• Wiadomości
  • / 22.05.1949
  • / Londyn
  • / Rok 4, Nr 21 (164)

Jak się uczyli współcześni pisarze polscy?
Józef Mackiewicz

(Ankieta „Wiadomości”)

1. Jak się Pan uczył w szkole średniej?
2. Czym się Pan najbardziej interesował?
3. Jaki był Pana stosunek do literatury?

Uczyłem się średnio, prawie źle. Gorzej w szkole polskiej niż w rosyjskiej. O szkole rosyjskiej zachowałem wspomnienia przyjemne. Lubiłem ją nawet. Szkoły polską wspominam z niechęcią. Ażeby zachować obiektywizm, którego jestem więcej niż entuzjastą, bo szczerym fanatykiem (jak dziwnie czasem kojarzą się słowa!), muszę podkreślić że szkoła rosyjska przypadła na okres klas wstępnej, pierwszej, drugiej… czyli na okres dzieciństwa, najczęściej opromieniany wewnętrznym szczęściem. Szkoła polska – na lata głodu, wojny, pierwszych rozczarowań, pierwszych zawodów. Dalej, przyznać muszę, że trafiłem do rosyjskiego gimnazjum prywatnego w Wilnie, być może o wyjątkowym obliczu. To jednak, z czego sobie w późniejszych latach zdawałem sprawę, sumując wspomnienia, a co zdaje mi się wyróżniało na plus „moje” gimnazjum rosyjskie od „mego” polskiego, istniało chyba nie tylko w dziedzinie subiektywnych odczuwań i wyobraźni, ale konkretnie. W szkole rosyjskiej panował raczej wewnętrzny spokój, równowaga ducha i takt. Bywało nas w klasie, przeciętnie licząc: 16 Polaków, ze 12 Żydów i 5 Rosjan. (Jeden Litwin, jeden Tatar). A traktowano nas jak dzieci, nie jak zadatki na przyszłych bojowników politycznych. Nie będę roztrząsał jak mogło być w klasach starszych czy w innych gimnazjach. Odpowiadam tylko za własne przeżycia.

Żydzi trzymali się osobno, i to była ich rzecz. Gdy jednak podczas przerwy w sali gimnastycznej, Sielefontow, syn generała, wydał najniespodziewaniej indiański okrzyk: „Biej Żidow! Spasaj Rassieju!” i pociągnął tym okrzykiem wszystkich chrześcijańskich malców i jednego Tatara, wynikła awantura, którą do dziś dnia pamiętam. Wpadł dyrektor, a odpowiedzialny za ład nauczyciel gimnastyki zbladł. Sielefontow wyleciał jak z procy z sali gimnastycznej i z gimnazjum. Podzwaniając ostrogami spod płaszcza na czerwonej podszewce, przychodził dwa trzy razy jego ojciec, generał. I choć był generałem, syn wrócił do klasy dopiero po kilku tygodniach.

Gdyśmy, czytając „chrestomatję” (wypisy) na lekcji rosyjskiego, doszli do wiersza, który zawierał słynne słowa:

Kto pobiedit w nierawnom sporie,
Kiczliwyj Lach, il wiernyj Ross…

–  ażeby nie drażnić, ba, nie stwarzać pretekstu do zadrażnień narodowych, wiersz całkowicie opuszczono. Raz tylko słyszałem historyczne słowa: „Nie mówić po polsku”. Było to na lekcji geografii, którą wykładał stary, siwy, w długim surducie, nieprzychylny i ostry nauczyciel (mówiono o nim, że należy do „czarnej sotni”), Aleksandr Sawicz Giejewskij. Wicek Dowgiałło zwrócił się do mnie przez ramię, półgłosem:

– Daj mi rączkę (po rosyjsku „ruczka” – obsadka).

Nauczyciel przerwał wykład koło mapy, podszedł do stołu i powiedział:

– Dawgiałła! Po pierwsze, po polsku nie mówi się „rączka”, ale mówi się „obsadka”, po drugie, proszę na mojej lekcji nie mówić po polsku. – Tu zrobił pauzę. – Po polsku rozmawiacie w domu, prawda? Tak? No więc, gdzież się macie uczyć po rosyjsku, jeżeli i w szkole będziecie mówili po polsku?

Po czym wyrwał go, a choć Wicek nic nie umiał, postawił mu czwórkę. Jakby cień jakiejś wyższej, ponadsprawiedliwej racji przemknął po klasie! Mnie dotknął nieprzyjemnie, ponieważ umiałem lekcję świetnie, a spodziewałem się że zostanę wyrwany.

Powracam do lekcji rosyjskiego. W drugiej klasie, ostatni dzień przed wakacjami Bożego Narodzenia, nauczyciel dyktował nam tytuły książek, zalecane przezeń (nie obowiązkowe) do przeczytania. Śmiesznie, jak się pamięta niektóre rzeczy! – „Kniaź Sierebrianyj”, „Kawkazskij plennik”, „Kapitanskaja doczka”, Orzeszkową, którą w przekładzie rosyjskim łatwo było dostać w tanim wydaniu „Uniwiersalnoj Bibljotieki”, „Trylogię” Sienkiewicza… która dziś w Kraju jest tak nieprzychylnie traktowana przez „polskie” czynniki oświatowe!…

Zyd Szabad podniósł rękę.

– Czto skażietie, Szabad? – zapytał nauczyciel, patrząc ponad okulary.

