O „Wiadomościach Literackich” *

Proszę Państwa! Od pewnego czasu stało się to już prawie tradycją zebrań polskich w Nowym Yorku, że występuję na nich w roli weterana z jakichś zamierzchłych czasów, nieomal jakiegoś Wojskiego, opowiadającego o sporze Domejki z Dowejką czy o Radziwille i księciu Denasów.

"Wiadomości Literackie"

Przyzwyczajony do tego, że byłem najmłodszy w grupie, z którą zaczynałem moje pisarskie boje, że przez lata całe piłem bruderszafty tylko ze starszymi ode mnie, naraz widzę ze zdumieniem i melancholią że coraz mniej jest już tych starszych, że wszyscy niemal wokół mnie są ode mnie młodsi, że rychło patrzeć a zejdę do roli owego grubego, siwego pana, którego na balach w dawnej przedwojennej Warszawie proszono nad ranem aby pokazał młodzieży jak to, panie dziejski, tańczyło się kiedyś mazura. Raz po raz zresztą przyłapuję się na tym że nie podobają mi się nowe czasy, co jest, jak wiadomo, nieomylną oznaką starości. Nieboszczyk ambasador Chłapowski tak kiedyś użalał się przede mną: „Cóż to, panie, za straszne czasy! Papierosy bez nikotyny, kawa bez kofeiny, miłość bez kobiet”. A ja dodałbym jeszcze: „Wiersze bez rymów”. Słowem, człowiek starzeje się, i maluczko, a to, że w ogóle piszę, będzie przyjmowane ze zdziwieniem jak niewczesne wybryki lubieżnych starców i emigracja, która jest mikrokosmosem narodu, z właściwym Polakom sentymentalnym idealizmem oczekiwać będzie ode mnie tylko dwu rzeczy: dobrego przykładu, czyli zupełnej bezczynności, i wspomnień. Bijąc się w piersi przyznać muszę, że te wspomnienia są zresztą moją słabostką i że sam swoim gadulstwem przyczyniłem się do tego że powoli staję się Panem Jowialskim emigracji. Gadulstwo jest przywarą, która wzmaga się z wiekiem, i jeżeli rodacy nie powstrzymają mnie w porę, zacznę wkrótce mówić jak Pan Jowialski: „Znacie państwo tę bajeczkę? No to posłuchajcie!”.

Bajeczkę, którą chce opowiedzieć dzisiaj, zna zresztą większość zgromadzonych w tej sali. „Wiadomości” londyńskie są bowiem dalszym ciągiem „Wiadomości Literackich” które były tak nieodłączne od Warszawy jak jej wielkie kawiarnie, Europejska, Lourse i Ziemiańska, jak jej teatrzyki „Qui Pro Quo”, „Cyrulik” i „Banda”, jak Hiszpański i Leszczyński, jak Wedel i Maksymilian. To porównanie z produktami z innych dziedzin, łechcącymi raczej materialne apetyty, nie oznacza bynajmniej lekceważenia zasług „Wiadomości”, chce ono tylko podkreślić wyjątkowość ich znaczenia dla kultury polskiej. „Wiadomości” bowiem – i to na zawsze pozostanie ich zasługą – jak żadne inne pismo polskie spopularyzowały książkę polską, muzykę, sztukę teatralną, pisarza i artystę, zrobiły więcej niż jakakolwiek inna instytucja kulturalna dla tego by kultura stała się naprawdę przedmiotem codziennej potrzeby albo luksusem, do którego dążą wszyscy jak do posiadania eleganckich butów czy pięknego kostiumu. Formuła pisma nie była wynalazkiem redaktora „Wiadomości”, była ona wzorowana na paryskich „Nouvelles Littéraires”. Tylko że tamto pismo wydawane było w języku znanym całemu światu, w stolicy kulturalnej świata, w mieście które łatwo przebaczało swym przywódcom politycznym cynizm i oportunizm, ale szarpało ich bezlitosną złośliwością jeżeli potknęli się, cytując La Fontaine’a lub Rasyna. „Nouvelles Littéraires” wyrosły więc z pewnego stanu kultury, podczas gdy „Wiadomości” jeśli tego stanu nie stworzyły, to na pewno ujawniły go i niejako utrwaliły. Dzięki „Wiadomościom” przede wszystkim, nowa książka polska, młody talent, pasjonująca polemika literacka były omawiane w tym samym czasie i z tym samym zapałem w salonie pani Józefowej Potockiej, w poczekalni dr. Datynera, w bufecie Domu Akademickiego, a nawet – co było zdobyciem najbardziej niedostępnych redut -pod lipami przy starych dworach. To że artykuł wstępny może mieć za temat nową książkę, że Rostworowski czy Boy mogą być fotografowani raz po raz jak Osterwa czy Marysia Modzelewska – były to dla Warszawy, dla szerokiej publiczności rzeczy nowe, rewolucyjne, ale przyznać trzeba, że stały się one od razu rzeczami naturalnymi i swego rodzaju warszawską specjalnością.

