My i Churchill

Stosunek Polaków do Churchilla przechodził różne koleje. Przez długi czas Churchill był dla nas, zwłaszcza dla społeczeństwa w Kraju, niemal bożyszczem. W Polsce pod okupacją modlono się za niego. Później przyszła pamiętna mowa z 22 lutego 1944, wywołując wstrząs tym silniejszy, im większy był poprzednio kult Churchilla. A w końcu nastąpiła Jałta, i stosunek nasz do Churchilla stał się pełen goryczy i głębokiego żalu. Wielu z nas wpadło z jednej ostateczności w drugą, znaleźli się tacy, którzy gotowi są uważać go za wroga Polski nr 1.

Gdyby Churchill był już dziś tylko postacią historyczną, taki czy inny stosunek do niego nie miałby właściwie większego znaczenia; ostateczny sąd o jego roli w sprawie polskiej można by pozostawić historii. Jednakże Churchill nie jest dziś postacią historyczną. Churchill, nie tylko żyje, ale i działa. Aktywność jego jest ogromna. Churchill przemawia, pisze, organizuje. Słowem i piórem walczy o sojusz anglo-amerykański, a także o stany zjednoczone Europy. Całą swą energię poświęca na stworzenie wielkiego sojuszu o charakterze antysowieckim. Dlatego, jeżeli stosunek do niego będzie podyktowany przez uczucia ujemne, wynikające z żalu i zawodu, rezultatem może być także ujemne traktowanie tych jego koncepcji, które stosunek rozumowy nakazałby nam poprzeć. I dlatego wydaje mi się, że byłoby rzeczą cenną poddać już nasz stosunek do Churchilla pewnej rewizji, zwłaszcza że istnieją dane by na różne rzeczy spojrzeć nieco inaczej, niż przed trzema czy dwoma laty. Taka rewizja pozwoliłaby nam uniknąć patrzenia na dzisiejszą działalność Churchilla przez pryzmat niedawnych rozczarowań i spojrzeć na nią pod jedynie słusznym kątem naszych bieżących i przyszłych interesów.

Refleksje te nasunęły mi się przy czytaniu namiętnego aktu oskarżenia pod adresem Churchilla i jego planu stanów zjednoczonych Europy, sformułowanego na łamach „Wiadomości” (nr 42) przez Zygmunta Nowakowskiego. Głęboka gorycz podyktowała tu znakomitemu pisarzowi słowa, które wydają się niesłuszne.

Tak więc pisze Nowakowski, że artykuły Churchilla w „Daily Telegraph”ie „mówią o wielkim niebezpieczeństwie, jakie grozi Europie, ale unikają starannie nazwy tego niebezpieczeństwa”. Artykuły „nie mówią, że niebezpieczeństwo zagraża Europie ze strony Rosji”.

Niemal jednocześnie ukazał się artykuł amerykańskiego przyjaciela Sowietów nr 1 Wallace’a, krytykujący te same artykuły Churchilla w sposób niesłychanie gwałtowny jako przygotowujące krucjatę antysowiecką. Według Wallace’a, Churchill pragnie okrążyć Rosję by zmusić ją do kapitulacji pod grozą wojny. Jeszcze gwałtowniej zaatakowali plan europejski Churchilla komuniści. Churchill dąży do wojny – powtarza w kółko propaganda sowiecka.

Któż więc ma rację, Wallace czy Nowakowski? Czy Churchill jest wrogiem Rosji, czy też nie widzi niebezpieczeństwa rosyjskiego? Jego artykuły dają na to odpowiedź, jeśli może w ogóle istnieć na ten temat jakakolwiek wątpliwość.

Niewątpliwie Churchill nie obwieszcza, że jego plan zjednoczonej Europy ma ostrze antyrosyjskie. Przeciwnie, – jak podkreśla Nowakowski, – zapewnia, że nowy twór nie zwróci się przeciw Rosji. Czy jednak byłby politykiem gdyby inaczej stawiał sprawę? Czy można żądać aby oświadczył wręcz, że Europa powinna zorganizować się przeciw Rosji? I tak wypowiada się niezmiernie jasno gdy mówi, że konflikt pomiędzy komunizmem, za którym stoi potęga wojskowa Rosji sowieckiej, a etyką chrześcijańską i cywilizacją jest poważniejszy niż jakikolwiek inny w dziejach, głębszy niż wojny religijne, rewolucja francuska czy nawet ostatnia walka z Niemcami Hitlera. Nic bodaj nie oburzyło bardziej Wallace’a niż te słowa, natomiast Nowakowski przeszedł nad nimi do porządku. Wydaje mi się to niesłuszne. Ostatnią rzeczą, o którą można dziś Churchilla oskarżać, to niedocenianie niebezpieczeństwa rosyjskiego.

