Dwie koncepcje wojny

Historia, jak stary filister, ma swoje ulubione przymówiska, przeróżne „mocium panie”, nad których obiektywnym sensem już dawno przestano się zastanawiać, mimo że ten sens wcale nie jest bezsporny. Owszem, powinien stać się ogniskiem sporu o prawdę przeciw banałowi, bo niedobrze jest mieć głupstwo za punkt wyjścia dla różnych bardzo pretensjonalnych ideologii, w których się kochają narody.

Oto jeden z najpopularniejszych szlagierów, godny żeby go obejrzeć z bliska: mówi się u nas, że Anglicy traktują wojnę handlowo. Okaże się, że to niedalekie prawdy, choć głupio sformułowane. Ale w tym dosyć niewinnym sformułowaniu tekst ma za sobą niedopowiedziany a ważny przydatek uczuciowy, mianowicie – pogardę. Innymi słowy, Anglicy, to „tchórze”. I rzeczywiście bucha pogardą do t.zw. Dżeków dobra rasa Polonusów, kwaterująca dziś po całej Europie. Sympatie i niechęci grup narodowych są zwykle naiwne i niewytłumaczone, jak uczucia dzieci, więc można je pominąć wyrozumiałym uśmiechem. Jednak niebezpieczna jest pomimowolna koncepcja świata, która się za nimi kryje. W tym polskim wypadku, poza wzgardliwą opinią o angielskiej wojnie na handlowo, stoi własna koncepcja wojny, rzekomo zaszczytniejsza i lepsza. Jakaż to?

Atak husariiNie ma analogicznego szlagierą, który by ją na poczekaniu wyłożył. Ale wisi ona w powietrzu dziejów, dmucha nam w twarz, wichrzy myśli – i czas, aby tę wichrzycielkę sprowadzić na grunt intelektualny. Polacy traktują wojnę jako okazję do bohaterstwa, w którym czują wartości same dla siebie. Bohaterstwo jest tedy podmiotem i    istotą, osobowością twórczą, wojna – jej managerem, stwarzającym warunki dla występów. Zabawne zjawisko, że my nigdy ani w podręcznikach, ani w powieści, ani w marzeniach nie śledzimy historii wojen, a tylko zawsze historię bitew. Rasa fizyczna, temperament – zawsze różniły Polaków i Anglików w dziedzinie wojennej. Ale kiedy się wydaje, że te automatyczne niejako różnice wyrosły dziś w rozmiarach patologicznych, przekroczyły ramy anegdoty, wtedy trzeba poszukać, sprawdzić i wyjaśnić sprawę z punktu widzenia praktyki zbiorowego życia.

Niewątpliwie, są wyjaśnienia historyczne. Kult bohaterstwa wyrósł u nas przede wszystkim na tle ciągłego pokonywania przez jednostkę warunków notorycznie źle zorganizowanej walki narodowej. Nie wiem, jak daleko trzeba się cofnąć – pominąwszy wspaniale, jako państwowe przedsięwzięcie, zrobione wojny Batorego – żeby znaleźć w Polsce rozsądną, wyczerpującą organizację walki orężnej, w zakresie nie tylko wojny ale choćby bitwy. Okropna jest u nas tradycja wojen sarmackich, podobnych tumanowi kurzu, jaki unosił się z dróg, po których ciągnęły tłumy szlachty na szarabanach i kolasach. Trudno wciąż patrzeć na historię jak na kolorowy obrazek. Nie można się oprzeć patrzeniu na historię jak na akumulator zmarnowanego czasu, rozładowujący się dziś klęską. Wojny szlacheckie ustalały przez kilkaset lat normy dzisiejszej polskiej wojny, a głównie przyzwyczaiły do tej bezlitosnej normy, że zapał i patriotyzm mają stanowić równowartość organizacji i metody.

Po utracie niepodległości, warunki wydania walki zbrojnej już siłą okoliczności były wypaczone. Ale nawyki, o których mówię, znakomicie pomogły rozwojowi tych tragicznych warunków walki, głównie niedoborowi środków materialnych, jaki towarzyszył wszystkim polskim powstaniom, od konfederatów z Baru aż do Warszawy sprzed wczoraj. Ten sam rodowód ma chroniczna taktyka powstań, urodzona zresztą za czasów gdy Rzeczpospolita mogła lekko wystawić najliczniejszą armię w Europie: taktyka, zasadzająca się na ulubionej „walce z przemocą wroga”, na notorycznym zmaganiu się garstki strzelb przeciw burzy dział, co nie zawsze było usprawiedliwione koniecznością. (Wydaje się, że taka konieczność w teorii wojskowości wogóle jest nonsensem). Ataki ułanów polskich na niemieckie czołgi, rzecz zupełnie niepojęta, są nowoczesną esencją tych nałogów taktycznych, które wielekroć w baśni i literaturze wielbione, stanowią dziś pierwszą lekcję strategii dla naszych niedorostków z przedszkola. Idee oryginalne – to wszyscy inni taktycy świata dochodzili zawsze do koncepcji wręcz odwrotnej, starając się masować swoje siły na odcinku, gdzie przeciwnik jest najsłabszy. Pragnę wskazać na oczywistą acz może niespodzianą prawdę, że kult bohaterstwa zabija zasadniczo kult myśli.

