Nie było kłopotu z Polakami

Dokumenty dotyczące polityki polskiej w dobie wojny nie zostały dotąd w pełni ujawnione, dlatego każdy głos uczestnika wydarzeń omawianych przeze mnie w artykule „W dziesięciolecie” („Wiadomości”, nr 465) jest cenny; tym cenniejszy jeśli ów uczestnik jest jednocześnie znakomitym historykiem, jak gen. Marian Kukiel (por. „Wiadomości”, nr 471/472). Ale chyba z nieporozumienia wynikł domysł gen. Kukiela że artykuł mój „usiłuje przesunąć odpowiedzialność za układ jałtański na barki polityki polskiej od czerwca 1940 do listopada 1944″. Ani jednego słowa z moich rozważań w taki sposób rozumieć nie podobna. Zdejmowanie winy ze sprawców Jałty i przenoszenie jej nie wiadomo po co na ofiary ich bezeceństw, byłoby zadaniem nie tylko beznadziejnym, ale ze strony polskiej całkiem bezsensownym.

Natomiast pragnąłem wskazać że polityka polska, obawiając się zadrażnień w stosunkach z Anglosasami, nie tylko unikała wyraźnego przeciwstawiania się ich szkodliwym dla sprawy polskiej zamierzeniom, ale jak gdyby udawała że tych zamierzeń nie dostrzega. Co więcej, uprzedzała nieraz ich życzenia, wskazując że ze strony sprzymierzeńca polskiego nie będą mieli trudności. Ten opłakany styl polityki polskiej nie prowadził do niczego innego niż do serii ustępstw jednostronnych, które zarazem były całkiem bezcelowe. Anglosasi bowiem w r. 1941 gotowi byli oddać całą Europę środkowo-wschodnią Sowietom, a prof. E. H. Carr już w tym czasie przyoblekał zamysły brytyjskie w swój plan podziału globu ziemskiego na „strefy wpływów” wschodnią i zachodnią. Oczywiste było że Polska miała zostać włączona do strefy wschodniej.

W tych warunkach jedyną szansą ocalenia była polityka nieustępliwa i nie licząca się z wrażliwością sprzymierzeńców. Można by co prawda stanąć na stanowisku że Polska była zbyt słaba, by mogła w jakikolwiek sposób wpływać na przebieg wojny oraz kształtować jej wyniki. Ale takie stanowisko – którego nie podzielam – musiałoby prowadzić do całkiem innej zasadniczej postawy wobec wojny, niż ta którą zajmowały wszystkie rządy polskie na obczyźnie. Rządy te organizowały polski wysiłek wojenny w Kraju i na Zachodzie na największą skalę. Gdyby beznadziejnie uznać że Polski nie było stać ani na przeciwdziałanie zaborczym uroszczeniom sowieckim, ani na opieranie się zamysłom sprzymierzeńców skierowanym na jej szkodę, ani w ogóle na nic, trzeba było nie prowadzić wojny na serio, ale zająć postawę zamaskowanej neutralności. Tak czynili Czesi gdy w kraju stwarzali lekkie pozory oporu wobec okupacji, w Londynie mobilizowali reprezentacyjne oddziały wojskowe, a w rzeczywistości oszczędzali siły narodu i zachowywali wobec Niemiec nieżyczliwą neutralność.

Nie podzielam defetystycznego poglądu, któremu daje wyraz gen. Kukiel, że „ewentualne „kłopoty” z Polakami nie mogły grać roli” w polityce brytyjskiej. Wielka Brytania nie miała wtedy jeszcze za sobą żadnego zwycięstwa czy nawet powodzenia. Dobra brytyjska postawa „propagandowa”, zwłaszcza wobec Ameryki, miała w tych okolicznościach znaczenie niemałe. Dlatego to, właśnie wtedy, stanowisko polskie nie było pozbawione wszelkiej wagi. Memoriał gen. Sikorskiego wręczony lordowi Halifaxowi nie tylko uspokoił rząd brytyjski co do możliwości „kłopotów” z Polakami, ale szedł znacznie dalej – niezmiernie daleko.

