Lwowskie dzieci (cz. 2)
Swawolny Adaś

Odwiedziłem kapitana w szpitalu. Otworzywszy drzwi od jego pokoju, pomyślałem ze się pomyliłem. Na łóżku leżał ktoś do niego niepodobny, ale to był on! Kapitan zgolił wąsy i brodę! Usiadłem przy jego łóżku, zaambarasowany jak nigdy w życiu. Jakże tu rozmawiać jak ze znajomym z kimś, co raptem zmienił twarz! Patrzę i oswoić się nie mogę z tym widokiem. Komicznie młody i niepoważny, kapitan niczym nie przypomina dawnego siebie.

– Sam nie wiem, co mam o tym myśleć – powiedział, zmieniając żywo pozycję w łóżku. – Diabli wiedzą ile tu wpływu kobiety a ile innych niepojętych dla mnie w tej chwili pobudek złożyło się na moją decyzję. Jedno jest pewne, że cała rzecz nie została przemyślana do gruntu. Zaczęło się od tego że hrabina systematycznie dzień po dniu obrzydzała mi wąchanie brody. Mówiła mi, ze to nieestetyczne, i użyła któregos dnia porównania, które mną wstrząsnęło. Powiedziała je wprawdzie żartem, ale mie to wystarczyło żeby po raz pierwszy w życiu poczuć się zachwiany w mojej wierze w siebie. Ani by pan nie zgadł, panie kolego, co mi wtedy hrabina powiedziała. „Narcyz”! Czy pan uwierzy? „Narcyz” – powiedziała! Pewnie ze można było wcale się tym nie przejąć, bo po pierwsze, broda moja miała naturalny zapach siana, zapach miły dla polskiego powonienia, temu chyba nikt nie zaprzeczy, a po drugie, można o mnie powiedzieć co się chce tylko nie to że jestem narcyz. Ani jako kwiatek ani jako natura!

Kapitan rzucił się na łóżku aż materac jęknął.

– Już drugi dzień leżę tu z wyleczoną nogą, bo wstydzę się wyjść na miasto bez brody. Czy pan to rozumie, że wychowałem kilka pokoleń naszej młodzieży zawsze z tą samą brodą i bez żadnej przesady mogę to powiedzieć że moja broda była jedną z szanowanych lwowskich instytucji. A teraz co? Ślicznie wyglądam! Ładny ze mnie wychowawca! Całe życie nakazywałem rozwagę a sam postąpiłem jak? Szast-prast i po brodzie!

Kapitan nakrył twarz kocem a po chwili usiadł na łóżku i wybuchnął:

– I dlaczego do stu diabłów teraz, kiedy wojna jeszcze nie skończona, mam chodzić bez brody! Niechby to wygolenie coś znaczyło, czegoś kres albo początek, ale tu nic! Ani to, ani tamto, chyba tylko to że psianoga spadłem z konia!

* * *

Hrabina projektuje urządzenie koncertu na fundusz naszego batalionu. Koncert skromny w skromnej sali. Koncertować ma hrabia Adam. Grać będzie na swojej wiolonczeli. Wieczór organizuje Kuczyński.

Wydarzeń większych nie mamy, ale jak na życie koszarowe więcej tu urozmaicenia w codziennych zajęciach niż w innych garnizonach. Może dlatego że brama naszych koszar jest otwarta dla wszystkich. Chłopcy, stojący w bramie na warcie, w nikim nie budzą posłuchu. Ani w żołnierzach ani w osobach cywilnych. Zresztą chłopcy nie dbają o to, i rzadko jakiś cywil posłyszy zapytanie:

– Panie, ta gdzie się pan tarabani! Taż to nie pasaż Mikolascha! Tu nie wolno wchodzić – my tu wojsko.

Któregoś popołudnia wpadł na plac koszarowy chłopak może czternastoletni z dużą t.zw. „salonową” lampą naftową w ręku. Wpadł jakby ścigany, bo raz po raz patrzał w bramę, biegnąc wokoło muru.

– Wujku! Wujku! Na pomoc! – krzyczał ochrypłym głosem.

Kapitan stał przy mnie, i zauważyłem że zmienił się na twarzy.

– Nieszczęście! – wykrzyknął patrząc w kierunku chłopca. – To mój siostrzeniec i największy batiar jakiego ziemia lwowska wydała! Jeżeli go stąd zaraz nie przepędzę, przepadł mój spokój!

– Wujku! – ryczał chłopiec i biegł tam i z powrotem wzdłuż muru.

