Lwowskie dzieci (1)
Ochotnicy napływają *

W pierwszych dniach lipca 1920 zjawiłem się we Lwowie z przydziałem do małopolskich oddziałów armii ochotniczej. W dużym domu przy pl. Smolki, w którym mieściło się dowództwo oddziałów, ruch i podniecenie było wielkie, bo ledwo sztab zaczął swoje prace, nadeszły wiadomości z frontu ze bolszewicy zagrażają miastu. Zameldowałem się u adiutanta dowódcy oddziałów.

– Dobrze, że pan się zjawił – powiedział adiutant. – Cieszymy się każdym instruktorem, bo tak się złożyło że tu co drugi z nas, to belfer, notariusz albo geometra. Dostanie pan przydział do tworzącego się batalionu piechoty w koszarach na Zamarstynowskiej. Dowódcą jest belfer-przyrodnik, adiutantem – belfer-filolog a prócz tego dwóch czy trzech belfrów dowodzi kompaniami. Ale niech pana to nie peszy. To w gruncie rzeczy porządni ludzie, choć z wyglądu i ducha cywile.

Tego jeszcze dnia zameldowałem się w koszarach przy Zamarstynowskiej. Znałem z dawnych lat tę brzydką budę, stale zabryzganą błotem przez przejeżdżający obok niej tramwaj. W bramie koszar stał umorusany chłopiec z karabinem na ramieniu i jadł jabłko.

– Stoicie na warcie? – zapytałem. Chłopiec przymknął oczy i kiwnął głową.

– Gdzie jest kancelaria dowódcy batalionu?

Chłopiec wypluł jabłko przez bramę na chodnik i wykrzyknął cienkim głosem:

– Jeżeli się nie mylę, to na pirwszym piątrze!

Wszedłszy do kancelarii dowódcy batalionu, ujrzałem dwóch starszych panów w mundurach, siedzących naprzeciw siebie za stołem. Zdziwił mnie i jakby uradował ich widok, bo znałem te twarze od najwcześniejszych moich czasów z wystaw fotografów, ale nigdy nie spodziewałem się, że zobaczę ich w życiu, i nigdy bym nie przypuścił, że ten pan z długim nosem i ten z jasną brodą, przez tyle lat groźnie patrzący z fotografii na wystawie fotografa Lissy, mogą jeszcze żyć i to w stanie tak nie zmienionym. Obaj panowie powitali mnie uśmiechem, a bliżej mnie siedzący w randze kapitana zerwał się żywo ze stołka i zanim zdążyłem się zameldować, wyciągnął do mnie rękę.

– Doktor Bujański jestem, – powiedział dźwięcznym młodym głosem, – a to kolega Przybylski.

Kapitan miał dużą głowę o wysokim czole i przerzedzonej jasnej czuprynie, rudawe wąsy, podkręcone końcami ku górze, i brodę jasną, bujną i długą do pasa. Patrząc na tę arcypolską głowę pomyślałem że można by żałować, iż osadzona jest na małym, szczupłym ciele, ale po co tego żałować, pomyślałem później, po co kapitanowi duże ciało, skoro to, które ma, jest młode i żywe. Drugi pan, uniósłszy się z krzesła, przewyższał kapitana o głowę. Twarz miał wygoloną ze śladami ospy, wzrok senny a nos długi, zwisający aż do dolnej wargi.

– Co tam mówią belfry na pl. Smolki? – zapytał mię kapitan. – Bolszewicy daleko?

Przy tych słowach kapitan ujął w garść koniec swojej brody i przytknął go do nosa. Z przymkniętymi oczami wąchał brodę długą chwilę, po czym parę razy kichnął.

– Psianoga! – wykrzyknął z uśmiechem. – Lubię przyrodę jak nikt, ale do czego nos przystawię – kicham! Poruczniku, co tam mówią w sztabie? – powtórzył.

– Mówią że sytuacja jest poważna, – odpowiedziałem, – rotmistrz Kochanowski mówił mi, że kawaleria Budiennego zbliża się w takich masach i w takim tempie że Lwów niedługo będzie zagrożony.

– No macie! – wykrzyknął kapitan.

– Lwów zagrożony, a tu batalion niekompletny, niewyćwiczony, i do tego jeszcze same dzieci.

Kapitan przytknął koniec brody do nosa i kichnął.

– Żeby mi dali choć kilkudziesięciu żołnierzy na miarę portek, jakie mam w magazynie, albo żeby mi dali portki na miarę moich żołnierzy, a tu ani jedno ani drugie: portki leżą w magazynie, a chłopcy świecą gołymi tyłkami. Chodźcie, panie kolego, na plac ćwiczeń. Dam panu pierwszą kompanię, ale czy pan miał kiedykolwiek do czynienia z dziećmi? Czy pan był może w skaucie?

– Nie byłem.

– To szkoda, bo tu jak sam widzę po sobie, trzeba specjalnego przygotowania do tych chłopaków. Z jednej strony należałoby trzymać ich mocno a z drugiej pobłażać i niezbyt męczyć ćwiczeniami, bo zniechęcą się szybko i zaczną uciekać do domu.

Wyszedłem z kapitanem na plac koszarowy. Ćwiczyła na nim jedna kompania. Plac był dość duży i po trzech bokach zamknięty niewysokim murem. Lewy bok muru przytykał do wąskiej uliczki, zabudowanej szeregiem dwupiętrowych domów. Uderzył mnie widok młodych kobiet siedzących w oknach jednego z tych domów.

– Mam trochę kłopotu z tymi sąsiadkami – powiedział kapitan. – To córy Koryntu. Odrywają uwagę chłopców od ćwiczeń a co gorsze, zapraszają ich do siebie.

Stanęliśmy przed frontem ćwiczącej kompanii.

– To właśnie pierwsza kompania – mówi kapitan, – No widzi pan? Dzieci.

