JERZY LUXENBURG

Kulisy pewnego morderstwa

Witold Hulanicki w swoim gabinecie jako konsul generalny RP w Londynie, 1932 rok (audiovis.nac.gov.pl)

Witold Hulanicki w swoim gabinecie jako konsul generalny RP w Londynie, 1932 rok (audiovis.nac.gov.pl)

26 lutego 1948 nieznani sprawcy wtargnęli w Jerozolimie do mieszkań dwu Polaków, – dziennikarza Stefana Arnolda i byłego konsula generalnego Witolda Hulanickiego, – wywlekli ich na ulicę, związali ręce i zamordowali charakterystycznymi strzałami w tył głowy. Przyjętym już w Palestynie zwyczajem mordercy zawiadomili „anonimowo” prasę o swym czynie. W wyniku tego gazety hebrajskie następnego dnia doniosły, że obaj Polacy byli „straceni za kontakt z nieprzyjacielem”. Do popełnienia czynu przyznała się jedna z terrorystycznych organizacji żydowskich, znana p.n. Grupy Sterna. Skąpa, kodeksowa formuła przesłanego prasie komunikatu, wiodąca swój ród od słynnej francuskiej „l’intelligence avec l’ennemi”, doprowadzonej do granic obłędu przez bolszewików, na wszelki wypadek nie zawierała konkretnych faktów. Nie wskazywała ona, z jakim to nieprzyjacielem obaj Polacy mieli pozostawać w kontakcie, – z Arabami czy z Anglikami, – oraz na czym ów kontakt miał polegać. Użyte w komunikacie słowo „stracenie” zdawałoby się wskazywać, że zamordowani Polacy byli przed śmiercią sądzeni, choćby nawet przez sąd kapturowy. W istocie zaś rzeczy Polacy przez nikogo sądzeni nie byli. To nie oni pozostawali w kontakcie z prawdziwym nieprzyjacielem narodu żydowskiego, lecz ich mordercy. Odebrano im życie nie z wyroku jakiejkolwiek żydowskiej organizacji, lecz wskutek decyzji zapadłej o tysiące kilometrów od Palestyny. Nie należy mylić sprawców mordu z podżegaczami. Zamordowanie Arnolda i Hulanickiego nie było też bynajmniej rezultatem podniecenia, które ogarnęło naród walczący o niepodległość, nie było też wynikiem „nastrójów frontowych”, fatalnego zbiegu okoliczności czy po prostu omyłki. Wszystkie te czynniki nie odegrały tu żadnej roli. Arnolda i Hulanickiego zamordowano na zimno, z całą świadomością, że popełnia się mord na niewinnych ludziach. Działano na obcy rozkaz.

Gdzie dowody na poparcie tego twierdzenia? Otóż dowody są, i to niezbite.

Sprawa Arnolda i Hulanickiego nie wybuchła bynajmniej nagle i niespodziewanie, na krótko przed ich zabójstwem, lecz była „wentylowana” przez Grupę Sterna przynajmniej na dwa miesiące przedtem. Rozpoczęło się to jeszcze w połowie grudnia 1947, w kilkanaście zaledwie dni po uchwale Zjednoczonych Narodów o podziale Palestyny, kiedy to owa terrorystyczna organizacja dopiero zaczynała się specjalizować w nagonce na Polaków, a „ludzie Andersa” jeszcze nie mieli pojęcia, że wkrótce rozpęta się przeciwko nim w Palestynie oszczercza kampania. Nie brali bowiem udziału w toczącej się wojnie arabsko-żydowskiej i żyli swoim własnym życiem. Niektórzy z nich, między innymi Arnold, zamierzali na stałe osiedlić się w Jerozolimie – zdawał się temu sprzyjać plan umiędzynarodowienia miasta. Chodzili sobie spokojnie po ulicach, spotykali się, jak zwykle od lat, ze swoimi znajomymi, Żydami i Arabami, i do głowy im nie przychodziło, że mimo doskonale neutralnego stanowiska mogą być wciągnięci do rozgrywających się wypadków.

Rozpętana przez Grupę Sterna heca antypolska zwaliła się na nich jak piorun z jasnego nieba. Chronologicznie, pierwszą zapowiedzią wypadków, które doprowadziły do zamordowania Arnolda i Hulanickiego, było najście Grupy Sterna na autora tych słów. Miało ono następujący przebieg.