Ponoć Polak jest najlepszym żołnierzem, czego nie przyznaje się tak chętnie Anglikowi. A jednak, to nie my, ale Anglicy znają sekret wojny, wyrwali jej duszę, spojrzeli w oczy i traktują ją jak należy. Ich stare normy, różne od naszych, mówią : wojna jest bezsprzecznie funkcją polityki i tylko jej funkcją, nie jest żadnym z tych złożonych stanów szczególnej aktywności duchowej, jak komponowanie poematu czy gra aktorska, które teoretycznie są stanami psychopatii. Prowadzenie wojny może wymagać od dowódców genialności, od żołnierzy odwagi i poczucia obowiązku, ale stosunek do wojny nie powinien być aktem psychopatycznym. Na to zakrawa częste nadawanie wojnie sztucznej rangi moralnej, robienie z niej ołtarza natchnień i ofiar. Wojna ma w sobie o tyle pierwiastki moralne, że wojnę robią ludzie, istoty moralne: poza tym jest imprezą państwową i nie ma żadnego sensu abstrakcyjnego. Z drugiej strony jasne jest, że jeżeli wojna według kategorii politycznych stanowi funkcję interesu państwowego, to według kategorii ludzi prywatnych jest po prostu złem, klęską, nieszczęściem i zaprzeczeniem wartości życia. Z tych dwu ogniw składa się najpełniejsze, humanistyczne określenie wojny. Jakież wobec tego obowiązują wnioski praktyczne?

Tak dla dobra państwa jak i ludzi prywatnych trzeba zrobić z wojny skuteczne narzędzie swego celu; trzeba ją jak najprędzej skończyć, innymi słowy: wygrać ! W takim razie bitwa staje się tylko jednym z elementów. Ich synchronizacja prowadzi do wygrania wojny. Mam wrażenie, że najjaskrawsza różnica między nami a Anglikami polega na umiejętności odczucia właściwej hierarchii rzeczy u Anglików, a na braku tej błogosławionej umiejętności u nas. Element nie może być wynoszony do skali wyższej, niż logiczny sens całości. Na tym się opiera sztuka życia, tak jak w ogóle sztuka. Bitwa nie jest bożkiem wojny, ale ordynansem. Można przegrać bitwę, trzeba wygrać wojnę. Anglicy są podobni do artysty, inteligentnie komponującego dużą płaszczyznę obrazu ; my w ogóle nie jesteśmy podobni do artysty, raczej do chłopców, strącających kamieniami wronie gniazda na sośnie. Tyleż w nas mieszka chwilowego szczęścia i upojenia, co w duszy tych chłopców włóczących się po lesie – i tyleż w nas jest absurdu i nieporozumienia społecznego, co w istnieniu tych nieporządnych sowizdrzałów.

Z tych założeń ogólnych rodzi się typowy stosunek obu stron do szczególniejszych sytuacji wojennych. Anglicy, nie znając zasady zastępowania organizacji oryginalną instytucją bohaterstwa, nie mają w rezultacie zbyt wiele zrozumienia dla nadprogramowych, jeśli tak można powiedzieć, szaleństw walczącego żołnierza czy oddziału. Co innego konieczność oporu, który w konsekwencji gwarantuje to czy inne powodzenie wojskowe. Stąd powolny, przemyślany, wyzuty z ryzykanctwa rytm wojennej machiny angielskiej. Kult potencjału materialnego i troskliwe zbieranie elementów, tworzących prawidłowe dzieło wojny. My raczej pogardzamy potęgą materialną. Ileż razy -między wierszami książek, w samochwalstwie żołnierskiej wiary – odszukać można tę niechęć: „… To nie sztuka z taką masą żelastwa, ale tak jak my, z gołymi rękami”… Uczucia bardzo swoiste, nie wynikające z poszanowania inteligencji. Podczas gdy Anglicy organizują cały czas zwycięstwo, my organizujemy turniej bohaterstwa.

