„Kręcone wąsiska, wzrok dziki, suknia plugawa”…*

W zbiorach puławskich, o których była obszerniej mowa w nr. 278 „Wiadomości”, znajdował się m.in. „Medal Zasługi, srebrny, pod Waterloo dany przez rząd angielski włościaninowi polskiemu, będącemu w służbie wojskowej angielskiej, z napisem: Francis Matheo 1st Line Batt. K.G.I.”,

Skąd ów Maciek Zwycięzca spod Waterloo wziął się – podobnie jak jego następca spod Gravelotte – po stronie pogromców Francji? Nie był na pewno jak Bartek przemocą wcielony do szeregów, nie był wszakże zapewne i ochotnikiem. Należy przypuszczać że dostawszy się do niewoli angielskiej, może podczas kampanii hiszpańskiej, i znalazłszy się w położeniu bez wyjścia, przystał na propozycję zaciągnięcia się pod sztandary króla Jerzego III.

Niestety, nie ma do tej pory źródłowego opracowania udziału Polaków w wojnie na półwyspie pirenejskim: rzecz Zygmunta Lucjana Sulimy (Walerego Przyborowskiego) „Polacy w Hiszpanii 1808-1812″ (Warszawa 1888) jest niekrytyczna. Ale w pamiętnikach przechowały się wzmianki o zapasach polsko-angielskich w Hiszpanii, o zwycięstwach i porażkach, o epizodach tragicznych i zabawnych intermediach.

Rzecz prosta, nieprawdziwe jest twierdzenie znakomitego żołnierza napoleońskiego, gen. Marbot („Memoires”, t. II, Paryż 1891), że Polacy „przechodzili w tak wielkiej ilości do szeregów armii angielskiej, zawsze dobrze płatnej i żywionej, iż Wellington uformował z nich sporą legię (une forte légion), która bez ceregieli (sans façon) biła się z Francuzami”.

Marbot przesadza, by tym bardziej podkreślić czarną niewdzięczność Polaków, którzy nie bacząc na swoje przeniewierstwo w Hiszpanii, tyle potem krzyczeli o swoim przywiązaniu do Francji. Marbot Polaków nie lubił, ostro krytykował ich zachowanie się w czasie wyprawy na Moskwę, wyrzucał im apatię i powolność, twierdził że w ogóle nie mają o sztuce wojennej najmniejszego pojęcia, przyznawał im tylko jedną zaletę, ale zaletę posiadaną przez nich w stopniu najwyższym: dzielność i odwagę.

Lecz choć Marbot jest stronniczy, trudno zaprzeczyć że wskutek zmiennych kolei wojny Polacy na półwyspie pirenejskim bili się nie tylko w mundurach francuskich (quasi polskich) ale i w angielskich.

„…BO KAŻDEGO GŁÓWKA BYŁA ŚLICZNIE ODCIĘTA NOŻEM”…

Pierwszego kontyngentu dostarczyły niedobitki z Haiti po katastrofie r. 1803. A. M. Skałkowski („Polacy na San Domingo 1802-1809″, Poznań 1921) podaje relację jednego z Polaków, według której, gdy Murzyni weszli do Jerémie, „znalezionym Francuzom łopatami głowy na pieńku poucinali a Polaków oddali Anglikom, którzy ich zaraz ubrawszy w swoje mundury, kurtki polskie i cały ich ubiór i uzbrojenie oddali Murzynom”. Po polsku przyodziane powstańcze oddziały murzyńskie widziano następnie wśród wojsk oblegających Francuzów w Cayes. Jeńców, po ograbieniu oficerów z mienia, transportowali Anglicy na Jamajkę do Port Royal, Spanish Town i Kingston. Cywilom od razu pozwolono wyjechać, chorych odesłano do Francji, oficerów wypuszczano na „parol” do czasu wymiany jeńców (w ten sposób wydostali się między innymi Blumer (O’Blummer); Żymirski; słynny Bogusławski, nie Ludwik, dowódca czwartaków, ale Jakub, wsławiony swymi sześćdziesięcioma pojedynkami i unieśmiertelniony przez Sienkiewicza w „Legionach”; Bolesta; Kazimierz Małachowski, uznany przez Anglików za „niebezpiecznego burzyciela spokojności”), żołnierzy namawiano do służby angielskiej, przy czym zdarzało się że namowy zaprawiano biciem i morzeniem głodem. Tam podobno zmuszono 352 ludzi do wstąpienia do 63-go pułku angielskiego, użytego na Curaçao. Ale nieszczęśni Polacy, jakby nie było dosyć potwornego wyrzynania się w kampanii antylskiej r. 1803 (sceny, opisane w książce „History of the Island of St. Domingo” (Londyn 1818), przypominają walki Kartagińczyków z barbarzyńcami w potężnej powieści Flauberta „Salammbô”), rzucani byli potem przez Anglików do walki z Francuzami, którzy trzymali się w różnych punktach San Domingo do r. 1810. Jak opowiada w swoich „Pismach” (Lwów 1843) Franciszek Wiktor Dmochowski, koledzy ostrzegali żołnierzy polskich w Hiszpanii: „Jeżeli przypadkiem dostalibyście się w niewolę, nie czekajcie aż was odeślą do Kadyksu lub Gibraltaru, tam byście przepadli: gdyż stamtąd zaraz Anglicy odsyłają niewolników do St. Domingo lub Jamajki”.

