Jeszcze o powstaniu warszawskim

Madryd, w czerwcu 1947.

Artykuł Józefa Mackiewicza p.t. „Powstanie warszawskie z innej strony” („Wiadomości”, nr 59) jest próbą politycznej rehabilitacji powstania, próbą o tyle niespodziewaną że wyszła spod pióra pisarza, który dokładnie zna niebezpieczeństwo rosyjskie, trafnie określając je jako znacznie groźniejsze od niemieckiego. Mackiewicz sądzi, że „najoczywistszym celem akcji było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia”. Zastanawiając się w następstwie, dlaczego ta rzecz tak „łatwa” skończyła się straszliwą katastrofą, wątpi, czy „w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym”. Mamy więc do czynienia z apologią polityczną i wojskową tak zdecydowaną, jakiej bodaj jeszcze w publicystyce polskiej nie było. Na obronę powstania da się powiedzieć bardzo wiele, gdy w grę wchodzi jego aspekt psychologiczny, który zresztą już znalazł nie byle jakiego pogromcę w Zbigniewie Florczaku („Wiadomości”, nr 43); również zrozumiała jest reakcja pisarzy na kalumniatorską ofensywę warszawskich „realistów”; ale bronić decyzji powstańczej na terenie ściśle politycznym i wojskowym?!

O wybuchu powstania dowiedziałem się w Barcelonie z prasy porannej 3 sierpnia. Wszedłem do mieszkania moich przyjaciół, rzuciłem numer „La Vanguardia” z fatalną wiadomością na stół i zawołałem: „Stało się największe nieszczęście tej wojny !” Sądziłem wówczas że powstanie nie utrzyma się dłużej niż dwa, trzy tygodnie, ale nie miałem najmniejszej wątpliwości, jak zachowają się bolszewicy, i to wystarczyło, by przewidzieć konsekwencje. Nie wątpię, że Mackiewicz świetnie orientował się w grze moskiewskiej, ale miał złudzenia co do niemieckiego rozsądku politycznego i najwidoczniej przypisywał rządowi polskiemu intencje, których ten nigdy nie miał i mieć nie mógł.

„Niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera”. To znaczy, że w interesie dogorywającej Rzeszy leżało opuszczenie Warszawy, pozostawienie broni powstańcom, a może nawet wystawienie glejtu p. Mikołajczykowi na swobodny przejazd do suwerennej stolicy. W ten sposób „powstawała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym”. Otóż liczyć na rozsądek polityczny Hitlera w tym okresie i po tylu doświadczeniach, znaczyłoby zdać egzamin na dwustuprocentowego optymistę. Śmiertelnie zraniona, miotająca się w ostatnich drgawkach bestia miałaby wykazać więcej rozumu w agonii, niż w okresie powodzenia i zwycięstw? Moltke, ostatni ambasador w Warszawie a w latach wojennych przedstawiciel Rzeszy w Hiszpanii, na krótko przed śmiercią oświadczył któremuś z madryckich dyplomatów: „Wojna idzie źle, ponieważ wszystko, co wygrywają nasi żołnierze na polu bitew, przegrywają następnie politycy”.

Mackiewicz zwraca uwagę na zmianę postępowania niemieckiego, gdy powstanie już dogorywało i resztkom żołnierzy przyznano prawa armii regularnej, a gen. Bora zapraszano na rozmowy polityczne, i chce w tym widzieć argument dla swej tezy, że zniszczenia Warszawy przez Niemców nie można było przewidzieć. Po prostu, gdy „minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której potoczyć by się winny wypadki”. Przykładów takiej szaleńczej niekonsekwencji znajdziemy w historii tej wojny więcej; wystarczy wspomnieć, że Niemcy organizowali na terenie Ziemi Czerwieńskiej dywizję SS. „Hałyczyna”, złożoną z ochotników marzących o niepodległości Ukrainy, a jednocześnie w Kijowie wystarczyło nieraz wyjść na Kreszczatik z tryzubem w klapie, aby zadyndać na stryczku. Kiepski to psycholog, który od furiata wymaga logiki w postępowaniu.

