Ludzie z głębszego podziemia

Pewnego ranka, jesienią 1944, w pałacu przy ul. Potockiego 10 (Ost-Ring!) w Krakowie, gdzie w salonie R.G.O. zbierała się podówczas, wyciśnięta z reszty Kraju, elita inteligencka naziemnej i podziemnej Polski, oświadczył mi służący, przywykłym ruchem otwierający drzwi:

– Jest jakiś list do pana.

List był od nieznajomego, który prosił mnie o chwilę rozmowy. Podpisane nazwisko wydawało się być pseudonimem. Adres wymieniał nie znaną mi uliczkę. Wypytawszy służącego, który był dobrym krakowianinem, poszedłem nazajutrz we wskazanym przezeń kierunku: początkowo, jak to zazwyczaj bywa w Krakowie, Plantami. Przedłużenie lata trzymało się pięknie. Kasztany nie traciły nic jeszcze na swej ciemnej zieleni, niebo było codziennie granatowe, zarysy przedmiotów wyraźne, i lotnicy musieli mieć doskonały wgląd na ziemię; w poprzek chodnika przebiegały wiewiórki; głośniki, umieszczone co kilkadziesiąt metrów, nadawały komunikat niemiecki, że bolszewicy stoją wciąż pod Baranowem. Nie napotkałem ani jednej „sztrajfy”.

Długo nie mogłem znaleźć domu. Wreszcie na ciemną klatkę schodową odemknęły się drzwi, nie spuszczone wszakże z łańcucha. Jakaś kobieta oświadczyła przez ten łańcuch, że żaden tu o takim nazwisku nie mieszka… Jednak po chwili namysłu dodała: „Zaraz”, po czym drzwi zamknęły się ponownie. Czekałem niedługo. Najpierw dobiegł mnie stuk obcasów kobiecych na korytarzu, potem twarz, ale już innej kobiety ukazała się w szparze nad łańcuchem. Wyjąłem z kieszeni zmięty list. Obrzuciła mnie szybkim spojrzeniem z lekka wystraszonych oczu i przeczytawszy podpis na liście, powiedziała z zażenowaniem:

– Ach, taaak! proszę.

Wreszcie łańcuch opadł. Przedpokój był tak ciemny, że nie mogłem rozpoznać rysów jej twarzy, z intonacji głosu natomiast przebijało jakieś nieuzasadnione zawstydzenie, podkreślone kilku słowami ubolewania, że „tego pana” nigdy prawie nie ma w domu, że prosił w razie gdy przyjdę o pozostawienie swego adresu i wyznaczenie daty spotkania.

– Jutro.

– Doskonale; na pewno przyjdzie.

– O piątej ? – upewniła się jeszcze raz.

– O piątej – odrzekłem.

Przyszedł nie nazajutrz, ale dopiero na czwarty dzień, i nie o piątej, ale o dziesiątej rano. Rozpoczął od bardzo długiego, mglistego wstępu, coraz to odbiegając od tematu, wyznał wreszcie, że on sam się „waha”, ale, ale, ale… i t.d. czy jednak… może… ja bym się zgodził porozmawiać z … (tu odchrząknął) – i oglądając się mimo woli na cztery ściany pokoju – wykrztusił wreszcie głosem przyciszonym:

– … z… panami z „Przełomu”?…

Odpowiedziałem bez zająknienia, że – owszem.