Po chwili na podwórze wpadł jakiś starszy szykowny pan. Stanął zdyszany i oparłszy się na lasce, zdjął z głowy melonik i wachluje się nim.

– Adasiu! – krzyknął starszy pan do biegnącego chłopca – możesz już się zatrzymać. Już cię nie ścigam.

Chłopiec przystanął pod murem w najdalszym jego rogu i otwartymi ustami łapie powietrze. Kapitan podbiegł do starszego pana.

– Gustawie! – wykrzyknął. – Czy ci nie wstyd! Dlaczego urządzasz mi tu takie widowisko?!

– Co to? To ty Ludwiku?! Bój się Boga, co się z tobą stało?! Gdzie zarost?!

– Zarost mam tam gdzie trzeba! -odpowiedział kapitan surowym głosem. – A ty odpowiadaj na pytanie, co tu robi Adaś z tą lampą?! I co ty tu robisz?!

– Daruj mi, Ludwiku, – odpowiada szykowny pan, – ale ja nie miałem pojęcia że cię tu zastanę. Zresztą wpadłem tu nie z własnej woli, ale za Adasiem.

– Nie miałeś pojęcia? To bardzo w twoim stylu! Przynajmniej pół Lwowa wie o tym, że tu w tych koszarach dowodzę, ale ty oczywiście, siedząc w swoim „Piekiełku”, nie mogłeś wiedzieć, co się dzieje w mieście i w twojej rodzinie.

– Ależ, Ludwiku, jakie „Piekiełko”! Ten lokal już przecie od dwóch miesięcy jest zamknięty! Ale że ty zgoliłeś brodę, to coś niebywałego!

– Zgoliłem czy nie zgoliłem, to moja rzecz a ty odpowiadaj na pytanie: co ta gonitwa ma znaczyć? Co to za lampa?

– Łapać go! – krzyknął starszy pan, zamiast odpowiedzi, i ruszył na środek placu.

Chłopiec z lampą siedział na murze. Widać miał zamiar uciec. Któryś z podoficerów przytrzymał go za nogę.

– Puścić go! – rozkazał kapitan. Podoficer odstąpił od chłopca. Starszy pan biegnie w jego kierunku. Chłopiec przerzucił nogi na zewnętrzną stronę muru i zeskoczył. Starszy pan wdrapał się na skrzynię z piaskiem stojącą pod murem, ze skrzyni na mur i z podniesionymi ramionami w górę skoczył.

– Miejmy nadzieję, że go po tamtej stronie szlag trafi i będziemy mieć spokój – powiedział kapitan, ale nie upłynęło parę minut jak ujrzeliśmy obu tylko w zmienionej kolejności.

Pierwszy wbiegł na podwórze starszy pan z lampą w ręku, za nim policjant, a za policjantem chłopiec.

– Łapać! – ryczał chłopiec.

– Czyś ty zwariował, Gustawie!!! – krzyknął kapitan i zagrodził starszemu panu drogę.

– Może – odpowiedział ciężko sapiąc starszy pan.

Kapitan oddalił policjanta.

– Czy to nie wstyd żeby adwokat bądź co bądź znany, choć niekoniecznie z tej strony co trzeba, biegał po ulicach z lampą naftową w ręku! Adasiu, chodź tu!

Chłopiec podszedł. Miał czerwoną, pucułowatą twarz, zuchwałe oczy, a z grubych warg wystawały dwa przednie zęby.

– Wujku, gdzie broda?! Co wujek z siebie zrobił?! Ja dopiero teraz widzę że ja lubiłem wujka z brodą.

– Dziękuję ci, mój kochany, za miłe słowo, ale byłoby mi przyjemniej gdybyś nie miał okazji powiedzieć mi tego. Czyja to lampa?

– Mamy.

– Dokąd ją niosłeś?

– Do mamy.

– Skąd?

– Z dawnego mieszkania.

– Dlaczego twój ojczym cię gonił?

– Nie wiem. Może chciał mieć tę lampę, ale ja myślę że dlatego mię gonił, bo chciał wiedzieć, gdzie mama teraz mieszka.

– Czy masz coś jeszcze do powiedzenia? – pyta kapitan.

– Nie, już nic nie mam – odpowiedział chłopiec. – Tylko się ciągle nadziwić nie mogę że wujek tak łatwo zgolił brodę.