Ale idźmy dalej. Czy istotnie oszczędzenie Warszawy i postawienie wolnej stolicy oko w oko z posuwającym się ku Zachodowi stepem azjatyckim leżało w interesie niemieckim? Na to, że Anglosasi przed zakończeniem wojny wejdą w konflikt z Sowietami o Polskę, mogli liczyć chyba tylko ci sami statyści, którzy nieco później uwierzyli na „słowo” p. gen. Iwanowowi. Hitler liczył wówczas już tylko na „bronie tajemne” i chciał możliwie najdłużej utrzymać front poza terytorium Rzeszy. W tych warunkach przedwczesne oddanie Warszawy, a wraz z nią całej linii Wisły, byłoby samobójczym nonsensem. Niewątpliwie Hitler zachowywał się cały czas tej wojny jak wściekły pies, popełniał czyny niepoczytalne, mordował własnych sojuszników, potrafił zmarnować wszystkie okazje i przegrać wszystkie bitwy polityczne, jakie były do przegrania, ale tym razem wiedział dobrze co robi: konając, zniszczył stolicę wrogiego narodu, zadał straszliwy cios jego kulturze, osłabił szanse Polski w oczekującej ją walce ze wschodnim najeźdźcą. Gdy Warszawa ginęła, Hitler był już tylko żywym trupem. „Pogrobowym zwycięstwem Hitlera nad Polską” nazwał powstanie warszawskie jeden z publicystów hiszpańskich.

*

Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie zamierzam doszlusowywać do tych, którzy traktują powstanie warszawskie jako okazję do generalnej rozprawy z polskim romantyzmem. Idąc przecież konsekwentnie tą drogą, zawędrujemy nieuchronnie do Złotej Pragi, której nie polecałbym nikomu naśladować. Szeroko rozreklamowany czeski rozum polityczny może budzić zachwyty tylko w dzisiejszych nikczemnych czasach, które – zaiste – są jeszcze bardziej obrzydliwe niż tragiczne. Gdy słyszę argument, że Czesi wyszli z tej wojny z minimalnymi stratami, zawsze przychodzi mi na myśl brutalne powiedzenie rosyjskie, powstałe w związku z bitwą pod Czuszimą: „Złoto idzie na dno, g…. pływa”. Gdyby Polacy, a wraz z nimi wszystkie narody europejskie wykazały identyczny „rozum polityczny”, co nasi kuzyni znad Wełtawy, Hitler byłby dziś arbitrem świata.

Tłumaczenie narodowi polskiemu, że walka zbrojna o niepodległość jest szaleństwem, że wielkie kataklizmy dziejowe można przeczekać, chowając się pod łóżkiem, że wszystkie nasze powstania były dowodem politycznej głupoty, prowadzi do samobójstwa duchowego, do przeczenia tym wszystkim wartościom, którymi żyje i oddycha kultura polska. Dlatego też, przebiegając myślą wszystko co dotychczas napisano o powstaniu warszawskiem, jestem z Tymonem Terleckim, który widzi w nim „najwyższe wspięcie doli polskiej w tej wojnie i jej tragiczną syntezę” („Wiadomości”, nr 14/15), jestem z Aleksandrem Arkanem, twierdzącym, że „odstąpienie od legendy Polski walczącej nie oznacza dziś innego niż zaparcie się legendy wolności („Wiadomości”, nr 40).