*

Od dawna już paliła mnie ciekawość, żeby zobaczyć ludzi z tego subpodziemia, z tego głębszego podziemia. Na tle wstrząsających a zarazem skomplikowanych stosunków, jakie się ułożyły za okupacji niemieckiej, obiecywałem sobie nie byle jakie przeżycia literackie po zetknięciu z osobami, tak skrzętnie zamaskowanymi, którym o każdej godzinie groziła kula z pistoletu egzekutywy wykonawczej, oficjalnego polskiego podziemia. Jak wiadomo, „Przełom” było to drobne pisemko, jedyne w Kraju, poza propagandowymi urzędówkami niemieckimi w języku polskim, stojące na gruncie „nowego ładu Hitlera”. Miało być wyrazem szczerej wypowiedzi, dlatego artykuły w nim podpisywano pełnym imieniem i nazwiskiem. W rezultacie stoczyło się od razu do tuby propagandowej, ściśniętej cenzurą odpowiedniej „Stelle”… hitlerowskiego czynownictwa Generalnej Guberni i, co w systemie totalitarnego szaleństwa nie było trudne do przewidzenia. W każdym numerze powtarzały się dwa tylko nazwiska: J. E. Skiwski i Feliks Burdecki.

„Przełom” nie zamieszczał adresu ani redakcji, ani administracji, zadowalając się numerem skrzynki pocztowej. Redaktorzy tego pisma, które miało „przełamać” opinię polską, zmuszeni byli, wobec stanowiska tej opinii, przenieść swe osobiste życie w najgłębsze podziemia. Nie wiem, do ilu osób w Polsce mogło się ograniczyć koło ich bliższych znajomych. Zapewne zerwali ze wszystkimi. Posługiwali się fałszywymi nazwiskami. Nikt w Kraju nie wiedział, gdzie mieszkają, gdzie bywają, gdzie jadają. Wiedziało o tym zapewne Gestapo, ale była to marna ochrona. Zagubieni w morzu współrodaków, pilnować się musieli już nie przed agentem czy obławą, ale przed każdym dosłownie cieniem na chodniku… Płynęły miesiące. Oni zaś nie mogli się już ani zatrzymać, ani wysiąść, ani zawrócić.

– Przekonany jestem – powiedział jeden ze znanych przed wojną polityków młodszego pokolenia z obozu konserwatywno-katolickiego – że Skiwski, to człowiek ideowy, że pieniędzy od Niemców nie bierze.

Następnie zaczął mi wyliczać pożyteczne rzekomo strony tego pisma i dodał, iż żałuje, że nie może się osobiście ze Skiwskim rozmówić. Było to wiosną 1944, gdy „hachizm” i idea „ratowania substancji narodowej” zaczynała być szczególnie namiętnie dyskutowana przy drzwiach zamkniętych.

Jako przybyły świeżo z „Ostland”u i nie znający jeszcze bliżej stosunków w Generalnej Gubernii, zapytałem go naiwnie, dlaczego nie może zobaczyć Skiwskiego. Wtedy to dowiedziałem się o warunkach bezwzględnej tajemnicy, w jakie z natury rzeczy musieli wdepnąć redaktorzy „Przełomu”. Naiwność swą wszelako posunęłem do pytania, dlaczego w takim razie nie może napisać do niego na adres skrzynki pocztowej… Sposób wzruszenia ramion był druzgocącą odpowiedzią. Nie orientowałem się bowiem, że cementowany już wówczas pierwszy zrąb ideowej „ugody” obliczony był nie na jeden, ale na dwa stołki jednocześnie. W tych zaś warunkach, jakie istniały, kto by się chciał kompromitować, na miłość boską, dokumentem w postaci listu !…

W Krakowie dyskusje na podobne tematy przybrały szczególnie drastyczny charakter. Twierdziłem z nieopanowanym zapałem, że skoro Niemcy już najoczywiściej wojnę przegrały, należy zmobilizować wszystkie siły do walki z nowym najeźdźcą. Ponieważ zaś ci sami Niemcy zadali nam największy cios w postaci spopularyzowania Sowietów jako swego wroga, a jednocześnie odebrali nam zarówno prawo jak możność własnej, polskiej, otwartej akcji antysowieckiej, monopolizując ją w niemieckiej, przeto czeka nas największy wysiłek wstępny, ażeby przekonać społeczeństwo, że nie każda akcja antysowiecka pochodzić musi od Niemców, jak każda władza od Boga w Ewangelii. Dlatego też za wszelką cenę unikać należy jakiejkolwiek ugody, nawet cienia kontaktu z Niemcami, w przeciwnym bowiem wypadku każdy wysiłek antysowiecki z góry skazany być musi nie tylko na niepowodzenie, ale na zagładę.