18 grudnia 1947 o 6.40 pp., w mieszkaniu, w którym odnajmowałem pokój, rozległ się dzwonek. Na pytanie, kto dzwoni, dziecinny, grzeczny głosik zapytał o właścicielkę mieszkania. Nic nie podejrzewając, otworzyłem drzwi; stanęło w nich dwu młodych chłopców, którzy powtórzyli pytanie. Poprosiłem, aby zaczekali, i udałem się w głąb mieszkania na poszukiwanie gospodyni. Gdy po chwili wróciłem, stwierdziłem ze zdziwieniem, że chłopcy zniknęli. W chwilę potem do przedpokoju wpadło pięciu mężczyzn z rewolwerami w ręku, którzy obezwładnili mnie, wepchnęli do pokoju i zawiązali głowę ręcznikiem. Przy tym wszystkim skakali koło mnie jak małpy na katarynce, często repetowali rewolwery i w ogóle zachowywali się jakby ich giez ukąsił. Miałem wrażenie, że to jakieś zdjęcie filmowe, jakieś kino, które się niebawem skończy; aktorzy odłożą rekwizyty, zmyją szminkę, i wszystko się wyjaśni. Stało się jednak inaczej. W pokoju pchnięto mię na fotel i kazano czekać. Po pewnym czasie do mieszkania przybył nowy osobnik, najwyraźniej zwierzchnik poprzednich, i zaczął mię „badać”. Wywiązał się następujący dialog:

– Jakich Polaków pan zna?

– Bardzo wielu.

– Wymienić nazwiska!

– Jakie? Znam bardzo wielu Polaków.

– Podawać nazwiska po kolei!

Okazało się jednak, że „badającemu” chodziło tylko o niektóre nazwiska, niecierpliwie bowiem przerwał wyliczanie osób, zajmujących stanowiska społeczne wśród emigracji polskiej, i z wyraźnym przekąsem burknął:

– Tak, tak! Pająk, Wiśniewski, Robinson! A Hulanickiego pan zna?

– Osobiście, nie! Z widzenia, tak!

– Gdzie i kiedy go pan widział?

– Siedem lat temu pokazano mi p. Hulanickiego w jakiejś kawiarni.

– W jakiej kawiarni?

– Nie pamiętam.

– Kto pokazywał?

– Nie pamiętam.

Była to najczystsza prawda. Hulanickiego nie znałem osobiście i nigdy, nawet pośrednio, z nim się nie zetknąłem. Wiedziałem, że był on usunięty ze stanowiska konsula przez rząd Sikorskiego, że podczas wojny pełnił funkcje cenzora angielskiego w Palestynie, a po jej ukończeniu został zastępcą kierownika urzędu ciężkiego przemysłu w Jerozolimie. Po siedmioletnim pobycie w Palestynie wiedziałem, oczywiście, jakie było jego nastawienie polityczne, ale nie uważałem za właściwe dzielić się tym z „badającym” mię osobnikiem. Ten zaś upierał się przy swych pytaniach o konsula Hulanickiego i zawzięcie powtarzał je po kilka razy. Widocznie dostał z organizacji tylko ogólne polecenie zdobycia dowodów współpracy Hulanickiego z Arabami i chciał je wymusić rewolwerem. Na razie z wyraźną rozkoszą wyżywał się w roli inkwizytora. Czuć było, że jest z niej niesłychanie dumny. Mówił groźnym, sztucznie zduszonym głosem, pytania zadawał krótkim, urywanym szczekiem, do złudzenia naśladującym ton gestapowców w filmach amerykańskich. Zresztą kopiował ich w ruchach i w zachowaniu. Zaraz po wejściu do mieszkania, zobaczywszy, że jego właścicielka i jej córka nie mają zawiązanych oczu, stanął w teatralnej pozie i wskazując na nie palcem, warknął:

– Zawiązać kobietom oczy!

Byłoby to wszystko dość komiczne, gdyby nie przystawione do głowy i piersi rewolwery, które aż drżały z bojowej ochoty w rękach całego towarzystwa, będącego najwyraźniej „trigger happy”.

