Istota różnicy

Wojna wygrana ma właściwość zastrzyku siły. – Przed wojną rosyjsko-japońską r. 1904 Rosjanie nie chcieli wierzyć, aby Japończycy ośmielili się z nimi wojować. Na drugi dzień po zwycięstwie japońskim powstało światowe zagadnienie imperializmu japońskiego. Naród, który wojnę wygrał, nabiera siły we wszystkich dziedzinach: gospodarczej, rozmachu w budowie państwa, psychologicznej, a często nawet artystycznej. Bóstwem prawdziwej potęgi jest przepiękna Nike przynosząca zwycięstwo.

Pod pojęciem „wojny wygranej” rozumiemy jednak wojnę naprawdę wygraną samodzielnie, a nie tylko formalnie. Jeśli chodzi o wojny koalicyjne, w naszym pojęciu wygrywa je tylko ten, czyj udział przesadził o zwycięstwie, a nie wszyscy akcjonariusze wojennego przedsiębiorstwa. W pierwszej wojnie światowej najformalniejszym zwycięzcą była Francja. Jej oficer – Foch -był naczelnym wodzem wszystkich armii sprzymierzonych i on – Francuz – przyjmował Niemców proszących o zawieszenie broni, on im dyktował warunki, które wtedy – w r. 1918 – wydawały się upokarzające. A jednak była to wojna tylko formalnie wygrana przez Francję? Pomimo pięknych zwycięstw, którymi Francja ochroniła się od klęski w pierwszych latach wojny, Francja tej wojny nie wygrała, została ona z niej uratowana przez Anglię i Amerykę. Toteż ten zastrzyk siły, o którym mówię, że jest skutkiem wygranej wojny, ominął Francję. Ten zastrzyk siły nie da się zakłamać artykułami dziennikarskimi czy innym sposobem przeinaczenia prawdy. Przychodzi wtedy dopiero, gdy wojna jest naprawdę a nie tylko formalnie wygrana. Zamiast zastrzyku siły, pierwsza wojna światowa dała Francji doświadczenie, że już samodzielnie wojen toczyć nie może, że nie może być państwem suwerennym w swej polityce wojennej. I z tego przeświadczenia, jak z jadu, który człowiek wchłonie i który powoduje brzydką wysypkę na jego ciele, pojawił się we Francji po rzekomo zwycięskiej wojnie beznadziejny pacyfizm, niewiara we własne siły, tęsknota do ustrojów obcych, do komunizmu.

W drugiej wojnie światowej znów zwycięzcą formalnym była Anglia i Churchill. Ale ta wojna zdegradowała Anglię z mocarstwa pierwszej klasy do rzędu państw uzależnionych od Stanów, rozbiła jej imperium, podważyła podstawy gospodarcze, na których opierała się jej potęga, wreszcie odebrała jej panowanie nad morzami. Ktoś powie: był to naturalny proces historyczny. Tak, ale zjawisko wojny właśnie na tym polega że przyśpiesza ona procesy historyczne i nadaje im kierunek. Wojna, to mówiąc językiem automobilisty zarówno koło kierownicze jak i potężny akcelerator procesów historycznych.

Zwycięstwo jest wtedy, gdy własne siły przesądzają o uzyskaniu tego zwycięstwa. Zdarza się że koń biegnący ostatni przy starcie dochodzi pierwszy do mety i… wygrywa wyścig. Pisałem tu w Londynie, podczas wojny: my Polacy będziemy w obozie zwycięzców, ale nie my będziemy zwycięzcami. I przywoływałem zjawę Kazimierza Jagiellończyka, który Niemców zwyciężył sam, siłą własną i który zachodnią granicę Polski, granicę traktatu toruńskiego, wyrąbał sam, własną siłą. To zupełnie co innego niż otrzymać zachodnią granicę w podarunku od Stalina, bo tak się przecież naprawdę dziś ta sprawa przedstawia.

Niestety Polska, która była w XV i XVI w. wielkim mocarstwem, a w XVII jeszcze silnym mocarstwem, w XVIII w. zdegradowała się sama przez łamanie własnego mechanizmu państwowego, czego skutkiem było pasmo przegranych wojen.

