Kogut galijski

I

Jedynym bastionem oporu były już tylko wyspy brytyjskie na krańcu Europy. Po runięciu Francji, Londyn stawał się stolicą i ostatnią redutą wolnego świata, miejscem postoju, szańcem walki i główną kwaterą rozbitków i wygnańców międzysojuszniczych. Wszystkie drogi prowadziły ich do Londynu. Przybywali tu przytłoczeni klęską, niepewni jutra, ale z podniesionym czołem. Na obcej ziemi rozbijali podróżne namioty, przystrajając je w barwy narodowe niepodległych flag. Unieśli z sobą insygnia państwowe nie splamione hańbą kapitulacji, na wygnaniu mieli swych monarchów i suwerenów, rządy i sztaby, pas ratunkowy chroniących ich zobowiązań międzynarodowych. Przygarnięci – nie czuli się na łaskawym chlebie. Korzystali z praw i przywilejów sojuszniczych, nie z pańskiej łaski wyspiarskiego imperium. Zresztą, mieli do ofiarowania nie tylko nimb symboli i wolę dalszej walki. Wkład ich do wspólnej puli był nie do pogardzenia. Niektórzy ocalili złoto i dewizy swych banków państwowych, Holendrzy mieli jeszcze Indonezję, Belgowie – Kongo, Polacy – świetną armię, Norwegowie – flotę handlową. Nawet Czesi, których nie osłaniał ani majestat legalizmu, ani męczeńskiej walki, mieli swoje przewagi: tradycyjny szyld wzorowej demokracji, firmę Benesza, dobrze notowaną na rynku międzynarodowym.

W fali uchodźczej, która zaległa ulice i lokale Londynu, znaleźli się i Francuzi. Los wyznaczał im dalekie miejsce w różnojęzycznym orszaku, miejsce na szarym końcu. W porównaniu z resztą pokonanych, wyzuci byli ze wszystkiego, wśród innych rozbitków – najbardziej rozbici, wśród najuboższych – oni, synowie wielkiej Francji – mogli uchodzić za pariasów. We własnym kraju uznani za rebeliantów i szkodników, w Londynie próżno by szukali świateł przewodnich płynących od narodowych gwiazd i sław, blasku bijącego od nazwisk luminarzy Francji. W restauracyjkach francuskich na Soho witały ich rozlepione na ścianach skromne plakaty wzywające do dalszej walki. Opatrzone były mało ujmującą podobizną i niewiele mówiącym podpisem gen. de Gaulle. 49-letni generał pasował się na herolda wyzwolenia, był jedynym chorążym zapowiadanych bojów, samozwańczym strażnikiem honoru Francji. W kraju – bez cienia popularności, za granicą – bez oparcia i wpływów, nie miał za sobą ani kadry bojowej, ani śladu organizacji. Nie opowiedział się za nim żaden z mężów stanu, nie stanął przy nim żaden z dowódców wojskowych. Echo apelu było nikłe. Nie zgłosił się żaden wybitny polityk, uczony, pisarz, artysta. Żeby chociaż jeden akademik!

Wszystko co wybitniejsze pozostało w kraju, lojalnie poddając się rządowi, albo roztropnie czekając co dalej wyniknie. Ci których nie przekonało zwodniczo uwodzicielskie nazwisko Pétaina na czele rządu, znaleźli się w więzieniu lub pod ścisłym nadzorem. Niektórzy szukali bezpiecznego schronienia w Stanach Zjednoczonych; tam osiedli na czas wojny Maritain i Alexis Léger (St. John-Perse), obaj głusi na skierowane do nich apele de Gaulle’a, oraz kluczący, pełen wahań i wątpliwości Maurois. Tam wylądowali oporni ugodzie publicyści: Buré, Pertinax i Geneviéve Tabouis, ale woleli działać jako wolni strzelcy niż wiązać się z ośrodkiem londyńskim.