Co zaś może dla czyjejś popularności zdziałać podobizna, stosowana systematycznie i w poważnych dawkach, przekonałem się w czasie gdym latem 1926 założył i redagował „Cyrulika Warszawskiego”. Ministrem spraw zagranicznych w rządzie prof. Bartla został wtedy dzisiejszy pan Prezydent Rzeczypospolitej August Zaleski, który w czasie poprzedniej wojny pracował w Londynie i w Bernie, później prawie bez przerwy posłował za granicę – tak że szerokiej Warszawie był prawie nie znany. Otóż „Cyrulik” w szeregu pierwszych numerów dawał co tydzień bodaj rysunki, które, chcąc komentować na wesoło naszą politykę zagraniczną, miały oczywiście za centralną postać – jej nowego kierownika. Zdzisław Czermański, niby Franz Hals, wpadł w malarski zachwyt nad wyrazistym profilem swego modela, jego potężnym nosem, nad owym doskonałym wyrazem ukrytej złośliwości i angielskiej flegmy, rozlanym na jego twarzy, które sprawiły, że dzisiejszy pan Prezydent był ponoć za czasów swej młodości prawdziwą gwiazdą teatrów amatorskich i między innymi, jak twierdzili świadkowie jego występów, nieporównanym Albinem w „Ślubach panieńskich”. Wszystkie owe fizyczne właściwości, które jak alkohol podniecają i jak najpiękniejsze kwiaty zachwycają portrecistów, były powodem, że jak Lentz Frenkla czy Franca Fiszera, Czermański ulubił sobie twarz ministra Zaleskiego, że rysował go z pasją, dopominając się o coraz nowe pomysły na jego temat i że oczywiście czytelnicy „Cyrulika” rzucali się na te rysunki, szukając w każdym numerze owego pana z wielkim nosem. Skutek tego był taki że kiedy wkrótce potem na jakiejś uroczystej akademii w ratuszu pan August Zaleski przechodził wraz ze swymi kolegami za marszałkiem Piłsudskim wśród szpaleru publiczności – z jej grona dobył się głos męski, który, zamierzony jako szept, przez jakieś nieumiejętne obliczenie akustyczne zamienił się w tubalny okrzyk: „Patrz Mania! To ten z „Cyrulika”.

„Wiadomości Literackie”, które w pierwszym numerze dały portret piórkowy Żeromskiego tak okropny że oburzeni przyjaciele, ja między innymi, najzupełniej serio radzili redaktorowi aby od razu zamknął pismo -połapawszy się szybko w swym błędzie, zaczęły systematycznie posyłać wielkich tuzów literatury i wschodzące jej sławy do pana Pęcherskiego na Nowym Świecie, który stał się szybko niejako oficjalnym fotografem literatów, jak Brzozowski ze Świętokrzyskiej był nadwornym fotografem królów i królowych sceny. Dzięki temu – tragiczna, jakby genialnym rzeźbiarskim dłutem ryta twarz Żeromskiego, czupryna, bródka i zawsze wytężony, jakby zalękniony wzrok Reymonta, wspaniały rzymski profil Karola Huberta Rostworowskiego, sofoklesowska niby odbita od artystycznego posągu głowa Tadeusza Zielińskiego, wichura siwych włosów, romantyczny profil i romantyczny krawat Struga, szatańsko złośliwe przymrużone oczki Nowaczyńskiego i zagadkowy, jakby pełen tragicznych przeczuć uśmiech na dziecinnej twarzy Boya-Żeleńskiego – stały się tak popularne w Warszawie że nie tylko studenci i pensjonarki zatrzymywali się na ulicy na widok ulubionych pisarzy, ale być może niejeden z tych, co tylko niedbale przerzucali nowe pismo, pokazując swej towarzyszce wchodzącego do Ziemiańskiej Żeromskiego, mówił: „Patrz Mania! To ten z „Wiadomości Literackich”.

