1984

Spojrzeli na ziemię, a oto jest niepozorna i próżna;
jeżeli na niebo, nie masz na niem światłości
(Jeremiasz, 23)

Jest rok 1984 *). Wojna atomowa, która pustoszyła świat w połowie b. w., pozostawiła go we władzy trzech totalitarnych nadpaństw: Eurazji pod rządami neobolszewików, Wschodniej Azji i Oceanii, której główny trzon stanowią obie Ameryki. Trzy te państwa prowadzą ze sobą ustawiczne wojny. Walczą one nie o istnienie, bo każde z nich jest samowystarczalne, ale częściowo o wielki afrykański zbiornik siły roboczej i surowców, częściowo zaś dlatego, ponieważ wojna, mit wroga, histeria wojenna potrzebne są w każdym z tych państw klasie rządzącej do utrzymania rządzonych w najbardziej absolutnym i bezwzględnym poddaństwie. Stan wojny stał się stanem normalnym, bez wojny państwo nie mogłoby normalnie funkcjonować. Slogan partii rządzącej Oceanii ujął ten stan rzeczy w hasło: „Wojna jest pokojem”.

Z Wielkiej Brytanii nie pozostała nawet nazwa. Anglia, to w r. 1984 – Pas Powietrzny nr 1 Oceanii. Nad sparszywiałym, wynędzniałym Londynem dominują cztery wielkie giganty, siedziby czterech ministerstw: Ministerstwa Pokoju, t. zn. wojny, Ministerstwa Miłości, t. zn. policji, z wielkimi więzieniami i izbami tortur, Ministerstwa Obfitości. t. zn. nędzy, zajmującego się rozdziałem wśród ludności skąpych racji artykułów pierwszej potrzeby, i wreszcie Ministerstwa Prawdy, t. zn. propagandy. Ogromna większość ludności, to pogardzane bydło robocze, „proles”. Państwo ogłupia ich literaturą pornograficzną, wytwarzaną masowo w Ministerstwie Prawdy.

Rządzi państwem partia. Na czele jej stoi Wielki Brat, którego wąsata twarz spogląda na londyńczyka z tysięcy plakatów, jakimi oblepiono ulice, miejsca publiczne, domy mieszkalne. Żywego Wielkiego Brata nikt jednak nigdy na własne oczy nie widział; jest on postacią na wpół mityczną. Elita rządząca, to „wewnętrzny krąg” partii. Ludzie ci zajmują eleganckie mieszkania, mają służbę, samochody, otrzymują specjalne przydziały żywności.

Istnieje wreszcie kilkumilionowa masa szeregowych członków partii, wypełniających urzędy i biura. Mieszkają oni w brudnych, odrapanych domach, żywią się byle jakim obrzydliwstwem w obskurnych, kazarnianych stołówkach, przy tym wszystkim jednak poziom ich życia jest wyższy niż pogardzanych „proles”. W zamian za to partia jest władczynią każdej minuty ich życia i żąda od nich absolutnego posłuszeństwa nie tylko w postępkach, ale także w myślach i uczuciach. W mieszkaniach ich umieszczone są specjalne aparaty, „teleekrany”, przy których pomocy Policja Myśli może w każdej chwili obserwować ich zachowanie się, gesty, mimikę. Członek partii nie ma własnego prywatnego życia. W partii istnieje Liga Antyseksualna, a miłość między dwojgiem członków partii, to przestępstwo, karane śmiercią. Nieortodoksyjny gest, nieprzepisowy wyraz twarzy wystarcza, by członek partii nagle któregoś dnia zniknął z biura. Towarzysze udają, że zniknięcia tego nie zauważają, nie rozmawiają na ten temat, ale każdy wie, iż taki członek partii został w Ministerstwie Miłości „zamieniony w gaz”.

Członków partii obowiązuje m. in. technika „podwójnego myślenia (doublethink)”. Na czym ono polega?

„Wiedzieć i nie wiedzieć; mieć świadomość zupełnej prawdziwości tego co się mówi, wtedy kiedy się opowiada starannie skonstruowane kłamstwa; przyznawać się równocześnie do dwóch opinii, które się wzajemnie wykluczają, wiedząc, że są one sprzeczne, i wierząc w obie; używać logiki przeciwko logice; odrzucać moralność, powołując się równocześnie na nią; wierzyć, że demokracja jest rzeczą niemożliwą i że partia jest gwarantką demokracji; zapomnieć o tym o czym trzeba było koniecznie zapomnieć, potem przypomnieć to sobie w potrzebnej chwili i szybko zapomnieć znowu; a przede wszystkim zastosować ten proceder wobec samego procederu. Tu tkwiła ostateczna subtelność: świadomie wprowadzić podświadomość i potem znów stać się nieświadomym aktu hipnozy, którego się dokonało”.