W Londynie trudno by było wybitniejszych Francuzów policzyć na palcach jednej ręki: jeden uczony – Denis Saurat, kierownik Instytutu Francuskiego jeszcze sprzed wojny, garść przemysłowców, kilku dziennikarzy agencyjnych. Zespół nowych przybyszów był nijaki, na ogół przedstawiał się miernie. Literaturę reprezentował lgnace Legrand, światu i Francji bliżej nie znany. Nikt nie domyślał się wtedy jakie żary mistyczne wybuchną w wątłej, nerwowej Simone Weil, budząc z czasem wzruszony podziw świata. Jedyny dziennikarz polityczny z nazwiskiem, mocno postarzały Elie Bois wolał szukać natchnienia i doraźnej współpracy u polskich przyjaciół niż starać się o względy u nie znanych mu rodaków. Francuzi nie mieli wtedy wpływów i znaczenia, ale chętnie spotykano się z nimi w restauracjach i klubach, by okazać im sojusznicze poparcie, popisać się przed nimi stosunkami i większym otrzaskaniem na londyńskim bruku, a przede wszystkim – pogrążyć się w rzadko dostępnych rozkoszach francuskiej mowy. Dowcipny, błyskotliwy André Labarthe przy kieliszku wina żywo perorował o wszystkich zagadnieniach naszej epoki; na deser, ćmiąc potężne cygaro, zaczynał dworować sobie z de Gaulle’a i w końcu nie zostawiał na nim suchej nitki. Labarthe był redaktorem miesięcznika „La France Libre”, w którym pierwsze swe wówczas, ale już pewne kroki stawiał Raymond Aron, dziś bodaj najlepszy publicysta francuski.

Nie tylko „France Libre” odcinała się od de Gaulle’a. Właściwie, nie rozporządzał on w Londynie żadnym organem prasowym. Zarówno dziennik „France”, finansowany przez Anglików, jak agencja prasowa którą kierował zdolny dziennikarz Bourdan (alias Maillot), były od niego niezależne, podobnie zresztą jak stałe audycje radiowe pod wezwaniem „Francuzi mówią do Francuzów”, ale tam, w obsadzie zespołu, miał kilku swoich ludzi. Sam de Gaulle rzadko przemawiał przez radio; wyręczał go w tym, obdarzony niepoślednim darem krasomówczym Maurice Schumann (obecnie jeden z przywódców M.R.P. – stronnictwa chrześcijańskich demokratów). De Gaulle nie od razu zdobył sobie  wśród rodaków londyńskich; jak Labarthe, niechętni mu byli Comert, Gombault, Hoden, dziennikarze z „France”; oporni byli mu zagończycy z prawa i z lewa. Wieczni sceptycy i indywidualiści nie chcieli się poddać jego autokratycznej dyktaturze.

De Gaulle nie miał daru jednania sobie ludzi. Z natury wybujałej postawy, podkreślał ją jeszcze, nosząc się sztywno, opancerzony wyniosłością, chmurny i nieprzenikniony, skupiony, zamknięty w sobie, zdawałoby się – niezdolny do odprężenia, do cienia uśmiechu, do odruchu dobrego humoru. Nie stąpał po ziemi, zwyczajem innych śmiertelników, ale kroczył po niej jak posąg Komandora. Zapatrzony w jedyny cel swego życia, – służbę Francji, – namaszczony misją, był ucieleśnieniem dostojnej powagi, nie skalanej żadnym przyziemnym wyskokiem; takim wyskokiem byłaby zwykła swoboda tonu, nawet swoboda ruchów. W górnym i chmurnym stylu generała nie było pozy, ale dla innych mógł on być nużący. Jego koturn pozbawiony był lśniącego po francusku pióropusza, jego patetyczność – grandilokwencji, jego wieczna aria bohaterska – ludzkiego ciepła. Ten rebeliant, walczący o duszę i honor Francji, mistycznie w niej zakochany, był krzyżowcem, nie kondotierem. Wielki mistrz rycerskiego zakonu, a nie naczelnik powstańczy z rodu Garibaldich, nie bojowy wódz goniący za pocałunkiem sławy i owacjami upojonych tłumów.

Przeciw sobie miał wszystko: armię francuską i jej dowódców, lojalność narodu wobec swej prawowitej władzy która uchroniła kraj od zniszczenia, wiarę w Pétaina, niechęć swoich, niedowierzanie obcych. Dla nich, dla Brytyjczyków i Amerykanów, mógł być nawet sojusznikiem niewygodnym, zbyt mocne poparcie go przekreślało rachuby na pozyskanie sobie Pétaina; rachuby te w Ameryce trwały długo i nie słabły aż do finału epopei.

