• Wiadomości
  • / 19.04.1953
  • / Londyn
  • / Rok 8, Nr 16 (368)

Odpompatycznienie

Książkę Czesława Miłosza „Zniewolony umysł” *) wydała „Kultura” bardzo pięknie, powiedziałbym – luksusowo; – w zupełnie inny sposób niż są wydawane inne polskie książki emigracyjne, gdzie dobra wola wydawcy walczy z nędzą pieniężną. Prześliznąłem się po pierwszych trzech rozdziałach. Myśli moje nie zaczepiały się o myśli autora. Podziwiałem tylko wspaniały język, hyperwspaniałą prozę polską, formułowałem w sobie sąd, który chciałem wypowiedzieć w przyszłej recenzji: „A jednak ze wszystkich ludzi piszących na emigracji. Miłosz jest najlepszym polskim stylistą”.

"Zniewolony umysł"Poza tym formułowałem sobie jeszcze sąd drugi; również dodatni, chociaż tutaj ta dodatniość nie była oparta na założeniach słuszności moralnej. Myślałem sobie: „Boże, jakże jest przyjemnie czytać książkę Polaka, który nie uważa siebie za bohatera. Czytanie tej książki, – myślałem, -to miłe wytchnienie bo to są chwile odpompatycznienia. Najszlachetniejszy patos ulega, jak wszystko inne, prawu monotonii. Ze Sven Hedina znam tybetańską formułę religijną: „O klejnocie w lotosie. Amen”. Formuła ta jest prześliczna. Ale Sven Hedin pisze że pobożny Tybetańczyk musi ją powtórzyć tysiąc i jeden razy, inaczej się to nie liczy. Wydaje mi się że już za siedemsetnym powtórzeniem tej prześlicznej formuły religijnej wydaje się ona mniej piękna, mniej prosta i mniej świeża. Fakt że nasz emigrant, myjący talerze u Lyonsa, do szkliwa brudnej wody dodaje swe łzy i myśli o honorze, którego nie postradał, jest niewątpliwie piękny. Ale ja żyję wciąż pomiędzy tymi honorowymi emigrantami, głoszę ich teorie, bronię ich zasad i nieprzezwyciężonym prawem powstawania monotonii zaczyna mnie to wszystko męczyć i nudzić.

Otóż książka Miłosza jest czymś zupełnie innym. Stanowi wielkie od-pom-pa-tycz-nie-nie literatury emigracyjnej. Nie protestuje, nie krzyczy, nie wyciąga rąk, nie zaciska pięści. Nie jest żadną „Marsylianką” wolności. Bez cienia nie tylko patosu, który w danym wypadku byłby całkiem nie na miejscu, ale nawet zniecierpliwienia, którego można by od autora oczekiwać, powiada coś w rodzaju: „Oto chciałem być oportunistą, chciałem być świnią. Nie myślcie, że należę do komunistów, którzy przejrzeli. Ależ, broń Boże, nigdy nie byłem komunistą, po prostu chciałem bolszewikom służyć, aby móc spokojnie zajmować się tym co mnie interesowało, pisać wiersze czy coś takiego. Ale wy nie wiecie, jak to jest trudno być świnią. Trzeba ciągle chodzić na czterech nogach i ciągle chrząkać: chru-chru, chru-chru. Po dłuższych wysiłkach i próbach i mimo najlepszej mej woli okazało się to dla mnie niemożliwe”.

I oto koniunktura, fakt że za dużo mam koło siebie i w sobie bezsilnych krzyków protestu, sprawiła że książkę Miłosza czytałem z coraz większą satysfakcją, odwrotnie niż książki tych, co po raz tysiąc pierwszy powtarzają te właśnie teorie antykomunistyczne, które sam dwadzieścia dwa lata temu sformułowałem.

Ale potem stało się zupełnie co innego. Do zadowolenia i satysfakcji, że czytam książkę Polaka nie uważającego siebie za bohatera, a więc książkę nadzwyczajną, dołączył się już zachwyt całkowity. Oto z chwilą czwartego rozdziału książki, zatytułowanego „Alfa czyli moralista”, i poprzez trzy następne, oczy moje przestały się po książce ślizgać, lecz zaczęły się w nią wpatrywać, bo książka z interesującej stała się doskonała.

