Lustro błędu

Nieszczęsne narody łagodne, co w myślach stawiają pół kroku,
a za to granic nie znają w szafowaniu krwią

(Czesław Miłosz)

Myślę, że gdyby wszyscy na świecie zgodzili się nigdy o powstaniu warszawskim nie wspomnieć, osobiście byłbym głęboko uradowany, milczałbym z wstydliwym zadowoleniem, jak się milczy o pijaństwie własnego ojca. Ale ludzie nie zapomną, temat, jak wklęsła soczewka, pije promienie wszystkich naszych rozbieganych, cierpiących refleksji. Tworzy się literatura o powstaniu, czasem szczera, przeważnie podła. Fenomenalne wydarzenie, zdawałoby się – raz na zawsze skończone w czasie, odżywa jako zjawisko pamięci. A ponieważ pamięć ludzka jest w ogóle instrumentem zawodnym, a polska pamięć szczególnie, więc jak bitwa warszawska była dowolną interpretacją rzeczywistości, tak samo dzisiejsze o niej opinie są duplikatem faktów, różnym od prawdy, jak obraz jest różny od modela. Wybucha dziś powstanie warszawskie w głowach i zalewa je powodzią atramentu. Czytałem już kilka niewydanych powieści, wydanych i niewydanych nowel o powstaniu i zatrważającą ilość wierszy, świadczących, że literatura nasza nie przestała być, jak to się mówi, ściśle narodowa. Poeci ławą stanęli przy powstaniu, utarty wyraz ich nęci, a w ogóle wydaje się im, że tak trzeba. Mam absolutne przekonanie, że te szkody atramentowe będą równe szkodom od pożarów i bomb, zrzuconych na Warszawę. Zniszczą resztę światła w umysłach. Z tego powodu nie zaciągnę się do szeregów apologetów powstania. Zdrowie umysłowe może być milsze niż kiedyś było życie.

Zresztą i wówczas już, w chwili walki, kiedy bezpośredni w niej udział prawie uniemożliwiał trafny osąd, niekiedy zdarzało się, że najtypowszy obrót sytuacji bitewnej, najprostszy wypadek śmierci, leżącej w istocie wojny, jak barwa w obrazie, ale zobaczonej nagle, w stanie wibrującym i gołym – doprowadzał mózg do rozpaczliwych ujawnień prawdy w formach tak ostrych, że aż barbarzyńskich. To była właśnie swoista i naiwna atmosfera paszkwilu, który jeżeli nie ukazał się wśród nas – jak kostyczne widmo wolteriańskie -w czasie strzelania, zjawiał się czasem po bitwie, w kilku zżutych i pomiętych w gębie słowach, wyrzuconych nad żółtymi ustami trupów. Bo w bitwie istniał nie tylko typ brawurowego szubrawca i nie tylko typ żaka – entuzjasty z emblematem wieczystych, rzekłbym, łez w oczach – ale w tej bitwie warszawskiej istniał także typ przyjaciela, który przychodził i patrzał w oczy spod przymrużonych powiek, w czym była groza niesamowitych przemilczeń, summa rozumu i summa ironii. Wtedy w umysłach patetycznych powstawały, być może, pierwsze frazy namiętnego oskarżenia nie ludzi, nie przygodnych reżyserów i wodzów, ale trustu idei, który istnienie polskie w ten sposób eksploatuje i przekreśla od wielu lat.

Co do mnie, miałem już wówczas silne przeczucie intelektualnych i literackich konsekwencji powstania. Wiedziałem, że wbrew swej woli, jestem jednym z tych, co tworzą przyszły temat. Nieprawdopodobna jest sytuacja myślowa człowieka, spostrzegającego, że to, co naokoło niego się dzieje, ten koncert śmierci w rozmiarach, które potem dopiero katastrofa Hiroszimy zdołała zdeprecjonować, to nie obrona społeczeństwa czy państwa, ale jakaś produkcja motywów poetyckich, prewencyjne rodzenie się literatury dziejowej, dostrzegalne in flagranti. Można było już wtedy przewidzieć rychły połóg legendy o powstaniu, podobnej jak plewa do plewy do wszystkich innych legend. Nic dziwnego, że wówczas, w tej godzinie zdumienia i narastającego w gardle paszkwilu – wydało się obowiązkiem podnieść kwestię powstania przy najbliższej okazji, choćby miało to być grubiaństwem w oryginalnych warunkach naszej publicystyki. Czy rzeczywiście pozytywnym wyrazem naszej narodowej istoty była impreza w rodzaju powstania? Czy nie jest przestępstwem wielbić społeczeństwo, które zorganizowało tę zbiórkę trupów, katastrof i krzywd niemożliwych do spłacenia? Społeczeństwo, dla którego sprawdzianem życia jest śmiertelna masówka…