Słyszałem, że kiedyś polski dowódca na którymś z włoskich odcinków dostał rozkaz zdobycia pozycji nieprzyjaciela w ciągu 48 godzin. Podobno dowódca polski odpowiedział, że pozycję sforsuje w ciągu 12 godzin, i uczynił to rzeczywiście, z wielką chwałą swego oddziału, straciwszy 40% stanów. Przypuszczam, że w sztabie angielskim wzruszono na to ramionami z podziwem niekoniecznie aprobującym : według ich obliczeń, dla ruszenia całego frontu, zdobywanie tej pozycji na hurra było całkiem zbyteczne. Polak prawdopodobnie pomyślał, że oto wybiła godzina szlachetnego, w jego mniemaniu, popisu – i dał krwawe przedstawienie. Duma?…

Naiwność i pomyłka. Front wielkiej wojny między emocjonalizmem a intelektualizmem toczy się przez wszystkie dziedziny historii Polski. Chciałbym kiedyś napisać książkę o rozwoju naszej sztuki, ujętą z tego punktu widzenia. Można by również taką samą książkę napisać o dziejach dyplomacji polskiej. (Czyż nie dziwna to okoliczność, iż nasza polityka i dyplomacja znajduje, bo rzeczywiście znaleźć może, całkowity wyraz w wierszach publicystycznych Hemara?). W ogóle możnaby zrobić interesujące studium o kulturze polskiej pod kątem prymatu emocji nad intelektem. Byłoby to trafniejsze postawienie kwestii, niż zwykłe przeciwstawianie rzekomego idealizmu polskiego materializmowi. Tylko w kategoriach wulgarnych człowiek sentymentalny nazywany jest idealistą. Jeżeli słowa mają prawo domagać się, by stosowano ich godziwe znaczenie, to idealizm przedstawi się jako tryumf pryncypialnego myślenia, dziedzina inteligencji – i w takich warunkach trudno mianować polską kulturę idealistyczną. To Anglicy są idealistami.

W zeszłym roku jakiś dziennikarz amerykański zwiedzał ruiny Warszawy i zdawszy sobie sprawę z całkowitości zniszczenia tego miasta, zdziwiony zapytał: „Czemuż, zamiast grzebać się w tych cegłach, nie odbudujecie stolicy w innym miejscu?”. Odpowiedziano mu dosłownie: „Wolimy umrzeć, niż zmienić miejsce naszej stolicy”. (Jak dziecko zaczyna każde zdanie od wstępnego słówka „bo”, tak Polak co drugą myśl buduje od charakterystycznego: „wolę umrzeć”…) Odpowiadając tak, warszawiacy czuli zapewne dreszcz dumnego wzruszenia ; potem ich odpowiedź była powtórzona przez radio, i słuchający na wszystkich krańcach świata rodacy uczuli taki sam spazm dumy. Ciekawa jest analiza tych wzruszeń. Bo o cóż chodzi? Przejmuje nas smutną pychą dowód tak silnego przywiązania do pewnego miejsca, uznanego za sanktuarium narodowe, z zaszczytną nonszalancją pogardzamy materialnymi przeszkodami. Cieszy nas pewna nadwyżka pasji irracjonalnych w stosunku do rzekomo płaskich miar praktyczności.

Wolimy dziesiątki lat zbierać popioły Warszawy i czynić nowy dom nad piwnicą starego grobu, gdyż tkwi w nas coś z dzieci nie rozumiejących niebezpieczeństwa śmierci, ale lubiących bajki o strachach. Odwróćmy sytuację. Jeżeli istotnie, jak się wydało dziennikarzowi amerykańskiemu, odbudowa Warszawy jest przedsięwzięciem beznadziejnym, obliczonym na szeregi lat, hamującym rozpęd urbanistyczny – to czy postawienie nowej stolicy na innym miejscu nie byłoby prawdziwym tryumfem nowoczesnej duszy, której ambicją nie jest licytowanie się we wspomnieniach, ale znalezienie praktycznych podstaw dla udanego życia ludzkiego? Tak mówił Brzozowski: o przyszłości się nie marzy, przyszłość się tworzy.

Zbieram te nudne rewelacje charakterologiczne, bo wyrażają one system dziwnych skłonności, bynajmniej nie zmierzających ku humanistycznym celom życia. Tymczasem nad głową huczy niebo, rozpięte wszystkimi tonami głosów i barw, pod niebem walą się najpiękniejsze drzewa człowieczej myśli: w tym czasie burzy jakże niepokojąca jest sowizdrzalska konduita polska, rozbiegana za majakami i niesolidarna z obecnym stanem świata, który dla swego ocalenia zdaje się koncentrować wszystkie aktywa świadomości.

Aż chciałoby się krzyknąć ze złością, stojąc oto na skraju tak wielokrotnej, zbiorowej i prywatnej, klęski: zacznijmy myśleć! Nie umieranie, ale myślenie jest najszlachetniejszą funkcją życia.

Zbigniew Florczak.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close