Oczywiście ta osobista popularność pisarzy nie oznaczała bynajmniej, że wszyscy naraz zaczęli czytać ich książki. Osobistość, najściślej związana z „Wiadomościami”, generalny ich sprzedawca w najlepszym punkcie miasta, przed Ziemiańską na Mazowieckiej, mały Tadzio Milwicz, zapytany przez pisarza robiącego z nim wywiad do „Wiadomości”, kto napisał „Pana Tadeusza”, odpowiedział bez wahania: „Pan Leszek”, po czym już z wzrastającym zdumieniem, jak gdyby pytano go o rzeczy powszechnie wiadome, przypisywał mi również autorstwo „Ogniem i mieczem”. Była to oczywista nieścisłość, ale jeśli nie świadczyła ona o poważniejszym otrzaskaniu się Tadzia z literaturą klasyczną, była przecież dowodem jego życzliwości dla literatury współczesnej i ustalonej dzięki nowemu pismu popularności pisarzy żyjących.

To nawiązanie ludzkiego zażyłego stosunku pomiędzy literaturą a jej odbiorcą było oczywiście tylko środkiem do zamierzonych przez „Wiadomości” poważniejszych celów. Dzięki „Wiadomościom” niewątpliwie wzrosły wielokrotnie nakłady książek, możliwości wydawania młodych i nieznanych pisarzy, znajomość literatury zagranicznej, niejednokrotnie zaś nawet jakaś niedoceniona książka, zlekceważone przez publiczność przedstawienie brały dzięki „Wiadomościom” odwet i doznawały zasłużonego uznania. Pewna właściwość umysłu redaktora „Wiadomości”, Mieczysława Grydzewskiego, w niektórych okolicznościach mogąca uchodzić za przywarę, sprawiła że wbrew dość szeroko rozpowszechnionej opinii, „Wiadomości” były pismem otwartym dla wszystkich bez różnicy przekonań politycznych pisarzy, że każdy z nich jeśli chciał mógł drukować tam swoje utwory, liczyć na obiektywną recenzję ze swej książki i ową tradycyjną fotografię od pana Pęcherskiego. Właściwość, o której mówię, był to obiektywizm Grydzewskiego, graniczący z manią i nieraz, kiedy wrzały pasje polityczne i artystyczne, doprowadzający do pasji jego przyjaciół, najniesłuszniej zresztą posądzanych o wpływ na kierunek pisma. W czasach kiedy literat polski wypowiadał się tylko w pismach bliskiego mu politycznego kierunku, kiedy prasa codzienna bojkotowała albo szykanowała pisarzy przeciwnych obozów – ów niewzruszony i denerwujący obiektywizm Grydzewskiego gromadził ich wszystkich razem. W imię wartości, które przemijającym pasjom politycznym podlegać nie powinny, wbrew wszystkim niemal, wrogom i przyjaciołom, bronił prymatu sztuki nad polityką, bronił człowieka przeciw namiętnościom tłumu.

Nie każdy dzisiaj wyobrazić sobie może, czym dla obozu Piłsudskiego była osoba Adolfa Nowaczyńskiego w czasie zajadłych i niepięknych jego ataków na osobę Marszałka. Oto Grydzewski, nie będąc firmowym piłsudczykiem ale wielbiąc Piłsudskiego jako wielkiego bohatera i wielkiego człowieka, miał zarazem przesadny kult dla dowcipu i niektórych sztuk Nowaczyńskiego. Nic nie robiąc sobie z ostrzeżeń, że jeśli drukować będzie prace Nowaczyńskiego, wielu wybitnych pisarzy zaprzestanie współpracy w „Wiadomościach”, postanowił właśnie dać Nowaczyńskiemu stronicę w swym piśmie, co uchodziło w tym czasie za akt zarazem odwagi i niemal miłosierdzia. Ta odwaga zwyciężyła, gdyż nikt z „Wiadomościami” nie zerwał a Grydzewski naprawdę wyświadczył wielką moralną przysługę pisarzowi pełnemu talentu ale cierpiącemu na chorobliwą niepowściągliwość języka.

Kiedy dokonało się zerwanie lewicy z obozem rządowym, Kaden-Bandrowski i Strug, unikający się nawzajem na zebraniach literackich, spotykali się nieraz na stronicach „Wiadomości”, gdzie też równe prawo głosu mieli – ekstatyczna Iłłakowiczówna i sceptyczny Boy, gdzie Liebert mógł się spowiadać ze swoich mistycznych zachwyceń a Broniewski snuć mające się zamienić w tak ponurą rzeczywistość swoje rewolucyjne marzenia.