Tak charakteryzuje „doublethink” w swoim dzienniku prywatnym członek partii i urzędnik Ministerstwa Prawdy Winston Smith, główna postać powieści. Prowadzenie dziennika prywatnego jest, rzecz prosta, zbrodnią, surowo karaną w Ministerstwie Miłości. To też Winston Smith jest buntownikiem.

W Oceanii przeszłość poddawana jest systematycznie retuszom zgodnie z wymaganiami teraźniejszości, a wszystkie niewygodne świadectwa z dawnych lat podlegają zniszczeniu. Smith należy właśnie do zespołu, mającego za zadanie poprawianie świadectw historycznych przeszłości. Zajęcie jego polega na dostosowywaniu tekstów w starych numerach urzędówki Oceanii, „Times”a, do wymagań bieżącej polityki. Ale zakupiony u antykwariusza stary album, szklany przycisk na papiery z koralem w środku, szczątki nie tylko zapomnianej, ale i systematycznie wymazywanej z pamięci innej przeszłości, stają się tymi pierwszymi pchnięciami, które rozbudziły w Smithie wątpliwości co do wpajanej mu przez partię filozofii, kazały mu się zbuntować przeciwko dotychczasowemu życiu.

Potem Winston Smith popełnia dalszą zbrodnię: ma romans ze swą koleżanką z Ministerstwa Prawdy, Julią. Oboje czują potrzebę ujęcia swojego buntu w ramy jakiejś akcji politycznej, wejścia do jakiej nielegalnej organizacji. Propaganda partyjna pełna jest wieści o tajemnym, podziemnym Bractwie, którego zbrodniczej działalności przypisuje się wszystkie klęski i niepowodzenia. W czasie obowiązkowych Minut Nienawiści członkowie partii wpadają w atak histerii, gdy widzą na ekranie brodę i rozwianą siwą czuprynę przywódcy Bractwa, Żyda Goldsteina. Nikt nie wie, czy Goldstein żyje naprawdę czy nie, ale wiadomo, że to jest arcyłotr, odpowiedzialny za wszystkie zbrodnie, łajdactwa, okrucieństwa, jakie tylko można popełnić. Jeśli zatem istnieje jakieś zorganizowane ciało walczące z partią, to jest nim tylko Bractwo. Ale jak do niego trafić? Z pewnych poszlak Smith wnioskuje, że do Bractwa należy O’Brien, dygnitarz partyjny. Oboje z Julią postanawiają zaryzykować. Zgłaszają się do O’Briena, ofiarując mu swoje usługi. Okazuje się, że trafili dobrze. O’Brien przyjmuje oboje adeptów, a Smith otrzymuje od niego egzemplarz nielegalnej książki Goldsteina.

Dalszego ciągu łatwo się domyśleć. Bractwo jest tylko prowokacją Ministerstwa Miłości, a rzekomy buntownik, O’Brien, dygnitarzem tego Ministerstwa. Smith i Julia zostają zaaresztowani w czasie schadzki w wynajętym na pied à terre pokoiku starego antykwariusza, który również okazuje się agentem Ministerstwa Miłości. Smith dostaje się do podziemi Ministerstwa i tam poddany zostaje swoistej „reedukacji”, na którą składają się tortury i dyskusje z O’Brienem. Celem tej „reedukacji” jest nie tylko zgniecenie woli oporu buntownika, uświadomienie mu jego bezsilności i bezsensowności jego oporu. Kuracja ma być gruntowniejsza. Idzie o to, by Smith przestał grzeszyć przeciwko partii także w myślach, by nauczył się ślepo i bez sprzeciwu wierzyć we wszystko co mu rozkażą. Krótko mówiąc, Smith przechodzi intensywny kurs wdrażania w metody „doublethink”u. I ostatecznie zostaje dla partii zdobyty. Kiedy we wstrząsającej scenie O’Brien, mieszając sugestię argumentów z torturami, potrafi, pokazawszy mu cztery palce, przekonać go, że pokazał mu ich pięć, Smith jest już „pierewospitannyj”.