Przyznaję: w tonie tak namiętnym nie można żadnej rzeczy omówić. Myśl – rodząca się często jak spazm – powinna mieć do swego rozporządzenia słowo równe, ujęte w perspektywę. Ale czytam w artykule Tymona Terleckiego „Chór aby odpowiadał” („Wiadomości”, nr 14/15): „Powstanie warszawskie stanowi najwyższe wspięcie doli polskiej w tej wojnie, stanowi tej doli tragiczną syntezę. Gdy się wpatrujemy, wmyślamy w splot zdarzeń, ich obrót taki a nie inny, zdawałoby się najgorszy z możliwych – staje się jawne, że w Warszawie skupiła się, osiągnęła szczyt cała desperacka zawiłość naszego położenia, naszego wspólnego losu”. Wówczas nie mogę się powstrzymać od pytania: właściwie o co chodzi?

Odpowiedź układa się w tekście artykułu Terleckiego: chodzi tylko o to, żeby rzeczy, które zaszły w życiu rzeczywistym, naznaczyć piętnem stylu artystycznego i w ten sposób dać im szlachetne, trwałe oblicze. Niepokojąca jest treść faktyczna tych rzeczy, więc niech im na pomoc przyjdzie pseudosztuka, bo można mieć wątpliwości, czy styl, kontur, muzyczna konstrukcja frazy, wyraźny formizm w stosunku do treści ideowej, przyrządzenie tematu według pewnej treści stylistycznej – stanowią o sztuce, której zadaniem jest zbliżanie do prawdy. Idzie tedy o produkcję artystyczną w materiale, który leży w nas ciągle jako surowiec moralny, polityczny, humanistyczny. Stanowczo za wcześnie, panowie.

„Wie to chór, aby odpowiadał… Wiedzą o tym nieprzyjaciele, ale na przekór sobie, dotknięci fatalną siłą wielkości, pracują na rzecz symbolicznej wymowy powstania… Jak chór tragedii antycznej winniśmy odpowiedzieć echem odbitym od serca”…

Znakomitość tych fraz jest znakomitością tylko formalną, nie sięga w zagadnienie, odwrotnie: jest maskaradą zagadnienia. Zastosowanie schematu teatru klasycznego wobec zagadnienia o tak drażliwych cechach jest próbą jego bezbolesnej kanonizacji, czego można sobie życzyć ze względu na spokój – że tak powiem – formy, ze względu na rutynę ekspresji, w której się od wieku wygodnie siedzi. Więc po staremu: „instynkt narodu i całych jego dziejów”…„mistyczna siła gruzów”… „zwycięstwo nad cudzą małością”… I dwadzieścia milionów ludzi, przerażonych bezmyślnym tragizmem swego dzieła, zdaje się, jak kot, mrużyć oczy pod pieszczotą tej retoryki, bo oto ona, ta sama prawda-pocieszycielka, która głaskała okrwawioną głowę po roku 1794, 1831, 1846, 1863. Polacy mają w żyłach tę rutynę ekspresji historycznej, i nie wiadomo, czy nie miłują jej goręcej, niż samą wolność. Ale poza takimi prawdami fotelowymi, rzeczy mają wymiar obiektywny, możliwy do sprawdzenia.

