• Wiadomości
  • / 21.09.1947
  • / Londyn
  • / Rok 2, Nr 38 (77)

ZYGMUNT NOWAKOWSKI

Nie za Lwów i nie za Wilno!

Wrogowi rycerskiemu godzi się uścisnąć rękę i zasiąść z nim do wspólnej biesiady.

Przyjęcie, wydane w bufecie „Matki Parlamentów” dla siedemdziesięciu Niemców-jeńców wojennych, jest czymś co budzi równie wielką odrazę i wstyd jak zdumienie. Trudno oprzeć się uczuciu niesmaku na widok fotografii, która utrwala scenę przyjacielskiej pogawędki członka Izby Gmin, p. Skettington-Lodge, z tymi Niemcami. Minęły dwa lata od zakończenia działań wojennych a Niemca już wita w Anglii życzliwy uśmiech i wyciągnięta przyjaźnie ręka, rzadko natomiast spotyka go afront w formie stanowczego wyproszenia z autobusu lub kina. Lord Vansittart, jak widzimy, od lat ośmiu rzuca groch o ścianę. Nie tylko Polak jest po szkodzie taki sam, jaki był przed szkodą.

Niewątpliwie polskie nabytki na Zachodzie będą tym pierwszym obiektem, który Wielka Brytania zaofiaruje Niemcom. Niewątpliwie, w razie ubicia targu, Polakom groziłoby ponowne przesiedlenie w warunkach tysiąckrotnie gorszych niż te, które były czy są udziałem Niemców, usuwanych z Polski. Nawet Bierut po społu z Radkiewiczem nie potrafią zastosować takiego okrucieństwa wobec wysiedlanych Niemców, jakie potrafi w analogicznej sytuacji zastosować wobec Polaków każdy z owych okazów „blonde Bestie”, fetowanych przez Izbę Gmin. Jest również rzeczą niewątpliwą, że wysiedlani Polacy nie znaleźliby tych opiekunow i gorących adwokatów, którzy dzisiaj rozdzierają szaty z powodu przesiedlania Niemców.

Obiektywnie trzeba stwierdzić, że sympatia dla Niemców na gruncie Anglii rośnie bez mała w tym samym stopniu, w jakim sympatia dla Rosjan maleje. Nie poprawia to naszej sytuacji, która jest tym słabsza, im Rosja głośniej gardłuje za naszymi prawami do ziem nad Odrą i Nisą. Jest to argument, którego ostrze zwraca się bezpośrednio przeciwko nam. Wysunięte na zachód granice Polski obecnej są dla Europy zachodnimi granicami Rosji. Nasi b. sprzymierzeńcy przehandlowali Polskę, sprzedając ją Sowietom, a teraz bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia gotowi są spróbować tego samego handlu i sprzedać Polskę Niemcom. Business as usual. Pod tym względem nie powinniśmy żywić najmniejszych złudzeń, natomiast powinniśmy bacznie obserwować tych Polaków, którzy mogą odegrać rolę à la Mikołajczyk, lecz w stosunku do Niemców.

Brytyjski i niestety także amerykański black market, na którym sprzedaje się narody, kwitnie daleko poza zasięgiem jakichkolwiek wpływów moralnych, jest to bowiem instytucja w samym założeniu na wskroś niemoralna. Od dawna, bo w każdym razie od pełnych sześciu lat, stanowimy przedmiot, mianowicie przedmiot handlu, pozwoliliśmy bowiem na to, by nasi b. sprzymierzeńcy konsekwentnie odbierali nam po kolei wszystkie cechy podmiotu. Krzyczeliśmy „nic o nas bez nas!” a dzisiaj widzimy, że „wszystko o nas bez nas!”. Niemniej starajmy się wzbudzić w nas samych, bodaj na osobisty, prywatny użytek pewne szczątkowe właściwości podmiotu. Spróbujmy więc myśleć, choćby tylko myśleć w tej sytuacji, która nam została narzucona.

Polska przyjęła wojnę nie w tym celu, by rozszerzyć swe granice albo je zmienić, Polska chciała jedynie zachować stan posiadania. Stało się inaczej. Wykrwawieni ponad miarę, tępieni z równą zaciekłością przez Niemców jak i przez Rosjan, utraciliśmy wszystko, absolutnie wszystko, nie tylko bowiem wschodnią połowę terytorium ale i całą resztę, która dzisiaj znajduje się pod panowaniem Rosjan. Nabytki zachodnie zarówno strona anglosaska jak rosyjska może każdej chwili oddać Niemcom. Dla kupienia tego sprzymierzeńca obie strony poświęcą bez bólu wszystko, co nie jest ich własnością.