(Ów Dmochowski, który był „wachmistrzem w wojskach pięciu różnych mocarstw” a w czasie kampanii hiszpańskiej „dostał bagnetem od szkockiego grenadiera”, osiadł później w Przemyślu, gdzie zajął się krawiectwem i pisaniem listów miłosnych „do kochanek i kochanków od kochanków i kochanek pisać nie umiejących”; z tych zarobków zbudował sobie domek. A. E. Koźmian, który w poszukiwaniu starych druków trafił przypadkowo do Dmochowskiego i zainteresował się jego twórczością, pisze malowniczo że „lepiankę Dmochowskiego wzniosły, że tak powiem, westchnienia, łzy, miłośne oświadczenia i przysięgi rozkochanych”. Koźmian wydał wspomnienia Dmochowskiego a dzięki staraniom arystokratycznego komitetu „kolektorów i kolektorek”, w którym reprezentowane były najlepsze nazwiska polskie, w ciągu kilku dni rozeszło się w przedpłacie tysiąc egzemplarzy).

GUBERNATOR, CZŁEK LUDZKI…

Nie zawsze jednak kończyło się na San Domingo. Wspomnienia Jędrzeja Dalekiego, żołnierza z 9-go pułku Księstwa Warszawskiego, – na starość stróża nocnego, – spisane dwukrotnie: raz przez Szymona Baranowskiego (Lipsk 1857), drugi raz, bardziej szczegółowo, przez jego syna ks. Dalekiego (Poznań 1864) – uwydatniają humanitaryzm i współczucie dla niedoli tak charakterystyczne dla narodu angielskiego. Kiedy Dalekiego wraz z innymi Polakami, wziętymi do niewoli przez Hiszpanów, przyprowadzono przed oblicze „gubernatora angielskiego” w Alicante, ten „począł okropnie pluć Hiszpanom w oczy”, powtarzając: „Wy nie wiecie co to za ludzie! – Oni nie mają swej Ojczyzny, swego króla – służą więc innym, a służą wiernie. Oni głównie przyczynili się Francuzom że tyle bitew wygrali! To naród szlachetny, bitny. To lud katolicki, a wy katolicy takeście ich obdarli? Godziż się z żołnierzem w niewoli tak postępować?”

W rezultacie Polacy dostali od Anglików po koszuli i po 5 franków, po czym przewieziono ich do Gibraltaru a stamtąd kolejno do Portsmouth, Cumberland, Leamington (Lamenton) i Harwich (Arycz). Otrzymali ubrania, ponadto codzień otrzymywali po 9 pensów, pół funta mięsa, funt chleba i świeże fajki. W niedzielę nie wolno było palić, co wywołuje zachwyt Dalekiego: „Mój Boże, ten lud angielski nie katolicki, a jednak jak on to obserwuje święto, a u nas katolicy nie boją się Boga, jeno w niedzielę lub święto nie tylko że fajki palą, ale pracują!”.

Anglicy obchodzili się z jeńcami bardzo grzecznie, lecz wszystko robili „aby nas zwerbować – chcieli nas nawet w Anglii pożenić, bylebyśmy tylko zostali”. Wielu przyjęło tę służbę, ale Daleki i jeszcze kilku nie dali się namówić. Posłano ich na Świętą Helenę, proponowano wyjazd do Indii, w końcu komendant wzruszył się ich dolą i odesłał do Hanoweru. Tu Francuzi spalili im wszystko co dostali od Anglików i zamknęli na dwa tygodnie w areszcie jako podejrzanych o dezercje. „Nie dosyć było biedy od cudzych, trzeba nam było jeszcze cierpieć od swoich”…

Potem przyszła kampania rosyjska. Tu ci, co przybyli z Hiszpanii, nie byli pod polską lecz zawsze pod francuską komendą, a zasady strategiczne Francuzów były proste: „Kiedy przyszło nacierać na nieprzyjaciela, to nas naprzód postawili, a kiedy armia rejterować musiała, to nas w tyle zostawiano, zawsze tam gdzie największe było niebezpieczeństwo”.