Memoriał zaczyna się właśnie od „kłopotów”. Jego pierwszy ustęp brzmi: „Rząd polski nie zamierza czynić trudności, które mogłyby przeszkadzać w rozmowach między rządem brytyjskim a rządem sowieckim, wszczętych w związku ze sprawą wysłania Sir Stafforda Crippsa jako ambasadora do Moskwy”. Oświadczenie to składa gen. Sikorski bez żadnych zastrzeżeń czy żądań.

W drugim ustępie gen. Sikorski oświadcza że „rząd polski jest zdecydowany nie szczędzić żadnych wysiłków dla polepszenia tragicznego położenia ludności polskiej poddanej okupacji sowieckiej”. To zdanie ogranicza się do wyrażenia własnych zamierzeń rządu polskiego dotyczących ludności w okupowanym Kraju. Nie zwraca się z żadnymi żądaniami, ani do rządu sowieckiego ani do sojusznika brytyjskiego, który z rządem sowieckim szuka zbliżenia. Nie jest ono tedy w niczym dla wielkiej Brytanii alarmujące, ale raczej także uspokajające.

Kolejny ustęp trzeci omawia sprawę utworzenia w Rosji armii polskiej. Brzmi on jak następuje: „…po spełnieniu niniejszego warunku [poprawy doli podbitej ludności polskiej] można by wyzyskać cenne wyszkolone rezerwy i oficerów przebywających na tym obszarze i poza nim [jeńców wojennych zatrzymanych na obszarze sowieckim] w celu utworzenia, za zgodą władz sowieckich, armii polskiej liczącej około 300.000 ludzi, do użycia jej przeciw Niemcom”. Ten ustęp zawiera trzy konkretne punkty: 1) wyzyskanie rezerw i oficerów polskich na obszarze pozostającym pod władzą sowiecką; 2) liczebność armii, która ma być z nich utworzona; 3) użycie tej armii przeciw Niemcom. Wszystko inne pozostaje w zawieszeniu. Ponieważ mowa jest o rezerwistach i oficerach, trzeba wnosić że nie byłaby to armia ochotnicza, lecz z poboru. Ponieważ nie zastrzeżono że jedynie rząd polski byłby powołany do tworzenia takiej armii, trzeba wnosić że gen. Sikorski nie wyłączał możliwości poboru przez władze sowieckie. Ponieważ nie przewidziano że armia polska, tworzona w Sowietach, miałaby być przewieziona na Zachód dla połączenia się z resztą Polskich Sił Zbrojnych, trzeba wnosić że gen. Sikorski dopuszczał możliwość użycia jej – po przystąpieniu Sowietów do wojny – wespół z wojskami sowieckimi, na sowieckim froncie zachodnim. Nie wskazywano przy tym czy i jak ma być zabezpieczona samodzielność armii polskiej w Sowietach, jaki ma być jej stosunek do dowództwa i rządu sowieckiego oraz – polskiego. A przypomnieć trzeba że Sowiety pozostawały w tym czasie w faktycznym stanie wojny z Polską, okupowały połowę jej obszaru, czynnie wspierały Niemcy, nie tylko materiałem wojennym ale także dywersją na całym świecie, głosiły że państwo polskie przestało istnieć.

Gen. Sikorski nie zgłosił żadnego żądania politycznego, nawet tego które zdawało się narzucać jako najbardziej aktualne: by Sowiety oświadczyły że gdy znajdą się obok Polski w wojnie przeciw Niemcom, wyrzekną się obszarów które zdobyły na Polsce wespół z Niemcami. Taka postawa polska mogła dogadzać czynnikom brytyjskim, szukającym wszelkich atutów dla zainicjowanej właśnie misji Sir Stafforda Crippsa w Moskwie, ale była jak najbardziej nieopatrzna ze stanowiska polskiego.