W fatalizm można wierzyć i można nie wierzyć. Ja nie wierzę. W każdym razie z punktu widzenia wychowawczego gaffą jest tłumaczyć fatalizmem każde nieporozumienie polityczne. Jakąż wówczas pozycję zajmują wola i umysł, rzeczy tak drogocenne w cywilizacji zachodniej, do której uparcie się przyznajemy? Terlecki suggeruje, że gdyby Warszawa nie była wybuchła powstaniem, musiałaby, stosując się do ogłoszeń okupanta, dać 100.000 ludzi do budowy fortyfikacji i stać się terenem walk – co byłoby „klęską bez nauki, bez wielkości, bez dziedzictwa”. To nie jest prawda, tylko stylizacja prawdy. Wszyscy wówczas w Warszawie wiedzieliśmy, że Niemcy, niezdolni do przeprowadzenia o wiele mniejszych zarządzeń, nigdy nie potrafiliby ściągnąć ani części zdeterminowanej, sprytnej ludności warszawskiej. Co do klęski „bez dziedzictwa i bez wielkości”, jest to pojęcie ufundowane a priori, bo między Bogiem a prawdą my jeszcze ani razu takiej nie zakosztowaliśmy i byłoby bardzo ciekawe zobaczyć, czy w warunkach polskich nie poszłaby ona na zdrowie. Zawsze urządzaliśmy w sposób bardzo umiejętny klęski „z dziedzictwem, wielkością, nauką”. Również tedy bez retrospektywnego doświadczenia, ale z większym prawdopodobieństwem twierdzę, że powstania nie powinno było być. Według ujęcia literatów wszystko było dobrze, choć tragicznie, nam nie zostaje nic innego do roboty, niż stworzyć z tego pomnik i postawić na widok publiczny. Ale stawianie lichych pomników, to rola burmistrzów, a nie ludzi, którzy się uważają za mózg i wyobraźnię społeczeństwa.

*

Szukałem jakiejś równowagi logicznej w artykule Andrzeja Pomiana-Dowmuntta p.t. „Dyskusja zmarłych” („Trybuna”, nr 4). Okazuje się, że myśl przewodnia artykułu, gromadząc dokumenty, które wykazują jaskrawo wielką niepewność zagadnienia: czy powstanie było konieczne, czy można go było uniknąć? – porzuca czytelnika w miejscu, kiedy ten gwałtownie domaga się teoretycznego rozwiązania tej kwestii, mianowicie w chwili zerwania stosunków polsko-rosyjskich na wiosnę 1943.

Więc jeżeli – rozumujemy – w okresie najlepszej koniunktury dla polityki polskiej, po pakcie z Rosją i przy jej wielkim oddaleniu za linię frontu, przebiegającego wówczas pod Kaukazem i Stalingradem, gen. Grot-Rowecki w odpowiedzi na sprzeczne rozkazy Sikorskiego potrafił już przewidzieć, że w przyszłości „Rosjanie, wkraczając w nasze granice, będą czynnikiem decydującym pod względem siły na wschodzie Europy” – jakaż musi być konkluzja polskich mózgów w następnej epoce, kiedy to przewidywanie stało się faktem, kiedy strategiczny plan Anglosasów najwyraźniej zostawił Europę środkową poza swoim zainteresowaniem, kiedy już nie może być mowy o zgraniu akcji powstańczej z desantem anglosaskim, o czym marzył Sikorski? Wydaje się, że ta konkluzja, jasna i bezlitosna, kładzie się w dalszym ciągu artykułu Dowmuntta, umyślnie – jakby gestem żalu – w pewnym miejscu przerwanego: że trzeba było z powstania zrezygnować. Ale autor już na początku wykonał prewencyjną woltę, która, niestety, tę milczącą logikę obala. Mianowicie w przypisku uznał powstanie za konieczność. Powiedział: „Były naturalnie błędy w wykonaniu. Nie było ich w intencji”. W tym miejscu tkwi, moim zdaniem, ciężar sprawy. Pragnę dowieść, że błąd był w intencji samej, a błędy wykonania były jedynie konsekwentną zemstą wypadków, tak lekkomyślnie sprowokowanych. Naturalnie pod warunkiem, że pod słowem „intencja” nie będziemy rozumieli naiwnego patriotyzmu naszych polityków, ale ich polityczną świadomość, sumienny stosunek do tak elementarnych zagadnień, jak ocena stanu politycznego Europy, warunków strategicznych Warszawy 1 sierpnia 1944, wreszcie warunków psychologicznych w Kraju. Dowodząc mojej tezy będę naśladował systematykę p. Dowmuntta.