– Nieprawda!! I ja cię bardzo proszę, ty mnie nie irytuj! Słuchaj co ci powiem. Twój ojczym pozostanie tu, a ty idź z tą lampą tam gdzie ci mama kazała pójść. Czy oprócz tej lampy pozostało w domu twojego ojczyma jeszcze coś czego mama dotąd nie zabrała?

– Już nic – odpowiedział chłopiec.

– No to idź – rozkazał kapitan.

– Dobrze, – powiedział chłopiec, – ale ja tu zaraz wrócę.

– Po co?! Ani mi się waż!

– Wrócę, bo ja jestem żołnierzem.

– Co takiego?!

– Dzisiaj rano wstąpiłem do wojska

– Jakim sposobem?

– Zwyczajnie. Poszedłem na pl. Smolki i poprosiłem żeby mnie przyjęli.

– No i co?

– I przyjęli mię do piechoty. Rotmistrz Kochanowski bardzo się ucieszył jak się dowiedział, ze wujek jest moim wujkiem, i zaraz dał mi kartkę.

– Gdzie ta kartka?

– Mam ją w kieszeni.

– Daj mi ją!

– Mogę dać, ale co wujek chce z nią zrobić?

– Jak to co? Chcę przeczytać.

– Ja wolę przeczytać ją sam. Chłopiec cofnął się parę kroków w tył, wyjął z kieszeni kartkę i szybko ją odczytał. Czytał ją tak głośno że aż panny z sąsiedztwa dosłyszały go i dały mu brawo. Kapitan oniemiał z gniewu. Chłopiec podszedł do niego zuchwale i wyciągnął rękę z kartką. Kapitan patrzał mu chwilę w oczy, purpurowy na twarzy. Kartki nie wziął, odwrócił się i szybkim krokiem opuścił plac.

* * *

Kapitan przydzielił swojego siostrzeńca do mojej kompanii.

– Mam nadzieję że sierżant Bastgen da sobie jakoś radę z tym batiarem – powiedział.

– I ja też chcę mieć tę nadzieję, – powiedziałem, – na razie siostrzeniec pana kapitana figluje dosyć niewinnie.

– Co? już zdążył coś zmajstrować?

– Tak.

– Co zrobił?

– Zniszczył nam litografie rozwieszone w rejonie kompanii.

– W jaki sposób zniszczył?

– Ołówkiem czerwonym.

– Chciałbym je zobaczyć. Poszliśmy do mojej kancelarii, i sierżant Bastgen wyjął zza pieca portret Kościuszki, księcia Józefa i brygadiera Mączyńskiego. Wszyscy trzej mieli dorobione kolorowym ołówkiem brody.

– Czyj to jeszcze portret? – spytał kapitan.

Sierżant Bastgen wyjął zza pieca jeszcze jedną litografię: portret Konopnickiej z dorobionym podpisem: „Kapitan Bujański we Lwowie w r. 1920 po ogoleniu”.

– Ach, ty batiaru przeklęty, – powiedział kapitan przez zaciśnięte zęby, – co ja bym dał za to żebym mógł we Lwowie w r. 1920 widzieć jak cię w goły tyłek golą!

* * *

– Koncert koncertem a ja chcę mieć dzisiejszej nocy próbny alarm batalionu – powiedział kapitan.

„Zatem po całym dniu forsownych ćwiczeń polowych dwa bardzo niezabawne zajęcia” – pomyślałem.

Koncert hrabiego Adama miał się odbyć wieczorem o ósmej w sali Sokoła Macierzy, ale przed kolacją podał mi ordynans kartkę z powiadomieniem, że z powodów niezależnych od organizatorów koncert odbędzie się w sali Sokoła IV. Około ósmej podjechałem tramwajem pod budynek Sokoła IV. Przed wejściem stała już hrabina w towarzystwie kapitana. Prócz nich ujrzałem podporucznika Przybylskiego i kilku jeszcze oficerów i podoficerów batalionu. Po chwili zjawił się pan Dziodzio i pani Dziodziowa, a za nimi, kiwając się na płaskich stopach, posuwał się ciężko hrabia Adam ze swoim instrumentem w ręku. Zauważyłem że hrabia co chwilę pociąga nosem.

– Co to, kuzynie? – pyta hrabina. -Katar?

– Niestety – odpowiada hrabia ochrypłym głosem.

Kapitan zmarszczył brwi i trzasnął się ręką w udo.

Drzwi się otwarły. Przeszliśmy przedsionek i weszliśmy na salę. Na małej scence stała stara, zniszczona dekoracja i krzesło. Usiedliśmy w pierwszym rzędzie. Oświetlono scenkę a na sali zgaszono światła.

