STANISŁAW SOPICKI

Nie musiało trwać 63 dni

Uwagi o powstaniu warszawskim

Przy czytaniu różnych rozważań rocznicowych na temat powstania warszawskiego oraz ogólniejszych dociekań w związku z tragicznym dziesięcioleciem uderzył mnie fakt, że spór toczy się głównie o sam wybuch powstania. Tymczasem moim zdaniem istnieje jeszcze drugie zagadnienie: czy walka musiała trwać 63 dni? Rzecz jasna, że już sam wybuch powstania był aktem brzemiennym w następstwa, ale katastrofalne straty i szkody spowodowało głównie to, że walka w Warszawie trwała 63 dni.

Sądzę, że można wywołanie powstania osądzić tak lub inaczej, można np. przyjąć, że powstanie było nieuniknione i że ci, co je wywołali, mieli uzasadnione podstawy do nadziei, że będzie ono zwycięskie, a mimo to można surowo osądzić fakt, że trwało 63 dni. Jestem przekonany, że straty – zarówno w ludziach jak w dobrach materialnych – byłyby mniejsze, gdyby ta beznadziejna walka zakończyła się już w sierpniu.

Niestety, trudno to było ludziom wtedy wytłumaczyć. Na dowód przytoczę z z moich wspomnień kilka szczegółów, pomijając jednak nazwiska tych, co przebywają w Kraju.

Już w kilka dni po wybuchu powstania zapoznałem się z niemieckim komunikatem wojennym (drukował je regularnie „Manchester Guardian”), wedle którego Rosjanie ponieśli porażkę na wschód od Warszawy, zapewne gdzieś w okolicy Siedlec czy Węgrowa. Równocześnie z obszernych doniesień „Dziennika Polskiego” wynikało, że i w samej Warszawie Niemcy przeszli do kontrofensywy, odzyskali główne arterie komunikacyjne i rozbili na kilka części obszar, opanowany przez Armię Krajową.

Nasuwał się wniosek, że powstanie zakończy się katastrofą. To też gdy 6 sierpnia spotkałem p. Karola Popiela, wówczas ministra, powiedziałem mu otwarcie, że walkę w Warszawie można by przerwać i z częścią oddziałów przebić się ku Warce nad dolną Pilicą, ku liniom rosyjskim.

Wystąpił przeciw temu stanowczo obecny przy rozmowie płk. Aloizy Przezdziecki (dziś już nie żyjący), który twierdził, że plan taki jest niemożliwy do wykonania i że miasto zostałoby wydane na łup Niemcom, a ci postąpiliby według „prawa wojennego”.

Następnego dnia wróciłem jeszcze raz do tej sprawy. Na posiedzeniu zarządu Stronnictwa Pracy zgłosiłem konkretny wniosek:

„Zarząd Stronnictwa Pracy prosi ministrów, zasiadających w Rządzie, by spowodowali jak najszybsze wysłanie przez Rząd depeszy do ruchu podziemnego w Warszawie, informującej szczerze o sytuacji i zalecającej rozważenie, czy nie należałoby walki w Warszawie przerwać i prowadzić ją na innym terenie”.

Natychmiast zabrał głos jeden z obecnych, wypowiadając się stanowczo przeciw „sugestii zaprzestania walki”. Zdaniem jego, bez względu na to co się stało, walkę trzeba prowadzić dalej.

W moim wniosku istotnie mieściła się taka sugestia. Było dla mnie jasne, że oddziałom walczącym na Żoliborzu i na Mokotowie może by się udało przebić, ale byłoby to niesłychanie trudne dla oddziałów, bijących się w środku miasta. W sprzyjających okolicznościach, nocą, może przebiłoby się trochę powstańców, ale reszta musiałaby kapitulować. Zresztą i dla zabezpieczenia losu ludności cywilnej musiałoby się podpisać układ o kapitulacji.

Nadspodziewanie wniosek mój uratował minister Popiel. Oświadczył, że wniosek jest bardzo ostrożnie sformułowany, że nie zawiera nic złego i że wobec tego przyjmuje go. Znaczyło to, że w jakiejś formie poruszy tę sprawę na radzie ministrów.