Czwarty ustęp memoriału zawiera propozycję włączenia do ambasady Crippsa „nieoficjalnie i poufnie osobistości polskiej, która by mogła badać poglądy sowieckie i możliwości urzeczywistnienia powyższego projektu [utworzenia armii polskiej]”. Propozycja ta, niezwykła i wręcz dziwaczna, oznacza że Polska, już teraz, w czerwcu 1940, chce wysłać negocjatora do Moskwy do wszczęcia rokowań w jednej jedynej sprawie, t.j. utworzenia armii polskiej, bez zabezpieczenia sobie gotowości sowieckiej do ustępstw w jakiejkolwiek dziedzinie, choćby w postaci zapowiedzi na przyszłość.

Ustęp piąty i ostatni głosi że „rozważania zawarte w niniejszym memoriale nie mają być żadną miarą rozumiane jako przesądzające (impliquante) zrzeczenie się nieprzedawnionych praw państwa polskiego, naruszonych przez napaść Związku Sowieckiego”. Oświadczenie to, samo w sobie poprawne i bardzo na miejscu, jest wszakże znowu jednostronne. W polityce praktycznej nic z niego nie wynika. Zasadniczy punkt memoriału jest rozważany bez żądania uznania tych „nieprzedawnionych praw” przez drugą stronę.

Trzeba jeszcze wyjaśnić jak ten memoriał powstał i jakie były jego losy. Gen. Sikorski przyleciał do Londynu 18 czerwca 1940 brytyjskim samolotem bombowym z Libourne, na życzenie rządu brytyjskiego. Towarzyszył mu w tej podróży, wyprawiony z Londynu, p. Józef Retinger. Wkrótce po przybyciu gen. Sikorski odbył rozmowy z kilkoma członkami rządu brytyjskiego, m.in. z ministrem spraw zagranicznych lordem Halifaxem. Nazajutrz po tej rozmowie, 19 czerwca 1940, ambasada polska doręczyła lordowi Halifaxowi memoriał utwierdzający na piśmie wypowiedź gen. Sikorskiego i przeznaczony do zachowania jej w pamięci. W tym czasie Prezydent i rząd znajdowali się na okrętach brytyjskich w drodze do Anglii. Przybyli w kilka dni później. Memoriał gen. Sikorskiego był zatem jego dziełem osobistym, dokonanym bez wiedzy Prezydenta i rządu, chociaż w ich imieniu. Z materii poruszonych w memoriale wynika bez wątpienia, że można było poczekać na ich normalne zdecydowanie przez rząd. Dlaczegóż tedy gen. Sikorski tego nie uczynił? Jakież okoliczności parły tak gwałtownie że musiał wystąpić z oświadczeniami zasadniczej natury bez porozumienia z właściwymi czynnikami konstytucyjnymi, w pośpiechu, bez potrzebnej rozwagi i namysłu? 22 czerwca 1940 gen. Sikorski zawiadomił listownie ministra spraw zagranicznych Zaleskiego, że powziął „decyzje najpilniejsze” w sprawach polityki zagranicznej w nieobecności rządu, i zalecił mu „zapoznać się z tymi dyrektywami za pośrednictwem p. ambasadora Raczyńskiego”. Nie wyjaśnił przy tym jakie to były „decyzje” czy „dyrektywy” i dlaczego uznał je za „najpilniejsze”, nie mogące czekać ani chwili. Gdy tylko Prezydent i rząd znaleźli się w Londynie, zapoznali się z treścią memoriału i ocenili go. W rezultacie gen. Sikorski doszedł do przekonania, a raczej został doprowadzony do przekonania, że memoriał należy uważać za nieważny i niebyły – i wycofać go od lorda Halifaxa. Tak się też stało. 25 czerwca lord Halifax zwrócił memoriał ministrowi Zaleskiemu, wyjaśnił że ze względu na jego charakter informacyjny nie nadał sprawie żadnego dalszego biegu, wreszcie zgodnie z poglądem rządu polskiego uznał że „sprawa jakiejkolwiek współpracy polsko-sowieckiej nie jest aktualna”.

