• Wiadomości
  • / 23.05.1948
  • / Londyn
  • / Rok 3, Nr 21 (112)

WACŁAW SOLSKI

Kartki z dziennika
O komunistycznych snobach

9 kwietnia 1948.
Powrót do Nowego Jorku z kilkodniowej wizyty u przyjaciela, który wykłada w college niedaleko stąd. College jest prywatny i niewielki: wszystkiego stu studentów i trochę więcej studentek. Studentki chodzą przeważnie w białych męskich koszulach, wypuszczonych na niebieskie, przykrótkie spodnie. Płaci się w tym college ok. 2.000 dolarów za rok szkolny. Wyższe zakłady naukowe w Nowym Jorku pobierają opłaty niewiele mniejsze. Uczelnie stanowe i miejskie są wprawdzie bezpłatne, ale trudno się do nich dostać. Nawet byli żołnierze muszą czekać na przyjęcie rok lub dłużej.

College, w którym spędziłem kilka dni, jest na wsi i składa się z kilku malowniczo położonych domków dla wykładowców, oraz pięciu czy sześciu dużych gmachów, gdzie studenci mieszkają i gdzie odbywają się wykłady. Gmachy i domki są wygodne, obszerne i eleganckie. Jedzenie jest kiepskie, ale niemal wszyscy studenci mają własne samochody, a w okolicznych miasteczkach jest dużo doskonałych restauracji. Samochody studentów i studentek stoją przed południem na placu przed głównym gmachem. Są to przeważnie wozy nowe i drogie, lakier i nikiel aż lśnią na słońcu.

Nie mogłem się połapać w programie zajęć, który jest specyficznie amerykański. Zrozumiałem tylko tyle, że studenci mają wielką swobodę w wyborze przedmiotów. Jeden na przykład zainteresował się „Don Kichotem”. Czyta go już od dłuższego czasu. Raz lub dwa razy na tydzień dzwoni do wykładowcy, umawiają się na lekcję i rozmawiają o „Don Kichocie” (to jest właśnie lekcja). W ładnym domku w parku udzielają lekcji tańców. Największym powodzeniem cieszy się rumba. W tym samym domku uczą grać na fortepianie. Są naturalnie i inne przedmioty, ale nikt się zbytnio nie przepracowuje i nie nadwyręża. College, o którym mowa, nie daje stopni naukowych; aby je uzyskać, trzeba się po jego ukończeniu przenieść na rok lub dwa do innego. Są naturalnie place tenisowe, wielka biblioteka, koncerty, zabawy, wycieczki, herbatki i własne radio: stacja nadawcza o małym zasięgu. Słowem, raj na ziemi.

Mój przyjaciel zwiedził kilka lat temu Rosję nie z własnej inicjatywy i widział ją dosyć dokładnie od spodu i od wewnątrz, więc mu teraz trochę trudno zachować spokój ducha. Irytują go powierzeni jego pieczy młodzieńcy i panienki w niebieskich spodniach. Ta młodzież jest bowiem niesłychanie radykalna. Urządza zebrania polityczne, agituje za Wallacem i domaga się wolności słowa dla niemieckiego stalinowca Eislera, który złożył kaucję w wysokości 25.000 dolarów i obecnie występuje na zebraniach, urządzanych najczęściej właśnie przez młodzież uniwersytecką w rozmaitych małych i większych uczelniach. Wraz z nim występuje jego małżonka, pochodząca, jak twierdzi prasa, z Polski i nosząca imię Brunhilda. Tańcząca i zamożna młodzież broni też gorąco Murzynów. Byłem trochę zdziwiony, bo żaden z tych ruchliwych chłopców nie wyglądał na to, by miał do Murzynów inny stosunek niż stosunek pana do służącego. W college, podczas mojego tam pobytu, zwołano jednak zebranie, by zaprotestować przeciwko zakazowi przyjmowania Murzynów. Weseli mówcy o bardzo zdrowym wyglądzie domagali się od dyrektora, by natychmiast zniósł zakaz. Dyrektor się zirytował. Powiedział, że zakazu nie było i nie ma, więc protest jest całkowicie bezpodstawny.