Nim dowiedziałem się, jakie były dalsze losy mego projektu, odbyło się, 11 sierpnia, posiedzenie komisji wojskowej Rady Narodowej. O położeniu w Warszawie mówiło dwóch ministrów. Jednym z nich był gen. Marian Kukiel.

Dyskusja odbyła się właściwie w formie pytań. Ja zapytałem, czy wobec tego, że niektóre miejscowości przechodzą z rąk do rąk (w kwietniu Buczacz i Nadworna, teraz Radzymin), nie należałoby ostrzegać Polaków biorących udział w ruchu podziemnym, by się nie dekonspirowali przedwcześnie i nie narażali na zemstę Niemców w razie ich ponownego wkroczenia do danego miasta. Pytałem też, czy nie należałoby pragnąć, by dowództwo w Warszawie rozważyło, czy nie lepiej przerwać walkę w stolicy, przebić się i wznowić walkę na innym terenie.

Na pierwsze moje pytanie gen. Kukiel odpowiedział w tym sensie, że ostrzeżenia co do nieujawniania się nie dałyby się pogodzić z planem akcji znanym pod kryptonimem „Burza”.

Gdy 13 sierpnia znów spotkałem ministra Popiela, jeszcze raz poruszyłem sprawę zaprzestania walki w Warszawie. Płk. Przezdziecki znów upierał się, że to niemożliwe, że 25.000 powstańców nie może wycofać się do lasów i t.p.

Na jednym z późniejszych posiedzeń zarządu Stronnictwa Pracy, 20 sierpnia, padło pytanie, jakie były losy mego wniosku z 7 sierpnia. Minister Popiel odpowiedział, że na posiedzeniu rady ministrów (zdaje się, że jeszcze przed 10 sierpnia) poruszył tę sprawę, ale wszyscy byli przeciw przerwaniu walki. Mówiono, że to niewykonalne, że ludność zostałaby wydana na łup Niemców, że hasło dalszej walki podjęliby komuniści.

O ile się nie mylę, w pierwszej połowie sierpnia rada ministrów, pracująca wówczas pod kierownictwem wicepremiera, p. Jana Kwapińskiego, przywiązywała duże znaczenie do akcji lotniczej Anglosasów z baz włoskich. Wydawało się niektórym, że zapowiedziane loty potężnych zespołów lotniczych decydująco wpłyną na położenie w Warszawie. Liczono też trochę na akcję premiera p. Stanisława Mikołajczyka w Moskwie.

Druga dekada sierpnia przyniosła szereg faktów, świadczących niezbicie o perfidii i złej woli Sowietów. Rozbrajano oddziały Armii Krajowej, śpieszące na pomoc Warszawie, nie pozwolono bombowcom Anglosasów, wysyłanym nad Warszawę, na korzystanie z lotnisk sowieckich.

Te fakty powinny były skłonić do szybkich, chociażby bolesnych i przykrych decyzji co do przerwania walki. Ba, ale tymczasem nadeszły dokładniejsze wiadomości od p. Mikołajczyka, a potem zjawił się on sam, i w rezultacie wzrosły nadzieje, że armia czerwona zajmie Warszawę. 6 sierpnia Stalin miał oświadczyć p. Mikołajczykowi na Kremlu, że Rosjanie spodziewali się zająć Warszawę do 6 sierpnia; ponieśli jednak porażkę, ale mimo to Warszawa będzie zajęta. Dotrzymał słowa, ale – w styczniu 1945.

Czy nie powinienem był jeszcze silniej nalegać na przerwanie walki? Sprawa nie była łatwa, bo przecież trwała wojna, obowiązywało zachowywanie tajemnic i nie można było zbyt głośno rozważać, czy Warszawa powinna walczyć nadal czy nie. Ponadto tak to już u nas jest, że opinie „cywila” w sprawach wojskowych, a nawet wojskowo – politycznych, nie robią wielkiego wrażenia. Na dobitkę, byłem wtedy (no i zapewne pozostanę) tylko szeregowym pospolitego ruszenia bez broni. Każdy porucznik, ba, każdy sierżant mógł się czuć uprawniony do spoglądania na mnie z wyższością.