ANGLICY MĘSTWO CENIĆ UMIEJĄ…

Z bitw na półwyspie, w których Polacy ścierali się z Anglikami, najważniejsze były, według „Pamiętników moich w Hiszpanii” (Warszawa 1845) Kajetana Wojciechowskiego, bitwa pod Talaverą (lipiec 1809) oraz pod Albuerą (maj 1811). Pod Talaverą, po natarciu Polaków, na rozkaz marszałka Victora „w mgnieniu oka kawaleria angielska straciła szyk bojowy i zniesiona została”, pod Albuerą rozbito trzy pułki angielskie, wzięto 1000 jeńców i 6 armat. Podobno sami Anglicy stwierdzali: „Polacy zaczęli tę bitwę, utrzymali i z największą chwałą skończyli”, a pułk, w którym Wojciechowski służył, 7-y szwoleżerów francuskich (przedtem 1-y ułanów legii nadwiślańskiej), przezywany „Los Infernos”, cytowany był w angielskich rozkazach dziennych. Przyborowski podaje że kiedy pod Fuentes de Onoro koło Ciudad Rodrigo parlamentarzowi angielskiemu, lordowi Gordonowi, marszałek Masséna powiedział, wskazując na por. Józefa Załuskiego: „Jutro będziecie mieli z tymi do czynienia”, ten miał odpowiedzieć: „Znamy ich współrodaków, są oni waleczni, ale zanadto śmiali”.

Por. Wincenty Płaczkowski barwnie opisuje w swoich „Pamiętnikach” (Żytomierz 1861) wygląd grenadierów szkockich: „Umundurowani dość pięknie byli; na głowie bermyca z pąsowym wierzchem, z kordonami włóczkowymi pąsowymi, przyozdobiona kutasami; nad czołem blacha mosiężna, na której wybity lew z napisem: „Grenadiery Szkockie, Wielkiej Brytanii”. Pióra za bermycami takoż pąsowe. Bermyce mieli ze skóry psów morskich; mundury także pąsowe z kołnierzami i rabatami czarnymi, taśmami białymi oszyte, fartuszki zielone w kratki bardzo krótko fałdowane nie dochodzące do kolan, dalej nogi gołe, a w miejscu trzewików podeszwy plecione z szpagatu, do których był przyszył kawał sukna pąsowego, jeden mały na pięść długi na palcach, dalej z pąsowej wełnianej tasiemki oplot w siatkę do kolan sięgający i na fontaż zawiązany; z daleka patrząc na ten pułk stojący, wydawało się jakby w nankinowych szamoa spodniach byli ubrani”.

Grenadierzy szkoccy rozsiani byli „w ogrodach oliwnych i po winogradnikach”, „kolor pąsowy przebijał jak mak na pszenicy kwitnący”, „w krzakach czerwienieli jak raki”. Polacy wzięli do niewoli szefa batalionu, przy czym w walce odcięli mu policzek i wywołali zgorszenie nie świadomego zwyczajów szkockich oficera-Polaka, który łajał ich że go obdarli ze spodni. Nieporozumienie ze spodniami wyjaśniło się szybko, Szkota napojono winem a chirurg „policzek mu przyhaftował”. Wśród jeńców (cały batalion „bez spodni”) znalazło się 120 Polaków z San Domingo.

Pod Ciudad Rodrigo marszałek Bessiéres zakomenderował: „Oto Polacy, macie pułk huzarów angielskich; widzicie tam wokoło tej małej wioski. Teraz konie porozsiodływali i chędożą, uderzcie śmiało”. Polacy uderzyli i kilkunastu schwytali.

Pod Badajoz znowu poszedł w rozsypkę cały niedoświadczony świetnie umundurowany pułk, „usztyftowany z samej młodzieży londyńskiej”, przy czym z piersi Anglików wydzierały się raz po raz okrzyki „Goddam Polonais!”.

Ale prawdziwym „Goddam” stała się dopiero Fuengirola.