Za sobą nie miał nic, oprócz wiary w sprawę, to znaczy: we Francję. Brak mu było ludzi, środków, organizacji. Swój „komitet narodowy” sklecił, jak się dało, dopiero 24 września 1941, z nazwisk na szerszej arenie nie znanych. Lepszymi nie rozporządzał; jedyny wybitny generał, który poddał się od razu pod rozkazy de Gaulle’a, to był Catroux, przebywający w Kairze po swej służbie lewantyńskiej. Pierwsi ochotnicy de Gaulle’a, cywilni i wojskowi, trzon jego administracji i przyszłej armii, traktowani byli przez sojuszników z pobłażliwym lekceważeniem, co najwyżej z łezką współczucia, której towarzyszył uśmiech wyższości. Widział w nich co kto chciał: jedni – awanturników o zapędach faszystowskich, inni – zbieraninę rewolucyjnych sankiulotów, wszyscy – legię najemnych partyzantów, a nie narodowe siły zbrojne.

De Gaulle nie miał takich atutów jak legalizm, zjednoczenie rodaków na emigracji, zaplecze całego narodu, a mimo to on właśnie, on jeden w Londynie, nie uległ żadnym namowom, podszeptom i naciskom sojuszników, bronił praw i interesów Francji nieustępliwie, zaciekle, wyzywająco, nie licząc się z nikim i niczym – ani z prośbami i groźbami Churchilla, ani z wolą potężnej Ameryki.

Zachowywał się jak pomazaniec, jak pyszny władca wielkiego imperium; w Anglii nie mógł być ani popularny ani lubiany – był na to za mało „rozsądny”, pokojowy, przedpokojowy; Churchilla doprowadzał do białej pasji, dygnitarzy wojskowych i cywilnych Korony mroził bezwzględnością swego oporu. Na wypróbowany system nacisków brytyjskich odpowiadał pogardą.

II

W wydanym obecnie pierwszym tomie swych pamiętników*) de Gaulle opowiada jak działał system nacisków. Pod batutą sprężystej, niedostrzegalnej dla obcego oka reżyserii, Anglicy ruszali do ataku dyplomatycznego ławą. Ich zakonspirowani wysłannicy w jak najbardziej swobodnych rozmowach szkicowali temat; padały aluzje, napomknienia, wskazówki, zadziwiająco zgodne jak na rozmowy prywatne prowadzone przez ludzi różnego zawodu i stanowiska. Gdy grunt pod przyszłe uderzenie był już dostatecznie przygotowany, występowano z określonym żądaniem, zwróconym już w formie urzędowej. W razie jego odrzucenia, zarządzano ekspedycję karną, obstrzał z naganką. We wszystkich rozmowach dawano wyraz uczuciom zawodu i żalu, prasa udzielała reprymend, puszczano w ruch całą machinę, złożoną z wyrzutów, skarg, przestróg i pogróżek. Wśród osaczonych, wziętych w obcęgi Francuzów nastrój robił się ciężki. De Gaulle widział jak załamywali się najbliżsi. Witały go zatroskane twarze. Czytał w nich zdumienie, zakłopotanie, niepokój. Szeptano sobie po kątach: „Do czego on zmierza?” – jak gdyby można było przy zdrowych zmysłach i odrobinie rozsądku zmierzać do czego innego niż do uległości i ugody, do poddania się warunkom i żądaniom gospodarzy. Ci stawali się nieprzejednani, niedostępni, obcy, dalecy. Unikali spotkań, wymawiali się od przyjęć, odkładali wyznaczone wizyty, nie przyjmowali zaproszeń. Dokoła opornych wyrastał mur odosobnienia. Spotkani przez nich przypadkiem Anglicy byli kwaśni, milczący, ponurzy. Jak gdyby za jednym zamachem odwróciła się karta sojuszu i przyjaźni, jak gdyby na dany sygnał rozeszły się wspólne dotąd drogi. I gdy wszystkie nici zdawały się zerwane, wszystkie mosty spalone, następował szturm ostateczny. Nie wiedzieć jak i skąd, pod wysokimi auspicjami i pod sztucznym pozorem odbywało się szumnie i uroczyście zebranie francusko-brytyjskie. Biorący w nim udział Anglicy byli wylewni, nad podziw rozmowni, wielomówni – wciąż na ten sam temat. Zapewniając o przyjaźni, wskazywali na konieczność zlikwidowania sporu oczywiście po ich myśli, życzliwie doradzali zmianę frontu, jowialnie karcili jałowy opór. Każdy grał rolę swą jak z nut. Scenom lirycznym i patetycznym nie było końca. Była to już ostatnia próba. Gdy okazało się że chybiła i ona, że nie skruszyła oporu, epilog był wiadomy: Brytyjczycy przerywali wojnę nerwów, godzili się z losem, na razie dawali za wygraną. Wszystko wracało do dawnego stanu, nikt się już nie boczył, w prasie pojawiało się kilka ciepłych wzmianek o wolnych Francuzach, przyszłość znów była wspólna i nic jej (na razie) nie dzieliło. Otrąbiono odwrót.