– No to dlaczego nie ma Murzynów? – wołali studenci.
– Bo się żaden nie zgłosił! – tłumaczył drżącym głosem dyrektor. – Niech się jakiś zgłosi, to go zaraz przyjmę!

Studenci przyjęli to do wiadomości i po krótkich obradach powsiadali z koleżankami do samochodów, aby się udać do jednej z pobliskich restauracji. Żaden Murzyn naturalnie się nie zgłosi, bo to dla Murzynów o wiele za drogi raj.

Robotnicy portowi w Nowym Jorku odmawiają w ostatnich czasach kategorycznie ładowania towarów na statki rosyjskie. W pewnym wypadku zmuszono ich do pracy, stosując t.zw. Hartley-Taft Bill: nowe, bardzo ostre prawo antystrajkowe. Z prawem tym walczą związki zawodowe, walczy cała liberalna prasa, walczą też na terenie robotniczym tutejsi stalinowcy. Nie przeszkadza to jednak bynajmniej najbardziej reakcyjnemu odłamowi przemysłowców w stosowaniu tego prawa, jeśli chodzi o sprzedanie Rosji maszyn, bo to jest dobry interes. Na szczęście prawo jest dosyć skomplikowane, i związek robotników portowych niedawno wykazał przy pomocy swoich prawników, że można je łatwo obejść. Następny okręt rosyjski odszedł już wobec tego bez ładunku. Nawet poczty robotnicy nie załadowali. Jeśli by ktoś zechciał zastosować do tych wszystkich ciekawych wypadków błąkającą się jeszcze po wielu głowach dawną, a obecnie bezsensowną terminologię, musiałby powiedzieć, że robotnicy portowi są niesłychanie reakcyjni, ponieważ występują przeciwko „marxistowskiej” Rosji, studenci z drogich uczelni są natomiast wielce rewolucyjni, ponieważ tej Rosji bronią jak mogą i jak umieją. Reakcjonistów i ich prawo antystrajkowe należy, zgodnie z tą terminologią, umieścić jednocześnie w obu obozach: radykalno-postępowym i faszystowskim.

11 kwietnia.
Komentator radiowy Drew Pearson ogłosił konkurs na najlepsze określenie demokracji. Aby zachęcić do wzięcia w nim udziału mieszkańców Rosji, Pearson obiecuje nagrody za najlepsze odpowiedzi. Odczytał długą listę osób, które już mu nadesłały w tym celu rozmaite przedmioty: zegarki na rękę, wieczne pióra, elektryczne żelazka i aparaty fotograficzne. Powiada, że wobec takiej zachęty pewnie otrzyma dużo listów spoza żelaznej kurtyny.

Niektóre gazety wyśmiały ten pomysł, wskazując że gdyby ktoś z Rosji napisał do Pearsona list, zostałby zaraz wsadzony do kryminału. I że Pearson powinien to wiedzieć, bo przecież uchodzi za jednego z najlepiej poinformowanych ludzi w Ameryce. Co za śmieszna naiwność, pisały gazety. Ale Mr. Pearson nie jest wcale tak naiwny, jak się to wydaje. Wczoraj nawoływał przez radio Trumana, żeby się koniecznie spotkał ze Stalinem, bo w przeciwnym razie może dojść do wojny. A jeśli się spotkają, to już wtedy do wojny nie dojdzie, bo podpiszą jakiś układ. Wszystkim na świecie wiadomo, że podpisany układ jest rzeczą świętą. Stalin żadnego jeszcze nie złamał.

Mr. Pearson udaje dziecko, ale ci, co mu posyłają zegarki, zapewne istotnie wierzą, że ich podarunki rozwiążą wszystkie konflikty międzynarodowe. O wiele przyjemniej jest wierzyć w takie rzeczy, niż widzieć co się dzieje na świecie.