– Prosiłby się na tej scenie jakiś wazon z czymś zielonym, – zauważył kapitan, – a już na pewno brak tu narodowych kolorów.

Minęło dziesięć minut. Czekamy na publiczność ale od chwili naszego przyjścia nie zjawił się nikt. Na scenę wszedł pan Dziodzio. Przyczesany gładko z przedziałkiem na środku głowy, trzyma w ręku mały wazonik fuksji. Pani Dziodziowa daje mu z krzeseł znaki żeby się z tym wazonikiem zabrał, ale pan Dziodzio jej nie rozumie. Podniósł brwi i patrzy na żonę.

– Co ty mówisz? – pyta półszeptem – gdzie postawi, tu gdzie stoję czy tem?

Pani Dziodziowa nie wytrzymała i krzyknęła głośno:

– Ta zabierz to durny, bo aż wstyd! Co ci przyszło do głowy przytaskać tu ten wazonik!

Pan Dziodzio nie reaguje, mruga powiekami i stoi na miejscu. Hrabia wszedł na scenę. Witamy go oklaskami. Pan Dziodzio postawił wazonik przy krześle hrabiego i wyszedł na palcach poza scenę. Kapitan porusza się w krześle niespokojnie i raz po raz odwraca głowę w stronę drzwi wejściowych. Nie ma publiczności. Obliczyłem że jest nas osiemnaście osób. Hrabia Adam zaczyna grać.

– Widzę, że hrabia ma straszliwy katar – mruknął kapitan i gwałtownie założył nogę na nogę.

Hrabia gra i bez przerwy pociąga nosem. Zagrał jeden drugi i trzeci kawałek, po czym wstał, skłonił się i wyszedł za scenę. Bijemy brawo. Zjawił się na scenie pan Dziodzio. Ukłonił się i powiedział z uśmiechem:

– Proszę wielmożnego państwa, maleńka pauza.

Kapitan spojrzał po nas ponuro. Siedzimy w milczeniu. Nagle drzwi wejściowe otwarły się z trzaskiem, i wpadł na salę zdyszany Kuczyński a za nim jego synowie.

– Katastrofa! – wyrzucił z siebie, stając przed kapitanem. – Miałem pełną salę w Sokole Macierz i musiałem zwrócić pieniądze za bilety!

– Cooo? – wykrzyknął kapitan i zerwawszy się z krzesła, wskoczył na scenę i usiadł na krześle hrabiego.

– Taki ładny koncert – westchnął po chwili. – I wszystko diabli wzięli! Ale kto temu winien?!

– Właśnie! Kto temu winien? – powtórzył za nim kapitan. – Kto nas tu sprowadził?!

Kapitan wyciągnął z kieszeni jakąś kartkę. Domyśliłem się że odczytuje powiadomienie o przeniesieniu koncertu z sali Sokoła Macierzy do Sokoła IV. Raptem kapitan sprężył się i zakręcił wokoło. Poczerwieniałą twarz uniósł w górę i ryknął:

– Adaś!!!

Na scenę wpadł hrabia Adam i przestraszony patrzy na kapitana.

– Adaś, ty wyrodku jeden! – głos kapitana się łamie.

Hrabia zbladł patrzy na niego i na hrabinę. Hrabina uniosła rękę. Widzę, że chciałaby jakimś znakiem uspokoić hrabiego, że to co mówi kapitan, nie dotyczy jego osoby.

– Siadaj pan, panie hrabio! – krzyknął kapitan.

Hrabia stoi osłupiały. Kapitan chodzi po scenie i mówi:

– Teraz rozumiem ten szatański plan. Tam w Sokole Macierzy zmusić pana Kuczyńskiego do zwrotu pieniędzy za bilety a mnie przymusić do słuchania koncertu w pustej sali!

– Pan kapitan pozwoli – odzywa się cicho hrabia.

– Siadaj pan! – krzyknął kapitan. -O, nie, nie w pustej sali! On sobie tego nie życzył, żeby koncert się nie odbył. On chciał mię widzieć na mękach!

– Ależ panie kapitanie! – mówi hrabia.

Kapitan zatrzymał się przed hrabią i nachylił twarz do jego twarzy.

– Na mękach, powtarzam!

– Na miłość boską, panie kapitanie! – mówi zduszonym głosem hrabia.