Ale pozytywna ocena samej decyzji walki i oporu nie wyklucza krytycznej postawy wobec sposobów prowadzenia tej walki, a przed wszystkim wobec politycznego jej kierownictwa. Oceniany z tego punktu widzenia, bilans niemal wszystkich naszych walk o niepodległość, a nie tylko zbrojnego oporu wobec Niemców, ukoronowanego powstaniem warszawskim, wypaść musi fatalnie. „Nigdy krew się nie leje na próżno” – deklamują Polacy i mają w zasadzie pełną rację. Nigdzie przecież dysproporcje między przelaną krwią a osiągniętymi rezultatami nie bywają tak wielkie, jak u nas, nigdzie najwyższe poświęcenie i bohaterstwo nie idą w parze z tak daleko posuniętą głupotą polityczną. U źródeł naszych klęsk historycznych stoi niezmiennie fałszywa ocena sytuacji, złe rozeznanie przeciwnika, złudzenia co do czyjejś tam dobrej woli, liczenie na jakąś złudną pomoc. Zawsze te same niedokładne mapy, które zgubiły Kościuszkę pod Maciejowicami. Zawsze ta odsiecz mitycznego Napoleona, która nigdy nie nadejdzie. Współcześnie samoloty sojusznicze, którym Moskale nie pozwolą lądować na okupowanym przez siebie terenie, albo też obietnice uzyskane przez kukłę-Mikołajczyka u „samego” Stalina.

Po upadku Warszawy zaczęło się poszukiwanie bezpośrednich winowajców. Winien Bór-Komorowski czy nie winien? A przecież wybuch powstania warszawskiego był jedynie przypieczętowaniem błędów popełnianych od samego początku, od pierwszych chwil oporu, a znowu błędy te nie urodziły się z piątku na poniedziałek, ale były konsekwencją psychicznego rozbrojenia narodu, dokonywanego systematycznie i w ciągu całych pokoleń w stosunku do naszego wschodniego sąsiada. Powstanie wybuchło, ponieważ liczono że front pójdzie naprzód. Łudzono się co do zamiarów rosyjskich. Jakże łatwo oświadczyć, że odpowiedzialność za te złudzenia ponosi wyłącznie rząd i wojsko! Rzecz prosta, że tam, gdzie chodzi o psychozę zbiorową, odpowiedzialne jest, choć oczywiście w nierównej mierze, całe społeczeństwo, cały naród.

W drugiej połowie XIX w. nastąpiło gwałtowne kurczenie się polskiego stanu posiadania na wschodzie, a wraz z nim zaczął się szybki proces aberacji politycznej w stosunku do Rosji. Z biegiem lat niebezpieczeństwo niemieckie zaczęło zajmować w świadomości zbiorowej coraz więcej miejsca, powstawał jakiś na gigantyczną skalę zakrojony psychiczny Perejasław, gdy coraz więcej głosów, oburzonych na Wrześnię i Hakatę, wołało: „Wolim pod caria russkoho, prawosławnoho!” Zbrojny czyn Piłsudskiego zahamował nieco ten proces, ale gdyby nie rewolucja bolszewicka, która na pewien czas obrzydziła Rosję polskim łykom, psychiczna wielopolszczyzna byłaby poczyniła jeszcze większe postępy.

W przeddzień wybuchu wojny ludzie, orientujący się co do stanowiska, jakie zajmie Rosja, należeli do bardzo nielicznych wyjątków, natomiast opinia powszechna liczyła się jeśli nie z czynną pomocą, to przynajmniej z przychylną nieutralnością Sowietów. Gdy cenzura likwidowała książki i artykuły bijące na alarm od Wschodu, a ulica Daniłłowiczowska po dyskretnym telefonie z pałacu Brühla cofała pozwolenia na akademię w rocznicę wyprawy kijowskiej, towarzysz Szaronow jechał na Zamek w łopocie ułańskich chorągiewek, a Rada Stronnictwa Narodowego wnosiła o „zacieśnienie stosunków sąsiedzkich ze Związkiem Sowieckim”. Iluż to późniejszych męczenników Katynia obrzucało czołgi moskiewskie kwiatami! A po nowym rozbiorze Rzeczpospolitej na każdym kroku spotykało się ludzi twierdzących z całą powagą, że Rosjanie zajęli Lwów chwilowo, ze względów strategicznych, aby nie puścić Niemców zbyt daleko na Wschód. Ba, toż nawet w „Reginie” siedzieli faceci, święcie przekonani, że po pokonaniu Niemiec Moskale z własnej woli wycofają się z kresów. Pamiętam, jak w październiku 1939 w obozie węgierskim w Nagy-Kanizsa wyraziłem publicznie obawę, że jeśli okupacja sowiecka potrwa dłuższy czas, żywioł polski na kresach zostanie całkowicie zlikwidowany. Kilku obecnych oficerów rzuciło się na mnie niemal z pięściami: „Pan nie zna odporności duchowej kresowego społeczeństwa! Nikt nie potrafi złamać jego postawy! Najwidoczniej jest pan bolszewickim agentem i usiłuje siać przygnębienie wśród żołnierzy!”