Nawiasem zaznaczę, że odpowiedzialność za wytworzenie się tego rodzaju nastawienia leży po obu stronach. „Cywile” źle robią, jeśli nie starają się powiększyć zasobu swych wiadomości wojskowych. Przecież politycy naszego pokolenia mieli aż zbyt dużo sposobności do przekonania się, jak potężnym czynnikiem w polityce są wojska i wojny. A zawodowi wojskowi, przekonawszy się, że w naszych czasach wojna wymaga szczególnie wielkiego wysiłku gospodarczego i politycznego, powinni z zainteresowaniem wysłuchiwać, co „cywile” mają w tej sprawie do powiedzenia.

Gruntowne rozważenie położenia zarówno ze stanowiska wojskowego jak politycznego doprowadziłoby zapewne już w sierpniu do wniosku, że przedłużanie powstania warszawskiego jest bezcelowe. Co prawda również w samej Warszawie wniosek taki powinien był nasunąć się już w połowie sierpnia. Ale tam powstały złudne nadzieje, że ocalenie przyjdzie w skutku marszu armii Eisenhowera. Gdy już oswojono się z myślą, że armia sowiecka pozostanie bezczynna na prawym brzegu Wisły, ponoć zrodziła się nadzieja, że w zwycięskim pościgu Anglosasi dojdą aż do Polski. Jakoż bardzo szybko uwolniony został Paryż, potem Bruksela, a zdawało się, że i zagłębie Ruhry będzie błyskawicznie zajęte. Dopiero niepowodzenie pod Arnhem (koło 20 września) podważyło wiarę w natychmiastowe zakończenie wojny. Wtedy też nastąpiła kapitulacja Warszawy.

Gdyby walka, zamiast dziewięciu, trwała tylko dwa lub trzy tygodnie, niewątpliwie wrażenie w świecie byłoby słabsze, a chwała, jaką się okryli bohaterscy żołnierze Armii Krajowej, mniejsza. Ale kilkadziesiąt tysięcy ludzi pozostałoby przy życiu, a to jest najważniejsze.

Zresztą jeśli chodzi o efekt propagandowy powstania (oczywiście nie znaczy to, że wywołano je dla propagandy), Rosjanom nie mogło ono zaimponować już choćby dlatego, że mieli za sobą długą, niewątpliwie bohaterską obronę Leningradu. Zachodni zaś sprzymierzeńcy tak miękko bronili swych głównych miast i w ogóle tak dbali o oszczędzanie większych skupisk ludzkich, iż nie mogliby wystąpić z żadnymi zarzutami, gdyby powstanie zakończono o wiele szybciej. Przecież Zachodowi zaimponowała obrona Warszawy w r. 1939, chociaż trwała ona stosunkowo krótko. Nie trwała miesiąca, jak to się u nas nieraz pisało. Gdyby liczyć od pierwszych walk na przedmieściach Warszawy (8 września) do kapitulacji (27 września), naliczylibyśmy dni 19. Ale słuszniej byłoby liczyć oblężenie dopiero od przecięcia ostatnich dróg odwrotu i całkowitego zamknięcia pierścienia niemieckiego, co nastąpiło około 13 września. A jeszcze wtedy istniała łączność z Modlinem. Gdy zaś armie niemieckie rozdzieliły te dwa ośrodki oporu, wtedy obrona Warszawy trwała już tylko kilka dni. I dobrze że się tak stało. Należy się uznanie ówczesnemu dowództwu Warszawy, że beznadziejnej walki nie przedłużało. Już i tak oblężenie spowodowało poważne straty w ludziach i szkody materialne, ale przecież nie tak katastrofalne jak powstanie w r. 1944.

Wojsko może walczyć aż do upadłego, aż do ostatniego ładunku, ale nie należy do walki wciągać kobiet, starców, dzieci.

Błędy, które sprawiły, że powstanie stało się taką katastrofą, ujawnią się jeszcze wyraźniej, gdy ten ostatni zryw powstańczy porównamy z przedostatnim powstaniem na ziemiach polskich. Zakończyło się ono znacznie szczęśliwiej i pod niejednym względem mogło być wzorem polityki rozważnej i ostrożnej.

