• Wiadomości
  • / 08.06.1948
  • / Londyn
  • / Rok 3, Nr 23 (114)

W. A. ZBYSZEWSKI

Pamiętnik anglofila

Na przedwiośniu 1945, gdy słodka chwila zwycięstwa wydawała się wreszcie bliska, rozgorzała w prasie angielskiej dyskusja na temat, którzy z przywódców hitlerowskich powinni być pociągnięci do odpowiedzialności jako zbrodniarze wojenni. Pamiętam list do „Times”a, podpisany bodaj przez Shawa, biorący Goebbelsa w obronę. Jeżeli zostanie skazany, wywodził autor listu, niech każdy propagandzista poleca duszę Bogu.

Na podstawie swego diariusza, którego strzępy zostały niedawno ogłoszone*), Goebbels byłby z całą pewnością skazany i powieszony. Był bowiem jednym z głównych podżegaczy zbrodni nazistowskich; jeśli chodzi o wytępienie Żydów (którą to operację nazywa skromnie „ewakuacją”), przypada mu rola czołowa; przewyższał w krwiożerczości bodaj nawet Hitlera. Ponadto był głównym protagonistą mordowania zakładników w krajach okupowanych w odwet za zabijanie Niemców; Frankowi stale wyrzucał łagodność; we Francji, której patologicznie nienawidził, ciągle nawoływał do najróżniejszych represji. Jedynie, gdy chodzi o Rosjan, był apostołem stosunkowego humanitaryzmu, nie dlatego, że miał do nich sympatię, ale ponieważ trafnie zdawał sobie sprawę, iż lepszym traktowaniem można w Rosji rozpętać poważny ruch antybolszewicki. I podobnież walczył o większe racje i wyższe płace dla robotników obcych, ściągniętych do Rzeszy; nie można, dowodził, uzyskać dobrej wydajności pracy, jeśli się ich będzie traktowało jak bydło. Słowem, nie był tylko zwyrodniałym sadystą, lecz politycznie myślącym, kalkulującym terrorystą. A może jego krwawe instynkty wyżywały się dostatecznie w eksterminacji Żydów? Nie zadowalał się samym judzeniem i podbechtywaniem innych; w stłumieniu spisku 20 lipca 1944 wziął osobisty i przemożny udział, ówczesne zaś represje nie były bynajmniej drobną, dziecinną komedią; była to rzeź polityczna (w przeciwieństwie do „ludobójstwa” w krajach okupowanych) na skalę, którą przewyższyły bodaj tylko czystki sowieckie. Wystarczy przeczytać diariusze von Hassella: właściwie wszyscy ludzie, z którymi się ten czołowy spiskowiec stykał, zostali przez Hitlera i Goebbelsa straceni.

Nieodżałowaną stratą dla historii jest zniszczenie diariuszów Goebbelsa, ocalały z nich tylko fragmenty z lat 1942 i 1943; brak choćby jednej stronicy z r. 1944 pozostawia lukę, której nic nie potrafi wypełnić. Autentyczność nie pozostawia wątpliwości, nie ma i nie może być dziennikarza, który by to wszystko wymyślił. Co najwyżej można tu i ówdzie podejrzewać pewne podfryzowania, głównie przez opuszczenia: wszak ogłoszono tylko jedną trzecią znalezionych tekstów. Mam też wrażenie, że Goebbels nie zawsze miał czas sam wszystko dyktować; niekiedy musiał tylko dawać notatki sekretarzowi, który budował z nich zapiski, albowiem styl jest nierówny (nawet w przekładzie), są powtarzania się, chaos, nieporządek. Z tym wszystkim jest to najciekawsza książka o ostatniej wojnie, jaką czytałem; nawet Ciano, o tyle plus fin. pozostaje daleko poza tym wulkanem; tam dziennik sceptyka, epikurejczyka, widza; tu od pierwszej chwili mamy uczucie, że znajdujemy się w samym środku piekielnej kuchni, że pochylamy się nad kotłem czarownic, ze jesteśmy świadkami sarabandy Lucyferów, Belzebubów i jak się tam jeszcze nazywają książęta ciemności.