– Na mękach!!! – wykrzyknął raz jeszcze kapitan i usiadł na rampie, zwieszając nogi na salę.

Żal było patrzeć na hrabiego Adama. Blady, z głową opuszczoną na piersi, wzdychał gwałtownie i pociągał nosem.

– Ale żeby mógł mię widzieć na mękach, – mówił kapitan, – trzeba było to zaaranżować i dlatego przysłał mi tu koncertanta i kilkanaście osób. Ale zaraz! – kapitan zeskoczył z rampy na salę i spojrzał w nasze twarze. – Kto nas tu wpuścił? Kto zamówił tę salę? Czyżby zarząd Sokoła dał salę na życzenie czternastoletniego chłopca?

Hrabia Adam podniósł głowę. Twarz mu się rozjaśniła. Zaczął rozumieć, ze nic dotąd nie rozumiał.

– Mogli mu dać, – odezwał się Kuczyński, – bo ja, nie mając zrazu wyraźnej zgody Sokoła Macierzy, dla pewności prosiłem tu o salę. Pański siostrzeniec był wtedy tu ze mną.

Hrabia Adam wstał z krzesła i radośnie pociągnął nosem.

– Co pan powiedział? – zwrócił się do niego kapitan.

– Nic nie powiedziałem, panie kapitanie – odpowiedział hrabia.

– To niech pan siedzi, hrabio! Ja nie mogę porządnie myśleć jak pan stoi.

Hrabia usiadł szybko z pogodnym uśmiechem na twarzy.

– Przepraszam państwa – powiedział kapitan i szybko wyszedł z sali.

– Kuzynie, – powiedziała hrabina, – chyba już nie będziesz grał, prawda? W takim stanie nie można grać z przyjemnością. Widzę, że cię, biedaku, katar rozbiera z każdą chwilą więcej.

– O, nie, – wykrzyknął hrabia wesoło, – wcale mię nie rozbiera, mógłbym jeszcze długo grać, ale zapewne pan kapitan nie będzie mógł już więcej się skupić.

– Właśnie – powiedziała hrabina. Wrócił kapitan.

– Wyobraźcie sobie państwo, że mu dali salę! Przyniósł kartkę z niewyraźnym podpisem, i zgodzili się.

Kapitan spojrzał na zegarek i na mnie.

– Czas, panie kolego.

Pożegnał hrabinę i do hrabiego wyciągnął rękę.

– Prześlicznie pan grał, panie hrabio. Winszuję i serdecznie dziękuję.

Wsiedliśmy w tramwaj. Jedziemy do koszar na próbny alarm. W koszarach ciemno.

– Dlaczego sień nie oświetlona? -pyta kapitan wartownika.

– Światło się zepsuło – odpowiada chłopiec.

Kapitan po omacku wszedł na wartownię.

– Poprosić oficera inspekcyjnego batalionu.

Kapral pobiegł na górę. Zjawia się oficer inspekcyjny.

– Co ze światłem? – pyta kapitan.

– Zepsuło się przed godziną, posłałem po elektrotechnika. Jeszcze nie przyszedł.

Kapitan przeszedł sień i wyszedł na podwórze.

– Co to tam? – mówi.

W świetle księżyca poznajemy kasztana. Kapitan podchodzi do konia, my za nim. Koń stoi spokojnie, ale wygląda dziwnie. Na głowie ma wtłoczone głęboko aż po oczy ukręcone ze słomy coś jakby wianek a do ogona przywiązaną miotłę. Kapitan przeniósł wzrok z głowy konia na ogon i ryknął:

– Adaś!!!

Jacek spłoszył się i odbiegł w głąb placu. Kapitan zawrócił się do koszar – my za nim. Po chwili z najdalszego rogu placu doleciał nas krótki skowyt psa.

– Co to? – powiedział po chwili. – To chyba Batiar – i pobiegł w tamtym kierunku.

Batiar siedział pod murem, przywiązany sznurkiem do dużego worka z piaskiem. Kapitan odwiązał sznurek, głaszcze psa i przemawia do niego, ale Batiar go nie poznał. Zrobił parę kroków, zatoczył się, upadł, wstał i idzie zataczając się.

– Co z nim? Co jemu jest? – mówi kapitan.

Podporucznik Wąsik przyklęknął i obmacuje psa.

– Czuć go wódką – powiedział.

– Święty Bonifacy Męczenniku! -krzyczy kapitan, – Adaś, ty zbóju łyczakowski! Laskę! Kija jakiegoś!