Tak kończy się sprawa memoriału. Ale koniec ten jest pozorny. Bo w polityce zagranicznej nie ma zdarzeń, które można uznać za „niebyłe i nieważne”. Złożenie memoriału i jego wycofanie po 6 dniach to nie jest to samo co – niezłożenie go. W epizodzie tym polityka polska zaprezentowała się rządowi brytyjskiemu jako porywcza, podatna na różnokierunkowe wpływy, nietrwała, niepoważna.

Co do układu polsko-sowieckiego z 30 lipca 1941, gen. Kukiel raz jeszcze wyczytał w moich rozważaniach poświęconych temu przedmiotowi słowa których nie napisałem. Nie twierdziłem że przypisuję „rządowi naszemu uznanie przez układ lipcowy że zagadnienie granic jest otwarte”. Napisałem całkiem co innego, mianowicie że „układ zawarto zgodnie z inspiracjami brytyjskimi i na warunkach sowieckich, t.j. z całkowitym pominięciem sprawy obszaru państwowego”. Taka postać układu pozwoliła na to że rząd sowiecki nadal mógł podtrzymywać swoje roszczenia do podbitych ziem polskich, a prasa brytyjska mogła głosić że przez zawarcie układu rząd polski uznał to zagadnienie za otwarte (to nie ja, ale prasa brytyjska tak mówiła). Żadne oświadczenia gen. Sikorskiego że „niczegośmy się nie zrzekli”, nie mogły w tym nic zmienić. Narzucała się odpowiedź: „Ale też niczego nie zabezpieczyliście”. Nacisk brytyjski na rząd polski w tej sprawie jest faktem ustalonym i znanym, naleganie na szybką decyzję polską przy użyciu bardzo intensywnej perswazji – jest równie wiadome. Jakże tedy może gen. Kukiel twierdzić że Brytyjczykom na układzie wcale nie zależało, bo i tak już związali się z bolszewikami na śmierć i życie, że Sowiety w ogóle żadnego układu nie chciały, a jedynie tylko rząd polski był zainteresowany w jego zawarciu? Gdyby tak istotnie było, nie byłoby przecie doszło do żadnego w ogóle układu, gdyż nie ma na świecie takich układów międzynarodowych, w których tylko jeden partner chce układu, drugi go nie chce, a mediatora w ogóle nic nie obchodzi.

W rzeczywistości, w zawarciu układu polsko-sowieckiego były zainteresowane zarówno Sowiety i Wielka Brytania jak Polska. Układ zawarto zgodnie z żądaniami Sowietów, a ze zlekceważeniem interesów Polski. Wpływ brytyjski przyczynił się do tego w największej mierze. Ani dymisja trzech ministrów polskich ani nawet odmowa Prezydenta dania pełnomocnictwa do podpisania układu nie zdołały przeważyć wpływu Churchilla i Edena. Oni stanowili nie tylko o treści ale także o tempie decyzji polskich.

Zgadzam się z gen. Kukielem że w świetle naszych dzisiejszych wiadomości o polityce Roosevelta, liczenie na przychylność Ameryki i na jej pomoc w opresji, w jakiej znalazł się naród polski, byłoby zawodne. Ale w owym czasie Ameryka budziła jeszcze zaufanie. Rząd polski wszczął tedy 19 lipca 1941 rokowania w Waszyngtonie, w celu uzyskania gwarancji w formie oświadczenia, że w rozumieniu rządu amerykańskiego „rząd polski przez zawarcie układu nie uznał żadnych zmian granic Polski i nie stworzył podstawy do jakichkolwiek przyszłych dyskusji na temat zmian granic”. Ta próba polska wprowadzenia do rokowań, choćby pośrednio, Ameryki, mocno Brytyjczyków zirytowała, i nie taili oni niezadowolenia. Naciskali tym więcej na jak najszybsze podpisanie układu. Gen. Sikorski dostosował się do tego i nie czekając na odpowiedź Ameryki, układ 30 lipca 1941 podpisał. Gwarancja amerykańska, zgodna z życzeniami rządu polskiego, nadeszła do Londynu nazajutrz, 31 lipca 1941, jednakże wobec faktu podpisania układu bez tej gwarancji, rząd amerykański uznał ją za bezprzedmiotową. Tutaj raz jeszcze ujawniła się podatność rządu polskiego na zewnętrzne naciski, która tak złowróżbnie miała zaważyć na dalszych kolejach polityki naszej. Gdy gen. Sikorski zabiegał o poparcie Roosevelta, a potem, pod wpływem dąsów brytyjskich, przestał o nie dbać i układ podpisał, nie czekając na wyniki swojego własnego zwrócenia się do Ameryki, wskazywał przez to Brytyjczykom, że mogą z rządem polskim robić co zechcą.

