JĘDRZEJ GIERTYCH

Ostatni skrawek wolnej Rzeczypospolitej

Z ostatnich dni obrony Helu

W głuchą, bezgwiezdną, ciemną i ponurą noc szedłem drożyną leśną wzdłuż wydm koło Jastarni, by skontrolować gniazda karabinów maszynowych i posterunki przeciwdesantowe na moim odcineczku – gdy spotkałem znajomego oficera.

– Czołem! Czy jest co nowego?

Oficer pochylił się ku mnie, jakby się obawiał że ktoś sekret dosłyszy.

– Wiadomość radiowa: Warszawa skapitulowała.

Chmurny, ruszyłem w głąb lasu. Więc koniec!

Byliśmy sami. Ponoć tli się gdzieś jeszcze walka na Podlasiu, ale jako nietknięte, zorganizowane terytorium, wolne od nieprzyjaciela, istniejemy tylko my. Hel, półwysep nasz, jest już ostatnim tylko skrawkiem Polski. Dokoła nas, jak myślą sięgnąć w dal, wszędzie już panuje wróg.

Co powiem moim żołnierzom? Tak się już ułożył tok służby że codzień wieczorem słuchałem w Jastarni audycji radiowej z Londynu, a potem, obchodząc w nocy posterunki, mówiłem każdej, siedzącej na wybrzeżu morskim pośród wydm grupce marynarzy i podoficerów co się w ciągu ubiegłego dnia w świecie zdarzyło. Jakże mało miałem sposobności podawać im wiadomości dobre! Odkąd objęliśmy ten odcinek wybrzeża, – a objęliśmy go około 4 czy 5 września, gdy sformowano nas, grupę niedobitków ze zniszczonego w pierwszych dniach wojny oddziału kutrów, oraz po części też z zatopionego „Wichra”, w kompanię zaimprowizowanej piechoty, – stale tak w nocy nosiłem moim ludziom wiadomości: o upadku Kępy Oksywskiej, o wkroczeniu wojsk sowieckich, o wyjeździe rządu, o cierpieniach oblężonej stolicy. Podawałem im te wiadomości oględnie – ale zawsze mówiłem im prawdę, uważając, że powinni ją znieść i że zniosą ją po męsku.

Jakże monotonnie toczyło się to nasze helskie oblężenie! Baterie artylerii morskiej i przeciwlotniczej – zwłaszcza świetna bateria dział 152-milimetrowych na cyplu półwyspu – miały przynajmniej tę satysfakcję, że strzelały do okrętów, strzelały do samolotów, nieraz osiągały trafienia, osiągały nawet znaczne sukcesy. Ale my? Bezskutecznie strzelaliśmy z naszych cekaemów do samolotów. Siedzieliśmy dzień i noc na wybrzeżu, z bronią, gotową do akcji, wypatrując – na próżno – możliwego desantu. Upadaliśmy ze zmęczenia, z niewyspania, z przeciążenia służbą -ale nie było nam dane przeżyć tego co życiu żołnierza nadaje sens i treść: bić się. Byliśmy ostrzeliwani, bombardowani, a w czasach, gdyśmy byli na kutrach, ponosiliśmy wielkie straty – ale rola nasza była najzupełniej bierna. Może jednak teraz, gdy Hel symbolizuje, jako ostatnia, broniąca się reduta, Polskę niepodległą, dane nam będzie stoczyć naszą pierwszą i ostatnią, dużą bitwę, która tym będzie w dziejach kampanii wrześniowej, czym obrona fortu Wola była w wojnie r. 1831?

Żołnierze z gniazd cekaemów na brzegu przyjęli wiadomość z zaciśniętymi zębami.

– A więc honor Polski spoczywa na naszych barkach. Honor – bo już nie zwycięstwo. Zwycięstwo wywalczyć muszą sojusznicy nasi na zachodzie.

Noc była dziwnie pełna napięcia. Sama przyroda zdawała się być przesycona skupieniem i oczekiwaniem.

Tuż przed świtem szedłem z dwoma marynarzami wzdłuż morza – samym grzbietem wydm; było tak ciemno, że okrzyk „Stój! Kto idzie?” posterunków słyszałem zwykle dopiero wtedy, gdy niemal nosem się na posterunek natykałem. W pewnej chwili – nagle – usłyszeliśmy zupełnie blisko szum samolotów.

Było ich dwa; leciały nad samą plażą, a więc niżej, aniżeli myśmy szli; o mało nie zawadziły nas skrzydłami, tak ze musieliśmy paść plackiem na ziemię. Zjawiły się i znikły nagle – że nie zdążyliśmy nic wobec nich przedsięwziąć. A mogliśmy byli strącić je granatem ręcznym! Byliśmy na siebie wściekli. Gdy się rozwidniło, okazało się, że rzucały ulotki. Wiatr był od morza, ulotki rzucane na plaży rozsypywały się po całym półwyspie. Wzywały one półwysep do kapitulacji.