Przyglądam się żołnierzom. Małe to i komiczne. Za duże czapki przekręcają się na głowie przy każdym ruchu a nogi ledwo unoszą za duże buty. Takich miniaturowych żołnierzy nawet w legionach nie widziałem, choć szeregi legionowe pełne były niedorostków. W jakim oni mogą być wieku? Wydaje mi się że żaden z nich nie przekroczył czternastu lat.

– No widzi pan, panie kolego, – powiedział kapitan, – to nasz materiał. Z tego żołnierza mamy uformować batalion i te pędraki mają powstrzymać bolszewicką jazdę. Ale niech pan nie myśli że ja nie mam do nich cierpliwości. Ja ich lubię, tylko ciągle jeszcze nie mogę przyzwyczaić się do ich wieku; bo za młodzi w ogólności, a w szczególności dla mnie. Kiedyś jak maszerowałem na ich czele przez miasto, widziałem że przechodnie przystają i patrzą z uśmiechem, to na mnie, to na batalion. Jestem pewny że śmieszył ich kontrast między moim wyglądem a wyglądem tych chłopców.

Kapitan ujął brodę w garść, powąchał ją i kichnął z wielkim hałasem.

– Czasami myślę, czyby nie zgolić brody. Bez brody wyglądałbym na pewno młodziej ale dlaczego akurat ja, -tu kapitan podniósł głos, – dlaczego ja mam do stu diabłów mieć taki problem!

Kapitan umilkł i obszedł mię wokoło.

– Broda moja – powiedział po chwili – dzisiaj tak jak dawniej spełnia swoją rolę: uczy młodzież moresu. Nie znaczy to że przez dwadzieścia trzy lata wychowywałem młodzież samą tylko brodą, ale że brodą mogę straszyć, to fakt!

Zbliżył się do nas młody podporucznik. Przedstawiliśmy się sobie.

– Podporucznik Wąsik – zwrócił się kapitan do mnie – odda panu dzisiaj dowództwo pierwszej kompanii.

Po tych słowach kapitan głośno zagwizdał.

– To nasz piesek batalionowy, – powiedział wskazując podbiegającego do niego psa, – Batiar się wabi.

Patrząc na tego psa pomyślałem że chyba nigdy dotąd nie zdarzyło mi się widzieć podobnie komicznego i sympatycznego zarazem stworzenia. Kundel na krótkich nogach z białą sierścią i grubym długim ogonem, sterczącym ku górze, a głowa jakby legawca jak najbardziej nie dostosowana do reszty, duża z opadłymi miękkimi uszami i z dużym wilgotnym nosem. Spod zmarszczonego komicznie czoła przyjaźnie patrzyły żółte oczy a dół pyska śmiał się. Śmiał się, jak się później przekonałem, stale. Trudno było odgadnąć powód tego grymasu, bo Batiar bez względu na sytuację, wyrazu twarzy nie zmieniał i śmiał się bez przerwy.

– Myślę że w żadnym innym wypadku – powiedział kapitan – matka natura nie wykazała tyle humoru co w wypadku naszego Batiara. Ale Batiar też zna się na żartach, bo nie czuje się skrzywdzony swoim niskim wzrostem i grubym ogonem i śmieje się pełną gębą.

Kapitan poklepał psa, podał nam rękę i opuścił plac. Obszedłem z podporucznikiem Wąsikiem rejon koszarowy pierwszej kompanii i wszedłem do kancelarii kompanijnej. Po chwili zameldował mi się potężnej tuszy sierżant-szef Bastgen a spoza jego pieców wyjrzał młody kleryk w sutannie.

– Bielak jestem, – przedstawił się nieśmiało, – dostałem w rektoracie zezwolenie do służby w wojsku.

– Do służby w szeregach? – zapytałem.

– Tak – odpowiedział. – A oprócz tego mógłbym w razie potrzeby rwać zęby. Nauczyłem się tego w seminarium duchownym. Umiem też – dodał z uśmiechem – gotować dobrą zupę kartoflankę.

– Powinien ksiądz zgłosić się do dowódcy batalionu – powiedziałem. -Wolałbym żeby kapitan wiedział że ma w batalionie księdza.

Zapukano do drzwi, i do kancelarii weszło trzech mężczyzn. Jeden z nich, krótki i tęgi z wesołym kasztanowym loczkiem nad czołem i dużym zielonym pudłem na motyle, przewieszonym przez ramię, podszedł do mnie.

– Pan porucznik pozwoli że się przedstawimy. Jesteśmy Kuczyńscy. Ojciec i synowie.

Tęgi człowiek spojrzał na swych towarzyszy. Młodzi ludzie stuknęli obcasami. Zdziwiła i rozśmieszyła mnie ta trójka. Ubrani na zielono, w myśliwskich kapeluszach z piórkiem na głowach, zarumienieni i uśmiechnięci, wyglądali jakby wracali z udanego polowania albo z wesołej podmiejskiej wycieczki. Cała trójka miała jasne, okrągłe, dziecinne oczy a najstarszy z nich nie o wiele poważniej wyglądał od tamtych.

– Czy pan naprawdę jest ojcem tych panów? – zapytałem.

– Jestem przyzwyczajony do tego pytania – odpowiedział wesoło pierwszy z nich. – Byłem bardzo młody, nie miałem jeszcze dwudziestu lat, jak mi się te chłopaki wypsnęły nie wiadomo jak. Ale ani jednego dnia nie żałowałem tego i nie żałuję, bo jesteśmy bez żadnej przesady idealnie dobraną trójką. Nie dzieli nas nic prócz tych kilku godzin, które oni spędzają w szkole, ale jak tylko chłopcy zjedzą obiad, wychodzimy razem na miasto. Spacerujemy po Corsie, przyglądamy się ładnym pannom a pod wieczór pijemy piwo. Oni oczywiście piją co najwyżej po jednym małym, co do tego może pan porucznik być absolutnie pewny, ale że lubią kanapki, śledzia i kabanosa, siedzą ze mną w knajpie chętnie, bo ja im tych przysmaków nigdy nie żałuję.

