Konstanty i jego Izaak

W tygodniku nowojorskim „The Reporter” z 10 stycznia b.r. ukazał się artykuł lsaaca Deutschera p.t. „Rokossovsky: Pole or Russian?”.

Deutscher opowiada że w początku października ub.r. odwiedziło go dwóch polityków („starych znajomych i przedwojennych towarzyszy”) aby porozmawiać na temat położenia w Polsce. Na samym początku rozmowy Deutscher zadał swoim gościom pytanie: „Jakie stanowisko zajmuje w całym konflikcie armia? Jak myślicie, co zrobi Rokossowski?” Wypadek w samej rzeczy niezwykły: największy spec na kuli ziemskiej od spraw sowieckich, biograf Stalina i Trockiego, poniża się do zadawania pytań dyletantom i amatorom!

Rozmówcy Deutschera nie mieli wątpliwości że Rokossowski się nie ruszy. Jak się okazało, przewidywali słusznie, i Deutschera to nie zdziwiło. Albowiem – jak pisze – Rokossowski był jednym z najautentyczniejszych antystalinistów w Polsce, antystalinistą o wiele starszym niż np. Gomułka. Nikt bowiem nie miał większych powodów do nienawidzenia Stalina niż Rokossowski. Jako jeden z najbliższych Tuchaczewskiego został aresztowany w r. 1937, torturowany, wsadzony do więzienia ze zwykłymi kryminalistami i zesłany do obozu koncentracyjnego.

Istotnie, człowiek znienawidziłby sprawcę tego wszystkiego. Ale komunista – niekoniecznie.

Rokossowski – ciągnie Deutscher – nie załamał się. Mniej go obchodziła krzywda osobista niż szkody wyrządzone przez czystkę czerwonej armii. „Leżąc na pryczy więziennej, Rokossowski raz po raz rozpamiętywał złożone gry strategiczne i operacyjne którymi Tuchaczewskij zaprzątał swoich oficerów sztabowych”.

Zastanawia wprawdzie skąd Deutscher wie, o czym myślał Rokossowski leżąc na pryczy więziennej, skoro jednocześnie zaznacza że „nawet dziś unika on rozmowy o swoich tamtejszych doświadczeniach”, ale przejdźmy nad tym drobiazgiem do porządku.

Po powrocie do łask Stalina, Rokossowski odegrał doniosłą rolę w wojnie niemiecko-rosyjskiej. Nie dane mu było jednak pogodzić się z rodzinną Warszawą, do której bram wraz z Tuchaczewskim już raz stukał na próżno w r. 1920: Stalin zakazał mu udzielenia powstańcom pomocy.

Kreśląc przebieg powstania Deutscher idzie za znanymi wzorami, twierdząc że na czele powstania stanęli antykomuniści, którzy chcieli pokonać Niemców bez pomocy Sowietów i wyprzedzić Rokossowskiego. Dopiero gdy się to nie udało, zaapelowali do Rosjan o pomoc. O tym że radio moskiewskie wzywało mieszkańców Warszawy do chwycenia za broń, nie ma u Deutschera ani słowa, a chociaż zaznacza że powstańcy byli przekonani iż Stalin celowo wydał Warszawę na zagładę Niemcom, ale z relacji Deutschera wcale nie wynika że on to niecne przekonanie podziela; wprost przeciwnie, skwapliwie przytacza dwie wersje o trudnościach strategicznych armii sowieckiej.

Po ukończeniu wojny Rokossowskiego spotkał zaszczyt nielada: poprowadził defiladę czerwonej armii na Krasnej Płoszczadi. Ale niebawem znowu spotkała go niełaska: honorowa zsyłka do stolicy satelickiego państwa. Tu Deutscher wyszydza tych wszystkich na Zachodzie którzy przypuszczali że powierzenie Rokossowskiemu dowództwa armii polskiej było objawem zaufania ze strony Stalina. Jak widzimy, dla historiografa Deutschera bagatelką nie godną uwagi jest fakt że funkcje „wicekrólów” polskich sprawowali w absolutystycznej Rosji dwaj bracia panujących carów oraz jeden z największych wodzów rosyjskich XIX wieku i że Polska dla każdej Rosji jest zwornikiem sklepienia, który trzeba najtroskliwiej ochraniać (że jest tym zwornikiem, Poznań i jego konsekwencje dowiodły wymownie).

Puszczając już pełne wodze fantazji Deutscher pisze że także Polacy padli ofiarą nieporozumienia. Potraktowali Rokossowskiego jako stalinowskiego stupajkę (watchdog), zrusyfikowanego Polaka, rusyfikatora, Moskala i arcyzdrajcę, podczas gdy Rokossowski, mimo długiej służby w Rosji, pozostał w każdym calu Polakiem.

Rokossowski nie rusyfikował armii polskiej, nie przebrał jej w mundury rosyjskie, nie sprowadził doradców Rosjan, w październiku zachował się lojalnie – i za to wszystko spotkało go straszliwe upokorzenie: dymisja z rąk Gomułki.

Stanowisko Deutschera w sprawach polskich jest dostatecznie znane. Tak np. w swojej monografii Stalina, wydanej w cztery lata po wojnie, traktuje rewelacje niemieckie o Katyniu jako „podrzędny incydent (obscure incident)”, wymordowanie sześciu tysięcy oficerów sprowadza do wykrycia „masowego grobu (a mass grave)”, obciąża Polaków odpowiedzialnością za poparcie oskarżenia niemieckiego, tym więcej że „były powody do podejrzenia, że Niemcy, którzy zabili miliony ludzi, sami byli winni tego uczynku”. Nieprawda: nie było żadnych powodów i z wyjątkiem Deutschera nikt na całym świecie nie miał wątpliwości że rzezi w Katyniu dokonali bolszewicy.

Po takim autorze Polacy mogli się spodziewać wyżej streszczonego imaginacyjnego żywota Konstantego Rokossowskiego. Ale jak długo jeszcze będzie Deutscher ogłupiał naiwnych poczciwców anglosaskich?

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close