Napisałem „doskonała” i wyrazu tego nie cofam, lecz przypominam sobie że sam tu w „Wiadomościach” (nr 302) wzywałem recenzentów, aby nie wylewali przy omawianiu książek swych uczuć, nie byli gołosłowni w swych zachwytach lub potępieniach, lecz umieli książkę omawianą zakwalifikować i zagatunkować, t.zn. by mówili: książka ta jest podobna do książki tamtej… jest od takiego dzieła gorsza a od takiego lepsza, by umieli każdą książkę ustawić w hierarchii utworów podobnych. Otóż powiem że te cztery rozdziały: „Alfa czyli moralista”, „Beta czyli nieszczęśliwy kochanek”, „Gamma czyli niewolnik dziejów”, „Delta czyli trubadur”, ze znanych mi rzeczy przypominają mi najbardziej sposób pisania Prousta, tylko że są od dzieł Prousta lepsze. Francuzi może by się obrazili na to zdanie gdyby je przeczytali, ale pochlebiam sobie że Francuzi z r. 1847 także by się obrazili gdyby wyczytali że Mickiewicz jest większym poetą od Lamartine’a, a przecież nie ulegało to wątpliwości. Miłosz góruje nad Proustem przede wszystkim tematyką. Proust przy całej swej „cienkości” w analizie psychologicznej i rozpatrywaniu snobizmu od strony cierpienia ma mały szmat nieba nad sobą, tyle ile można zobaczyć z chodnika ulicy paryskiej. Natomiast przez cztery psychologiczne portrety Miłosza przeszedł huragan największej w dziejach rewolucji pojęć i olbrzymiej wojny światowej.

Proust jest mistrzem pisania bez dzielenia swej prozy na jakiekolwiek odstępy, dążącym do pisania bez wielkich liter, gdyby mógł, nie robiłby żadnej przerwy między zdaniami. U Miłosza jest także tendencja do zamazywania wyrazistości prozy i do zrobienia jej możliwie gładką, potoczystą, polerowaną.

Zasypiałem kiedyś w luksusowej kabinie okrętowej w czasie gdy morze było jak stół bilardowy; żadnych szturchań, huśtań i innych obrzydliwości podróży morskiej, było niesłychanie, morfinowo-spokojnie, słychać było tylko ledwie dostrzegalne i dosłyszalne stuk-stuk-stuk pracujących maszyn okrętu. Podobnie luksusowe i spokojne wrażenie sprawia piękno polerowanej prozy Miłosza. Pracuje potężna maszyna talentu bez żadnych szarpnięć, na gładkiej jak szkło powierzchni.

Ale pomimo tego polerowania i zamazywania wszelkich plam i sęków, proza Miłosza nie traci swej wyrazistości. Jest w niej mickiewiczowskie tchnienie talentu, jakieś „gdzie wąż śliską piersią dotyka się zioła”. Ludzie ukazani nam przez niego na tle ekranów niemieckich obozów koncentracyjnych, obław w Warszawie, upodleń bolszewickich i wizji czołgów rosyjskich idących do boju, stają się świniami sami dobrze nie wiedząc jak to się stało. Mówiąc o Mickiewiczu porównywam go z Miłoszem tylko gdy chodzi o panowanie nad słowem, nad wyrazem, nad zdaniem. Mickiewicz – to patos, Dostojewski – to patos, Goya – to patos, patos wezwania, rewolucji i kontrrewolucji, patos satyry, zgryźliwości, zniechęcenia, obrzydzenia, patos nadziei i beznadziei, Miłosz w swoim „Umyśle zniewolonym” – to antypatos, to spokojna obserwacja rzeczy możliwie niespokojnych.

Charakterystyki czterech polskich pisarzy, skreślone przez Miłosza, są świetne, z wyjątkiem może Gammy, który jak się zdaje jest pomiędzy nimi jedynym prawdziwym bolszewikiem, który istotnie był prawdziwym stalinowcem, a teraz będzie prawdziwym malenkowcem. Do tego Gammy, może dlatego że jest bądź co bądź bolszewikiem z przekonania, Miłosz ustosunkowuje się z wyraźną niechęcią; do innych – z wyraźnym wejściem w ich sytuację: no, starają się jak mogą, chcą być świniami, ale, mój Boże, jak to trudno, jak trudno i nieznośnie.