Nie może ulegać żadnej dyskusji, żadnej wątpliwości, że konfederacja barska spowodowała pierwszy rozbiór Polski. Ktoś powie że anarchia w Polsce, że rządy partyjne łamiące mechanizm państwa, że brak armii, prowadził ku rozbiorom. Tak jest oczywiście, ale przyśpieszeniem tego procesu historycznego, akceleratorem wypadków była niewątpliwie ta anarchiczna wojna wszystkich ze wszystkimi, z Rosją i z własnym królem, własnym państwem, jaką była konfederacja barska.

Stanisław August był zwolennikiem daleko idących reform. Uważał że dopiero po ich uskutecznieniu, po naprawieniu mechanizmu państwa, tak aby działał, można będzie stosować metodę walki orężnej z państwami obcymi. Bez zrywania z dziedziną rozsądku i realizmu politycznego nie można mu odmówić racji. Konfederacja barska nie była wojną w oparciu na mechanizmie państwa, była spontaniczną ruchawką bez militarnego, organizacyjnego czy politycznego przygotowania. Nie tylko nie opierała się na mechanizmie własnego państwa, lecz właśnie go łamała. Stąd, pomimo przewagi liczebnej konfederatów nad siłami zbrojnymi Rosjan i Rzeczypospolitej, konfederaci musieli być pobici przez sprawne wojska rosyjskie.

Po klęsce przegranej wojny przez Polskę i jej owocu w postaci pierwszego rozbioru, można było jeszcze państwo uratować. Przyszedł istotnie zryw patriotyzmu i posunięto gwałtownie, lecz wspaniale, sprawę odbudowy państwa w okresie sejmu wielkiego. Ale nie wyrobieni politycznie posłowie sejmowi znów dali się nabrać na prowokację. Sojusz pruski był operacją bardzo podobną do „gwarancji” angielskich z r. 1939. Stanisław August słusznie przeczuwał niebezpieczeństwo. Skutkiem sojuszu z Prusami była wojna r. 1792, wojna rozpoczęta w chwili, kiedy odradzająca się polska siła zbrojna jeszcze się nie odrodziła, musiała przynieść ponowną klęskę i ponowny rozbiór Polski.

Pozostaje jednak jeszcze jakaś resztka państwowości. Tę resztkę niszczy powstanie kościuszkowski. Tragiczne są w historii Polski te wojny zaczynane bez szans na zwycięstwo. Od Stanisława Augusta do Ignacego Mościckiego stoczyliśmy samodzielnie sześć przegranych wojen, nie licząc powstania warszawskiego i pomniejszych zrywów. Z tej liczby wojen, mówiąc nawiasem, najwięcej heroizmu wykazaliśmy w walce najbardziej beznadziejnej, t.j. w powstaniu warszawskim. Otóż inne narody także przegrywały wojny, ale nigdy nie rozpoczynały ich w tak z góry najwidoczniej beznadziejnych warunkach. Franciszek Józef przegrał z Bismarckiem, Napoleon III z tymże Bismarckiem. Mikołaj II z Japończykami i Niemcami, ale gdy wojnę zaczynali, to przecież mieli jakieś szanse.

W r. 1935 Anglia nie zdecydowała się na wojnę z Włochami, których uważała za swych antagonistów na równi z Niemcami, za groźnego rywala w dziedzinie kolonizacyjnej, tylko dlatego iż uważała, że wojna taka nie jest dostatecznie przygotowana pod względem politycznym.

Natomiast wszystkie nasze wojny – klęski XVIII, XIX i XX w. – są rozpoczynane bez żadnego przygotowania politycznego.

Powstanie listopadowe wybucha w r. 1830 – czemuż przynajmniej nie kilka lat wcześniej, gdy Rosja ma chociażby wojnę z Turcją! Czas wybrany do rozprawy jest jednym z elementów przesądzających o klęsce lub zwycięstwie. Dlaczego w ciągu żadnej z wojen, które Rosja prowadzi w XIX w., Polacy nie powstają, a powstają właśnie wtedy, gdy Rosja jest spokojna, silna, gdy ma uregulowane stosunki z sąsiadami?

Powstanie listopadowe daje nam jeszcze jedną utratę odnawiającej się państwowości polskiej, przepołowienie narodowego stanu posiadania na Litwie i Rusi.