Po pół godzinie w badaniu nastąpiła przerwa. Inkwizytor niespodziewanie zamilkł, a po chwili, otrzymawszy prawdopodobnie jakiś umówiony znak od pozostawionej na zewnątrz warty, oświadczył przyciszonym głosem, który tym razem brzmiał raczej minorowo:

– Policja jest na schodach. Nie ruszać się i nie odpowiadać na dzwonek! Inaczej będzie tu krwawa łaźnia.

Sroga ta zapowiedź nie miała się jednak sprawdzić. Gdy po pewnych ceregielach trzech angielskich policjantów weszło do mieszkania, napastnicy pokornie podnieśli ręce do góry i dali się jak najspokojniej aresztować, uprzednio zresztą wsunąwszy rewolwery pod pierzynę jednego z łóżek. Tam znalazła je policja, w dość niespodziewanym zresztą towarzystwie zrabowanych uprzednio, a obecnie „odpalonych” przedmiotów, jak sześć chustek do nosa, dwa pióra wieczne, nóż do rozcinania papieru z jakimś ozdobnym figielkiem i kilka drobiazgów. Tych rzeczy nie udało się członkom Grupy Sterna, wyznaczonym do zdobycia dowodów winy zbrodniczej działalności „andersowców”, ukraść. Natomiast zdecydowanie lepiej powiodło się im z takimi „dowodami rzeczowymi”, jak zegarek i marynarka z mojego pokoju, te rzeczy bowiem jeden z napastników wyniósł z mieszkania przed nadejściem policji. Interwencję policji spowodowali sąsiedzi, przypuszczając że dokonano na mnie zwykłego napadu bandyckiego.

Powoli wszystko zaczęło się wyjaśniać. Okazało się, że do wiadomości Grupy Sterna doszło, iż posiadam bogate archiwum współpracy polsko-arabskiej oraz iż wiem dokładnie, kto „z andersowców” współpracuje z Arabami. Kwestionariusz, w jaki zaopatrzono p. Carla Felixsteina (tak się później przedstawił policji kierownik wyprawy) obejmował jeszcze kilka innych nazwisk, o które miałem być pytany. Figurowało w nim też nazwisko Arnolda. Nadejście policji przeszkodziło ukończeniu „badania” i postąpieniu ze mną w zależności od jego wyników, jak mi to zapowiedział p. Felixstein. Nie pozbawiona znaczenia była rewizja u mnie, którą przeprowadzali pozostali napastnicy podczas „badania”. Na podłogę wyrzucono niemal całą zawartość szuflad, i z masy papierów zabrano na chybił trafił kilka prywatnych starych listów i kilka kartek serwisu „United Press” z poprzedniego dnia. „Rewidujący” pochodzili z najniższych sfer społecznych, byli gburowaci, nieokrzesani i – z wyjątkiem swego szefa – nie władali żadnym językiem poza hebrajskim.

Taki był intelektualny i moralny poziom oddziału, który miał zdobyć dowody współpracy polsko-arabskiej, skierowanej przeciwko Żydom. Co gorsza jednak, taki był również poziom informacji centrali Grupy Sterna, która postanowiła zdobyć nie istniejące w ogóle archiwum dokumentów owej mitycznej współpracy i zebrać dowody „winy” Arnolda i Hulanickiego. Jak z tego wynika, grupa ta 18 grudnia 1947 jeszcze ich nie posiadała, choć już się swymi przyszłymi ofiarami nader żywo interesowała.