Siedziałem kiedyś na werandzie hotelu w Vence, niedaleko Nicei. Było to w r. 1938. Na drugim końcu werandy pulchna Francuzka w zatartym pudrem i kunsztownymi smarowidłami wieku opowiadała o swojej podróży do Berlina.

– Nie mogę zrozumieć, czego oni chcą od Hitlera – mówiła. – Mieszkałam w doskonałym hotelu. Służba jest sprawniejsza niż u nas. Na obiad prawie wszyscy panowie przychodzą w smokingach. Jaki hotel? „Adlon”, ale w innych pewnie też. Jadłam sznycel po wiedeńsku, z cytryną i z anchoa – znakomity, i taniej niż w Paryżu! Wszyscy byli uprzejmi, o wojnie nie myślą, w Berlinie porządek, miasto czyste, ludzie zadowoleni. Czego oni chcą od Hitlera?

Dwóch panów potakiwało. Za werandą była już noc, i przeraźliwie krzyczały „cigales”, ogromne koniki polne, chluba Prowancji. Pulchna pani popijała pomarańczową lemoniadę i czuła się znakomicie.

12 kwietnia.
Zmiana szofera w autobusie. Autobus staje na rogu Broadway i 72-ej ulicy. Szofer jedną ręką zabiera gazetę, umieszczoną za szybą w lewym rogu drugą ręką, jednocześnie, nakłada na głowę czapkę. Potem wychodzi. Na przystanku czeka już inny szofer. Wchodzi, kładzie swoją gazetę za szybę w lewym rogu, zdejmuje czapkę i podnosi hamulec. Autobus rusza.

Ani jeden, ani drugi nie mówią do siebie ani słowa. Ani „hallo”, ani „dzień dobry”, ani nic. Ani jeden się nie uśmiecha, ani nawet jeden na drugiego nie patrzy, chociaż się na pewno znają, bo przecież pracują na tej samej linii. Jeżdżę tym autobusem dosyć często i już kilka razy widziałem tę scenę. Odbywa się zawsze zupełnie tak samo. Bez zbędnych ruchów, w milczeniu i sprawnie. I bardzo szybko. Stosunek jednego szofera do drugiego jest zupełnie taki sam, jak stosunek przedniego koła autobusu do tylnego.

Sprawność i szybkość, doprowadzone do takiego stopnia, że aż ciarki przechodzą po skórze.

19 kwietnia.
John Steinbeck, który był kiedyś wcale tęgim pisarzem, napisał w ciągu ostatnich lat trzy czy cztery bardzo słabiutkie książki. Zepsuł sobie markę, próbował napisać coś lepszego i nie mógł (przyznał się do tego w druku) i wobec tego pojechał do Rosji. Wrócił po bardzo krótkim czasie z nową książką pod pachą. Drukował ją częściowo w „New Herald Tribune”, a niedawno wydał w całości.

Książka jest wyjątkowo obrzydliwa. Cuchnie o wiele mocniej niż, powiedzmy, ostatnie książki p. Wasilewskiej, bo p. Wasilewska po prostu i głupawo pada plackiem przed wszystkim co stalinowskie, podczas gdy Steinbeck udaje bezstronnego krytyka. Opisuje jakieś niesłychane obiady z kilkunastu dań z kurczakami na zakąskę (u chłopów na wsi!), ale od czasu do czasu wtrąca, że na jakiś bilet kolejowy musiał bardzo długo czekać, albo że kawa była zimna albo coś takiego. Słowem, zasadniczo doskonale, ale są pewne drobne niedociągnięcia. I niech czasem nikt nie myśli, że ja, Steinbeck, to wszystko popieram – czy nie napisałem, że kawa była zimna?