Zawsze utrzymywałem, że niebezpieczeństwo rosyjskie jest znacznie groźniejsze od niemieckiego, nie tylko dlatego że Niemcy, opanowane przez pruską umysłowość, nie są zdolne do stworzenia żadnej uniwersalnej budowy państwowej, ale również i dlatego że z niebezpieczeństwem nieuświadomionym, albo uświadomionym tylko częściowo, walka jest zawsze trudniejsza. Niemcy mieli przeciw sobie zwarty naród; Moskale mają do rozporządzenia potężną piątą kolumnę, w której – trzeba to podkreślać zawsze z całym naciskiem -nie brakuje ani polityków, ani wojskowych o pięknej przeszłości, ani wybitnych pisarzy. Przed wojną było w Polsce kilku publicystów politycznych, którzy szukali dróg porozumienia z Niemcami przeciw Rosji, a przecież ani Studnicki, ani Bocheński, ani Bączkowski nie poszli po Wrześniu na współpracę z Rzeszą; jakże inaczej zachowali się różni poszukiwacze zachodniosłowiańskich prochów, którzy dziś zarabiają na chleb szczuciem na emigrację, ponieważ „budzi ona nieufność naszego wschodniego sąsiada”.

A propos owej nieufności: nawet pisarz tak inteligentny i znający Rosję, jak Krzysztof Nienaski, pisał jeszcze w r. 1942 („Wiadomości Polskie”, nr 143), że nie powinniśmy nigdy wysuwać zagadnienia ukraińskiego, bo to wywołuje w Rosjanach podejrzenia, bo nasza granica wschodnia musi być sztywna. Miało to znaczyć, że jednak moskiewskiego smoka da się przebłagać, byle by mu się nie pchać do Kijowa. Z równą racją możnaby dziś powiedzieć, że byle by Cat-Mackiewicz przestał rozbijać się o Lwów i Wilno, godząc się na sztywną granicę na Bugu, Stalin natychmiast przestanie na nas patrzeć spode łba i odwoła Bieruta do Moskwy. I zważmy, że to nie napisał żaden Wasiutyński, ani Giertych, ale właśnie Nienaski. A więc i ty, Brutusie!

Skoro zgadało się o literaturze, warto zwrócić uwagę, że z régimem warszawskim współpracują nie tylko pisarze komunizujący czy jawnie komunistyczni, nie tylko pętaki literackie szukające łatwej kariery, która w normalnych warunkach byłaby nie do osiągnięcia, ale również szereg poważnych firm pisarskich, często o przeszłości wyraźnie nacjonalistycznej i katolickiej. Tłumaczenie tego zjawiska zawsze i w każdym wypadku zmęczeniem, oportunizmem czy brakiem charakteru prowadziłoby do zbytnich uproszczeń. Bardzo słusznie zwracał uwagę Jan Ulatowski w artykule „Krytyka materialistyczna” („Wiadomości”, nr 26), że przystosowywanie się da nowych warunków przybiera nie tylko „formę poszukiwania kompromisów z materializmem dziejowym… lub naginania się do kryteriów moralno-społecznych doktryny komunistycznej… ale gdzieniegdzie sięga głęboko w sposób myślenia i wartościowania”. „Takie rośliny – dodaje Ulatowski – nie wyrastają w ciągu kilku miesięcy. To musi mieć swoje korzenie w Polsce przedwojennej”. Nie ulega wątpliwości, że poważna część polskiej inteligencji znajdowała się pod przemożnym urokiem wszystkiego co rosyjskie. Ja sam mógłbym łatwo znaleźć się na cenzurowanem, gdyż po kilku musztardziakach zwykłem śpiewać po rosyjsku, ale jak wytłumaczyć podobny fenomen u osób, które w Rosji nigdy nie były, o moskiewską szkołę nie zahaczyli, a rosyjskiego albo wcale nie znają, albo znają piąte przez dziesiąte? Aberacji politycznej w stosunku do Rosji towarzyszyły analogiczne zjawiska w dziedzinie kulturalnej i psychicznej. Gdy np. przeglądam cyniczny artykuł o Wilnie i Lwowie Jerzego Walldorfa, niegdysiejszego współpracownika „Prosto z Mostu” i literackiego redaktora „Kuriera Porannego”, i przypominam sobie, że tenże Walldorf pouczał w r. 1936 swoich włoskich kolegów, że Dostojewskij jest największym pisarzem słowiańskim, widzę jak na dłoni cały mechanizm skomplikowanego procesu, który tylu polskich pisarzy zaprowadził szeroką drogą do przedpokojów Borejszy i Radkiewicza.