Wspomniany wyżej polityk, który w kilka miesięcy później, w styczniu 1945, zawarł tajne porozumienie z p. Borejszą i stał się akuszerem koncesjonowanej przez régime opozycji, był podówczas najzacieklejszym wrogiem tej tezy.

– Powinniśmy – twierdził – iść na najdalej posuniętą ugodę z Niemcami i na takąż ugodę z Sowietami, byle te ugody umiejętnie i z zyskiem sprzedać. Skiwski tego właśnie nie potrafił. Wystrzelił wszystkie ładunki od razu. A trzeba było za każdy dobrze sobie kazać zapłacić. I niech nas Bóg broni od akcji wrogiej Sowietom. W stosunku do nich zastosować należy program reprezentowany przez Skiwskiego, ale w poprawionej formie.

Jedna z podobnych dyskusji przypadła na dzień, w którym miałem się zetknąć z „Przełomem”. Dla uniknięcia ewentualnych nieporozumień zawiadomiłem o tym fakcie kilka osób.

– Niech pan mu powie ode mnie – oświadczył dzisiejszy régime’owiec – że bardzo pragnę z nim mówić.

*

Oczywiście, spotkanie nie odbyło się wyznaczonego popołudnia. Ci ludzie bali się terminów zawczasu wyznaczonych. Minęło dwa dni. Wreszcie czas nadszedł. Wkładając palto, zapytałem bezwiednie:

– Dokąd pójdziemy?

Tajemniczy pośrednik zaczął się jąkać i zmienił temat. Nie nalegałem. Szliśmy Plantami. Kasztany byty zielone i niebo niebieskie, przed zejściem w Długą, towarzysz mój przystanął na rogu, zapalił papierosa i obejrzał się dokoła. W połowie Długiej skręcił raptownie w lewo, ja za nim, i znaleźliśmy się w obszernym halu stołówki dla… urzędników niemieckich. Pierwszym wrażeniem było głębokie rozczarowanie. Tak więc, jednak, po prostu… i wyrwało mi się zwykłe:

– Ach…

Pośrednik był zawstydzony. Mówił dlaczegoś półszeptem, uczynił nieokreślony ruch ręką:

– Tu już po obiedzie… Nikogo nie ma…

Minęliśmy pustą jadalnię, po schodkach, korytarzem w prawo. Obszerny gabinet, duży stół po środku, krzesła. Na stole, w blaszance po konserwach, jesienne, prześliczne astry.

Czekały trzy osoby: pani Burdecka, Burdecki i Skiwski. Zaczął Burdecki. Miał niemiły głos, o niemieckim akcencie. Powiedział coś banalnego o konieczności wyjścia na szerokie tory, kontaktu z szerokim społeczeństwem i zapoznania go z ich pracą, coś niecoś na temat mego zdecydowanego antysowietyzmu, a później już płynnie, jak na wiecu, przeszedł do patetycznego omówienia ich pracy, poświęcenia, wysiłku, samozaparcia, celowości programu… Kilkakrotnie przerywała mu żona, nieopanowanie; namiętnie zwalczając nie wypowiedziany przez nikogo zarzut zaprzedania się Niemcom… Skiwski milczał i siedział z pochyloną głową. Firanki na oknach były szczelnie zsunięte. Na kwiatach usiadła senna mucha. Burdecki musiał wyczuć, że tego co mówi słucham zaledwie połowicznie. Mówił rzeczy oklepane. Przerwał. Nastało milczenie, nieprzyjemne milczenie. Kraków nie jest dużym miastem, nie dochodził tu żaden gwar uliczny. Ktoś tylko na korytarzu postukiwał naczyniami.

„Więc tak, oto, gnieżdżą się ci ludzie”… Z kolei ja odczułem głębokie, nieskrystalizowane zawstydzenie, jak wobec sceny, w której aktorowi spada niespodziewanie peruka.