Jeden z podoficerów podbiegł do kasztana, odwiązał od jego ogona miotłę, wyrwał z niej kij i podał go kapitanowi. Kapitan ujął kij w jednym końcu i uniósłszy ramię w górę, pobiegł do koszar. Po chwili z okna pierwszego piętra usłyszeliśmy jego wzburzony głos:

– Oficer inspekcyjny!

– Rozkaz, panie kapitanie!

– Gdzie ludzie? Gdzie się podział mój batalion?!

– Panie kapitanie, melduję posłusznie – odpowiada oficer inspekcyjny -że stosownie do rozkazu pana kapitana batalion wymaszerował o godzinie dwudziestej trzydzieści.

– Cooo?! – ryknął kapitan – Stosownie do czego?!

– Stosownie do piśmiennego rozkazu pana kapitana batalion wymaszerował o godzinie dwudziestej trzydzieści na „Kaiserwald”. W koszarach pozostała tylko warta, ludzie na izbie chorych, kucharze i taboryci.

– Chryste Elejson! Bić! Zabić zbrodniarza! – kapitan znikł z okna.

Biegniemy na górę. Kapitan przebiega korytarz pierwszego piętra i krzyczy:

– Adaś, batiaru przeklęty, pokaż się zanim ci wszystkich gnatów nie połamię!

– Nie wydaje mi się – mówi do mnie półgłosem podporucznik Przybylski – żeby to był najlepszy sposób do zachęcenia chłopca do pokazania się.

Kapitan wyłonił się z ciemnych drzwi tuż przy nas.

– Co kolega mówi? – zwrócił się do Przybylskiego. – Znowu jakieś szu-szu za moimi plecami? Kolega tylko krytykować umie i atakować z zakrytej przyłbicy! Proszę, niech kolega głośno poradzi, jak wstrzymać ten bałagan!

Kapitan wpadł do jednej z izb. Po chwili usłyszeliśmy z jej wnętrza przeraźliwy pisk. Podbiegliśmy. Kapitan wypadł na korytarz.

– Co się stało? – pyta go Przybylski.

– Wyrżnąłem jakąś kobietę w tyłek, ale jakim sposobem?!

– No, chyba kijem – mówi Przybylski.

– Panie kolego, na Boga miłego, przecież wiem że kijem, ale skąd tu kobieta?!

– A dlaczego to musiała być kobieta? – mówi Przybylski.

– Dlaczego? Dlatego bo kobieta! Któż by takim głosem mógł pisnąć jak nie kobieta!

– To co pan kapitan teraz sobie życzy? – pyta Przybylski.

– Co sobie życzę? Cóż mogę sobie życzyć! Życzyłbym sobie żeby to się nie stało! Trzeba przeszukać izbę. Idźcie tam, panowie!

Weszliśmy do izby, którą przed chwilą opuścił kapitan. Zapaliłem zapałkę. Za jednym z łóżek zobaczyliśmy przykucniętą mamę Kuczyńską.

– Proszę niech się pani podniesie – powiedział Przybylski. – Czy tu się coś pani nie wydarzyło?

Pani Kuczyńska podniosła się – była w nocnej koszuli.

– Ta pewne że mi się wydarzyło! -powiedziała wzburzonym głosem. – Jakiś bolszewik napadł na mnie we śnie i bez zdania racji uderzył mię kijem. Od czasu, jak byłam w klasztorze jeszcze mi się coś takiego nie przytrafiło! To szkandał żeby u swoich ludzi u ochotników nie można było kobiecie przespać się bezpiecznie! Ja to do gazet podam! Niech Lwów wie że już w koszarach zaczyna się rozruch!

– Woda się leje! – usłyszeliśmy piskliwy głos i tupot nóg na korytarzu.

– Gdzie się leji? – pyta drugi głos.

– Ta z kuchni się leje.

– Ta to nie woda si leji, to kakał!

– Ta jaki kakał, czy ty z byka spadł!

– Ta wczoraj kucharze ugotowali amerykański kakał!

– Co ty, gadasz, jaki kakał?

– Ta jak to jaki! To ty nie wisz co to kakał? Czekulada w proszku.

– Ta jak w proszku to sie nie może lać!

– Panie sierżancie! Leji si! Panie sierżancie, leji si kakał!

Zdzisław Czermański.

————
*) por. „Ochotnicy napływają” w nr. 181 „Wiadomości”. – W jednym z numerów najbliższych dokończenie: „Pożegnalna zabawa na Zielonej”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close