O’Brienowi pozostaje jeszcze do odniesienia jedno zwycięstwo. Smithowi nie wolno mieć swojego prywatnego życia. Musi wyplenić z siebie miłość do Julii. W poprzednich zeznaniach pod działaniem tortur nieraz już Julię „wsypywał”, zdradzał wspólne tajemnice. Ale tu idzie znowu o coś istotniejszego, o to mianowicie, aby i w swoich myślach się jej wyrzekł. Jeszcze jeden zabieg terapii dyskursywno – terrorystycznej O’Briena, i ten cel również jest osiągnięty. Kiedy żegnamy się z powieścią, Smith po wypuszczeniu z więzienia siedzi w kawiarni, pije cuchnący gin i przygląda się Wielkiemu Bratu z plakatu:

„Patrzał na olbrzymią twarz. Czterdzieści lat kosztowało go, zanim się nauczył, jakiego to rodzaju uśmiech krył się za tym czarnym wąsem. O okrutne, niepotrzebne nieporozumienie! O uparte, samowolne wygnanie z kochającej piersi. Dwie pachnące ginem łzy potoczyły się zwolna po obu stronach jego nosa. Ale było to w porządku, wszystko było w porządku, walka była skończona. Odniósł zwycięstwo nad sobą samym. Kochał Wielkiego Brata”.

Jak już z tego streszczenia widać, większość rysów życia Oceanii żywo przypomina Rosję sowiecką: ta sama beznadziejna szarość życia przeciętnego obywatela, ta sama wszechwładza policji, to samo wszechwścibstwo partii, te same tricki „doublethink”u. Wzmacniają wrażenie analogii pewne szczegóły, które nie są już rysami strukturalnymi i które właśnie dlatego są jeszcze wymowniejsze: Wielki Brat uśmiecha się spod czarnego wąsa; napiętnowany jako arcyłotr przez propagandę partyjną jego antagonista jest jak Trockij Żydem, ma rozwichrzoną czuprynę, brodę. Najwyraźniej Orwellowi szło o podkreślenie, że dla tego ustroju, który odmalował w powieści, najbliższe analogie znaleźć można w dzisiejszej Rosji. Ale są tu też rysy nie bolszewickie.

Książka analizuje totalizm, którego najbardziej zbliżony do doskonałości wzór znaleźć można w dzisiejszym Z.S.R.S., ale chce go analizować jako pewne zjawisko ogólne, nie zaś jako ustrój specyficznie rosyjski.

W „1984” mamy z jednej strony totalizm, doprowadzony do najostateczniejszych, najbardziej nieludzkich konsekwencji, z drugiej – człowieka, walczącego o swoje życie osobiste w imię najelementarniejszych, najprymitywniejszych instynktów: miłości do kobiety, urody życia, ucieleśnionej w bezużytecznym drobiazgu, śpiewie ptaka, strzępie zasłyszanej popularnej piosenki dziecięcej.

Analiza Orwella nie pozostawia najwątlejszego cienia nadziei: w takiej rozprawie człowiek musi przegrać. Przegrać nie tylko dlatego, że jego ciemięzca może go fizycznie zniszczyć, zabić. Klęska jest dużo bardziej istotna i bezwzględna. Jeśli bowiem ciemięzca ten potrafi drogą tortur w świadomości swej ofiary zmobilizować przeciwko jej wewnętrznej wolności instynktowne reakcje organizmu na ból, cierpienie, czy to na co reagujemy specjalną grozą i obrzydzeniem – nie ma dla nas ratunku. W takim wypadku ofiara w skurczu samoobrony gotowa jest szczerze uwierzyć, że dwa a dwa jest pięć. I gotowa jest pokochać Wielkiego Brata.

Jest to zatem podróż do kresu nocy. Klęska jest ostateczna, bezwzględna, nieodwracalna. Własna indywidualność, osobiste życie duchowe staje się w tych warunkach czymś w rodzaju zrakowaciałej tkanki. Na taką chorobę się umiera. Brutalna i bolesna operacja, przeprowadzona na czas, może chorą tkankę usunąć i pacjenta wyjątkowo ocalić. Ale żyć z tym nie można.

W jakiej mierze ta potwornie ponura książka jest artystycznie przekonywająca? Mr. Winston Smith, to – jak już banalne nazwisko sugeruje – po prostu każdy, „Everyman” tego nowoczesnego moralitetu. Jego perypetie muszą być wywołane sytuacjami na tyle elementarnymi, by każdy mógł się do nich przymierzyć, symbolika jego odczuć musi być sprowadzona do najprostszych formuł. Ale będąc typem, Mr. Smith musi być żywą istotą ludzką, bo inaczej nie potrafimy w niego uwierzyć, nie wzruszy nas swymi losami. Zadanie pisarza wymaga tu więc wielkiego taktu artystycznego.

