem nazywali niektórzy nasz listopad. Gdzie indziej może babie lato unosiło się jeszcze w powietrzu, pajęcznikiem zatem ochrzcili jedenasty miesiąc. A może i wrzos jeszcze kwitł, skąd zabłąkała się na nasz listopad nazwa wrzesień. Leniwsi guzdrali się nieco z międleniem lnu, używając nazwy październik.

Dwunasty miesiąc nie był tak upstrzony rozmaitością imionisk: albo grudniem go zwano albo – podobnie jak sąsiedni styczeń – prosińcem-prośniem (dla Czecha i dziś grudzień jest prosinec). Z tą nazwą są pewne kłopoty, i uczciwy etymolog święta Bożego Narodzenia, Nowego Roku i Trzech Króli powinien spędzać w przykładnym, melancholijnym smutku i chrześcijańskiej pokorze. Bo jedni wiodą nazwanie od prosa, twierdząc, że dawni Słowianie w tym czasie jakieś uczty-gody sobie wyprawowali, prosem się zajadając. Ciż sami etymologowie napomykają, że może to zresztą prosię mogli Słowianie zarzezywać na owe uczty; zapominając tylko, że gdyby o prosię szło, Chorwat nie nazywałby grudnia prosinac, lecz prasinac, bo kwicząca różowość nosi dlań z wszelką fonetyką zgodne miano prase. Podobnie Czech nie mówiłby prosinec, bo również ma prase. Nieco bardziej już nas przekona dawny, sto lat nieledwie mający, wywód od czasownika zachowanego w pradawnych testach cerkiewnych w postaci pro-sijati, prosinąti, „przebłyskiwać, przebłysnąć”, znaczeniowo motywowany zjawiskiem wydłużania się światła-dnia, jakie rozpoczyna się 21 grudnia.

Kłopotliwe było opisane tu bogactwo średniowiecznych nazwań miesięcznych, nawet mimo że tak liczne i tak różnoznaczne imioniska z pewnością układały się w dość jednolite systemy regionalne. Chyba jednak trafiali się figlarze, którzy, obiecawszy zwrot długu we wrześniu, t.j. w dziewiątym miesiącu roku, odnosili „gotowe pieniądze” dopiero w listopadzie, powołując się na to, że u nich jedenasty miesiąc piękne miano września nosi. Kto wie, może tak bawił się ze swoimi bankierami Mieszko Stary a bankierzy z Mieszkiem?

Jak było naprawdę, nikt już nie dociecze. Językoznawcy są w lepszym niż historycy położeniu. Przynajmniej mogą orzec, że „dodatkowe” nazwy średniowieczne nie wnoszą nic nowego do sformułowanych uprzednio uwag kilku ogólnych o naszych nazwaniach miesięcznych. Są utrzymane w tym samym dokładnie stylu i duchu. Nie szukać w nich mitologii, jak w łacinie, ani poezji nadmiaru. W swym zasadniczym zrębie są płodem zwykłej gospodarskiej troski.

Stanisław Westfal.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close