Poważne zastrzeżenia nasuwa także inny zarzut artykułu „Ulisses w opałach”. Stwierdziwszy, że Churchill nie przewiduje wejścia Rosji w skład zjednoczonej Europy, p. Nowakowski pisze: „Z takiego ujęcia sprawy wynika jasno, że zjednoczenie Europy będzie niczym innym, niż tylko jej podziałem… na część szczęśliwą, zażywającą dobrodziejstw pokoju i demokracji, oraz na część drugą, poddaną niewoli i tyranii. W tym wyraża się małość rzekomo gigantycznego planu Churchilla. Ufundowany on jest a priori na krzywdzie i niedoli ludów, zajmujących jedną szóstą część globu”.

Gdy komuniści potępiają plan, ponieważ nie przewiduje udziału Sowietów, można to zrozumieć. Ale dlaczego my mielibyśmy z tego powodu rozpaczać? Czy nie nadmierna to troska o Uzbeków lub Kazachów? Owa jedna szósta część globu, o której jest mowa, to nie Europa, ale przeważnie Azja. Źle by było gdyby zjednoczona Europa miała sięgać aż do Władywostoku, gdyż wówczas byłaby to nie Europa, lecz Eurazja, o której marzył Hitler i marzy dziś Stalin. Zostawmy mu te marzenia.

Dyskutowanie plusów i minusów planu Churchilla wyszłoby poza temat niniejszych rozważań. Dużo jeszcze zresztą w tym planie jest rzeczy niesprecyzowanych, i od tego, w jaki sposób zostaną wyjaśnione, zależeć będzie nasze wobec nich stanowisko. Ale o to właśnie chodzi, by oprzeć je na analizie walorów planu zjednoczonej Europy z naszego punktu widzenia, a nie na wspomnieniach o dawnej roli Churchilla.

Co więcej, nawet i z oceną tej roli trudno jest się zgodzić. Nowakowski w konkluzji powiada, że za to, że nie możemy „zasiąść w świetle domowego ogniska”, za „los nasz i naszego Kraju, za los wielu innych nieszczęsnych krajów, czynimy odpowiedzialnym autora obu artykułów”, czyli Churchilla. Tego rodzaju postawienie sprawy nie wydaje się uzasadnione.

Musimy mieć do Churchilla głęboki żal za to, że wyraził zgodę na Jałtę i że nawet później jej bronił, że starał się uzasadniać linię Curzona, że cofnął uznanie prawowitemu rządowi Rzeczypospolitej – i za wiele innych rzeczy. Niemniej przeto musimy powiedzieć sobie, że choćby Churchill powiedział wówczas „nie”, choćby odmówił aprobowania Jałty, to wprawdzie nasza sytuacja na obczyźnie byłaby inna, ale jednak bylibyśmy nadal na obczyźnie. Fakty dokonane w Polsce nie zostałyby uznane, ale pozostałyby faktami dokonanymi. Los Kraju nie byłby inny niż jest – nastąpiłaby okupacja sowiecka, regime komunistyczny zostałby narzucony i istniałby tak jak istnieje.

Nie można już nie brać dziś w rachubę tego wszystkiego co zostało ujawnione w ostatnich kilku miesiącach na temat konferencji wojennych, na których zapadły decyzje dotyczące Polski i roli na nich Churchilla. Nie podobna pominąć jego długiej walki o inwazję Bałkanów dla uprzedzenia Rosjan w środkowej Europie i jego pojedynków ze Stalinem. Jeśli chodzi np. o Teheran, który był punktem zwrotnym wojny, z książki byłego ambasadora Bullitta „The Great Globe Itself” dowiadujemy się, że „gdy rozpatrywano sprawę Polski, Prezydent (Roosevelt) oświadczył, że nie bierze udziału w dyskusji, i pozostawił premierowi Churchillowi próbowanie bronienia praw Polaków… Stalin nalegał wobec Churchilla na to, że Sowiety muszą anektować całą wschodnią Polskę aż po linię Curzona i że Polska musi otrzymać kompensatę w postaci wschodnich Niemiec. Churchill argumentował, że obie aneksje zawierają zarzewie przyszłych wojen”…

Ostatecznie nie jest przypadkiem, że dziś Rosja i wszyscy komuniści świata uważają Churchilla za swego wroga nr 1. Byłoby zaiste rzeczą paradoksalną, gdybyśmy i my mieli widzieć w nim największego naszego nieprzyjaciela.

Można się różnić w poglądach na używane metody, ale faktem jest, że i Churchill i my jednakowo oceniamy niebezpieczeństwo rosyjskie. Walczymy o te same ideały. Dzielą nas od niego tragiczne wydarzenia przeszłości, ale łączy sporo, jeśli chodzi o teraźniejszość i przyszłość. A przyszłość jest ważniejsza od przeszłości, i dlatego trzeba baczyć, aby wspomnienia dnia wczorajszego nie zasłoniły nam wizji jutra.

Aleksander Bregman.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close