W czasie ostatnich dwustu lat polityka rosyjska często była wobec Polski ofensywna i niszcząca, ale czasami, zresztą bardzo rzadko, wykazywała chęć ustępstw i kompromisu. Nie może ulegać dyskusji, że w ciągu ostatnich lat dwustu Rosja nigdy nie była tak chętna do ustępstw na naszą korzyść jak właśnie w przededniu powstania styczniowego. Mogliśmy znów odzyskać jakąś organizację państwową. Ale my poszliśmy na wojnę, zachęceni kilkoma prowokacjami z zagranicy. Zapłaciliśmy straszliwie. Granice dawnej Rzeczypospolitej sprzed r. 1772 jeszcze były rzeczą żywą przed Langiewiczem, Mierosławskim i Trauguttem. Po nich stały się już rzeczą martwą. Poszliśmy do walki o Litwę i Ruś. Wyrządziliśmy powstaniem najwięcej krzywdy polskości właśnie na Litwie i Rusi.

Dla Anglii w jej polityce zagranicznej kwestia „honoru” może być czasami pretekstem, ale nigdy istotną przyczyną wywołania wojny. Mieliśmy tego przykład, gdy już po wojnie żółtoskórzy Chińczycy zbombardowali brytyjski statek wojenny bez większych tragedii w skutkach. Nie wzywam pod tym względem do naśladowania Anglii, ale niestety muszę zaznaczyć, że podstawą stosunków honorowych jest stan rzeczy, przy którym pojęcia honorowe są uznawane przez dane środowisko. Nie wysyła się sekundantów współwięźniom kryminalnym w obozach koncentracyjnych.

Honor! Nasuwa się tutaj konieczność definicji tego pojęcia, skoro ono tak zaważyło na historii politycznej naszego narodu. A więc honor jest związany z pojęciem wyróżnienia, odznaczenia, przywileju, i honor jest związany z niedopuszczeniem do poniżenia. Honor, cześć, „lista honorów” – wszystko to są wyróżnienia. Ujma na honorze, a więc nie na majątku, nie na możności zrobienia interesu, tylko na pewnych dobrach psychologicznych.

Wyrazem honoru, instytucją honoru jest pojedynek potępiony przez kościół i przeważnie zakazany przez prawo z jednym charakterystycznym wyjątkiem: – oto ostatni polski kodeks karny nie karał pojedynku jako takiego, lecz dopiero zabójstwo lub skaleczenie w pojedynku. Jestem jak najdalszy od łatwizny ogłaszania pojedynku za przesąd. Przeciwnie uważam, że to jest instytucja o bardzo daleko sięgającym zasięgu tworzenia pojęć moralnych.

Pojedynek jednak tym się różni od wojny że w pojedynku można ponieść militarną, że się tak wyrażę, klęskę, a jednak nie tylko nie przegrać, lecz właśnie zwyciężyć w tym, co jest istotą pojedynku, to jest w obronie swego honoru. Można być zabitym w pojedynku i zwyciężyć, bo się przez to najlepiej swój honor obroniło.

Otóż jeśli zestawimy te sześć naszych wojen z dodatkiem powstania warszawskiego, z góry beznadziejnych, z wojnami, które w XVIII, XIX i XX w. toczyła Anglia, to doprawdy uderzy nas jaskrawa prawda, że wojna dla Anglii, to obrona jej interesów gospodarczych, że Anglia wojnę zaczyna tylko wtedy, gdy jest pewna, że ją, choćby po najdłuższym czasie wygra, że wojna dla Anglii, to tylko instrument w działaniu politycznym, którym się operuje, jak każdym instrumentem, w miarę jego zdatności.

Wojna dla Polaków, to instytucja bardzo zbliżona do pojęcia pojedynku. Stąd nie ma u nas pojęcia przydatności, lub szkodliwości wojny, u nas wstydem jest bać się wojny, tak jak człowiek honoru wstydzi się bać pojedynku. U nas nie wolno się zastanawiać czy daną wojnę się wygra, czy przegra, czy będzie ona dla państwa korzyścią czy samobójstwem. U nas się powiada: są okoliczności które zmuszają nas do wojny, i na tym koniec. (Oklaski).

Tacy byliśmy i za konfederatów i za Józefa Becka.

I doprawdy teraz nie wiem, czy mam za to stanowisko, jako w praktyce prowadzące do narodowego samobójstwa, swój naród potępiać, czy też z tytułu własnego swego szlacheckiego pochodzenia i własnych pojedynków apoteozować?

Stanisław Mackiewicz.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close