Musiało to się powtarzać wiele razy i zawsze z tym samym skutkiem, bo do Gaulle nie ustąpił Anglikom nigdy i nigdzie. Nie pozwolił na najdrobniejszą wątpliwość w sprawie przynależności do Francji jakiejkolwiek z jej posiadłości zamorskich, przesądzał ich los, zajmując je na rzecz Francji we własnym imieniu i nie godząc się na żaden czasowy zarząd międzysojuszniczy czy okupację mieszaną. Obsadzał wszystkie stanowiska swymi ludźmi, choć mu ich tak bardzo zbywało. Nie uległ ani w Afryce, ani na Wschodzie, ani na wodach oceanu Spokojnego, tuż pod bokiem zgorszonej tym do żywego Ameryki.

Nie zachwiał się pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, które protestowały, gdy zajął St. Pierre i Miquelon, nie dopuścił by od nieokreślonych dalszych rozstrzygnięć zależeć miał los Madagaskaru, nie zgodził się na wspólne oświadczenie brytyjsko-francuskie w sprawie przyszłej niepodległości Syrii i Libanu, bo uważał że należy to wyłącznie do Francji i że władny jest dokonać tego on sam, działając w jej imieniu. Nie uległ ani w zakresie polityki, ani w zakresie strategii czy taktyki wojennej, mimo że miał przeciw sobie w Stanach Zjednoczonych rząd, a w Anglii -nieufność dyplomacji, narodowe ambicje kolonialne, intrygi wywiadu i uprzedzenia wojskowych.

Nie tylko w sprawach najwyższej wagi państwowej okazywał stanowczość, wolę, upór. Nie było dla niego spraw błahych – były sprawy francuskie, a innymi się nie zajmował. Każdą stawiał na ostrzu noża. Na nic by się nie zdało Brytyjczykom straszyć go wysadzeniem z siodła czy osadzeniem na lodzie – to on w każdej sprawie groził zerwaniem z sojusznikami i pójściem własną drogą.

Gdy w Londynie, wskutek matactw wywiadu, aresztowano szefa jego floty, admirała Muselier, rzekomo pod pozorem utrzymywania stosunków z wrogiem, de Gaulle zażądał wypuszczenia go w ciągu 24 godzin i pełnej satysfakcji; tak się stało wśród konsternacji i reweransów. Z czasem sytuacja uległa gruntownemu odwróceniu: Muselier tak przypadł do smaku Anglikom że starali się wygrywać go przeciw de Gaulle’owi, jak próbowali kiedyś bezskutecznie wciągnąć do podobnej gry gen. Catroux. Gdy de Gaulle, zresztą z innych przyczyn, zwolnił Museliera z dowództwa flotą, Anglicy interweniowali urzędowo, żądając utrzymania go na stanowisku ze względu na potrzeby wojenne. De Gaulle odpowiedział ostrym listem, w którym podkreślał że walczy u boku sojuszników na zasadzie pełnej niezawisłości i suwerenności narodowej i że nie dopuści do mieszania się w jakiekolwiek wewnętrzne sprawy francuskie.

W odróżnieniu od tylu innych londyńskich mężów stanu, różnego języka i kalibru, de Gaulle nie zgodził się nigdy ani na cenzurę swych przemówień radiowych, ani na jakiekolwiek „przyjacielskie dorady”. Poniżej jego godności byłoby przyjmować pouczenia co ma mówić Francji.

Na brytyjskie listy urzędowe odpowiadał po francusku. Odstąpił od tej zasady tylko raz, i to, będąc w Brazzaville, wtedy gdy otrzymał oczekiwaną w napięciu pomyślną wiadomość o długo opóźnianej zgodzie brytyjskiej na podjęcie działań wojennych w Syrii. Był szczęśliwy, wdzięczny – chciał dać temu wyraz.

Kiedy Churchill w długiej rozmowie zalecał mu ustępliwość, a przynajmniej giętkość wobec Stanów Zjednoczonych, wskazując jak bardzo sam musi się z nimi liczyć, de Gaulle odpowiedział: „Może pan sobie na to pozwolić, mając za sobą potężne państwo, cały naród, zjednoczone imperium, wielką armię. A cóż ja? Nie mam żadnych możliwości i zasobów. Mam tylko pieczę nad interesami i losem Francji. Wielki to ciężar, i jestem za biedny „by móc się zginać”.