Spojrzałem na młodych Kuczyńskich. Stuknęli obcasami i uśmiechnęli się.

– Co panów tu sprowadza? – zapytałem.

– Wojna – powiedział Kuczyński ojciec. – Ja jestem rzeźbiarzem i mam pracownię wysoko na Łyczakowie. Nie chcę, by mi ją bolszewicy spalili, i dlatego zgłaszam się razem z chłopcami do obrony Lwowa.

– Dobrze, – powiedziałem, – pan sierżant zajmie się panami.

Kuczyński spojrzał na mnie jakby chciał jeszcze coś powiedzieć.

– Panie poruczniku, – powiedział po chwili, – chciałbym zwierzyć się panu z kłopotu, który psuje mi całą przyjemność wstąpienia do wojska.

– Słucham.

– Mamy z nami kobietę. Została na dole w sieni. Moja żona a ich matka.

Powiedziawszy to, Kuczyński obtarł pot z czoła i pytająco spojrzał mi w oczy.

– Mogła by być markietanką – podsunął mi ostrożnie – albo sanitariuszką. Mogłaby również zająć się czymś na siedząco, bo to bardzo cierpliwa osoba. Potrafi pozować mi całymi godzinami bez najmniejszego znużenia. Mogłaby w końcu rwać szarpie.

– Szarpie? – zaśmiałem się. – To już nie w dzisiejszych czasach. Mamy przecież bandaże. Proszę poprosić tu panią – powiedziałem do jednego z braci Kuczyńskich.

Po chwili weszła do kancelarii duża, bardzo tęga blondyna, wyglądająca zadziwiająco młodo jak na matkę tych dwóch młodzieńców. Twarz miała wesołą i śmiała się już od wejścia. Stanęła przede mną z rękami opuszczonymi po bokach, jakby gotowa do oceny jej przydatności do służby wojskowej. Zabrałem ją i kleryka do kapitana. Zdziwiony widokiem sutanny i tęgiej blondyny, kapitan stał bez słowa za stołem, po czym wyskoczył z kancelarii na korytarz, dając mi znaki bym wyszedł za nim.

– Co to takiego? – zapytał, drapiąc się w owłosiony policzek. – Takiej kombinacji jeszcze w koszarach nie widziałem. Kto jest ta kobieta?

– To jest żona ochotnika i matka dwóch synów, też ochotników.

– No dobrze, ale po co mi ją pan kolega sprowadził?

– Bo chce służyć w wojsku.

– Ta kobieta?

– Tak jest.

Kapitan wskoczył do kancelarii i po chwili wyszedł z niej na palcach.

– Ależ panie kolego, – powiedział szeptem nachylony do mojego ucha, – jak pan może tak się mylić! Przecież ta Rubensówna absolutnie nie nadaje się do służby w armii ochotniczej!

– Dlaczego, panie kapitanie?

– Dlaczego? Dlatego że duża jest psianoga jak panorama racławicka i tu – kapitan wskazał swoje biodra – cztery razy za szeroka!

Kapitan obszedł mię wokoło.

– Panie kolego, – powiedział po chwili, – niech pan to załatwi jak pan chce. Niech pan sobie weźmie tego kleryka i przebierze go w spodnie, skoro on do tego dąży, ale tej kobiety absolutnie nie chcę widzieć w spodniach!

– No to mogłaby zostać w spódnicy, gdyby pan kapitan uznał że może nam do czegoś się przydać.

– Do czego?! – wykrzyknął kapitan, krzywiąc twarz. – Do czego nam taka gruba blondyna! Przecie powiedziałem panu koledze przed chwilą, jakie są moje wątpliwości. Zresztą to nie są wątpliwości, ale pewność zupełna że ta pani jest za gruba.

Milczałem.

– Ja wiem, co pan kolega mógłby teraz powiedzieć: „W stosunku do czego ta pani jest za gruba?” – mógłby pan zapytać, a ja bym panu z miejsca na to odpowiedział: „Ta pani jest za gruba w stosunku do wszystkiego! W stosunku do naszych koszar, w stosunku do pana, do mnie i do naszych żołnierzy!”. Panie kolego, powiedziałem panu, co o tym myślę, i do miłego widzenia!

Kapitan zaczął oddalać się ode mnie. Zatrzymawszy się przy schodach, krzyknął:

– Ostrzegam pana że ja do tej blondyny nie wrócę i byłbym bardzo rad ujrzeć moją kancelarię jak najszybciej wypróżnioną z tego co mi pan tam sprowadził.

Wróciłem z mamą Kuczyńską i z klerykiem do mojej kancelarii. Kuczyński ojciec patrzał mi niespokojnie w oczy.

– Zobaczymy, – powiedziałem, -kapitan się waha, ale pewnie się zgodzi. Tak czy owak będzie pani musiała powrócić do domu, bo tu nie mamy pomieszczenia dla kobiet.

– Stefciu, – powiedział Kuczyński do żony, – zejdź na dół i poczekaj w sieni.

– Nie, – powiedziałem, – proszę, niech pani tu z nami zostanie. Dochodzi piąta, za chwilę wyjdziemy wszyscy. Zapraszam państwa do Kafki na piwo. I pana też, panie sierżancie. A może ksiądz z nami pozwoli?

* * *

Dzień następny rozpocząłem nie od normalnych zajęć dowódcy kompanii rekruckiej ale od rozmów z panami i paniami z różnych sfer odwiedzającymi lub odprowadzającymi do wojska swych synów. Każda z tych osób miała jakieś szczególne życzenia. Uciekłem w końcu z kancelarii na plac ćwiczeń, ale i tu trzeba było zajmować się osobami cywilnymi, które co chwilę zjawiały się na podwórzu.