Następnego dnia po napadzie prasa hebrajska poczęła sobie używać na całego. W ciągu jednej nocy Polacy stali się bodaj czy nie najgłówniejszym czynnikiem w walkach żydowsko-arabskich. Posypały się oskarżenia o szkolenie Arabów i dostarczanie im broni. Tym razem wiedziano już, że odbywa się to na terenach Syrii i Libanu, skąd następnie, wyszkolone i uzbrojone przez „andersowców”, oddziały przeprawiają się do Palestyny, by walczyć z Żydami. Wówczas to bodaj po raz pierwszy na łamach prasy hebrajskiej zyskał prawo obywatelstwa rdzennie bolszewicki termin „Anders-Leute” i przez długie już tygodnie z nich nie schodził. W Palestynie rozpętała się psychoza, z którą walka była całkowicie beznadziejna. To, z czym sami Żydzi walczyli od wieków, a mianowicie oskarżanie w czambuł całego narodu o popełnione, czy nawet nie popełnione, winy jednostek, zastosowano obecnie do Polaków. Dla prasy i społeczeństwa żydowskiego nie było wśród Polaków jednostek dobrych i złych, ludzi tych lub innych przekonań politycznych, natomiast istniała jedna, zwarta i jednolita masa „andersowców”, która poprzysięgła Żydom zgubę. Zwalczana przez Żydów od tak dawna norma odpowiedzialności zbiorowej święciła teraz smutny tryumf. Tak np., kiedy najpoważniejsza gazeta żydowska, wychodząca w Jerozolimie, „The Palestine Post”, chciała donieść, że w pewnym miejscu znaleziono granaty ręczne domowego wyrobu, nazywała je stale „Polish grenades”, co oczywiście rozumiane było nie we właściwym znaczeniu granatów ręcznie robionych, których używała armia krajowa podczas okupacji, lecz w znaczeniu granatów obecnie przez Polaków fabrykowanych i dostarczanych Arabom. Kiedy oddział Grupy Sterna zastrzelił w wypełnionej po brzegi kawiarni Sichla na głównej ulicy Jerozolimy pewnego Ukraińca, nazwiskiem Didek vel Kliszczuk, ta sama „Palestine Post” wymyśliła dla zabitego dość oryginalną narodowość: „the Ukrainian Pole”, trudno bowiem i darmo, ale dzień nie mógł przecież minąć, aby nie dostarczył dowodów winy choćby jednego tylko Polaka. Aby ostatecznie pogrążyć Polaków, prasa hebrajska doniosła, że do Syrii przybyli znani z powstania warszawskiego oficerowie, specjaliści w walkach ulicznych, i ćwiczą w nich Arabów.

Powoli życie Polaków w Palestynie stawało się nie do zniesienia. Już sama rozmowa w miejscach publicznych po polsku była dość niebezpieczna. W niektórych sklepach nie chciano Polakom nic sprzedawać. Na ulicach zatrzymywano ich, legitymowano, i prowadzono do różnych placówek, które żądały powołania się na gwarantów ich lojalności spośród społeczeństwa żydowskiego. Stosunkowo szczęśliwy był jeszcze ten Polak, który trafiał na patrole największej żydowskiej organizacji wojskowej „Hagany”, mimo bowiem przykrości samej procedury sprawdzania, dawało to możność wytłumaczenia się i wyjścia cało.

W pewnym, choć w znacznie mniejszym stopniu, panowała również nieufność do Polaków po stronie arabskiej. Tam znów, jak np. w Jaffie, czy w arabskiej części Jerozolimy, podejrzewano ich o pomaganie Żydom, rewidowano przy przechodzeniu z arabskich dzielnic do żydowskich i na odwrót. Na ogół jednak stosunek Arabów do Polaków był poprawny.

W połowie stycznia 1948 zatrzymano w Jerozolimie na ulicy Arnolda, ale wystarczyło, że Arnold powołał się na kilku swych znajomych Żydów, aby posterunek „Hagany”, po porozumieniu się ze swą komendą, zwolnił go bez żadnych konsekwencji. Było to na miesiąc przed morderstwem, co jeszcze bardziej zmniejsza okres czasu, w jakim mogły być były zebrane „dowody jego kontaktu z nieprzyjacielem”. Zapamiętać należy, że w połowie stycznia 1948 dowodów tych jeszcze nie było, w przeciwnym bowiem wypadku „Hagana” nie byłaby go wolno puściła. Po tym zajściu Arnold zwrócił się do „Hagany” o wydanie mu glejtu, który by go raz na zawsze chronił. „Hagana” przychyliła się do jego prośby i wystawiła żądany dokument, który Arnold pokazywał swym przyjaciołom, a na sceptyczne ich uwagi odpowiadał z głębokim przekonaniem, że zaświadczenie to chroni go w zupełności. „Hagana” istotnie nie wydała mu tego dokumentu lekkomyślnie lub przez grzeczność. Przed wystawieniem go, mimo że Arnold był bardzo dobrze znany wielu dziennikarzom żydowskim, z którymi łączyły go zażyłe stosunki, i nie bacząc na to że od siedmiu lat mieszkał w Jerozolimie w dzielnicy żydowskiej, Hagana nie tylko sprawdzała jego factum, jakby chodziło o zupełnie nieznanego człowieka, ale zajęła się również dokładnym zbadaniem oskarżenia, które głosiło, że Arnold, wespół zresztą z pewnym dziennikarzem żydowskim, pobrał od Arabów dość pokaźne sumy na propagandę proarabską.