Rano, idąc z wybrzeża do wsi, zaszedłem do kościoła; kościół był pełny po brzegi; śpiewano „Święty Boże”. Przez cały czas oblężenia tłumy ludzi – i miejscowej ludności i wojskowej załogi – przychodziły codzień na poranną mszę w jastarniańskim kościele; setki ludzi przystępowały codziennie do komunii świętej. Ale dziś było ludzi więcej niż zwykle. Wiedziano już na całym półwyspie o kapitulacji Warszawy i zdawano sobie sprawę że kolej nadchodzi na nas; przygotowywano się na szturm generalny – i na chwile grozy.

W godzinach – jakże krótkich -przeznaczonych na sen, napisałem na mojej kwaterze memoriał do władz przełożonych, proponujący zorganizowanie, przy pomocy istniejącego na półwyspie i na pozatapianych okrętach sprzętu radiowego, stałych komunikatów propagandowych dla zagranicy, które by kontynuowały propagandę radiową Warszawy, głosiły że Polska wciąż się – uosobiona w Helu – broni i stwierdzały że właśnie na wybrzeżu bałtyckim, o które się wojna zaczęła, Polska najwytrwalej się trzyma. Nic zresztą z tych projektów nie wyniknęło: po prostu już na to nie starczyło czasu.

Miałem tego dnia coś do załatwienia w Helu. Pojechałem tam przed wieczorem samochodem; wróciłem w nocy pociągiem. Jak sprawnie funkcjonowało dotąd życie na półwyspie! Mieliśmy nawet regularny rozkład kolejowy: jeden pociąg, odbywający, w nocy, drogę w obie strony (za dnia zgrabnie schowany i zamaskowany) – przystający nie tylko na stacyjkach, ale i przy wszystkich bateriach i ważniejszych kompaniach. Mieliśmy również prąd elektryczny i wodę w wodociągach – i to i tamto wyłączane centralnie, na cały półwysep, w chwili nalotów, lub gdy okręty nieprzyjacielskie otwierały ogień z dział. Miałem sposobność stwierdzić znowu, rozkruszania się miasteczka Helu pod wpływem bombardowań okrętowych i lotniczych; za każdym razem, ilekroć tam z Jastarni jeździłem, zastawałem więcej, niż poprzednim razem, gruzów, wielkich lejów, rozwalonych domów i domków. Objekty jednak wojskowe w Helu (poza okrętami wojennymi w porcie, zatopionymi 3 września), miały wyjątkowe szczęście: Niemcy nigdy nie mogli ich trafić. Taka np. bateria 152-milimetrowa, będąca postrachem okrętów niemieckich, była zasypywana setkami ciężkich bomb i ciężkiego kalibru pocisków, ale dzięki rozrzutowi, nigdy nie doznała uszkodzeń takich, które by zmusiły choć jedno działo do milczenia; miała tylko straty w ludziach, w zabitych i rannych, przy czym wśród rannych był również i jej dowódca.

Wróciłem z Helu w nocy, t. zn. tuż przed objęciem nocnej służby na brzegu. Aż do kapitulacji półwyspu nie było już mi w ogóle dane spać – tyle było spraw do załatwienia. Przy głośniku radiowym, nadającym komunikaty z Londynu – jakież uczucie spokoju, wiary i nadziei budziły zawsze, i wtedy na Helu, i później, przy potajemnych głośnikach w obozach jenieckich, te proste słowa: „Tu mówi Londyn”! – otóż przy głośniku spotkałem młodziutkiego oficera.

– Odbyłem dziś un tour de Pologne.

– Jak to?

– Zwiedziłem całą Polskę niepodległą… Byłem rano w Helu i w Juracie, a wieczorem w Kuźnicy i w Chałupach. Teraz zaś jestem w Jastarni.

Kpił. Ale kąciki ust miał wykrzywione w grymas dziwnie bolesny. Widać było że żartami stara się pokryć rozpacz.

– A wie pan? Obliczyłem, że Polska ma dziś 98% granic morskich i 2% granicy lądowej. Przedtem było mniej więcej odwrotnie.

– Ma pan rację, panie poruczniku. A co słychać pod Chałupami?

– Nacierają. Nie słyszy pan ciągłej kanonady?