Zachwyt mój, jako recenzenta literackiego, dla literackich walorów tych czterech rozdziałów jest ogromny. Kiedy czytam jednak dalej, zachwyt ustępuje. Wraca znużenie. Znów oczy zaczynają się ślizgać.

Cztery rozdziały od „Alfy” do „Delty” – to żywi ludzie, to obserwacje psychologiczne wnikliwe i świetne. Reszta rozdziałów – to teorie historyczno-ekonomiczno-filozoficzne wyraźnie przerastające zasób wiedzy autora. To aforyzmy doskonale wypowiedziane, którym brak podstaw wiedzy i nauki; pretensje tej książki wyrastają o wiele ponad jej wartość realną.

Nie dziwię się Miłoszowi. Widział przewalanie się rewolucji rosyjskiej przez nasze ziemie i widział że hasła tej rewolucji są głupie. Potem zobaczył Amerykę i stwierdził że jej olbrzymie bogactwa są także głupie. Krótko mówiąc: widział za dużo, czytał za mało. Na podstawie obserwowania ogólnej głupoty doszedł do przekonania że on jeden jest rozumny i że może pisać o rzeczach, o których nie ma pojęcia, w sposób autorytatywny.

Oto na przykład taki aforyzm:

„Nie bez powodu Kościół katolicki zażarcie bronił w początkach reformacji struktury feudalnej przeciw rodzącemu się kapitalizmowi: kapitalizm stworzył naukowe myślenie, które zadało w Europie cios religii, ponieważ usunęło najlepsze umysły z zasięgu teologii”.

Bzdura zupełna. Nawet nie będę tłumaczył, dlaczego bzdura. Szkoda każdego słowa. Człowiek, który to napisał, nie ma pojęcia ani o XVI wieku, ani o XV czy XIV, nie rozumie co to znaczy feudalizm, niczego nie wie o renesansie, nic o teologii; w ogóle niczego nie wie o niczym z tego co w tym zarozumiałym aforyzmie poruszył.

Ale czytamy:

„Gęsty tłum w kożuchach, mundurach, czapach z uszami i wełnianych chustach napełniał każdą wolną przestrzeń i rozgniatał grubą warstwę błota na posadzkach. Marmurowe schody pełne były śpiących nędzarzy: ich nagie nogi wyglądały z łachmanów, chociaż była to zima. Z góry nad nimi głośniki ryczały propagandowe hasła”…

Jakież to zwięzłe i znakomite.

Była chwila w moim życiu, kiedy wiersze Miłosza zrobiły na mnie niezapomniane wrażenie. Było to Boże Narodzenie 1938. Nie mieszkałem wtedy, jak teraz, w jednym pokoju, lecz miałem mieszkanie w staroświeckim pałacu wileńskim, którego okna wychodziły na rzekę. Pokoje były duże o pięknych dębowych posadzkach. Lecz były puste. Do Willi miałem siąść sam. Pozapalałem światła w całym mieszkaniu, chodziłem po dużym salonie z jesionowymi meblami i czytałem na głos wiersze Miłosza napisane na Boże Narodzenie. Były one zbudowane wyłącznie na rymach męskich. Była w nich mowa o „mędrcach z Tur” – tak mi się przynajmniej zdaje. Później ktoś przyjechał sankami by mnie pocieszyć. Potem nieszczęścia i w moim i w życiu moich bliskich zaczęły się podnosić do kwadratu, do sześcianu. Ale z nieszczęściem jest tak jak z pieczenią z baraniny. Można się w niej rozsmakować, jeśli się zje nieduży kąsek; zbyt duża porcja smakować przestaje zupełnie. Wspaniałe jednak dźwięki Miłoszowej muzyki świątecznej połączyły się w moich wspomnieniach z tym chodzeniem po pokojach jeszcze własnego mieszkania.

Stanisław Mackiewicz.

—————————-
*) Biblioteka „Kultury”. Tom III. Czesław Miłosz Zniewolony umysł. Paryż, Instytut Literacki, 1953; str. 236 i 4nl.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close