Magiel marxistowski

W nr. 50 „Kultury” ukazało się „Oświadczenie” grupy pisarzy spowodowane m.in. moim artykułem „Były poputczik Miłosz” (nr 292 „Wiadomości”). „Oświadczenie” porusza zagadnienie „nowych emigrantów”.

W gruncie rzeczy zagadnienie to nie istnieje. „Nowi emigranci” są przyjmowani przez „starych emigrantów” albo życzliwie albo obojętnie. Jeśli zaś zachodzi czasem potrzeba bronienia ich, to jedynie przed interwencjami dyplomatów Bieruta… takich, jak ex-bierutowiec Miłosz, który nawet polskie sieroty starał się na rozkaz regime’u ściągnąć z Ameryki do Polski. Są wśród nas ludzie, którzy byli dawniej komunistami. I nikt ich nie prześladuje. Jeśli sam Bierut, dla jakichś względów, wybierze wolność, może się stać dla sprawy walki Zachodu z bolszewizmem pożyteczniejszy niżli wielu „starych emigrantów”. I nie będzie potrzebował ani kajać się, ani oświadczać po czyjejś stronie. Będzie mógł nawet z nikim z nas nie rozmawiać. Ale jeśli Bierut zacznie pisać bujdy o sytuacji w Polsce by dodać sobie splendoru i podbielić swą byłą prezydenturę a przeciw temu wystąpią ostro w prasie „starzy emigranci”, to trzeba być chorym na umyśle, by to nazywać prześladowaniem, czy szkalowaniem, czy nagonką na nowego emigranta. Gen. Żeligowski dla wielu z nas był bohaterem narodowym. Mimo to, gdy zaczął pisać brednie o naszych „braciach słowiańskich” i ich rządach w Polsce, to przeciw temu protestowano.

Miłosz porzucił służbę regime’owi, i z tego można się było cieszyć, chociaż przez wiele lat był wrogiem – sługą wroga. Przypuszczałem, że ten dopiero uderzy po bolszewikach, po regime’ie. Ma po temu wszelkie dane: talent, wykształcenie, materiały. Może stanie się naszym Koestlerem czy Orwellem. Tymczasem Miłosz splunął na emigrację, na Polskę przedwojenną. Pochwalił obecną „demokrację ludową”, jej reformy, „drogę do socjalizmu”. Wylał jezioro dialektyki i utopił w tym powszechnie znaną prawdę. Dopiero to spowodowało reakcję i ustosunkowanie się krytyczne nie do „nowego emigranta”, lecz do jego wypowiedzi. W dalszym ciągu twierdzę, że wypowiedzi Miłosza w sprawach polskich są niezmiernie szkodliwe, bo zaprzeczają nawet tym faktom, które są znane na Zachodzie. Na przykład: tego co się dzieje obecnie w Polsce w żadnym wypadku nie można nazwać ani „demokracją ludową”, ani „drogą do socjalizmu”, bo jest to droga do łagrów, niewolnictwa, nędzy. Że moja opinia nie jest odosobniona, potwierdza list wybitnego znawcy spraw sowieckich, Ryszarda Wragi, w „Dzienniku Polskim” z 9 stycznia b.r.: „Artykuły, które Miłosz drukuje teraz w prasie francuskiej czy amerykańskiej, są szkodliwe dla sprawy polskiej i dla sprawy walki z bolszewizmem. Są one mętne, spekulacyjne, zniekształcają rzeczywistość w Polsce, gloryfikują kolaborantów i aparat sowiecki, nie występują nigdzie wyraźnie przeciw bolszewizmowi, nie atakują Sowietów. Wprowadzają tylko w błąd opinie obce, działają na rękę wszelkiego rodzaju trzecim siłom, elementom oportunistycznym, neutralistom, titoistom”.