W rozmowie ze mną przedstawiciel „Hagany” powiedział:

– My nie mamy do Arnolda i Hulanickiego żadnych pretensji. Pytałem pana o nich, ponieważ interesują się nimi „Lechi” (skrót hebrejski Grupy Sterna). Chcemy ich przekonać, że w całej tej sprawie nie mają racji.

– I to się wam uda? – zapytałem.

Haganowiec rozłożył ręce. Cóż mógł mi odpowiedzieć? Wiedział on doskonale, że w Palestynie od czasu powzięcia uchwały o podziale zapanował stan ex lex, a życie ludzkie równa się wartości naboju rewolwerowego. Znał on dokładnie działalność Grupy Sterna i nie było dla niego tajemnicą, że pozostaje ona w najściślejszym kontakcie z bolszewikami, którzy mogą przez nią sprzątnąć każdego na kogo mają ochotę. Grupa ta od dłuższego już czasu otwarcie drwiła sobie z wszystkich władz żydowskich. Przewódcy jej jeździli do Moskwy, a bojowcy byli szkoleni w Rosji sowieckiej. „Hagana” nie chciała i nie mogła sobie z nią poradzić. Nie chciała, bo doprowadziłoby to do walk bratobójczych, a nie mogła, bo oznaczałoby to zadarcie z Rosją sowiecką, która przecież popierała podział Palestyny i powstanie państwa żydowskiego. Rozmówca mój zdawał sobie sprawę, że Rosja poprzez prężną Grupę Sterna – z podziałem czy bez podziału – już weszła na teren Palestyny i bynajmniej nie ma zamiaru wyrzec się swego uprzywilejowanego stanowiska.

Rozmowa ta toczyła się w drugiej połowie grudnia 1947 i ani przedstawiciel „Hagany” ani ja nie wiedzieliśmy, że niedługo potem bolszewicy będą szczuli w swej prasie do zamordowania Hulanickiego i Arnolda. Nastąpiło to dopiero 13 lutego 1948, a więc na 13 dni przed morderstwem. Tego dnia organ P.P.R. w Warszawie, „Głos Ludu”, w artykule, skierowanym przeciwko „andersowcom” w Palestynie, oskarżył konsula Hulanickiego o zorganizowanie antykomunistycznej arabskiej agencji prasowej i zarzucił mu utrzymywanie kontaktu z królem Transjordanii oraz o działanie w porozumieniu z wydziałem politycznym policji angielskiej w Palestynie (cytuję według „Orła Białego” z 13 marca b.r.).

Niestety, niezupełnie zdawali sobie z tego sprawę Arnold i Hulanicki. Arnold wierzył w magiczną moc zaświadczenia „Hagany”. Hulanicki znowu miał inną „gwarancję”. Nie była ona wystawiona na piśmie, ale mogło się zdawać, że jest jeszcze pewniejsza. Oto konsul Hulanicki w czasie swego urzędowania w Jerozolimie znał osobiście twórcę Grupy Sterna, a mianowicie samego Sterna, i oczywiście nie sądził, że może kiedyś zginąć od kul jego ludzi. Obaj zaś, może nieco naiwnie przypuszczali, że skoro nic nie mają sobie do wyrzucenia, mogą spać spokojnie. Nie doceniali oni jednak kapitalnego faktu, że pod pewnym względem decydującym czynnikiem nie jest ani „Hagana”, ani Agencja Żydowska, ani „Histadruth” (Centrala Żydowskich Związków Zawodowych), ani „Waad Leumi” (Żydowska Rada Narodowa), czy liczniejsza od Grupy Sterna terrorystyczna organizacja „Irgun Zwaj Leumi” (Narodowa Organizacja Wojskowa), lecz właśnie Grupa Sterna.