Mówiąc o ziemiach nad Odrą i Nisą, powinniśmy wystrzegać się argumentów historyczno-lirycznej natury. Dajmy pokój melodeklamacji na temat Dolnego Śląska jako prastarej piastowskiej ziemicy, choć istotnie jest ona tą „ziemicą”. Oraz istotnie pierwsze zdanie po polsku napisano w Henrykowie, niedaleko Wrocławia, w r. 1270. To pierwsze polskie zdanie jest piękne, ale zrozumie je – o ile zrozumie? – tylko zaawansowany znawca polskiej średniowieczczyzny, przy czym ów znawca musi być obdarzony pewną fantazją. My nie rozumiemy bez pomocy przekładu na język polski. Zdanie owo wygląda tak: „day ut ia pobrusa ti poziwai”, znaczy zaś prawdopodobnie (musimy wierzyć na słowo uczonego tej miary, co Jan Łoś): „daj (pozwól), niech ja pohałasuję (na żarnach), a ty wypoczywaj”… Słowa te rzekomo wypowiedział mąż-chłop do żony, mielącej zboże na żarnach.

Powinniśmy sobie samym zakomenderować „spocznij!” i przestać mleć na tych przedpotopowych żarnach oraz upajać się faktem, że np. pierwszy raz wydrukowano po polsku „Ojcze nasz” i „Zdrowaś” we Wrocławiu, w r. 1475. To prawda, jak prawdą jest, że książę Jan na Opolu, reformując z początku XVI w. korpus przysposobienia do pracy w kopalniach, wydał swój „ordnunk” po polsku. Nikt nie zaprzeczy, że list wysłany w r. 1512 przez rzeźników z Wrocławia, Brzegu, Świdnicy, Lignicy, Nisy i t.d. do krakowskich kolegów po fachu zredagowano w pięknej polszczyźnie. Ale ten list należy do zabytków językowych, nie weźmie go zaś pod rozwagę konferencja pokojowa. Po cóż powtarzać ustawicznie, że w kościołach śląskich są do dziś groby Piastowiczów? Ależ to zrozumiałe! Przecież panowali na Śląsku do r. 1675! Jeśli zaś spotykamy się często z argumentem, że mowa polska rozbrzmiewała na ulicach Wrocławia jeszcze pod koniec XIX w., skłonny jestem wysunąć argument o wiele bardziej przekonywający, ten mianowicie, że dzisiaj, w r. 1947, mowa polska na ulicach Wrocławia nie tylko rozbrzmiewa ale jest niemal jedynym – obok, niestety, rosyjskiego – językiem, który można tam usłyszeć.

To, że dzisiaj Wrocław rozbrzmiewa polską mową, stanowi argument nie liryczny i nie historyczny, lecz aktualny, przekonywający. Argumenty, które wymieniłem, idą z reguły na out. Wszelako nie są one tak niebezpieczne, jak argument, który choć powoli ale konsekwentnie utrwala się w naszych występach publicznych i w naszym rozumowaniu i, co gorsza, w naszych uczuciach: odszkodowanie za Lwów i Wilno. Nie ma i nie może być żadnego odszkodowania za Lwów i Wilno. Jest to tak, jakby zbir mówił do matki, ze wprawdzie zabił jedno jej dziecko, ale nie powinna się tym denerwować, gdyż prawdopodobnie będzie miała drugie dziecko, może jeszcze ładniejsze. Nie ma takiej wagi, która by pomieściła na jednej szali Wrocław i Szczecin, na drugiej Lwów i Wilno. Można ważyć połcie słoniny lub worki z żytem, ale nie miasta, nie ziemie, nie honor. Zostawmy to ważenie naszym b. sprzymierzeńcom. Oni jedno sprzedali Rosji w melinie jałtańskiej i poczdamskiej, a drugie niby, rzekomo, dali nam, pod jakimiś warunkami, które w każdej chwili można przekreślić albo się ich wyprzeć. Dali wczoraj, dzisiaj zaś mówią, że to co straciliśmy na wschodzie juz nie jest nasze, a to co zyskaliśmy na zachodzie nie jest jeszcze całkiem nasze, jutro bowiem może być z powrotem niemieckie.