– Czy nie było tu mojego męża? – pyta podoficera tęga kobieta w haftowanej chustce opadającej z ramion.

– O kogo się pani pyta?

– Ta o męża!

– Kto może wiedzieć jak on wygląda, – mówi podoficer, – czy to żołnierz?

– Ta jaki on żołnierz! Cywil w baniaczku na głowie i czuć go kminkówką.

– Pani dobrodziejko, – mówi podoficer, – niech nam pani głowy nie durzy, taż widzi pani że my tu ćwiczymy.

– Ta pewnie że widzę, ale jakby tu przyszedł stary szmirus w baniaczku i w żółtych portkach, to niech go pan stąd wypędzi, bo w domu trzeba piec poprawić a jemu się wojska zachciało.

Tęga kobieta odeszła, a na murze okalającym plac ukazał się starszy człowiek w pogiętym meloniku na głowie. Zeskoczył z muru i idzie do mnie. Odziany jest w przyciasny żakiet z długimi połami i w żółte spodnie uszyte z namiotowego płótna. W ręku trzyma trąbkę wojskową. Stanął przede mną i przyłożył rękę do melonika.

– Dziodzio jestem, – powiedział, – były funkcjonariusz magistratu.

Patrzał mi w oczy nieśmiało a po chwili uśmiechnął się i rozejrzawszy się wokoło, westchnął:

– Strasznie lubię obozowe życie. Tu to człowiek przynajmniej wie, po co żyje.

Miał miłą twarz. Właściwie nie twarz ale twarzyczkę chłopca, umalowanego na dorosłego mężczyznę. Brwi duże i czarne, tak czarne jakby przypalonym korkiem natarte. Pod brwiami małe jasne oczka a pod małym noskiem szeroki szary pas wąsów krótko przystrzyżonych. Policzki miał fioletowe jakby umalowane burakiem, a cienką szyję obciskał sztywny celuloidowy kołnierzyk.

– Czy pan służył w wojsku? – zapytałem.

– Niestety, nie służyłem, bo mi moja stara nie pozwala. A o masz! – wykrzyknął patrząc w stronę bramy – już mię zdybała!

Na podwórze wpadła ta sama tęga kobieta, która przed chwilą tu była.

– Dziodzio, ty szmirusie jeden, – krzyknęła, – do domu!

– Najmocniej przepraszam pana nadporucznika, – powiedział pan Dziodzio, cofając się w kierunku muru, – ale ja muszę ratować mój honor.

Wdrapał się na mur i salutując mię ręką przy meloniku, krzyknął:

– Przepraszam pana komendanta za to co Dziodziowa wygaduje. Ona niepolerowana. Ja trochu bywałem na salonowych parkietach, ale Dziodziowa niczego nie powąchała.

Kobiety w oknach sąsiedniego domu wzięły w obronę pana Dziodzia.

– Ta co się pani czepia starego! – krzyknęła jedna z nich. – Ta niech sobie trąbi!

Pan Dziodzio ukłonił się pannom i zeskoczył na drugą stronę muru.

* * *

Około jedenastej brama wejściowa koszar otwarła się szeroko, i wszedł w nią koń, piękny kasztan, prowadzony za uzdę przez chłopaka w długiej lokajskiej liberii. Na koniu siedział chłopiec może piętnastoletni w rogatywce na głowie w dobrze dopasowanym nowym mundurze z karabinkiem kawaleryjskim, przewieszonym przez plecy, i z szablą u boku. Poruszenie wśród moich chłopców, a w oknach z przeciwka okrzyki zachwytu. Panny nawołują się głośno, i po chwili wszystkie okna pierwszego i drugiego piętra są obsadzone. Słychać oklaski i okrzyki:

– Przysięgam Bogu, taż to bajka jakaś! Śliczne dziecko! Książę jaki czy co!

Chłopak w liberii wprowadził konia na środek placu. Otoczyli go nasi chłopcy i patrzą ciekawie. Młody jeździec poczerwieniał na twarzy i wyraźnie zawstydzony spuścił wzrok. Za koniem wjeżdża na plac powóz, za powozem chłopska furmanka jedna druga i trzecia.

– A o patrzcie! – krzyczy jedna z naszych sąsiadek – dama siedzi w powozie! To z pewnością matka. Hrabina z pałacu!

Młoda dama wysiada z powozu, zawstydzona jeszcze bardziej od chłopca.

– Przepraszam pana za ten spektakl – mówi do mnie. – Nie miałam zamiaru tu wjechać, ale tramwaje i wozy na ulicy zmusiły mnie do tego. Gdybym przewidziała że tyle oczu będzie na nas patrzeć, tobym przyszła tu z tym chłopcem piechotą. Jędrzej, zsiądź z konia.

Chłopiec zeskoczył z konia i zaczął odpasywać szablę.

– Co ty robisz? – spytała go młoda dama.

– Odpinam szablę. Potem założę. Tu piechota.

– Właśnie, – podchwyciłem, – wydaje mi się że ktoś panią mylnie skierował do nas, bo my tu piechota.

– Ach, proszę pana, czy to nie wszystko jedno!

Chłopak spojrzał na matkę z wyrzutem.

– Ja przede wszystkim chciałabym żeby mój syn służył tam gdzie komenderuje nasz stary znajomy doktor Bujański. Chyba co do tego się nie mylę że go tu zastanę?

– Tak jest, – odpowiedziałem, – kapitan Bujański jest dowódcą tego batalionu.

– No to jesteśmy u siebie! – wykrzyknęła młoda pani.

Chłopiec spojrzał na nią gniewnie.

– Czy byłby pan tak dobry powiadomić doktora Bujańskiego że ja tu jestem?

Podała mi swój bilet. Podoficer zaniósł go do kapitana.

– Niech pana nie dziwią te wozy, – mówi młoda pani wskazując furmanki, – to różne produkty wiejskie: może przydadzą się wojsku.