Orwell z tego zadania wywiązał się w sposób znakomity. Tylko jeden z bohaterów powieści, dygnitarz partyjny O’Brien, ujęty został według pewnego schematu, narzuconego przez tę właśnie ideologię, z którą książka walczy. Wszystkie ustroje totalitarne starają się otoczyć swoją górę rządzącą aureolą nadludzkiej doskonałości. Bolszewicy poszli tu szczególnie daleko i w ostatnich zwłaszcza latach, zapewne w związku ze swoimi sukcesami, potrafili zasugerować to nawet niejednemu ze swoich najzawziętszych wrogów. Rzecz prosta, u wroga będzie to zawsze wielkość ze znakiem minus, ale nie o to tu idzie, tylko o skalę tej wielkości. Otóż, rzecz ciekawa, Orwell, mimo że na ogół świetnie orientuje się w mechanizmie takiej propagandowej dekoracji, sam wpadł w pułapkę. Jego O’Brien, wszechwiedzący, doskonale opanowany, nie zdradzający się ani na chwilę ze swymi odruchami, mistrz dyskusji, mający zawsze na podorędziu najwłaściwszy argument, należy do tej rasy nadludzi. Może budzić odrazę, ale musi budzić też i podziw.

Poza tym jednak, jest to książka doskonale przemyślana i świetnie napisana. Prawda, jest w niej sporo teoretyzowania, ustępów dyskursywnych. Ale – z wyjątkiem fragmentów książki Goldsteina, które trochę rozczarowują, bo są jedynie publicystycznymi uogólnieniami na temat tych elementów rzeczywistości, jakie już uprzednio opisano w książce, i niczym więcej – wszystkie one są zręcznie wtopione w akcję która jest wartka, żywa, ze zręcznie dozowanymi elementami romansu sensacyjnego. Motywy nowych, fantastycznych wynalazków, takie jak teleekran, są tu na tyle zaznaczone, byśmy mieli uczucie gniotącego koszmaru technokracji, ale ani trochę więcej (drażni tylko dziecinny aparat do zadawania tortur ze skalą, na której odczytać można stopień zadawanego bólu). Sytuacje są zawsze najpotoczniejsze i w swoim symbolicznym znaczeniu – najpowszechniejsze ale prawie zawsze ten czy inny szczegół, jakiś zapach, zarys kształtu, podchwycony gest nadają im ciepło życia i aurę rzeczywistości. Język tej książki nie jest „poetycki” w tym znaczeniu, w jakim poetycki jest np. każdy fragment prozy Conrada. Ale jest to literacko doskonała angielszczyzna, muskularna, jędrna, zwarta, tnąca sarkazmem z precyzją i z pasją.

Pasja ostatecznie decyduje o tym, że ta książka żyje. Pasji tej zawdzięcza też powieść niektóre doskonałe drugorzędne postaci satyryczne, jak np. głupiego entuzjasty partyjnego Parsonsa, który dostaje się do więzienia, zadenuncjowany przez siedmioletnią córkę za to, iż przez sen blużnił przeciwko Wielkiemu Bratu, i który nawet w więzieniu nie traci wiary w doskonałość partii i sprawiedliwość stworzonego przez nią ustroju.

Jeśli spróbować zdać sobie sprawę z tego, co jest głównym źródłem pasji Orwella, okaże się, że znajdziemy je nie tyle we wszystkich okrucieństwach i prywacjach zsowietyzowanej Oceanii, ile w „doublethink”u, w braku odwagi logicznego, konsekwentnego, uczciwego myślenia. Ten Jeremiasz grozi czytelnikom swoim wszystkimi plagami współczesnego totalizmu, jeśli nie nauczą się odważnie i uczciwie myśleć. Krew, którą książka żyje, utoczona została spod serca różnych tutejszych towarzyszy i towarzyszy podróży, ludzi „dobrze myślących”, ludzi myślących przez palce, ludzi dojutrków i ludzi strusi, ludzi jeżdżących na „kongresy pokoju”, i ludzi „obiektywnych” wobec Z.S.R.S. Bo to nie jest książka o Rosji. To książka o Smithie.