Mam na myśli trzecie powstanie śląskie w maju 1921. Gdy w kwietniu 1921 badano szanse nowego powstania, szef sztabu głównej komendy wojsk powstańczych ocenił liczbę zorganizowanych na 50.000. Amunicji było co prawda bardzo mało, ale karabinów ręcznych – 27.000, maszynowych 200. Porównajmy to z mizernym „uzbrojeniem” warszawskiego garnizonu Armii Krajowej!

Co więcej, Niemcy nie mieli na Górnym Śląsku żadnej silnej armii. Na obszarze plebiscytowym rządził przychylnie dla Polski usposobiony gen. Le Rond. A tuż za miedzą, za Przemszą (a nie o tysiąc kilometrów lotu) stała armia polska, już się demobilizująca wobec podpisania traktatu ryskiego, ale przecież licząca jeszcze ponad milion żołnierza. Armia, która się do powstania mieszać nie mogła, ale przecież była w stanie udzielić pomocy w razie potrzeby.

Mimo tych sprzyjających okoliczności decyzja wywołania powstania nie przyszła Wojciechowi Korfantemu łatwo. Na zebraniu głównych kierowników ruchu polskiego 30 kwietnia przeprowadził wniosek o rozpoczęcie powstania. Ale nim nadszedł ustalony termin, noc z 2 na 3 maja, Korfantego opadły ponoć wątpliwości. Wtedy jego przyjaciel, adwokat Konstanty Wolny, późniejszy marszałek sejmu śląskiego, miał się odezwać:

– Co się wahasz, Wojtek? Jakeś powiedział A, trzeba i B powiedzieć!

W następnych dniach i tygodniach Korfanty wykazał również wielką ostrożność, rozwagę i umiar. Nie lekceważył przeciwnika i nie przeceniał sił wojsk powstańczych, chociaż zajęły one lwią część obszaru plebiscytowego, co prawda bez głównych miast, trzymanych przez wojska koalicyjne.

Korfanty dążył do zakończenia walki. Już 9 maja, na konferencji z gen. de Brante, ustalił prowizoryczną linię demarkacyjną, która miała objąć obszar dwa razy większy niż później Polsce przyznano.

Nieprzewidziane trudności i pewne błędy ze strony polskiej pokrzyżowały ten plan. Walka trwała dalej. 21 maja Niemcy rozpoczęli kontrofensywę i od razu zdobyli ważny masyw Góry św. Anny.

Korfanty jeździł na front, zagrzewał wojsko do walki, ale widząc rosnące niebezpieczeństwo oraz pewne ujemne zjawiska w improwizowanych oddziałach powstańczych, coraz bardziej myślał o zakończeniu powstania. Na tym tle doszło do ostrego konfliktu w obozie powstańczym. Grupa ludzi, którzy w walce o Śląsk też włożyli dużo ofiarnej pracy, buntowała się przeciw polityce Korfantego. Oceniała ona położenie na froncie bardziej optymistycznie i chciała dalszej walki.

Korfanty opanował położenie i nadal szukał możliwości zakończenia walki, nim Niemcy przełamią chwiejący się front polski i dojdą do obwodu przemysłowego. Brał też pod uwagę rosnące trudności gospodarcze na Śląsku.

25 czerwca Korfanty ogłosił zakończenie powstania. Wojska koalicyjne mocniej obsadziły cały obszar. Powstańcy nie potrzebowali kapitulować. Przeszli na teren Kongresówki i Małopolski, by niedługo potem znowu wrócić ze świadomością osiągnięcia częściowego powodzenia. Po trzecim bowiem powstaniu mocarstwa przyznały Polsce znacznie większy obszar Śląska niż się na to początkowo zanosiło. Powstanie kosztowało trochę krwi, były też pewne szkody materialne, ale stosunkowo nieznaczne.

Tak więc historia nasza notuje przynajmniej jedno powstanie, które – dzięki Korfantemu – nie tylko nie zakończyło się katastrofą, lecz osiągnęło sukces.

Aby jednak takie rezultaty osiągnąć, i to w walce z przeciwnikiem tak potężnym jak Niemcy, trzeba wykazać rozwagę i umiar, nie mierzyć sił na zamiary i nie uginać się przed hurrapatriotyczną tromtadracją.

Stanisław Sopicki.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close