III

Pamiętniki de Gaulle’a przyjęto we Francji nie tylko jako cenne, pochodzące z pierwszej ręki świadectwo źródłowe o niedawnych dziejach. Uznano w nich nieprzeciętne zjawisko literackie – arcydzieło rodzaju. Szukano porównań. Autora zestawiano z Cezarem, Tacytem, Chateaubriandem. W przesadzie uniesień grała przede wszystkim niespodzianka, podziałało zaskoczenie. Nie zawsze człowiek czynu jest mistrzem pióra – nie zapowiadał się na niego de Gaulle, sądząc z jego oświadczeń, odezw, przemówień.

Stos dokumentów wydzielono w osobną, obszerniejszą część książki; nie obciążają one treści pamiętników, nie psują toku narracji. Inaczej niż u Churchilla. Jakże różni są ci dwaj autorzy! De Gaulle pozbawiony jest fugi, błyskotliwości, pasji, ale i sztucznych ornamentów, blichtru retoryki, baroku słów i obrazów, tak właściwego brytyjskiemu laureatowi Nobla. W odróżnieniu od Churchilla, jest on zwarty, oszczędny, skupiony. Pamiętniki jego są wzorem jasności, ścisłości, ładu; ich styl bliższy jest prawdzie i duchowi naszych czasów. Sceny wojenne, dzieje walk o Dakar, o Syrię, Bir-Hakeim, opisane krótkimi zdaniami, przekazane bez patosu, są pełne surowego męskiego napięcia. Mają tchnienie wielkości, bije z nich patos historii.

A przy tym de Gaulle bynajmniej nie jest pisarzem suchym. Ten zasępiony purytanizm, pozbawiony lekkości, niezdolny do uśmiechu, miewa nieoczekiwane błyski ironii. Opisując jak ważyły się losy Francji i jak wbrew coraz powszechniejszym nastrojom kapitulacyjnym, rząd Reynaud myślał o dalszej walce i przeniesieniu jej do Afryki, de Gaulle podkreśli że wtedy to „marszałek Pétain interweniował na rzecz pesymizmu”. Mówiąc o wywiadzie w Wielkiej Brytanii, objaśni że nie jest on tam zwykłym działem służby państwowej, ale zamiłowaniem narodowym, „pasją Anglików”. On, tak zawsze powściągliwy, nie pozwalający sobie na żadną wylewność, niezdolny do wybuchów lirycznych, okaże całe wzruszenie człowieka i wodza na wiadomość o szczęśliwym ocaleniu wojsk gen. Koeniga. Okryte chwałą pod Bir-Hakeim, były one skazane na zagładę w razie dalszego pozostawania w zasięgu wroga. De Gaulle, powiadomiony przez umyślnego że Koenigowi udało się wycofać bez strat, w pełnym szyku bojowym, do bezpiecznego El Gobi, notuje: „Dziękuję posłańcowi, odprawiam go, zamykam drzwi. Jestem sam. O, serce walące ze wzruszenia, szloch dumy, łzy radości!”.

Mnóstwo w tych pamiętnikach portretów ludzkich. Przekazując je pamięci współczesnych i potomnych, de Gaulle dba o bezstronność, nie chce być małostkowy, zapomina o tarciach i urazach. Szkoda, bo przez to niektóre tracą na wyrazistości. Churchilla nazwie „wielkim artystą wielkiej historii”, Edenowi złoży pokłon jako prawdziwemu Europejczykowi i dyplomacie o szlachetnych odruchach, dla Sikorskiego ma słowa szacunku i uznania, chwali jego siłę charakteru. Jak wiadomo, nie wszystkich ich nosił w sercu.

Nawet w surowych ocenach ludzi, nie ponosi go gniew – wobec przeciwników stara się być wielkoduszny. Pétaina wyraźnie oszczędza; wierzy że zachowałby się inaczej, gdyby nie brzemię lat, sąd o nim kończy słowami: „Starość jest nieszczęściem. Aby nic nam nie było oszczędzone, starość marszałka Pétaina miała utożsamić się z nieszczęściem Francji”. Najsurowiej wypadł sąd o Weygandzie, i to zarówno o Weygandzie sprzed kapitulacji jak i Weygandzie po katulacji, gdy liczono na jego podwójną grę, która zmierzałaby z czasem do przeciągnięcia Francji na stronę sojuszników. Były to złudzenia. Weygand okazał się głuchy na wszelkie próby tajnego porozumienia, podejmowane przez wolnych Francuzów z Londynu. Emisariuszom odpowiadał że de Gaulle powinien być rozstrzelany, to znów że czuje się już za stary na bunty, kiedy indziej zasłaniał się Darlanem, przypisując mu wszystkie winy, skarżąc się że sam jest przez niego szpiegowany i zupełnie bezsilny.