W Ameryce, jak i wszędzie, znają się na takich celofanowych opakowaniach, upiększających kiepski towar. To też po artykułach w „New York Herald Tribune” Steinbecka zaliczono do odpowiedniej kategorii. Nikt się też wielce nie dziwił, że autor „Of Mice and Men” postanowił się przerzucić na nowe pola działalności nie tyle literackiej ile trochę innej, ostatnie bowiem jego książki wyraźnie wskazywały na zanik talentu i na wewnętrzne załamanie autora. Ale oto nagle, pewnie zupełnie dla Steinbecka niespodzianie, nawymyślano mu w Moskwie od kłamców. Dlaczego? Dlatego, że ośmielił się skrytykować w jednym z artykułów sztukę sowiecką p.t. „Kwestia rosyjska”, której akcja toczy się w Ameryce. Sztuka ta jest zupełnie bezprzykładnym stekiem bzdur. Jacyś dziennikarze czy pisarze zapytali Steinbecka, co o niej sądzi. Pytanie było kłopotliwe, bo w Ameryce o tej sztuce już przedtem pisano i każdy wie, że nie jest to żadna sztuka, tylko kompletny idiotyzm. Steinbeck tego nie napisał, ale napisał, że sztuka daje fałszywy obraz Stanów Zjednoczonych i t.p. Dostał za to cięgi, teraz zaś, po wyjściu całej książki, nawymyślano mu jeszcze mocniej. Imperialista, prawie faszysta, i tak dalej. Ale dają mu do zrozumienia, że się jeszcze może poprawić, to go wtedy pochwalą.

Biedny Steinbeck. N., dziennikarz amerykański, pytał mnie, dlaczego się tak dzieje. Bo to przecież nie pierwszy raz. Pojechał niedawno do Moskwy prostalinowski profesor, bardzo w tej dziedzinie zasłużony. Zawsze chwalił, zawsze się kłaniał, typowy feluś (wyrażenie fellow-traveller jest za długie, więc je skracam). I też mu nagle w Moskwie nawymyślali. Potem zmieszali z błotem sędziwego Sir Bernarda Paresa. A już kto jak kto… Tyle lat się starał, nie bacząc na wiek ani wątłe zdrowie. Teraz znowu wyrzucili z Rosji korespondenta Magidowa. A też przecież słodziutko telegrafował i pisał przez długie lata. Więc dlaczego?

Dlatego, powiedziałem amerykańskiemu dziennikarzowi, że gdy uważają kogoś za pół-swojego, a tym bardziej za całkiem swojego, mają wobec niego większe wymagania. I wpadają w gniew nawet wówczas, kiedy napisze, że kawa była nie dość gorąca. Ma pisać, że była wrząca i że wszystko jest na sto procent. Ma pisać gołe bzdury, bez owijania w niby to krytyczne celofany. Nie czas teraz na celofany, bo żyjemy w ostrej epoce.

Ale czy rozmaite felusie obejdą się bez celofanów? Zachodzi poważna obawa, że się nie obejdą. Psychologia ich jest bowiem dosyć skomplikowana. Gotowi są zamknąć oczy na obozy z dwudziestoma czy piętnastoma milionami ludzi, na nędzę, na terror, na głód, na wszystkie najbardziej istotne cechy totalizmu. Ale nie dadzą sobie wydrzeć prawa pisania o tym, że herbata na dworcu była w brudnej szklance. Albo że pociąg spóźnił się o godzinę. Wolność prasy w ich pojęciu polega głównie, jeśli nie jedynie, na możności krytykowania wystygniętej kawy. Jeśli nie pozwolą im o tym pisać, obrażą się śmiertelnie. Powiedzą, że bez możności takiej krytyki cała rzecz się nie kalkuluje. Mogą pójść, i pewnie pójdą, jeszcze dalej. Tylko patrzeć jak powyrzucani z Moskwy symbolicznie lub niesymbolicznie bojownicy wolnego słowa napiszą płomienne książki, skierowane przeciwko Rosji.

Wacław Solski.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close