Po chwili zjawił się kapitan. Biegnie przez plac lekko i rytmicznie. Brodę wietrzyk zwiał mu aż na ramię. Stanął przed młodą damą bez najmniejszej zadyszki i stuknąwszy obcasami, nisko się pochylił, całując jej rękę.

– Pani hrabina tu? Co za niespodzianka!

Różowy na twarzy i uśmiechnięty kapitan przeprowadził młodą damę przez plac do koszar. Chłopiec poszedł za nimi. Po paru minutach wrócił. Sztywny, z opuszczonym w dół wzrokiem, podszedł do mnie.

– Pan kapitan kazał mi zameldować się u pana porucznika.

– Po co?

– Mam tu zostać.

– Czy pan jest z tego zadowolony? Chłopiec milczał.

– Nie wiem – powiedział po chwili.

– To niedobrze, – powiedziałem, – a co z koniem?

– Jacek zostanie tu ze mną. Pan kapitan powiedział że koń może tu się przydać. Że może będę na nim rozwoził rozkazy.

– Ale pan zapewne miał ochotę do służby w kawalerii?

– Tak, ale ustąpiłem, bo mi mama obiecała nareszcie, że po skończonej wojnie pojadę na Amazonkę.

– Aż na Amazonkę?

– Tak. Łodzią przez Amazonkę; to mój projekt od dawna.

Znowu brama otwarła się szeroko, i wszedł w nią z trąbieniem i bębnieniem oddziałek skautów może dwunastu chłopców, a za nim, popychając dwukołowy wózek, szedł stary dobrze mi znany bardzo popularny we Lwowie aktor R. Grywał zwykle małe charakterystyczne rólki i już samym zjawieniem się na scenie budził wesołość. Oddziałek zatrzymał się na środku placu, a stary aktor podszedł do mnie.

– Przyprowadziłem tych chłopców i siebie w imieniu mojej żony. Czy mógłbym prosić pana porucznika na bok?

Ujął mię pod ramię i podprowadził pod mur.

– Ja mam syna w pańskiej kompanii, – zaczął, – żona moja od dawna mię męczy żebym się starał wycofać chłopca z szeregów, bo słabowity i stopy ma płaskie, ale ani chłopiec sobie tego nie życzy ani ja nie miałem ochoty z taką prośbą wystąpić. Wobec tego moja żona zebrała tych chłopców do wymiany na syna. I mnie dorzuciła na dodatek.

– Do wymiany? – skrzywiłem się.

– Wiem, wiem że to brzydki pomysł, ale co pan chce: to kobiecy pomysł! Wypiłem trzy wiśniówki i pięć piw zanim tu przyszedłem, bo przecie wiem że nie mam nic do powiedzenia, chyba tylko tyle że chłopiec rzeczywiście ma słabe nogi, i lekarz to stwierdził.

– Mogę z chłopcem pomówić, – powiedziałem, – ale namawiać go do powrotu do domu nie będę.

– Naturalnie! O nic więcej nie proszę. Jeżeli pan pozwoli, skoczę teraz na piwo do Kafki. Czy po obiedzie będzie jakaś próba?

– Będzie. My tu próbujemy cały dzień.

– Doskonale! Pójdę i zaraz wrócę a gdyby tu przypadkiem zjawiła się moja żona, to proszę, niech jej pan nie mówi że stąd do Kafki niedaleko.

Znowu zjawił się przy mnie pan Dziodzio.

– Panie nadporuczniku, ja z małą prośbą: ja pokornie proszę pana nadporucznika czy pan nadporucznik nie pozwoliłby mi czasami trochu dla wojska zatrąbić?

– Dlaczego nie, pozwoliłbym panu z przyjemnością, ale to ode mnie nie zależy. Niech pan poprosi o to pana kapitana.

Pan Dziodzio westchnął:

– Pan kapitan strasznie srogi, i ja się go boję, ale ja wiem że jakby mnie pan nadporucznik zaprotegował, to pan kapitan z pewnością by się zgodził.

– Dobrze, pomówię z panem kapitanem.

Na ratuszu wybiła dwunasta. Trzeba już stąd wyjść. Zjawiła się hrabina w towarzystwie kapitana. Weszła na plac i wykrzyknęła:

– Co to? Ach, jakie to ładne!

Nie zauważyłem dotąd że sąsiadki nasze wywiesiły z okien transparent zszyty z kilku prześcieradeł z napisem: „Niech żyje Wolność! Wiwat wszystkie Stany!”. Pan Dziodzio wskoczył na mur, przytknął trąbkę do ust i nadął się, ale trąbka beknęła tylko krotko i żałośnie.

* * *

Kompania moja rosła w liczbę, ale chłopców wyraźnie nudziła i nużyła systematyczna nauka. Ten i ów chłopaczek w pierwszych dniach ćwiczeń z zadowoleniem spojrzał na swój karabin i zmierzył się z niego z przyjemnością, ale przykazania i zapewnienia podoficerów, że karabin jest wiernym towarzyszem żołnierza i dlatego powinien być czyszczony, szanowany i kochany, budziły zdziwienie a nieraz śmiech ogólny.

– Oleśku, czy ty pokochał dzisiaj swój karabin? – usłyszałem któregoś razu rozbawiony głos. – Czy ty go dobrze popieścił?

– Ta pewnie, a co ty myślisz! – odpowiedział zapytany. – Ja go tak lubię że ja go rozebrał na kawałki, tylko że teraz nie wiem gdzie one są, czy w domu czy w Stryjskim parku, bo widzę że mi została tylko kolba!

– To pokochaj trochę jeszcze kolbę, Oleśku, ja cię proszę! Ty nawet nie wiesz, jaka ona ci jest wierna!