…GDY BLAYNEY JENERAŁ…

Po Somosierze największym sukcesem polskim w kampanii hiszpańskiej była Fuengirola, która – jak podnosi Przyborowski – „miała zabłysnąć niezwykłym piorunowym światłem w dziejach naszej wojskowości”.

Fuengirolę, nędzną forteczkę hiszpańską w okolicach Malagi, obsadził w październiku 1810 na czele 150 ludzi kpt. Franciszek Młokosiewicz. Miał on do rozporządzenia dwa działa 2-funtowe i dwa 16-funtowe, ale nie miał do nich początkowo obsługi, ponieważ kanonierzy hiszpańscy uciekli. Tymczasem z Ceuty wyruszyła eskadra okrętów angielskich, na których znajdowało się 1500 ludzi, w tym dezerterzy niemieccy, włoscy i… polscy, pod komendą gen. Blayney; wyprawa miała na celu zajęcie Malagi. Manewr polegał na pozorowaniu ataku na Fuengirolę, a gdyby załoga Malagi wyruszyła jej na pomoc, Blayney miał uderzyć na Malagę. Mimo że Malaga została ogołocona z wojsk, Blayney pozostał pod Fuengirolą, bombardując ją bezskutecznie przez dwa dni. Młokosiewiczowi pośpieszyli na odsiecz por. Chełmicki z Mijas i szef batalionu Bronisz z Alhaurinu. Załoga dokonała wycieczki, w rezultacie Blayney, utraciwszy kilkudziesięciu ludzi w zabitych i rannych, dostał się wraz z 7 oficerami oraz 200 sierżantami i szeregowcami do niewoli, reszta Anglików – w przeciwieństwie do pułku hiszpańskiego, który nie stracił głowy i załadował się na okręty -uciekła w popłochu. Gen. Campbell pisał do lorda Liverpoola z Gibraltaru że Blayney „utracił honor i pole”, W. F. P. Napier w t. III swojej „History of the War in the Peninsula” (Londyn 1831) również nie szczędzi Blayneyowi ostrych słów, dowodząc że okazał on najdalej idące lekceważenie dla zasad sztuki wojennej i że przez swoją nieumiejętność przeobraził wyprawę, która mogła skończyć się zwycięstwem, w „klęskę i hańbę”.

Lord Blayney („Narrative of a Forced Journey through Spain and France as a Prisoner of War in the Years 1810 to 1814″, t. I, Londyn 1814) pozostawił dokładny opis nie tylko swej porażki, ale również straszliwych despektów, jakich doznał od Polaków, „okrutnych banditti”, którzy z miejsca obrzucili go najbrudniejszymi obelgami, podarli na nim mundur, usiłowali zedrzeć mu szlify, ograbili, pobili kolbami.

„… KRĘCONE WĄSISKA, WZROK DZIKI, SUKNIA PLUGAWA”…

Kpt. Młokosiewicz powitał Blayneya nową porcją wymysłów, zapytując jak śmiał wzywać go do poddania się. Tego co się działo Blayney nie zapomni do końca życia. Otoczyli go „oficerowie i żołnierze, którzy mieli wygląd zdecydowanych na wszystko (desperate) banditti, opisywanych w romansach; długie wąsy, twarze sczerniałe od dymu i prochy, zakrwawione i wystrzępione suknie dodawały całemu ich wyglądowi nieopisanej dzikości”.

Biedny Blayney, któremu dokuczały guzy i siniaki, stanął na wałach fortecy i oddał się melancholijnym rozmyślaniom na widok okrętów angielskich „Rodney”a i „Topaz”a, których Fuengirola nie przestawała ostrzeliwać. Oto niedawno zasiadał do stołu w towarzystwie przyjaciół, pełen chęci służenia ojczyźnie, dzisiaj jest jeńcem, a w dodatku nie wie jak ojczyzna oceni jego działania.

Z tych rozmyślań wyrwał Blayneya Młokosiewicz, uderzając go gwałtownie po ramieniu i wołając: „Allons, camarade, venez boire un coup d’eau de vie; vous n’êtes pas chez vous!”. Po czym zabrano Blayneya do sali, gdzie wszystko znajdowało się w nieładzie i gdzie oficerowie i żołnierze, pomieszani ze sobą, raczyli się „agua ardiente”. A tymczasem raz po raz różne szelmy (ruffians) zjawiali się objuczeni łupami, zabranymi jeńcom, albo poprzebierani w suknie, zdarte z trupów, przy czym każde wejście tych rabusiów (plunderers) było witane oklaskami przez „bravos” z całego towarzystwa. Aby okazać Blayneyowi swoje przyjazne uczucia, od czasu do czasu jeden z „banditti” podchodził do niego, klepał go po plecach i wołał: „Allons, camarade, buvons, buvons!”. To poklepywanie urażało guzy i siniaki Blayneya, ale musiał cierpieć w milczeniu i popijać „agua ardiente” z wodą, tym więcej że była to pierwsza rzecz jaką miał w ustach od 24 godzin.