Jak powiedziałem, obiektywizm ten raził wielu ludzi i to bynajmniej nie tylko ciasnych, zacofanych; z prawa, z lewa i z pośrodku powstawały tygodniki różnej klasy i poziomu, których nieraz głównym zadaniem było przeciwstawić się owemu rzekomo bezideowemu pismu, krytykowanemu ale też i czytanemu przez wszystkich. I otóż stwierdzić można, że żadne z tych pism, które zresztą jako typ, układ, rodzaj rubryk były przeważnie naśladownictwem „Wiadomości”, nie osiągnęło wpływów poza kręgiem już przekonanych swoich politycznych sojuszników.

W pierwszej, z roku chyba 1921 „Szopce Pikadora” kukiełka Wacława Grubińskiego śpiewała na nutę „Koziołeczka” taką oto strofkę:

Jak jedne Łazienki i ogród Krasiński,
Tak jest jeden Wacio, to znaczy Grubiński.

Jak jedne były Łazienki i ogród Krasiński, jak jedno było Stare Miasto, jeden Wedel, Hiszpański, jeden Teatr Polski, jeden Franc Fiszer, jak jedne jedyne były mury, osoby, cnoty i dziwactwa, ogrody i zaułki „Warszawy”, tak „Wiadomości Literackie” były i w innej postaci pozostały pismem jedynym. Spory, które dzieliły wtedy pisarzy socjalistów, piłsudczyków, narodowych demokratów, zakończyły się parę lat temu wieczną zgodą zawartą między nimi w roztrzaskanych mieszkaniach, na murach i pod murami Warszawy, na cmentarzach ulicznych, w kaźniach potwornych obozów, gdzie tak samo cierpieli i zginęli Kaden-Bandrowski i Irzykowski, Boy-Żeleński i profesor Chrzanowski, Sieroszewski i Nowaczyński. Leżą oni już pogodzeni na zawsze tak jak kiedyś wbrew samym sobie, wbrew uprzedzeniom, małościom i zawiściom partyjnym, pogodzeni byli na stronicach „Wiadomości Literackich”. Jak się okazuje, Grydzewski miał rację.

Miał ją po raz drugi, na emigracji, gdy „Wiadomości” londyńskie uznały nieprzekraczalną granicę między przysługującym każdemu pisarzowi prawem wolnego wyboru dróg publicznego dobra a tym czego mu, choćby był obdarzony poetyckim geniuszem, mówić nie wolno, co nie jest wyznaniem politycznej wiary tylko najemną służbą u wroga.

Ta granica rozdzieliła na zawsze wielu przyjaciół, którzy razem spędzili szczęśliwą młodość, razem walczyli, gromadzili dorobek pracy i którym z tej przyjaźni pozostały tylko wspomnienia, zmącone goryczą tego nie do odrobienia moralnego rozstania. O wielu kiedyś bliskich, zdawało mi się, najbliższych, myśleć mogę już teraz tylko jak o autorach wierszy, które będą mnie zawsze wzruszać tak samo, ale zarazem jak o ludziach mi nie znanych. Bo jak się okazało, nie znałem ich naprawdę.

Ale wśród tego rosnącego osamotnienia przez ludzi i zdarzenia, tym mocniej, prawdziwiej czuję się związany z tymi, którzy wybrali tę samą co ja drogę i jak mi się zdaje, właściwie zrozumieli marzenia i zaklęcia wspólnej naszej młodości.

I kiedy myślę o powrocie do Warszawy – nie wyobrażam sobie życia w niej bez nadziei że będę nieraz wracał wiosenną nocą po jakiejś naprawdę polskiej premierze z owym jak ja łysym panem, z którym zawarłem przyjaźn bardzo wiele lat temu gdyśmy nosili obaj białe czapki warszawskich studentów i kiedy dwudziestopięcioletni profesor Halecki był najmłodszym wykładowcą na naszym wydziale. I jak na jedną z owych codziennych przyjemności, zastępujących w życiu filozofów nieosiągalne szczęście – liczę na wznowienie z Mietkiem Grydzewskim kłótni o korekty, o bezprawne zmiany w moich rękopisach, na luksus tych sporów, na które dzisiaj samotni i oddaleni nie możemy sobie pozwolić a które były urokiem naszej trzydziestopięcioletniej przyjaźni.

Jan Lechoń.

——-
*) Przemówienie wygłoszone na wieczorze „Wiadomości” w Nowym Jorku.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close