*

Zagadnienie powstania było prawdopodobnie rozważane przez odpowiednie czynniki według poniższej kolejności. Najpierw moment polityczny. Jego dane są następujące: wiadomo już jest, – jeżeli nie od konferencji w Teheranie, to przynajmniej od dnia inwazji Europy, t.j. od 6 czerwca 1944, – że sprzymierzeni nie przeprowadzą planu Churchilla uderzenia na Bałkany i że marzenie o w kroczeniu żołnierzy anglosaskich przez Karpaty do Polski nie ma żadnego pokrycia w rozwijającej się sytuacji. Wiadomo jest także, jak się zachowa wobec polityki rządu polskiego Rosja. Doświadczenia pod tym względem, pomijając ogólne doświadczenia historyczne, datują się od czasu wkroczenia armii czerwonej w granice polskie, w czym najdobitniejsze jest doświadczenie wileńskie, mianowicie zlikwidowanie armii wileńsko-nowogródzkiej Wilka z chwilą, gdy ten zamanifestował wolę działalności samoistnej, ofiarowując zresztą współpracę. Wobec tych danych rozumowanie musiało przebiegać w jeden tylko dopuszczalny sposób.

Jeżeli Rosjanie wejdą do Polski by pokierować jej losami według swego konsekwentnego schematu, to manifestacja własnej polityki przez zbrojne powstanie w Warszawie albo się opłaca, albo się nie opłaca. Opłaca się, jeżeli: a) powstanie nie będzie trwało dłużej niż kilka dni, b) nie pociągnie za sobą ofiar w skali dziejowej tragedii. Nie opłaca się, jeżeli Niemcy są dostatecznie silni, żeby zlikwidować powstanie kosztem naszych ofiar w tej olbrzymiej skali. W takim wypadku t.zw. manifestacja swej samoistności przynieść musi efekty nie równające się stratom. Zagadnienie skórki za wyprawkę, nad którym, niestety, szanujący się sztab polski nigdy nie zdaje się mocno zastanawiać -a szkoda. Po dodaniu tych pozycji, kluczem do decyzji wybuchu powstania powinien był być moment strategiczny.

Moment strategiczny: – pytanie, czy siły armii krajowej wydołają siłom niemieckim w tym sensie, żeby przeprowadzić błyskawiczne zajęcie miasta, musiało być rozstrzygnięte przez nasz sztab negatywnie, jeżeli możemy od tego sztabu wymagać minimum informacji wojskowych. O czym nie wiedziała ulica, powinien był wiedzieć sztab. Ulica nie wiedziała, że armia krajowa będzie tak licho uposażona, jak w istocie była. Na nerwy ulicy działał odwrót Niemców – ale nie powinien był działać na nerwy sztabu. Gen. Rowecki w r. 1942 był w stanie sprecyzować myśl, że „powstanie w Kraju na tyłach wojsk niemieckich może mieć miejsce jedynie w wypadku całkowitego pobicia i rozprzężenia sił niemieckich. Przy zorganizowanym odwrocie i dużym nasyceniu Kraju przez oddziały niemieckie wybuch powstania był niemożliwy, gdyż nie ma ono wówczas żadnych widoków powodzenia”. Któż udowodni, że to, co było oczywiste dla gen. Roweckiego w r. 1942, stało się niedostrzegalne w r. 1944, kiedy sytuacja dojrzała i świeciła wszystkimi swoimi elementami z osłupiającą wyrazistością! Gdyby nawet nie było żadnych innych dowodów, sama długość czasu trwania bitwy warszawskiej unaocznia słuszność opinii gen. Roweckiego i jest wskazówką, że koncepcja powstania była nie do przyjęcia.

Tak więc strategia, zgodnie zresztą z polityką, powiedziały: nie. Tymczasem 1 sierpnia po południu, kiedy nawet ulica spostrzega z niepokojem, że Niemcy od kilku dni reorganizują się, że przez Warszawę walą silne transporty broni pancernej w kierunku frontu, że Kraj jest „nasycony”, według wyrażenia gen. Roweckiego, świeżymi oddziałami – raptem padają pierwsze strzały na Żoliborzu, dowództwo daje sygnał t.zw. godzinie W.