– Iwan Ignatycz, bardzo trudno znaleźć „Trylogię” po rosyjsku.

– Jeśli trudno, tak procztitie pa polski.

I znowu spojrzał znad okularów. Szabad siadł.

Tak oto trzymano nas w ryzach spokojnego taktu.

Może się komuś wydać świętokradztwem, ale powiem, do czego się nawet wówczas nie przyznawałem przed samym sobą, że rosyjską „chrestomatję” wolałem od polskich „wypisów”, używanych dwa razy tygodniowo na lekcjach polskiego dla Polaków. Chrestomatja zawierała, jak byśmy dziś powiedzieli, „neutralne” bajki, wiersze, opowiadania, przygody. W wypisach połowa tekstu miała jeżeli nie otwartą, to ukrytą treść patriotyczną, ekstatyczną, historyczną, histeryczną, patetyczną, cierpiętniczą.

I taką wydała mi się właśnie szkoła polska od trzeciej, gdy z pozwolenia niemieckiego Ober – Ostu w r. 1915 otwarto gimnazjum Stowarzyszenia Nauczycielstwa Polskiego. Moralizujące, denerwujące, prawiące o duszy (gdy się myślało o ślizgawce), o mesjaniźmie, nawet na po lekcjach skazujące na koturnach, łzawiące, bohaterskie i nieszczęśliwe.

Taki był los Polski.

Zapewne, zapewne. Gdy jednak zastanawiam się głębiej, wydaje mi się, ze nie podobna zaprzeczyć, iż szkoła rosyjska usiłowała zaszczepić w nas zasady lojalizmu, wychować na wiernych poddanych cesarza Wszechrosji, ale z tego co pamiętam, nie podszczuwała na nikogo. Szkoła polska usiłowała wychować nas na patriotów przez notoryczne podniecanie niechęci do wszystkich, którzy nas skrzywdzili. A wszyscy nas przecie najeżdżali i gnębili, i Niemcy, i Tatarzy, i Turcy, i Litwini, i Rosjanie, i Szwedzi, i Austriacy, i znowu Rosjanie i Czesi, i Wołosi, i czerń kozacka, t.zn. Ukraińcy, i gdyby nie tradycyjny wyjątek robiony dla Węgrów, można by śmiało powiedzieć, że obowiązkiem ucznia było nienawidzieć wszystkich wokół.

Na pocztówkach patriotycznych widziało się wciąż jeszcze anioła skutego łańcuchami, ale oto już od szóstej połowa klasy należała do P.O.W., do „Ofensywy” II Oddziału, do „Defensywy” II Oddziału i do wszelkich wynikających z konspiracji, wywiadu i kontrszpiegostwa, konsekwencji.

Z tych, przyznaję nieco dziecinnych rozczarowań do wymarzonego, wyśnionego, świętego ongi ideału szkoły polskiej, wynikał też mój stosunek do literatury. Do literatury, nie do książek; „literaturę” rozumiałem jako przedmiot wykładowy, przede wszystkim literaturę polską, która mi się od początku wydała nazbyt deklamatorska. Był to przedmiot najbardziej przeze mnie nie lubiany. Nie mogłem go lubić, bo nie wierzyłem ani jednemu słowu i nie wierzę do dziś dnia.

Kiedyś pamiętam, Leoś D zapytał Władzia S.:

– Słuchaj, ty wierzysz w mesjanizm?

– A idźże ty won – odpowiedział Władzio.

Z tym samym Władziem przeczytalimy chyba wszystkie powieści Walerego Przyborowskiego, w których stary wachmistrz, gdy się rozsierdził na dobre, dopieroż to klął: „Do stu par tysięcy kartaczy!”. I z Władziem z tej samej szóstej, poszliśmy do autentycznych ułanów, gdzie wachmistrz, nawet w doskonałym humorze, nie mówił inaczej niż: „Ach bracia, k…. wasza mać!”. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że analogiczna rozpiętość zachodziła pomiędzy komentatorsko – deklamatorską literaturą, którąśmy wkuwali, a widzianą i słyszaną prawdą. Może dlatego książki „uczone” w szkole, tak niechętnie bierze się później do ręki. Zresztą utwory wieszczów, dla których zrozumienia nie można się obejść bez „bryków” w okresie szkolnym, a w okresie dojrzałości bez zawodowych i zawsze zawiłych komentarzy, wydawały mi się zawsze nie książką, ale – piłą. Jedyną ciekawą rzeczą na świecie, a przez to godną poznania, jest prawda, możliwie zbliżona do ideału obiektywizmu. Jedynym wrogiem, godnym fanatycznej nienawiści, jest bolszewizm jako idealnie zamykający, nie jednemu narodowi, ale całej ludzkości, wszystkie drogi do poznania prawdy obiektywnej. Wszelkie inne zakłamanie, bez względu na jego wychowawczy czy polityczny cel i skutek, jest przede wszystkim – nudne. Naukę o literaturze i krytykę literacką w jej do-dzisiejszej formie, traktowałem od lat szkolnych jako najnudniejszą rzecz pod słońcem.

Czym się najbardziej interesowałem? Najbardziej interesowały mnie ptaki. A z przedmiotów szkolnych geografia. Do dziś dnia latanie uważam za największą przyjemność, a studia uniwersyteckie poświęciłem zoogeografii.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close