Prócz nudnych ćwiczeń chłopcy mieli jeszcze jeden powód do niezadowolenia: za mało chleba a nieraz i zupełny jego brak. Dostawali wówczas gotowaną na wodzie tartą kukurydzę, zwaną „mamałygą”. Choć kapitan zapewniał chłopców że pełna menażka mamałygi zastępuje w zupełności pół bochenka chleba, nikt temu nie wierzył. Chłopcy narzekali głośno. Doszło to do panien z przeciwka, i któregoś dnia ujrzeliśmy prześcieradło zwisające z okien ich domu a na nim wypisany wierszyk:

Panie kapitanie a co na śniadanie?

To co zwykle: mamałyga, moje ty kochanie!

– Uważam – powiedział kapitan -że nasze sąsiadki stanowczo za dużo sobie pozwalają. Trzeba wysłać do nich energicznego podoficera z ostrzeżeniem. Panie kolego, niech pan to załatwi.

Wysłałem do sąsiadek podoficera. Wrócił i melduje kapitanowi:

– Obskoczyły mnie i jedna przez drugą krzyczy że co mamałyga to mamałyga a co chleb to chleb.

– Głupie kobiety! – kapitan skrzywił się i zaśmiał. – Dużo one o tym wiedzą! Mnie trzeba się spytać! Panie kolego! – kapitan zwrócił się do podporucznika Przybylskiego – proszę, niech mnie pan tu dotknie – kapitan nadstawił mu ramię. – No i co pan na to? Czuje pan?

– Czuję – odpowiedział Przybylski.

Kapitan spojrzał po nas i wykrzyknął:

– Mamałyga! Tyle panom powiem!

* * *

Batalion ćwiczy codziennie na wzgórzu zwanym „Kaiserwaldem”. Teren dobry i do musztry formalnej i do ćwiczeń taktycznych. Obserwuję cichą walkę kapitana z adiutantem Przybylskim o konia. O Jędrzejowego kasztana. Obaj chcieliby go dosiąść, ale coś ich od tego powstrzymuje.

– Jak panu kapitanowi wiadomo, mam żylaki – powiedział któregoś dnia podporucznik Przybylski, wdrapawszy się zasapany na górę „Kaiserwaldu”. -Gdybym miał konia mógłbym dużo czasu i sił zaoszczędzić.

– Panie kolego, – mówi kapitan, -jak długo żyję nie słyszałem żeby profesorowie VII gimnazjum jeździli konno! I żeby pan przynajmniej uczył polskiego, to bym może takie życzenie od biedy zrozumiał, ale filolog? A poza tym: po co pan kolega tu się przytryndał? Przecie rzeczą adiutanta jest siedzieć w kancelarii. Budienny może zająć Winniki a my tu nic o tym przez pańskie spacery nie będziemy wiedzieć.

Zapewne udało się w końcu podporucznikowi Przybylskiemu przekonać kapitana, bo któregoś dnia ujrzałem go na Jędrzejowym kasztanie. Trzymał się na nim dobrze, ale dlaczego podporucznik Przybylski zapuścił wąsy i bródkę?

– Widział pan kolega bródkę Przybylskiego? – mówi do mnie kapitan. -Jak mamcię kocham posiusiać się można ze śmiechu! I co jeszcze w tym jest zabawnego, to to że kolega Przybylski i tu w tym wypadku tak jak we wszystkich swoich akcjach jest beznadziejnie spóźniony, bo teraz właśnie, kiedy hrabina namawia mnie do zgolenia brody i ja rzecz tę rozważam poważnie, kolega Przybylski zapuszcza brodę! I jaką brodę! – kapitan zaśmiał się wesoło. – Przecie wiadomo co z tego wyrośnie! Panie kolego, niech mi pan wierzy że mu wyrośnie tyci, – kapitan pokazał mi czubek małego palca, – tyci pędzelek i nic więcej!

Niedługo jeździł podporucznik Przybylski na Jędrzejowym kasztanie. Któregoś dnia spadł z niego cicho w dół wykopany na jezdni ul. Łyczakowskiej. Zapewniał nas że spadł bez szwanku, ale już więcej na kasztana nie wsiadł. Wolałem te dni, w których kapitan zjawiał się na „Kaiserwaldzie” na krótko i wracał z ćwiczeń sam, bo powrót przez miasto z kapitanem na czele batalionu znaczył nieraz kłopot. Kapitan miał zawsze jakieś pretensje do ulicy. Choć dobrze wiedział jako stary lwowianin że tramwaj w tym miejscu ulicy skręci albo wyłoni się zza rogu, robił obrażone miny jakby go motorniczy umyślnie zaskoczył i zlekceważył. Pewnego razu nie wytrzymał i krzyknął:

– Panie, jak pan jedzie! Czy pan nie widzi że wojsko idzie!

Motorniczy zatrzymał tramwaj i odpowiedział:

– A jak pan idzie, panie kapitanie! Kto robi gzygzaki, ja czy pan? Ja widzę że pan kapitan by chciał żebym ja dla jego wygody do apteki wjechał!

Największy kłopot z kapitanem był w takich razach kiedy Batiar nie trzymał się jego nogi albo naszej kolumny i biegł chodnikiem, wyprzedzając nas. Kapitan przyśpieszał wtedy kroku, ręce składał w trąbkę i krzyczał:

– Batiar! Ty batiaru przeklęty, na powrozie od jutra będziesz chodził!

Przechodnie przystawali na chodniku i patrzyli po sobie zdumieni. Któregoś dnia na rogu pl. Strzeleckiego i wąskiej uliczki, prowadzącej do ul. Żółkiewskiej, wyskoczył zza rogu domu hycel i biegnie do naszego Batiara idącego chodnikiem.

– Batiar! – krzyknął kapitan ze zgrozą.

Batiar przystanął i po swojemu się uśmiecha. Kapitan puścił się do niego, a za nim nie wiem czemu i ja z moją kompanią. Kiedy byliśmy już blisko niego, Batiar ruszył z miejsca i biegnie przed nami, kiwając wesoło sterczącym w górę ogonem. Mijamy hycla biegnącego chodnikiem.