W hierarchii hitlerowskiej jedna rzecz jest pewna: Hitler był bogiem. Ale nie było rządu Rzeszy, byli tylko poszczególni bonzowie, zażarcie z sobą walczący, których pozycja zależała od zmiennych łask Führera. Sam Hitler w latach 1942-1943 (a z pewnością i później) zajmował się niemal wyłącznie sprawami wojskowymi, przebywał stale w swej kwaterze polowej, która przeważnie mieściła się w lasach pod Rastenburgiem w Prusach Wschodnich, ale niekiedy również koło Winnicy na Podolu rosyjskim; w każdym razie Goebbels niekiedy tam dojeżdżał. Zabawny zbieg okoliczności: pamiętam iż w czasie mej jedynej wizyty u płk. Sławka na al. Szucha zwróciłem uwagę na fotografię z napisem: widok na rzekę Boh pod Winnicą z kwatery Naczelnego Wodza…

W tej swojej kwaterze Hitler miał trzech sekretarzy, za których pośrednictwem wydawał rozkazy: Bormanna, Lammersa i Keitla; zdaje się że oni mieli najwięcej wpływu na jego decyzje, a zwłaszcza nominacje; czwartym Dioskurem był bodaj Ribbentrop, który też siedział częściej u Hitlera niż w Berlinie. Całe to towarzystwo Goebbels namiętnie zwalczał, jednak bez szczególnego powodzenia. Göring był juz wówczas na drugim pianie, raczej wskutek własnej apatii niż decyzji Hitlera. Wpływ Himmlera był skromniejszy niż przypuszczano, przynajmniej do czasu nominacji na ministra spraw wewnętrznych w sierpniu 1943; raczej był wykonawcą niż inicjatorem, stupajką regime’u niż jego mózgiem.

Goebbels był i nie był trzecią osobą regime’u po Hitlerze i Bormannie. Umysł miał bystry, odwagę bezprzykładną, fanatyzm bezgraniczny. Ale ten niewątpliwie niezwykły człowiek pracował pod wielkimi obciążeniami. Nie był premierem; krytykował, mieszał się, intrygował, donosił, ale nie kierował. Nie miał teki decydującej; nie był ani ministrem spraw wewnętrznych, ani zagranicznych; już choćby z racji swego stanowiska przypisywał propagandzie znaczenie nadmierne; jego pozycja była na tyle silna, że się go bano, jednak na tyle skromna, ze go nie słuchano; w rezultacie wprowadzał bałagan. Połowę czasu marnował na drobne sprawy techniczne, które w Anglii z powodzeniem pozostawiono drugorzędnemu urzędnikowi, Sir Robertowi Bruce Lockhartowi, i które żywo przypomniały mi czasy strattońskie. Dalszą jedną czwartą swego czasu poświęcał na wojny kompetencyjne: na walkę z Auswärtiges Amt i z jego wydziałem prasowym, na kłótnie z biurami prasowymi armii, na użeranie się z ministrami spraw wewnętrznych, sprawiedliwości, na krytykę administracji, gauleiterów, kacyków okupacyjnych, generałów, admirałów, ministrów, biskupów, wszystkich. Tylko drobną część swej fenomenalnej energii mógł poświęcić polityce, a i wówczas wrodzone intryganctwo przyoblekało jego plany w silne zabarwienie personalne. Goebbels nie widział zagadnienia w oderwaniu od ludzi; gdy chce zmienić metody w okupowanej Rosji, wyrzucenie Rosenberga wydaje mu się głównym zadaniem; gdy narzeka na zacofanie badań technicznych, ciska się na ministra oświaty Rusta; gdy sprawy włoskie źle idą, wynajduje natychmiast kozła ofiarnego w gen. von Rintelen attache wojskowym w Rzymie, którego gorący katolicyzm wydaje mu się źródłem wszystkich nieszczęsć. (Jeśli chodzi o personalia, Goebbels miał coś z Kota i Drymmera). Kochał Hitlera, lubił Göringa, dbał o swych podwładnych, był zażartym partyjnikiem; nienawidził Żydów, generałów, biurokratów, dyplomatów, arystokratów, plutokratów, burżuazji, Polaków, Francuzów, Włochów, Węgrów Amerykanów, nawet Japończyków i wreszcie bolszewików, choć tych znacznie mniej niż Hitler. W głębi serca podziwiał Anglików, a dla Churchilla miał pewnego rodzaju kult. „The man is a real ogre” – raz po raz powtarza. Wojna jest dla Goebbelsa pojedynkiem z Anglią, a Churchilla uważa jakby za jedynego godnego siebie antagonistę.