Męki Blayneya skończyły się kiedy przeniesiono go do Mijas. Tam w domu hiszpańskim dostał octu do przemycia guzów i siniaków, oraz jaj do zjedzenia, a w oczach opiekujących się nim Hiszpanek kręciły się łzy.

Słowem, jak Guliwer w Brobdingnag, krainie olbrzymów, Blayney znalazł także swoją opiekunkę i pocieszycieIkę w postaci hiszpańskiej Glumdalclitch.

Na napaść Blayneya odpowiedział kpt. Młokosiewicz w swoim „Wspomnieniu z wojny hiszpańskiej w r. 1810″, wydrukowanym w „Bibliotece Warszawskiej” w r. 1842. Młokosiewicz dowodzi że potraktował jeńca uprzejmie zapytując go „tonem łagodnym i z delikatnością, jaki był jego stopień”, że w najlepszej wierze proponował mu do wyboru wódkę i malagę, bo niczego innego w fortecy nie było, i że Blayney sam wybrał wódkę, że na prośbę Blayneya o wodę do wódki odpowiedział żartobliwie iż czyni tym zniewagę swemu narodowi, skoro „Anglicy i Polacy są dwa narody w Europie słynące z tego iż jeżeli się dobrze biją, to także i nieźle piją”, że ofiarował Blayneyowi wypoczynek na swoim własnym łóżku, że oficerowie nie pozwalali sobie na żadną poufałość wobec Blayneya, że rozstali się serdecznie, że Blayney, osobiście mężny, nie chciał się poddać i ranił kilku żołnierzy, stąd „grubiański postępek” na początku, ale że pozostał przy szlifach i zegarku. (Widać zegarki także w tamtych czasach odgrywały dużą rolę. Fredro wspomina w „Trzy po trzy” odezwanie się Kozaka do jeńca: „Co ty za oficer kiedy nie masz zegarka!”. Cytowany wyżej por. Wincenty Płaczkowski chwali się że podczas rabowania okrętu angielskiego w porcie hiszpańskim z pęku zegarków udało mu się urwać „repetier szczerozłoty”).

Najlepszym zresztą dowodem – ciągnie Młokosiewicz – że Blayney nie żywił do niego żadnej urazy, stanowi fakt że w r. 1812 gdy znajdował się on jeszcze jako jeniec w Verdun, dowiedziawszy się że Młokosiewicz ma tam przybyć, wyjechał na jego spotkanie, oświadczywszy że czyni to „w dowód szacunku, jaki dla mnie powziął od pierwszego ze mną poznania się, a zarazem dla zawdzięczenia mi za gościnne z nim się obejście w czasie dostania się do niewoli”. Za tym poszedł szereg dodatkowych spotkań, z dwoma przyjęciami u Blayneya i zaproszeniem do teatru, oraz zapowiedzi dalszych śniadań i obiadów, z czego już Młokosiewicz, zajęty sprawami zawodowymi, nie mógł skorzystać. Podczas spotkań z Blayneyem i oficerami angielskiemi, „przy szklankach ponczu prowadzono dyskursa o różnych bitwach w Hiszpanii, każdy opowiadał, gdzie był wziętym, gdzie rannym, największa liczba tych oficerów była zabrana przez ułanów polskich, których pułk wszystkim był dobrze znajomy”.

Rozważywszy godną i powściągliwą odpowiedź Młokosiewicza na oskarżenia Blayneya, trudno nie przyznać, że Blayney zblamował się dwukrotnie: i jako wódz i jako wspominkarz. Inna rzecz że gdy się ogląda współczesne portrety, okazujące w całej pełni marsowe, nieco korsykańskie i nieco albeńskie postaci Jerzmanowskich, Łubieńskich, Niegolewskich, Stokowskich, Szeptyckich, Toedwenów, nie można się dziwić że wytworny lord mógł się przestraszyć.

Nie każdy wyglądał tak po rzymsku jak Ludwik Pac.

——–
* – tytuł: Retropress.pl

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close