– Batiar! – krzyczy kapitan.

– Tylko nie batiar! – krzyknął hycel. – Tylko nie batiar! Ja ciężko na chleb pracuję!

– Batiar! – krzyczą moi żołnierze. Batalion biegnie wyboistą jezdnią, rozbryzgując błoto aż na chodnik. Potknąłem się raz i drugi i uskoczyłem na bok. Idę chodnikiem i słyszę jak jeden z grupki kolejarzy przechodzących obok mnie mówi:

– Widzieliście panowie kiedy takie wojsko: na przodzie jakieś wariatuńcio z brodą a za nim dzieci lecą i przezywają go batiarem!

Batalion wpadł w ulicę Zamarstynowską. Kiedyż ten wyścig się skończy? Na ulicy zdziwienie i popłoch. Niektórzy kupcy zamykają sklepy. Batalion biegnie w dalszym ciągu. Po chwili widzę Batiara wbiegającego w bramę naszych koszar, za nim lekkim susem wskoczył w bramę kapitan. Chłopcy resztkami sił dobiegają koszar.

* * *

Przebrnęliśmy wreszcie przez okres wyszkolenia pojedynczego żołnierza. Zaczynamy naukę strzelania, ale i to chłopców nie bawi, bo zanim pójdą na strzelnicę, wysłuchać muszą szeregu wykładów o balistyce i uczyć się celowania. Nudzi to ich okropnie. Dopiero w przerwach między wykładami ożywiają się i brak spodziewanych wrażeń wojennych zastępują walką między sobą. Napadają się wzajemnie całymi bandami, tłuką kułakami a jeńców wziętych do niewoli z wielkim śmiechem i radosnymi okrzykami biją w zadek.

– Dziecinnieją psianoga! – mówi kapitan. – Ale ja im się nie dziwię. Sam bym chętnie z nudów grzmotnął kogoś w łeb.

Ja osobiście nie mogę narzekać na brak urozmaicenia w moich zajęciach. Przybyła do mojej kompanii grupka chłopców wiejskich, sześciu rosłych chłopaków aż spod Rzeszowa. Przybył również jeszcze jeden młody hrabia, dryblas dwumetrowy i taki szeroki w ramionach i biodrach że nie mogłem bez narażenia go na śmieszność postawić go w jednym szeregu z moimi drobnymi chłopaczkami. Utworzyłem więc z nowoprzybyłych osobny oddziałek i dodałem do nich trzech Kuczyńskich, aktora R. i kleryka, ale widzę że ten oddziałek budzi zazdrość i zawiść reszty kompanii. Prócz tego mam jeszcze i ten kłopot że nie mogę znaleźć w całym Lwowie dla chłopców spod Rzeszowa spodni na ich miarę, a już tyłkami świecą. Duży hrabicz przyniósł ze sobą wiolonczelę i gra wieczorami w koszarach, ale chłopcy mimo to patrzą na niego krzywo a niektórzy dokuczają mu wyraźnie.

– Co zrobić żeby mię nie szykanowali? – radzi się hrabia sierżanta Bastgena.

– Najpierw niech pan hrabia zgoli wąsy, – mówi sierżant, – bo duże i do tego jeszcze sterczą. To chłopców w oczy kłuje. I niech pan siada ile pan może, żeby pan ich swoim wzrostem nie denerwował.

Hrabia zgolił wąsy i przysiada gdzie może, ale chłopcy nie popuścili i któregoś dnia wypisali kredą na futerale jego wiolonczeli: „D..a w futerale”.

– Niewybredny żart – skrzywił się hrabia.

– Ta czego lepszego pan się po nich spodziewał – powiedział sierżant Bastgen. – Taż to jeszcze dzieci!

– Panie sierżancie, – mówi hrabia, – czy nie byłoby jakiegoś sposobu żebym mógł ich przekonać do siebie?

– Sam nie wiem co panu poradzić -mówi Bastgen. – Niech pan na razie trzyma się tego: niech pan tyle nie siada, bo chłopcy z pewnością myślą że pan taki wygodny, bo pan hrabia. Byłoby najlepiej – dodaje sierżant – żeby pan usiadł raz na zawsze, ale tak żeby pana było widać tylko od pasa w górę.

– Ale gdzież ja znajdę takie miejsce do siedzenia? – mówi żałośnie hrabia.

– Gdzie? Tu w kancelarii. Jak pan chce mogę zrobić pana pisarzem.

– Bardzo mi przykro panie sierżancie że tyle kłopotu robię swoją osobą, ale doprawdy, ja bym nienawidził siedzieć.

– A to co innego! – mówi sierżant – skoro pan nienawidzi siedzieć, to nie ma co! To pan musi stać. Ale gdzie? A może by pan stanął w okienku? Co by pan powiedział jakbyśmy pana postawili w batalionowym magazynie? Tam w drzwiach magazynu jest małe okienko i widać byłoby tylko pańską głowę.

– Ach, panie sierżancie, tak mi przykro, ale ja już raz w swoim życiu siedziałem w okienku.

– Co pan mówi? Dlaczego?

– Ojciec posadził mię na wieży i dwa lata siedziałem w okienku.

– No to w takim razie powiem żołnierzom że pan tu jest za karę. Że pan wcale nie miał być taki duży i zrobił pan to tylko na złość ojcu. Oni to zrozumią, i będzie pan widział, że pana zaraz polubią.

* * *

Mamy dzisiaj przegląd batalionu przez brygadiera Mączyńskiego. Nasi chłopcy nie przejęli się tym wydarzeniem. Po swojemu ustać spokojnie w szeregu nie mogą nawet po komendzie „baczność!”. Co chwilę wybuchają to na prawym to na lewym skrzydle kompanii głośne kłótnie a wzajemnym poszturchiwaniom i kopaniu się w tyłek nie ma końca. Nawet Jędrzej, ten dobrze wychowany Jędrzej, poszturchuje się z chłopcem stojącym obok niego.