– Interesowała mnie ta rozmowa, -powiedziałem, – gdyż czytając „Przełom” nie mogłem zrozumieć zasadniczej jego tezy: panowie twierdzą, że Anglicy obiecują nam, ale swych obietnic nie dotrzymają. Słusznie. Ale dlaczego stąd ma wynikać, że powinniśmy iść z Niemcami, które nie potrzebują niczego dotrzymywać, ponieważ nie tylko nam nic nie obiecały, ale przeciwnie, zapowiadają, że w „nowej Europie” nie będziemy już istnieć jako naród, co najwyżej tylko jako „lud”?

Burdecki przerwał gwałtownie:

– Właśnie powinniśmy ich przekonać swym stanowiskiem… Pan oczywiście nie wie, ale ja mam zapewnienia z Berlina… i t.d.

On ma zapewnienia… On, niejaki Burdecki… od Hitlera może?…

– A czy panowie nie uważają – ciągnąłem dalej zniechęconym głosem – że wszystko co piszą Niemcy lub pozwalają pisać pod swą cenzurą czytane jest przez 99% Kraju na opak? Że przeto uprawiając propagandę antysowiecką, sprowadzają ją panowie do filosowieckiej? Że najmniejszą szkodę przynoszą nam ich artykuły głupie, a największą dobre i słuszne? Czy zatem z tego punktu widzenia nie zgodzą się panowie, że ich akcja antysowiecka jest nie tylko z gruntu nie celowa, ale w praktyce szkodliwa?

I znów padła odpowiedź wyświechtana, tym razem z ust p. Burdeckiej:

– Gdyby pan widział, wiele teraz otrzymujemy listów!…

„Z połajankami na pewno” – pomyślałem, nie powiedziawszy tego głośno.

Po wymianie kilku jeszczc zdań, rozmowa urwała się ostatecznie. Było coś tragicznego w tym zgodnym powstaniu trzech panów i jednej pani, oraz w ich kurtuazji, że nie zaproponowali mi nawet nawiązania kontaktu z ich „grupą polityczną”.

Na pożegnanie powiedziałem Skiwskiemu, kto go chce widzieć. Wracając przez Rynek, zauważyłem jak jedna „sztrajfa” szła od kościoła Mariackiego, druga od Sławkowskiej, a trzecia w ukos od Wiślnej. Na wszelki wypadek zbiegłem po schodach do pisuaru w Sukiennicach. Staruszek, którego życie zmusiło do przebywania cały dzień w tym obrzydliwym podziemiu, chciał go widocznie jakoś upiększyć: na podłużnych muszlach ustawił dwie puste blaszanki po konserwach i wetknął w każdą po bukieciku jesiennych astrów. Tak jak w tamtej stołówce.

– Nie będę zabierał głosu, ale czy mogę być obecny przy rozmowie pana ze Skiwskim? Interesuje mnie zestawienie waszych poglądów.

– Ależ proszę bardzo.

Rozmowa odbyła się w listopadzie 1944, przy ulicy św. Jana w kawiarni „Pani”. Apologia Hachy uznana została jako okoliczność nie podlegająca dyskusji. Gdybym miał rezultat tej rozmowy skondensować do jednego zdania, musiałbym powiedzieć, że Skiwski upierał się (zresztą już apatycznie), przy współpracy na jedną stronę, a dzisiejszy ideolog prorégime’owej „opozycji” – przy współpracy na dwie strony. Różnica w gruncie nie istotna. Ale, jak widzimy dzisiaj, zwyciężyła teza druga. Obecnie nikt w Polsce nie napada na Hachę jako na koncepcję polityczną. I nie tylko trzech panów i jedna pani, jak za nowego ładu Hitlera, ale tysiące, stojące na gruncie nowego ładu Stalina, nie potrzebują już w Polsce schodzić w głębokie podziemia.

Józef Mackiewicz.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close