Układ, jak pisałem poprzednio, wywołał w opinii polskiej ostry spór jeszcze przed podpisaniem. Przyczyniły się do tego warunki rokowań prowadzonych w sztucznym pośpiechu, a w szczególności niepokojące zacieranie różnicy między słowami gen. Sikorskiego: „Niczego nie zrzekamy się” a głosami idącymi od Sowietów i od Brytyjczyków: „Wszystko jest otwarte i będzie w przyszłości rozważane i postanowione”. Przypadek zrządził że jeszcze przed wszczęciem rokowań polsko-sowieckich miałem możność dowiedzenia się o tendencjach rządu brytyjskiego w tej sprawie. W cztery dni po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, gdy przemawiałem przez radio do Kraju o zmianach w położeniu międzynarodowym wywołanych przez tę wojnę, cenzura brytyjska wykreśliła mi z rękopisu następujące słowa: „Rząd polski stanął na stanowisku że logicznym następstwem wojny niemiecko-rosyjskiej powinien być ze strony Rosji powrót do stosunków z Polską, jakie istniały przed dniem 17 września 1939. W związku z tym muszą odzyskać wolność jeńcy polscy w Rosji i skończyć się muszą cierpienia tych, których przymusowo wysiedlono”. Ponieważ cenzura polityczna w B.B.C. pozostawała w ręku Foreign Office, przeto skreślenie to wskazywało że rząd brytyjski pragnie pozostawić Sowietom w stosunku do Polski wolną rękę i że będzie jedynie szukał pozorów, które by tę politykę jako tako przesłaniały. Jednym z takich pozorów był także układ polsko-sowiecki z 30 lipca 1941.

Gen. Kukiel zna sprawę Katynia gruntownie i wszechstronnie jak mało kto. Nie pragnę podejmować z nim sporu o to, jaki zasób wiadomości miał rząd polski o zaginionych oficerach, zanim Niemcy ogłosili swoje odkrycie grobów katyńskich. Nie jest to wcale istotne. Ważne jedynie jest to że już na długo przedtem rząd polski – po dokonaniu swoich czterdziestu kilku interwencji, o których wspomina gen. Kukiel – był przeświadczony że tych oficerów nie podobna odnaleźć a zatem że ich już nie ma na ziemi. Rząd polski od dawna przestał się łudzić, ale bał się wyznać prawdę swoim i obcym. Prawda ta obalała przecież wszelką wiarę w możliwość współpracy z Sowietami. Jakże w jej świetle wyglądał układ z 30 lipca 1941, jak wyglądały dalsze perspektywy? Z tej to właśnie przyczyny rząd, gdy nie mógł już tej sprawy przemilczeć, mówił o niej półgębkiem i nieoficjalnie. Rządy sprzymierzone były o niej informowane pocztą pantoflową, nie w formie not urzędowych. Uchwały Rady Narodowej, domagającej się wystąpienia urzędowego, rząd nie wykonał. Toteż gdy Niemcy sprawę rozgłosiły, rząd nie mógł powołać się na żadne swoje własne uprzednie w tej sprawie oświadczenia, lecz tylko na źródło niemieckie. Nie co innego, niż to, stawiało go wobec Sowietów w dwuznacznej sytuacji.