Uderzająca niekonsekwencja tej decyzji znajduje objaśnienie, mianowicie objaśnienie negatywne, w tym zespole okoliczności, który nazywamy momentem psychologicznym powstania.

Tenże moment: podsumujmy wszystkie popularne przesłanki, na których buduje się przekonanie, że powstanie było „mimo wszystko” koniecznością. Rzekomo: a) zwiększyliśmy nasz wkład do wojny z Niemcami, b) odnieśliśmy zwycięstwo duchowe, raz jeszcze „dokumentując swój żywiołowy pęd do wolności”, c) nie mogliśmy wyjść z linii postępowania bezkompromisowego, po której całe społeczeństwo szło od początku wojny, innymi słowy, zdecydowaliśmy się na powstanie jak na fatalność.

Ani jeden z tych argumentów nie wydaje mi się poważny, za to wszystkie tchną uroczystym dogmatyzmem, co jest nie do zniesienia w prawdziwej atmosferze krytycznej, w jakiej inne narody zwykły rozstrzygać swoje postępowanie. Przypomina mi się powstanie w Paryżu. Zostało zrobione w warunkach zapewniających powodzenie – bez tej pewności nikt by nie podniósł karabinu; strat nie było, patriotyzm mieszczuchów miał pełną satysfakcję, łącznie z dekoracjami, wierszami i trwającą do dziś dnia propagandą. Nikomu nie przyszło do głowy wyrzucać Francuzom, że nie zrujnowali Paryża i że się nie położyli kilkudziesięciutysięcznym wałem trupów. My się uśmiechamy, słysząc zabawną reklamę „resistance” francuskiej, w głowie mamy inne wymiary – ofiar i bohaterstw. Oczywiście, nie my mamy rację, ale Francuzi. Ich powstanie było energicznym wstępem do życia państwowego. Nasze -świadomym wstępem do państwowej śmierci, tworzywem przyszłych dzieł literackich. Idąc po linii swego straceńczego temperamentu, nie fałszujmy przynajmniej prawd intelektualnych: takim fałszem jest frazes o zwiększonym przez powstanie wkładzie do wojny z Niemcami. W chwili kiedy wygranie wojny już nie było zagadką, bo techniczna machina zwycięstwa toczyła się automatycznie – nikomu nie było potrzebne obrócenie w perzynę Warszawy. Nasza gromadna śmierć nie była żadnym wkładem, była głupstwem na nasz własny koszt. Odwrotnie, nasz możliwie ocalały byt indywidualny i narodowy był sam przez się prawdziwym wkładem w dzieło przekreślenia wojny i jej zwyrodniałych praw. Może nie będę w tym miejscu zrozumiany, ale stoję zawsze na stanowisku, że człowiek, który zachowa w sobie niepowtarzany stan życia, jest potencjalnie wszystkim: jest wygraną wojną i napisanym dziełem, jest samą osobą i instytucją szczęścia. W człowieku, który żyje, jest wszechstronna substancja, czekająca na urobienie: czas. W śmierci ginie czas, a z nim ginie wszelka sytuacja, wymiar, okazja.

W tych warunkach mówić o „zwycięstwie duchowym”, to dowód tupetu. Zabiliśmy życie dziesiątków tysięcy ludzi, wielkie, przodujące w tej połaci Europy miasto obróciliśmy w przestrzenie gruzu, obliczanego podobno na 11 milionów m3, zniszczyliśmy majątek prywatny i społeczny w rozmiarach nie znanych w dziejach: wszystko to w imię „żywiołowego pędu do wolności”, który jest tylko prymitywną emocją tłumu, jeżeli nie powoduje nim kultura myśli, przepojona szacunkiem dla człowieka i jego dóbr.