Wąski przesmyk półwyspu u jego nasady był bez ustanku atakowany przez silny napór wojsk lądowych; od strony morza nie było na razie żadnych prób desantu, były tylko nieustanne ostrzeliwania i bombardowania, które stopniowo ścierały na miazgę Hel i Kuźnicę, nieznacznie uszkodziły Jastarnię, nie tknęły Juraty. W ciągu następnych dni Niemcy od strony lądu podsunęli się prawie pod samą Kuźnicę, przy czym ze strony polskiej usiłowano zahamować ich napór przez wysadzanie w powietrze lądowych pól minowych, mających spowodować utworzenie wyrwy, przez którą wlałoby się morze, zamieniając półwysep na wyspę.

W ostatnich dniach jednak zaczęły się mnożyć oznaki że również i od strony morza zacznie się mocniejszy napór. Przybywało wokół nas nieprzyjacielskich okrętów. Prócz trawlerów, torpedowców i szkolnych okrętów artyleryjskich „Brummer” i „Bremse”, tworzących wokół półwyspu łańcuch blokady i od czasu do czasu zasypujących go pociskami, w zatoce Gdańskiej operowały stare pancerniki niemieckie „Schleswig-Holstein” i „Schlesien”, a 30 września uformował się zespół 7 okrętów, złożony z jednego szkolnego okrętu artyleryjskiego, 2 torpedowców, 2 większych i 2 mniejszych trawlerów i zajął stanowsko od strony wielkiego morza mniej więcej na wysokości Kuźnicy.

Objawy te budziły niepokój wśród ludności cywilnej. W Jastarni delegacja kobiet zjawiła się u wójta, prosząc o spowodowanie kapitulacji. Działała na półwyspie jakaś nieuchwytna propaganda, operująca formułką – w gwarze kaszubskiej – że „Niemcy zabrali całą krowę, a tylko ogon został; niech już i ten ogon wezmą”. Na rozkaz komendanta garnizonu Jastarnia, opracowałem projekt odezwy do ludności cywilnej, wzywającej ją do wytrwania, a zarazem do chowania się w zaimprowizowanych schronach w lesie; odezwę tę, w braku drukarni, przepisano w wielu egzemplarzach na maszynie i rozklejono we wsi. Było, mimo wszystko, rzeczą oczywistą, że cenę dalszego oporu zapłaci przede wszystkim ludność cywilna, jako pozbawiona tych możliwości pochowania się w zbudowanych i zamaskowanych w ciągu miesiąca oblężenia okopach i schronach, którymi rozporządzała załoga wojskowa.

1 października w południe – akurat w chwili gdy cały półwysep zasypywany był gradem pocisków karabinowych z lotu koszącego nieprzyjacielskich samolotów – dowiedzieliśmy się że toczą się rokowania o kapitulację. Wiadomość ta wywołała oburzenie i rozpacz w większości oddziałów wojskowych, pragnących się bronić do ostatka, jak przed z górą stuleciem fort Wola; i uczucie ulgi wśród kaszubskiej ludności cywilnej, oraz wśród części starszych wiekiem rezerwistów, pochodzących z wiosek kaszubskich na samym półwyspie. Czy dobrze się, czy źle stało, że kapitulacja nastąpiła? – nie jest moją rzeczą sądzić. To prawda, że byłoby lepiej, by ostatni wolny skrawek Polski nie poddał, lecz został raczej zdobyty szturmem. Lecz to prawda również że ten akt symbolicznego oporu do ostatka nie był wart krwi kobiet i dzieci, które byłyby przy tym poległy.

Wraz z pięciu kolegami otrzymaliśmy od naszego bezpośredniego dowódcy zezwolenie na wyjazd, nocą z 1 na 2 października, łodzią z plaży w Jastarni, z zamiarem – o ile się w drodze nie potopimy – dotarcia do Szwecji. (Wyprawa ta nie udała się: nie zdołaliśmy pokonać przyboju, i łódź nam wywróciło tuż przy brzegu, tak blisko że nikt się nie utopił i wszyscy wróciliśmy cali i zdrowi na ląd). Otóż w trakcie przygotowań przedodjezdnych na brzegu, przed wieczorem, byliśmy świadkami, jak ów zespół 7 okrętów od strony wielkiego morza, o którym wyżej wspomniałem, porzucił stanowisko przed Kuźnicą i idąc wzdłuż brzegu, na wysokości Jastarni wjechał na polskie pole minowe, przy czym – widzieliśmy to dokładnie, jak na dłoni – jeden duży trawler od razu zatonął.

Ten sukces w postaci uszczuplenia floty niemieckiej o jeden okręt wojenny, był ostatnim, pozytywnym faktem, jakim się oblężenie Helu zakończyło. W nocy, przed świtem 2 października, nastąpiła kapitulacja.

Jędrzej Giertych.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close