W nr. 37 „Kultury” ukazał się artykuł Wiktora Sukiennickiego ciepło omawiający dzieje doktora filozofii Juliusza Margolina. Margolin był zwolennikiem Związku Sowieckiego. „Ostre antysowieckie wystąpienia, jako „reakcyjne”, wywoływały w nim odruch wstrętu”. Podziwiał (z dala) „rozwiązanie sprawy narodowościowej „planowanie gospodarcze” i t.d. Z Polską łączył go tylko paszport”. A jednak potrafił szczerze pisań o swych doświadczeniach po zapoznaniu się z „wyzwolicielami ludów”. Opisuje jak niszczono najcenniejsze skarby kultury w seminarium katolickim w Pińsku. Cytuje instrukcję niszczenia książek: „Książki winny być palone lub rwane. W tym ostatnim wypadku każda strona winna być porwana w taki sposób, by nie mogła być w całości przeczytana”. Rozmawiał z poetami, tworzącymi „na rozkaz”, na „obstalunek społeczny”. A oto jak pisze o swych wrażeniach z zebrań, w których brał udział w r. 1940: „Ja nie chcę oklaskiwać, lecz muszę. Ja nie chcę, by Lwów stał się sowiecki, lecz sto razy dziennie mówię co innego. Przez całe życie byłem sobą i uczciwym człowiekiem. Obecnie zgrywam komedię i jestem podlecem! I wśród tych ludzi, którzy mnie zmuszają do kłamstwa, staję się zbrodniarzem”, Tak pisze o sobie Żyd polski, którego z Polską łączył „tylko paszport”. I stwierdza dalej: „Uważam, że walka z terrorystycznym i nieludzkim reżymem właścicieli niewolników, jaki tam istnieje, stanowi pierwszy obowiązek każdego uczciwego człowieka w całym świecie”. A potem się czyta wypowiedzi Miłosza o tej „maszynie śmierci”, którą przesunięto dalej na Zachód, pochwalające reformy społeczne w polskiej „demokracji ludowej”, „drogę do socjalizmu”, „niebotyczne” dochody pisarzy, którzy służą „robotnikom i chłopom” i t.d., i t.d. Od takich łamańców może w głowie zakołować. I komu ma wierzyć czytelnik, który sam nie zaznał smaku „ludzkiego mięsa” i jego ceny w republikach ludowych?

Czytam w „Kulturze” (nr 43): „Postawę antykomunistyczną winniśmy pojmować w równym stopniu aktywnie i całkowicie jak postawę komunistyczną pojmują komuniści. Kto nie jest bezkompromisowym anty-komunistą jest biernym sojusznikiem Stalina”. Brawo! Podpisuję się pod tym ja, Margolin i miliony niewolników Stalina, którzy zatracają wiarę w prawdę, w człowieka, w Boga, których wybawić może tylko śmierć. I któż wypowiedział tak mocną i piękną opinię? Juliusz Mieroszewski – który w tejże „Kulturze” w nr 45/46 broni zaciekle wieloletniego dyplomaty regime’u usadowionego w Warszawie z łaski Stalina. Więc nawet nie „biernego”, ale aktywnego sojusznika Stalina. Twierdzi nawet że nieufność czy krytyczny stosunek do Miłosza jest „obelgą dla narodu polskiego”.

W nr. 50 „Kultury” odbyła się kłótnia ex-agenta z agentem. Miłosz wylewa gorzkie żale, że Słonimski szkaluje go w „Trybunie Ludu”, że nazywa go „krwawym reakcjonistą”. Wykrywa tajemnicę, dlaczego Słonimski służy „Warszawie”. Pisze: „Wróciłeś, bo w Warszawie wydajesz swoje dzieła poetyckie, masz pieniądze, apartament i kontrakt na przekład „Sonetów” Szekspira”. Ale najbardziej interesujące jest uchylenie zasłony znad motywów, które pobudziły Miłosza do zostania na Zachodzie. Jest tam takie znamienne zdanie: „A jednak uważano za stosowne wziąć mnie w magiel, po którym byłem w takim stanie, że dygotałem na każde stuknięcie drzwi, a każdy człowiek na ulicy paryskiej budził we mnie strach paniczny”.

Interesujące jest porównanie kilku wypowiedzi Miłosza, które zrobił na temat: dlaczego wybrałem wolność? W „Nie” („Kultura” nr 43) zwalił nam na głowę swą wielkość – jako poety, którego „nazwisko literackie było wymawianie z szacunkiem”. Dał poczuć, jaki nas spotkał zaszczyt, że on, attache kulturalny regime’u, dołączył do emigracji politycznej, do której jego stosunek był „co najmniej ironiczny”. Wybrał zaś gorzki los emigranta „nagle, gdy naśladowanie wzorów sowieckich stało się w Polsce obowiązujące dla pisarzy”. W nr. 45/46 jest już inaczej: „…główną jednak przyczyną była zwykła niemożność, sięgająca w głąb do moich odruchów etycznych, religijnych i estetycznych, o których mówić tu nie będę”. W nr. 50 zaś okazało się, że był i „magiel”. I to taki, „… po którym byłem w takim stanie, że dygotałem na każde stuknięcie drzwi”… Warto przytoczyć z tego listu Miłosza do Słonimskiego następujące zdanie: „Ty przez długi czas byłeś pacyfistą, dziś jesteś pacyfistą nieco bardziej realistycznym: „Jeżeli my zabijamy to dobrze, jeśli nas zabijają to zbrodnia”.