Okoliczność komiczna: powodów do dumy, z jaką o powstaniu się wyrażamy, nie umieją dostrzec inni. Trzeba przyznać, że jesteśmy w polityce artystami niezrozumiałymi, nawet surrealizm w sztuce ma więcej zwolenników niż nasz surrealizm w polityce. Przyjechawszy na Zachód, wymieniałem słowo „powstanie warszawskie” w ten sam sposób, jak się wymienia pewne imiona-symbole tej wojny: Dunkierka, Jałta, Stalingrad, Norymberga. Sądziłem, że ten skrót równa się dla każdego całemu zespołowi wrażeń, wiadomości i wspomnień, przynajmniej z prasy, jak równa się mu rzeczywiście w umyśle Polaka. Nic podobnego: przeciętny Francuz czy Szwajcar nie mógł się zorientować, o czym mówię. Oto dobrze pomyślana i przeprowadzona manifestacja polityczna.

Gdybyż w tym wszystkim myśl miała choć jeden ratunek: gdybyż można było uznać, że to powstanie tak głęboko – jak rutyna – leżące w naszych wyobrażeniach o polityce, zostało zrobione poprawnie, dokładnie, popisowo! Było inaczej. Nawet tej drobnej satysfakcji nie ma w naszych refleksjach. Ma się wrażenie, że gdyby powstanie przygotowywała ulica, spontaniczny zryw gazeciarzy i robotników, przebieg walki wyglądałby tak samo. Wszędzie, a zwłaszcza w godzinie wybuchu, uderzały cechy improwizacji. Pamiętam oddział Rawicza na Mokotowie, który atakował pocztę i dom Wedla bezpośrednim natarciem przez olbrzymi, pusty plac. Obraz niezrozumiały, wręcz straszny: kilkunastu chłopaków, uzbrojonych w karabiny i granaty, biegnie w biały dzień na potężne dwa gmachy, ziejące ogniem maszynowym! Trupy tego oddziału cuchnęły pod oknami mojej placówki do ostatniego dnia. W moim plutonie czterech ludzi dostało stare bagnety austriackie za cąłą broń, i z tym pobiegliśmy przez wille i płoty, nie orientując się, skąd idzie ogień, dziwiąc się własnej śmierci, która nas zaskakiwała w powietrzu, jak nowy smak w ustach, nowy stan w umyśle. Powstanie wybuchło o godzinę za wcześnie na Żoliborzu, gdzie Niemcy podobno natknęli się na jakąś komórkę mobilizacyjną. W praktyce nie zrobiło to różnicy, ale warto przypomnieć, że powstanie listopadowe również wybuchło za wcześnie, bo buda na Solcu nie na czas się zapaliła, a także, że za wcześnie wybuchło powstanie styczniowe, bo Wielopolski zarządził brankę. (Można by napisać ciekawą rozprawkę o tożsamości technicznej i psychologicznej wszystkich powstań polskich). Na Pradze powstanie nie wybuchło wcale, poza kilku incydentami, choć właśnie jedyna Praga miała szanse przetrwania.

Kiedy się ogarnia wspomnieniem tę gigantyczną improwizację, przychodzi na myśl, że była ona śmiertelną zniewagą i nadużyciem zaufania całego Kraju, pogrążonego od pięciu lat w konspiracji. Bo Kraj wierzył w dokładny, cudownie precyzyjny, jak mechanizm zegarka, plan akcji i miał prawo w taki plan wierzyć. Czy Warszawa 1 sierpnia zmieniła się topograficznie? Czy ludzie, układający akcję przyszłego powstania, nie znali od pięciu lat na pamięć każdego domu warszawskiego, każdego kawałka muru i bruku?

*

Myślę ogólnie, że straciliśmy w pogłębiającym się nieszczęściu wyobrażenie swoich twarzy, swoich osobliwych – twarzy. Gdzie jest lustro, aby odpowiedziało wysiłkom oczu?… Wprawdzie pod nogami jest jeszcze nasza krew, niedawno wylana, która nieraz błyszczy jak lustro, ale nikt w nie nie patrzy w celu rewizji.

Mamy znowuż wizje, sztandary i trąby. Idziemy, a szyk sprawują wojskowi i literaci. I umówiliśmy się, że Polska nie będzie dla nas ani domem, ani instytucją, ani obowiązkiem, tylko raz na zawsze będzie melodramatem.

Zbigniew Florczak.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close