Stoimy na placu koszarowym już od godziny w oczekiwaniu brygadiera. Chłopcy hałasują jak nigdy dotąd. Po kilkunastu wyciągają w górę ramiona z wyprostowanymi dwoma palcami.

– Opuścić ręce! – krzyczę. – Nie jesteście w szkole! Wyszatycki, stać spokojnie!

– Ja ni mogę, panie poruczniku, bo Powidaj si kopi.

– Wyszatycki, ile razy trzeba wam powtarzać że w szeregu nie wolno mówić!

– Ja to wim panie poruczniku, ale on si kopi.

– Co robi?

– On kopi mię z tyłu. Podszedłem do nich.

– Powidaj, dlaczego kopiecie Wyszatyckiego?

– On dobrze wie, dlaczego – odpowiada Powidaj.

Widzę w ręku Wyszatyckiego jakiś przedmiot, który stara się ukryć za sobą.

– Co to jest? – pytam. – Dajcie mi to!

Chłopiec poczerwieniał na twarzy i z ociąganiem podał mi dużą fotografię. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że to pejzaż górski, Krynica czy Rabka w śniegu, ale po chwili zorientowałem się że to co widzę, to nie ośnieżone góry, ale ciało kobiece, sfotografowane w pozycji leżącej od szyi po brzuch.

– Skąd macie tę fotografię?

– Kicia mi ją dał.

– Kicia, a wy skąd to wzięliście?

– Bodek sprzedał mi za tytoń, bo ja, proszę pana porucznika, nie palę.

– Bodek, kto wam to dał?

– Rozkaz, panie poruczniku!

– Bodek! Pytam, kto wam dał tę fotografię?

– Jedna pani.

– Jaka pani?

– W zielony sukni. Brunetka.

– Co to znaczy? Kto ona jest?

– Ja nie wiem jak to powiedzieć. Ona teraz siedzi w oknie w czerwonym szlafroku.

– Gdzie?

– A o tam – wskazał mi wzrokiem dom naprzeciw.

Miałem ochotę przyjrzeć się jeszcze raz tej fotografii, ale wypadało mi zniszczyć ją od razu.

– Jutro staniecie do raportu karnego – powiedziałem, drąc fotografię. -Wy dobrze wiecie że do tego domu nie wolno wam chodzić.

– Ja to wiem, ale ta pani mi powiedziała, że przypominam jej braciszka.

– No to co? To dlatego dała wam tę fotografię?

– Nie. Ona mi jej nie dała. Ja sobie sam wziąłem na pamiątkę.

– Na jaką pamiątkę?

– Na pamiątkę tego że przypominam jej braciszka.

Zjawił się na placu podporucznik Przybylski.

– Będziemy mieli za chwilę niezłe widowisko, byle tylko nie skończyło się ono źle. Kolega Bujański uparł się asystować brygadierowi przy przeglądzie batalionu na koniu. Starałem się przekonać go że to nie wypada, ale uparł się. Mówi że na jakimś przeglądzie w wojsku austriackim dowódca jego brygady siedział na koniu, mimo że naczelny wódz arcyksiążę Fryderyk szedł przed frontem brygady na piechotę. A niechby sobie w końcu wsiadł na tego konia, – ciągnie podporucznik Przybylski, – razem z Mączyńskim uczyli w tym samym gimnazjum, to mu pewnie brygadier ten wyskok daruje, ale Jacek nie znosi ostróg. Przestrzegałem Bujańskiego że wiem coś o tym, ale on się śmiał i przypiął sobie do pięt jakieś nie ostrogi, ale narzędzia do tortur. Może Podbipięta takich ostróg używał, ale dzisiejszy koń takich ukłuć nie zniesie – a zwłaszcza Jacek.

Zjawił się na placu kapitan Bujański. Stąpa ostrożnie, szeroko, rozstawiając nogi. Ostrogi rzeczywiście ma olbrzymie.

– Jeżeli kolega Bujański myśli że wygląda w tej chwili jak rycerz, to się myli – mówi Przyblyski. – Chantecler, a nawet i to nie! Wiejski kogut!

Sprowadzono kasztana do sieni. Kapitan wskoczył na niego z takim rozmachem że o mało nie przeleciał przez siodło na drugą stronę konia. Całe widowisko trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund. Kapitan dźgnął konia po bokach kolcami ostróg. Jacek zarżał i wspiął się na przednich nogach. Kapitan zniósł dzielnie to raptowne podniesienie a nawet spróbował uśmiechnąć się, choć głową uderzył o sufit sieni, ale koń opadł na przednie nogi i wierzgnął gwałtownie zadem. Kapitan przeleciał przez jego głowę i spadł na kamienie sieni. Nie mógł już sam wstać. Zanieśliśmy go na wartownię, a po pół godzinie odwieziono go do szpitala. Okazało się że zwichnął prawą nogę w kostce. Musiałem objąć komendę batalionu i asystować brygadierowi przy przeglądzie. Przegląd wypadł dobrze, tylko pan Dziodzio strasznie się skompromitował. Mówiła mi kiedyś Dziodziowa że pan Dziodzio bardzo źle trąbi na swojej trąbce a gdy się napije, to w ogóle trąba jego głosu nie wydaje, a że pan Dziodzio pije z tremy przed każdym trąbieniem, nigdy nie udaje mu się porządnie zatrąbić. Korzystając z zamieszania po wypadku kapitana pan Dziodzio wystąpił na plac z trąbką w ręku i wpadł w oczy brygadiera.

– Niech pan nam coś zatrąbi – powiedział brygadier.

Pan Dziodzio przyłożył trąbkę do ust i nadął się z wszystkich sił, ale głosu z trąbki nie wydobył.

Zdzisław Czermański.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close