Uwagę moją zwróciła ta olbrzymia zmiana, która się dokonała w wypowiedziach Miłosza na temat „demokracji ludowej” w Polsce. Bo po przeczytaniu „Nie” w nr. 43 „Kultury”, miałem chęć spakowania rzeczy do skarpetki i jechania do Warszawy. Ale po przeczytaniu „Listu do Antoniego Słonimskiego” w nr. 50 „Kultury”, nie pojadę. Szczególnie przeraziła mnie taka maksyma socrealistyczna: „Jak już być w piekle, to być diabłem, który dusze spycha w smołę, a nie duszyczką co w smole skwierczy”. Nie chcę ani jednej roli, ani drugiej – zostanę reakcjonistą. I cóż z tej przyjacielskiej rozmowy wynika, bez dialektyki i filozofii: ja byłem agentem – dobrze; ty jesteś agentem – źle! Ubrali siebie w kwiatki ci dwaj intelektualiści i poeci -jak sagany. No i dali nowy dowód słuszności marxizmu: życie kształtuje (u niewolników mamony) nie duch, lecz brzuch: apartamenty, kontrakty, pieniądze, możność nadymania się, puszenia się, wieszczowania, czarowania… wielkością. Na eksport: serce i sumienie w poezjach; na własny użytek: szeroko otwarta paszcza krokodyla. To samo się dzieje i u kapłanów „Nowej Wiary” spod czerwonej gwiazdy, z prawowiernej Moskwy. Na eksport: dialektyka i filozofia; dla wiernych: bat i głód; dla dołów partyjnych: religia ascezy i posłuszeństwa; dla bogów i bożków: władza, apartamenty, wille, samochody, luksus, no i nieograniczona możliwość nasycania instynktu dręczenia ludzi, wleczonych za nogi „drogą do socjalizmu”.

W tymże numerze „Kultury”, autor podpisany Londyńczyk poświęcił mi artykuł p.t. „Poputczik??”, w którym m.in. robi zarzut mnie i „Wiadomościom” z powodu „dwujęzyczności”. Moja wina polega na tym, że zastosowałem wyraz „poputczik” i nie dałem przekładu. Wyjaśnię ten mój grzech. Uważałem, że wyraz ten jest tak znany, jak np. „czekista”, „bolszewik”, „kołchoz”, „sowchoz”, „łagier”, ale obecnie naprawiam uchybienie. „Poputczik” jest to to samo, co angielskie „fellow-traveller” – towarzysz podróży. Pochodzi od rosyjskich słów: „po puti” – „po drodze”. Bolszewicy określają w ten sposób ludzi obcych narodowości, którzy służą im, nie będąc stuprocentowymi komunistami. „Poputcziki” pracują na korzyść Sowietów dla kilku względów. Najczęściej dla kariery, asekuracji i pieniędzy. Czasem dla ambicji: aby na drodze „politycznej” zdobyć to co im trudno uzyskać normalnie: pracą, mózgiem, talentem, inteligencją. Np. Wanda Wasilewska była w Polsce trzeciorzędną pisarką. W Związku Sowieckim stała się „gwiazdą” polskiej literatury. Ma (jak podał Miłosz o Słonimskim) pieniądze, kontrakty, apartamenty no i męża z azjatyckim temperamentem. Są „poputcziki”, którzy zdradzają własny naród dla ambicji: bo rodacy nie uznali ich wielkości. Są zdradzający ze strachu, by przypochleblć się Moskalom. Są tacy, co robią to dla oryginalności. Są nawet tacy, co robią to z powodów najczystszych: dla idei.

Nie tracę nadziei, że po kolejnych „maglach” wielu z „poputczików” się nawróci. Będzie to interesujące, bo otrzymamy świeże wiadomości o postępach „demokracji ludowej” – „na drodze do socjalizmu”.

Sergiusz Piasecki.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close