Arnold i Hulanicki nie uczynili Żydom nic złego, i Żydzi nie mieli powodu do zemsty. Bolszewicy od dawna już usiłowali uniemożliwić emigracji polskiej pozostanie w Palestynie. Od r. 1945 judzili przeciwko niej społeczeństwo żydowskie w przeróżny sposób. Plotki i oszczerstwa, którymi posługiwała się propaganda bolszewicka, znajdowały się właśnie na poziomie zarzutów kontaktu z królem Transjordanii i angielską policją polityczną.

Obiektywnie przyznać należy, że centralne władze „Hagany” próbowały przeciwdziałać nieprzytomnej nagonce na Polaków. W jednej z popołudniowych gazet hebrejskich w Jerozolimie zjawił się w styczniu 1948 artykuł, wyraźnie inspirowany przez „Haganę”, który przekładał żydowskiej opinii publicznej, że oskarżanie Polaków o udzielanie pomocy Arabom jest pozbawione podstaw. Artykuł ten nie miał wprawdzie większego powodzenia, ale na krótki czas nieco rozładował atmosferę. Grupa Sterna musiała rozprawę z Polakami odłożyć.

Z pomocą przyszedł zamach 22 lutego 1948 na głównej ulicy Jerozolimy, Ben Yehuda. Eksplozja 3 ton materiałów wybuchowych, przywiezionych w ciężarówkach i pozostawionych na środku ulicy, spowodowała śmierć i rany około 200 osób. W gruzach legły wielopiętrowe domy, grzebiąc pod sobą mieszkańców. Ludność wpadła w szał. Zaczęto szukać sprawców. Jedni upatrywali ich w Arabach, inni w Anglikach. Poszukiwania nie dały rezultatu, społeczeństwu trzeba było dać jak najprędzej satysfakcję. Zamordowanie przejeżdżających tamtędy natychmiast po zamachu trzech lotników angielskich nie wystarczyło. Grupa Sterna ten właśnie moment uznała za odpowiedni, by wykonać sowieckie „zamówienie społeczne” i zlikwidować Arnolda i Hulanickiego. Najlepszym dowodem, że właśnie wybuch na Ben Yehuda umożliwił wykonanie tego bolszewickiego żądania, jest proste zestawienie dat. Od 18 grudnia 1947 do 22 lutego 1948, a więc przez dwa miesiące, Grupa Sterna nie miała „dowodów winy” Arnolda i Hulanickiego. Inaczej byłaby dokonała tego zamachu wcześniej. Miała po temu zresztą wszelką możliwość, Arnold bowiem i Hulanicki bynajmniej się nie ukrywali i często można ich było widzieć w mieście. Grupa Sterna zamordowała ich dopiero 26 lutego, t.j. w cztery dni po wybuchu na Ben Yehuda. Czyżby właśnie w ciągu tych czterech dni otrzymała nagle dowody „kontaktu z nieprzyjacielem” Arnolda i Hulanickiego? Jasne jest, że Grupa Sterna miała takie same „dowody winy” zamordowanych 26 lutego 1948, jakie miała 18 grudnia 1947, czyli żadne. Grupa Sterna nie zwykła czekać, gdy ma choć cień dowodów czyjejś „winy”. Dlaczego więc czekała tak długo w tym wypadku? Czyż nie jest jasne, że nie chodziło tu o jakiekolwiek dowody, lecz o koniunkturę dla wykonania obcego rozkazu? Jak wytłumaczyć inaczej fakt, że „kontakt z nieprzyjacielem” Arnolda i Hulanickiego nie znany był całkiem „Haganie” i znacznie większej od Grupy Sterna organizacji „Irgun Zwaj Leumi”? Czyż nie bije wprost w oczy, że ów „kontakt z nieprzyjacielem” był mitem, wyświechtaną formułką, dla nadania zwykłemu morderstwu na rozkaz obcej władzy pozorów walki narodu żydowskiego z jego wrogami?

Ohyda i bezsens tego morderstwa nie mogła być niczym usprawiedliwiona. Byłoby jednak błędem oskarżanie o nie całego społeczeństwa żydowskiego, którego beznadziejną tragedią jest, że jego dążenie do niepodległości tak się nieszczęśliwie splotło ze sprawą usadowienia się bolszewików w tej części morza Śródziemnego, iż stanowi ono groźby dla całego świata.

Taka jest polityczna wymowa morderstwa Stefana Arnolda i Witolda Hulanickiego.

Jerzy Luxenburg.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close