Pierwszy tom pamiętników obejmuje dwa lata. Wobec tego że kończy się on na roku 1942, mało jeszcze w nim danych o stosunku do Stanów Zjednoczonych, do Rosji, do komunistów francuskich, i trudno o ocenę w jakiej mierze doświadczenia z przeszłości wpłynęły na obecne poglądy polityczne autora. Ale niektóre uwagi o Rosji są już pouczające. De Gaulle zdawał sobie sprawę z przyszłych niebezpieczeństw po zwycięstwie, w którym – jak to słusznie przewidywał – główny udział przypadnie Rosji. Jeśli, mimo to, przystąpienie Rosji do wojny napełniło go radosną nadzieją, trudno mu się dziwić: przyśpieszało ono zwycięstwo, a wraz z nim oswobodzenie Francji. Tylko że do tego de Gaulle się nie ograniczał. W przystąpieniu Rosji do obozu sojuszniczego upatrywał on dla siebie i inne korzyści, bardziej bezpośrednie: przestawał być zdany na łaskę Anglosasów, na wyłączną od nich zależność. Dla Francji walczącej, a więc dla Francji pod jego przewodem, Rosja stawała się czynnikiem równowagi, którym zamierzał się posługiwać wobec dotychczasowych swych sojuszników.

Dążenie do podobnej równowagi w stosunkach międzynarodowych bardzo jest dziś na czasie we Francji. Uchodzi ono za wyraz zdrowego rozsądku, za objawienie rozumu politycznego, za kamień węgielny polityki realnej. Realistom francuskim wszelkiej maści sekunduje de Gaulle w cieniu przeszłej chwały. Snując mglisty sen o Francji mocarstwowej, osłania nim małoduszność kunktatorów i lawirantów, wspiera ich mętne pomysły dogadania się z Rosją, w imię złudnego pokoju i bezpieczeństwa godzi się by ojczyzna wolności paktowała z tyranią.

„Kiedy w Bir-Hakeim promień odradzającej się chwały padł na skrwawione czoła żołnierzy, świat odnalazł Francję”… Takim językiem mówił wódz wolnych Francuzów w Londynie czasu wojny, w r. 1942. To nie był język „polityki realnej”.

Minęły lata. Przyszły czasy małego ducha i małych ludzi. Była chwila – i znów mogło wydać się światu, że odnalazł Francję: wtedy gdy jej żołnierze krwawili się na innej pustyni, w dalekim oblężonym forcie. Epilogiem była kapitulacja – oddanie Indochin. Towarzyszyły jej fanfary radości w Paryżu, jakby święcił on z ustaniem wojny swoje zwycięstwo. Nie myślano już o Dien Bien Phu i jego żołnierzach. Zapomniano o Bir-Hakeim.

De Gaulle może słusznie obwiniać sojuszników w wolnym świecie że nikt z nich nie ruszył na odsiecz Francji, gdy wszystkie jej dzwony biły na trwogę w chwili straceńczej próby. Ale czego spodziewa się on od Rosji? Chyba nie pomocy w walce o zagrożone dziedzictwo narodowe Francji, którego tak zażarcie bronił w Londynie, które wyniósł cało z pożogi wojennej, z którego nic nie uronił. Wczoraj pod naporem komunizmu padły Indochiny, dziś trzeszczy w posadach całe imperium zamorskie wielkiego narodu.

Czym jest komunizm wobec wiecznej Francji? – odpowie dumnie de Gaulle. „Minie komunizm, a Francja nie minie” – pisze w swych pamiętnikach. De Gaulle, rycerz błędny wojującego zakonu (dziś nieco zbłąkany), wierzy w posłannictwo swej ojczyzny, w dziejową drogę górnych przeznaczeń, która zapewni jej wieczny prymat wśród narodów, wierzy w wielkość Francji i przyszłą jej chwałę. Piękna to wiara i bardzo nam bliska. Niestety, nie jest ona powszechna – nawet między jego rodakami.

Juliusz Sakowski.

——–
*) Charles de Gaulle. Mémoires de Guerre. L’Appel. 1940-1942. Paryż, Plon, 1954; str. 4nl. i 680 i 4nl. i tabl. 1.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close