*

Wróćmy do polityki. Wybuch wojny niemiecko-rosyjskiej wzbudził w Polakach sprzeczne uczucia. Jedni liczyli, że Rosja wyjdzie z konfliktu zbyt osłabiona, by móc na serjo zagrozić Polsce, inni po prostu cieszyli się, że znienawidzonym Niemcom przybył nowy wróg. Rząd Sikorskiego chciał budować historię na lotnym piasku umowy polsko-sowieckiej i zrobił wszystko, by wypuścić z rąk ostatnie już karty nadające się jeszcze do rozegrania. Pewien minister pisał w marcu 1943, a więc w przeddzień zerwania stosunków przez Moskwę, że „trudno uwierzyć aby Rosja dążyła do utworzenia Europy sowieckiej”. Przez cały czas czynniki odpowiedzialne za naszą politykę zachowywały się tak jak gdyby jedynym polskim wrogiem były Niemcy a pokonanie Hitlera przesądzało o odzyskaniu niepodległości. Dość długo nie mogłem wyjść z podziwu, -a nie byłem w tym odosobniony, – że Kraj nie wywiera odpowiedniego nacisku na sfery londyńskie, że toleruje niepoczytalną politykę Sikorskiego. Dopiero zetknięcie się z ludźmi przychodzącymi z Polski i lektura prasy podziemnej uświadomiła mi, że Kraj również w dostatecznej mierze nie zdaje sobie sprawy z rzeczywistości. To też wybuch powstania warszawskiego, które odczułem jako katastrofę, nie był już dla mnie żadną niespodzianką.

Przed podjęciem akcji zbrojnej w takiej skali zasadniczą rzeczą było przewidzieć nie to co zrobi wróg pobity, ale to jak zachowa się wróg zwycięski. Sedno rzeczy tkwi w odpowiedzi na pytanie, czy, zakładając z góry, że Rosjanie nie tylko nie przyjdą z pomocą, ale że będą sabotowali próby pomocy sojuszniczej, dowództwo zdecydowałoby się dać sygnał do powstania. Mackiewicz ryzykuje opinię, że w wypadku warszawskim „antypolski pakt sowiecko-niemiecki odnowił się w sposób najmniej oczekiwany i prawdopodobny”. Równie nieprawdopodobny i nieoczekiwany był pakt Ribbentrop-Mołotow w sierpniu 1939. Do tego stopnia nieprawdopodobny, że nr 806 „Wiadomości Literackich” z 2 kwietnia t.r., z artykułem zapowiadającym porozumienie niemiecko-rosyjskie, skonfiskowano za „rozsiewanie nieprawdziwych pogłosek, mogących spowodować niepokój publiczny”.