Nie tę jedną sprawę zresztą rząd przed opinią ukrywał, jak długo mógł. Nie dowiedziała się ona we właściwym czasie ani o wstrzymaniu zaciągu do wojska polskiego w Sowietach, ani o prześladowaniu delegatów opieki, ani o nielojalnym stosowaniu „amnestii”, ani o wielu innych rzeczach o większej doniosłości. Komu to systematyczne milczenie rządu polskiego służyło, wyjaśnił po niewczasie Mikołajczyk w liście do Roosevelta z 25 marca 1944. Mikołajczyk napisał: „Historia ujawni jak dalece, wbrew gwałtownym krytykom opozycji polskiej w Kraju i na obczyźnie, rząd gen. Sikorskiego oraz mój rząd wstrzymywał się od ogłaszania prawdziwych faktów, które byłyby oświeciły opinię publiczną co do położenia Polski oraz co do metod używanych przez Sowiety i zamierzeń ich w stosunku do mego kraju. Wstrzymaliśmy się od ogłaszania takich faktów, mimo że było to wyraźnie przeciwne naszym interesom, dlatego że zmierzaliśmy do porozumienia z Z.S.R.S. i do utrzymania jedności sprzymierzonych”. Gen. Kukiel wierzy że to humanitarna troska o wygnańców polskich w Rosji poraziła rząd polski niemotą. Mikołajczyk odsłania przyczynę prawdziwą.

Nie sądzę żeby było warto poświęcać wiele miejsca rozważaniu sprawy „linii demarkacyjnej” zaprojektowanej na obszarze Polski przez rząd Mikołajczyka w lutym 1944. Pogląd gen. Kukiela że „wojenna linia demarkacyjna nie przesądza o granicy a istniejącej prawnie nie przekreśla” jest słuszny w rozumieniu prawa międzynarodowego, które unosi się w stratosferze nad polityką. Ale w sferze polityki ten projekt nie oznaczał nic innego niż tylko to: niech Sowiety osadzą się na wschód od tej linii i zgodzą się byśmy pozostali na zachód od niej. Poprzednie wyrzeczenia się i ustępstwa rządu polskiego próbowano usprawiedliwić przynajmniej tym względem, że miały jakoby przyczyniać się do „jedności sprzymierzonych”. Tutaj ten wzgląd nie istniał, więc bezsensowność wyrzeczenia się była tym bardziej oczywista. Sowiety i Wielka Brytania od dawna domagały się przecie przyjęcia przez rząd polski linii Curzona jako granicy wschodniej, Roosevelt złowróżbnie milczał. Ustępstwo polskie nie mogło im wystarczać, więc było niepotrzebne.

Można by zauważyć, że nie trudno jest oceniać ujemnie poczynania rządu, gdy po dziesięciu latach skutki ich są już wiadome, a ogólne tło polityki, przedtem nieznane czy niewyraźne, stało się w pełni widoczne. Jeżeli idzie o mnie, zarzutu takiego nie mógłbym przyjąć. Zajmowałem stanowisko jak najwyraźniejsze, całkiem na czas, przeciw wszystkim krokom rządu, o których piszę – zanim zostały uczynione. Wyjątek stanowi memoriał gen. Sikorskiego dla lorda Halifaxa, którego istnieniu długo przeczono, a z którego treścią zapoznałem się dopiero w pewien czas po jego złożeniu i wycofaniu. Moje sprzeciwy nie miały żadnych następstw. Nie byłem w owym czasie na scenie gdzie rozgrywał się dramat Polski, lecz na widowni, w nieco dalszym rzędzie. Mogłem tedy czynić tylko to co czyni widz, gdy niedobry zespół amatorski udaje teatr prawdziwy i upiera się jeszcze żeby grać nie „Wicka i Wacka” ale „Wyzwolenie”: mogłem głośno gwizdać.

Miło mi w końcu wspomnieć że gen. Kukiel, który jako minister obrony narodowej brał udział w poprzednich rządach, sprawował tenże urząd w ostatnim uznawanym przez główne mocarstwa rządzie polskim, który nie oddał okupantowi sowieckiemu pieczęci Rzeczypospolitej.

Adam Pragier.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close