Polak, mówiący o jakimś odszkodowaniu za Lwów i Wilno, powinien jak najrychlej przystąpić do Mikołajczyka, który nie mając świadomości historycznej, nie wiedząc w ogole, czym naprawdę jest Lwów i Wilno, dał się nabrać na taki basarunek. No, przy sposobności wytargował u Wielkiej Brytanii solenną, stukaratową gwarancję, że wybory w Polsce będą powszechne, tajne, bezpośrednie i w ogóle conajmniej dziesięcioprzymiotnikowe. Dlaczegóż Churchill miał sobie żałować i oszczędzać? Przecież wiedział, że gwarancja nie będzie dotrzymana. Gdyby Niemcy w wyniku nowej tranzakcji wkroczyli na Dolny Śląsk, Mikołajczyk zapewne poszedłby z protestem do ambasadora brytyjskiego albo nawet zagroził, że zaalarmuje depeszą samego Churchilla.

Lwów i Wilno wyrażają wartości, nie dające się niczym zastąpić, takie mianowicie, które nieprędko mogą zacząć rosnąć na kulturalnym ugorze Nadodrza. Wystarczy przejrzeć ostatni, czwarty tom Brücknera, by stwierdzić, że nasze kresy zachodnie nawet w najbardziej tragicznych chwilach były umiarkowane, podczas gdy kresy wschodnie były, są i będą gorące, przekrwione, namiętne w działaniu. Kresy zachodnie, i to w sposób konsekwentny albo nawet niekiedy i piękny, wyrażały defensywę, kresy wschodnie były wcieleniem ducha ofensywy.

Zakuty „Prusak” Wybicki jest pono autorem hymnu, w którego refrenie figuruje nazwisko innego „Prusaka” i zarazem nie katolika lecz protestanta. Jednak Dąbrowski stanowi raczej wyjątek. Rejtan, Kościuszko, Traugutt, Piłsudski stanowią regułę. Jest coś dziwnego, coś, nie waham się rzecz, tajemniczego, musi działać jakiś genius loci, który sprawia, że gdy słońce gaśnie w całej Polsce, światło wschodzi na przekór wszystkiemu w Wilnie lub Krzemieńcu. Pierwsze słowa „Pana Tadeusza” są aktem politycznym o niezmiernej doniosłości. To wieczyste, nie dające się nigdy przekreślić odnowienie unii lubelskiej w sercach naszych i naszej świadomości. „Nadodrze, ojczyzno moja…” brzmiałoby, jak wyznanie partykularyzmu, „Litwa” u Mickiewicza jest czymś uniwersalnym, czymś, co rozumie i przyjmuje bez zastrzeżeń każdy Polak, gdziekolwiek się urodzi.

Ze wschodu, ex oriente, płynie strumień rozżarzonej wiary, nadziei i miłości, na zachodzie te uczucia są ujęte w karby. Postępowe na polu cywilizacji kresy zachodnie wydają się nam być konserwatywne, natomiast ubogie i ociężałe kresy wschodnie zadziwiają swą rewolucyjnością i temperamentem, który wybucha zawsze w chwilach dla Polski najgroźniejszych. Zasługi kresów zachodnich są olbrzymie, jednak Polskę w latach porozbiorowych ocalili ludzie, będący krwią z krwi i kością z kości ziem wschodnich.

Suum cuique. Kresy zachodnie i wschodnie wyrażają bieguny tej samej, jednej, wielkiej, niepodzielnej rzeczy, której na imię Polska. Stanowią o pełnej treści. Gdyby w trakcie dalszego urzeczywistniania wzniosłych haseł karty atlantyckiej zechciano np. za Poznań dać Polsce odszkodowanie pod postacią Połocka, Starodubu i Kudaku, byłby to pomysł równie głupi i nikczemny, jak próba wmawiania w nas, że cokolwiek może stanowić odszkodowanie za Lwów i Wilno. To nie są dwa miasta, to jest Polska. Taksowanie Lwowa i Wilna, oddawanie ich w drodze handlu wymiennego, w drodze jakiegoś clearingu czy transferu, to tranzakcja godna Mikołajczyków.

A przecież obserwujemy ze zgrozą, że w dusze pewnych Polaków, i to właśnie tu na obczyźnie, zakrada się zwątpienie pod postacią rzekomo trzeźwej kalkulacji: Wrocław i Szczecin za Lwów i Wilno. Jeszcze tego Wrocławia i tego Szczecina nie trzymamy w garści zbyt mocno, a już kapitulujemy, już wyciągamy białą flagę, myśląc o oddaniu Lwowa i Wilna. Jeśli ta kapitulacja utrwali się choćby tylko w głębi sumień, w skrytości naszych myśli, tedy stracimy i to, co jest bezspornie nasze na wschodzie, i to, co nam dała nieszczera, fałszywa intencja na zachodzie. Niestety, kalkulacja ta wyszła poza skrytość myśli, poza to, co Homer zwie „twierdzą zębów”, i osłabiona wola dyktuje hasło, by trzymać się twardo przy nabytkach zachodnich, a w sprawie bezspornie polskich ziem wschodnich wysuwać jakieś lekkomyślne projekty plebiscytu czy konsultacji. Któż tam będzie głosował za przynależnością do Polski? Z kim zawierać mamy jakąś umowę hadziacką? Z nasłanymi Kałmukami, z hordą mongolską?