„Pomiędzy dwóch wrogów – pisze Mackiewicz – wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego?” Gdyby nawet założyć, że dowództwo przyjęło karkołomną tezę że Niemcy wycofają się z Warszawy bez walki, to i tak z owego „niepodległego skrawka” nic by nie wyszło. Moskwa nie uznawała przecież ani rządu w Londynie, ani dowództwa armii krajowej. Po prostu Bór-Komorowski, zamiast do niewoli niemieckiej, pojechałby do Workutstroju albo Kołymy, a wraz z nim przejechałoby się „w niestol oddalennyja kraja” kilka tysięcy akowców. Wiemy przecież, czym się skończyło ujawnienie armii krajowej na Wołyniu i na Wileńszczyźnie; losu tej armii zapewne w Warszawie nie ignorowano. Mimo to powstanie wybuchło, ponieważ łudzono się w dalszym ciągu co do rosyjskiej dobrej woli, ponieważ komunikaty radia moskiewskiego brano za uczciwą monetę, ponieważ p. Mikołajczyk otrzymał obietnice od Stalina, ponieważ sprytni Polacy ponownie dali się nabrać na azjatycką prowokację. Raz jeszcze: to nie tylko dowództwo popełniło błąd w kalkulacji; przez te długie 62 dni swojej agonii Warszawa płaciła potworny rachunek za kilkadziesiąt ostatnich lat naszej historii, podczas których naród polski zwolna zatracał rozeznanie niebezpieczeństwa grożącego mu od Wschodu.

Państwo moskiewskie urosło na podpatrzonym u Mongołów i następnie udoskonalonym systemie zdrady, szantażu i prowokacji. Powierzchowna europeizacja Rosji w ub. w. nieco osłabiła skuteczność tych metod; rewolucja bolszewicka przywróciła je w całym splendorze, dorzucając ważne poprawki i nie byle jakie doświadczenia. Naród, skazany przez historię na niewygodne sąsiedztwo z krzywoprzysięzcą i oszustem, może się utrzymać tylko w tym wypadku, jeśli nie straci umiejętności patrzenia mu na ręce. Myśmy zachowywali się w czasie tej wojny, jak Czewony Kapturek wobec wilka przebranego za babcię, i zapłaciliśmy frycowe najstraszniejszą ceną całej naszej historji.

Ale tragedia Warszawy nie stała się grobem polskich złudzeń wobec Rosji. Że w Kraju istnieje pewne modus vivendi, że poprawiła się nieco sytuacja gospodarcza, że – choć kulawo – idzie odbudowa, że grają teatry, że wychodzą książki, a w czasopismach literackich wolno prowadzić dyskusje ideologiczne, a nawet – słuchajcie słuchajcie! – przeciwstawiać się doktrynie marxistowskiej, wszystko to budzi w Polakach nowe nadzieje, osłabiając świadomość śmiertelnego nieszczęścia wiszącego nad narodem. Na razie nie jest to niebezpieczeństwo zatraty biologicznej, choć i na to może przyjść kolej. Zbyt wiele ludzi łudzi się, że etap obecny to już polityczne status quo, w którego ramach sytuacja gospodarcza i społeczna będzie szła ku ciągłej poprawie; zbyt wiele ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że Kraj przechodzi okres swoistego N.E.P.u, po czym przyjdzie kolejne zaciśnięcie arkana. Trzeba widzieć, z jakiem oburzeniem reagują młodzi, którzy niedawno opuścili Kraj, gdy się im wskazuje na niebezpieczeństwo duchowego wynaturzenia narodu, poddanego stalowym kleszczom sowietyzacji, dotychczas ledwie widocznym a już powoli zbliżającym się ku gardłu ofiary. Jak przed ośmiu laty w Nagy-Kanizsa, zacni naiwniacy skaczą do oczu: „Pan nie zdaje sobie sprawy z odporności duchowej polskiego społeczeństwa! To raczej emigracji grozi moralny rozkład, o Kraj możecie się nie lękać !”

W r. 1944 zginęła Warszawa, gdyż ani społeczeństwo, ani jego kierownictwo nie zdawały sobie sprawy z istotnych zamierzeń rosyjskich. Oby brak dokładnego rozeznania przeciwnika nie utrudnił nam walki o rzecz najważniejszą: o zachowanie osobowości kulturalnej, bez której naród staje się jedynie liczbą, martwą gliną, uległą każdemu kształtowi narzucanemu przez najeźdźcę.

Józef Łobodowski.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close