POST SCRIPTUM

W „Silva rerum” („Wiadomości”, nr 170) czytamy:

„Mimo całej artystycznej świetności koestlerowskiej „Ciemności w południe”, trudno zapomnieć, że bohater jej Rubaszow, należy do tego samego pokolenia psychicznego, co Nr 1, że tylko przypadek zrządził, iż nie Nr 1 na rozkaz Rubaszowa, ale Rubaszow na rozkaz Nr 1 ginie w lochach czrezwyczajki. U Orwella… bohater powieści, Winston Smith, buntuje się nie w imię tej czy innej koncepcji politycznej, ale w imię praw ludzkiej indywidualności”.

Zasadniczo racja. Jest jednak w tej książce pewna scena, w której różnice między Smithem a Rubaszowem niepokojąco się zacierają, mianowicie scena, kiedy Smith z Julią udają się do O’Briena i kiedy O’Brien, odgrywając rolę członka Bractwa, przyjmuje od obojga ślubowanie posłuszeństwa. Stawia im szereg pytań, takich jak „Czy jesteście gotowi oddać wasze życie?”, „Czy jesteście gotowi popełnić morderstwo?”, na które Smith i Julia odpowiadają stale twierdząco. Otóż jedno z tych pytań brzmi: „Jeśli na przykład chluśnięcie kwasem siarczanym w twarz dziecka służyłoby naszym interesom, czy jesteście gotowi to zrobić?”. Odpowiedź brzmi: „Tak”. Rzecz prosta, że w tym momencie bunt Smitha traci swoje uzasadnienie moralne i z walki o prawa człowieka przeciwko totalitarnemu molochowi przeradza się w walkę między dwoma drapieżnikami (że o bardzo nierównej proporcji sił, to moralnie sytuacji nie zmienia), w walkę o to, kto kogo ma prześladować. Można widzieć w tej scenie pierwszy tryumf O’Briena (O’Briena z Ministerstwa Miłości) nad jego ofiarą. Moralnie jest to dla Smitha scena kompromitująca.

Rzecz ciekawa, przeciwko temu katechizmowi zupełnego posłuszeństwa Bractwu buntuje się wreszcie nie Smith, ale Julia. Kiedy mianowicie O’Brien stawia z kolei pytanie: Czy jesteście gotowi rozdzielić się i nigdy już więcej nie widzieć?”, Julia „wybucha”, jak czytamy: „Nie”.

Z poprzednich rozdziałów mogliśmy się już zorientować, że bunt Julii i Smitha wynika niezupełnie z tych samych motywów. Bunt Smitha ma charakter przemyślany, bardziej zasadniczy, Julia zaś buntuje się po prostu w imię elementarnego i doskonale egoistycznego apetytu życia: żeby mieć prawo kochania, ubierania się, jedzenia dobrych rzeczy. Czy Orwell chciał poprzez tę scenę powiedzieć, że jeśli idzie o bunt jednostki przeciwko tyranii państwa, więcej budować można na prostym instynkcie, choćby i egoistycznym, niż na szlachetnej konstrukcji intelektualnej, którą łatwo uwikłać w sprzeczności i skompromitować? – Motyw ten nie ma dalszego ciągu w powieści, trzeba się więc ograniczyć tylko do postawienia w tym miejscu znaku zapytania.

Wreszcie jeszcze kilka słów w sprawie, czy to jest czy też nie jest powieść o Rosji. Wydaje mi się, że Orwell występuje tu przeciwko popularnemu stanowisku „it cannot happen here”, przeciwko patrzeniu na totalitaryzm (tu w jego bolszewickiej odmianie), jak na coś choćby dzikiego i odrażającego, ale dalekiego, obcego i tak egzotycznego jak tatuaż Papuasów czy praktyki fakirów w Indiach. Książka Orwella jest krzykiem protestu przeciwko takiej postawie. – Nieprawda, – mówi czytelnikowi, – to tylko twoje złudzenie. Spróbuj przymierzyć się do takiej rzeczywistości. Można wyobrazić sobie za 35 lat Anglię, w której panowałby tak potworny totalizm, że ludzie nawet nie pamiętaliby wtedy, jak wyglądało w niej życie w r. 1948. Przecież macie już teraz w sobie bakcyla choroby, „doublethink”. – Przytoczone w „Silva rerum” przykłady zdają się potwierdzać słuszność tej diagnozy.

Wiktor Weintraub.

——
*) Nineteen Eighty – Four. A Novel by George Orwell. Londyn, Secker & Warburg, 1949; str. 312.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close