Było dużo, nawet dużo czasu na to, by rząd polski rzucił jakiś program, jakiś plan, który by pozostał bodaj na papierze ale świadczył o szerokości myśli politycznej uchodztwa, o jego uczciwych a wcale nie samobójczych zamiarach na temat ziem, zamieszkałych przez mniejszości, ukraińską i białoruską. Czas ten zmarnowano doszczętnie, ale dzisiejsza chwila jest najmniej stosowna do projektowania jakichś, pożal się, Boże, plebiscytów czy konsultacji. Można to było i trzeba było mówić wtedy, gdy nasi ówcześni sprzymierzeńcy nie kwestionowali praw Polski do wszystkich terenów w granicach sprzed 1 września 1939, więc w tych granicach, których powinni byli bronić. Kto dzisiaj wysuwa jakiekolwiek wątpliwości w sprawie wschodniej połowy Rzeczypospolitej, niech, powtarzam, przystanie choćby ex post do Mikołajczyka, choć zrobi to za późno. I niech z nim razem pije kubeł jak zasłużonej goryczy!

Nabytki zachodnie w całej ich rozciągłości są słusznym, choć tylko częściowym odszkodowaniem, lecz nie za Lwów i nie za Wilno, tylko za straszliwe zbrodnie niemieckie, których ofiarą padła Polska. Te nabytki są dziełem sprawiedliwości. Należą się one nam jako zadośćuczynienie, choć nic nie naprawi krzywd, zadanych Polsce przez Niemcy. Jeśli idzie o nas, nabytki zachodnie stanowią minimum, są jakimś ułamkiem procentu tego, do czego mamy prawo. Jeśli idzie o Niemców, kara ta jest skromna, łagodna, dobrotliwa, prowokacyjnie niska. Powinny im być wyłamane zęby i odcięta prawa ręka, aby w ciągu życia najbliższych kilku pokoleń zło się nie powtórzyło.

Powrót Wilna i Lwowa nie mógłby oznaczać kapitulacji naszej w sprawie nabytków zachodnich. Tam już prawie nie ma Niemców. Na 205.000 mieszkańców Wrocławia przypada 195.00 Polaków. Niech nikt nie zarzuca autorowi tego artykułu, że jest wyznawcą murzyńskiej etyki, że mówi: mamy prawo do terenów wschodnich, chociaż są ogołocone z ludności polskiej, oraz mamy prawo do nabytków zachodnich, dlatego że są ogołocone z ludności niemieckiej. Nie Polska zaczęła tę wojnę. Ale Polska, zachęcona i upoważniona m. in. przez Anglosasów, musiała znaleźć miejsce dla Polaków, usuwanych siłą ze wschodu. Murzyńska jest ta etyka, która pozwala już zapomnieć o wszystkich zbrodniach niemieckich, więc także o masowych zesłaniach Polaków w czasie wojny, a dziś broni gorąco tych samych Niemców przed przesiedleniem na zachód, w niedługim zaś czasie zachęcić gotowa ich, by z kolei po raz drugi zaczęli wypędzać Polaków na wschód.

Żadne, nawet najdalej na zachód posunięte nabytki nie wynagrodzą utraty Wilna i Lwowa. Gdybyśmy w wyniku tej wojny otrzymać mieli zamiast linii Odry i Nisy, np. linię Łaby i Sprewy, nawet i to byłoby zbyt niską karą wobec Niemiec i zbyt niskim wymiarem odszkodowania za krzywdy i cierpienia narodu polskiego, których w ogóle obliczyć się nie da.

Jałta i Poczdam przewidziały przesiedlenie Niemców na zachód i napływ Polaków z ziem wschodnich. Ten projekt stał się faktem, na którego gruncie stać będziemy. Gdy dzisiaj nasi b. sprzymierzeńcy łamią ręce i rozdzierają szaty nad jakże zasłużonym losem Niemców, widzimy w tym groźby nowej, potwornej krzywdy, którą pragnęłyby nam zgotować siły, zwące się „zachodnimi demokracjami” a zawsze gotowe do sojuszu z totalizmem np. rosyjskim albo z tym nowym niemieckim, już się wykluwającym na gruzach dawnego.

Zygmunt Nowakowski.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close