Najlepiej Goebbels wypada w okresach nalotów. Wówczas dwoi się i troi. To on jest duszą obrony przeciwlotniczej. On jeden podnosi ducha, czuwa nocami, objeżdża zbombardowane miasta. I jeżeli kto przeczytał jego diariusz z zadowoleniem, to „Bomber” Harris. Bo jego teoria, że Rzeszę można było powalić samym lotnictwem, znajduje pełne potwierdzenie u Goebbelsa. Juz w r. 1943 boi się, by Rzesza nie runęła pod naporem zachodniego lotnictwa. Co chwila powtarza zdanie: „Długo tak nie wytrzymamy”. Potwierdza on też trafność teorii dowódcy angielskiego lotnictwa bombowego o celowości „area-bombing”. Szkody, wyrządzone w przemyśle a nawet w transporcie są niewielkie w porównaniu z narastającym zagadnieniem bezdomności, braku dachu nad głową dla milionów. Natomiast cyfry zabitych są zadziwiająco skromne, widocznie Niemcy mieli jednak fenomenalne schrony.

Pomimo niewątpliwej inteligencji, lotności, bystrości, ten zaślepiony fanatyk i demagog cierpiał na jeden zasadniczy brak: nigdy nie spostrzegł, że Europa nie składa się z samych Niemców. Anglicy mogli Europy nie rozumieć, ale zdawali sobie zawsze sprawę, że istnieje. Goebbels nie miał cienia umiarkowania, był jeszcze bardziej kanciasty, bezkompromisowy niż Hitler. Ma czasem dobre słowo dla Finów; krytykuje Terbovena, wielkorządcę Norwegii, za drakońskie zarządzenia, Rosenberga za nieprzywrócenie własności prywatnej chłopom na Białorusi i Ukrainie ale na tym się jego „liberalizm” kończy. Francji pragnie odebrać nawet Burgundię. Po „zdradzie” Badoglia chciałby anektować Wenecję, martwi się, że Führer jest zbyt przyjazny dla Mussoliniego i że traktuje Włochów zbyt łagodnie. Ubolewa nad nadmierną pobłażliwością dla Holendrów i Belgów, we Francji nawet Lavala oskarża o dwulicowość, szczególną nienawiścią darzy Węgrów i zapowiada krwawy porachunek z nimi po wojnie, notuje że kiedyś może będzie znany jako „rzeźnik Szwajcarów”, albowiem Szwajcarię ma zamiar po wojnie wcielić do Rzeszy. Słowem, było to dzikie zwierzę. Gdy się go czyta, dochodzi się do wniosku że polityka „unconditional surrender” była jedynie możliwa: żadnego „pokoju” z Hitlerem i hitlerowcami zawrzeć nie było sposobu.

Przy tym zaćmieniu fundamentalnym, Goebbels miał niekiedy sąd polityczny niezwykle trafny, niekiedy dziecinnie fałszywy. Za największą jego pomyłkę uważam zupełne lekceważenie Stanów Zjednoczonych. Nie zdawał sobie sprawy z ich potencjału wojennego, wieści o ich wytwórczości traktował jako bajki, sądził, że żołnierze amerykańscy walczyć nie będą, że w Ameryce nastąpią strajki i załamanie się. Natomiast szybciej od innych, bo już w r. 1942, martwił się przewagą sojuszników w powietrzu, słabością Luftwaffe, zacofaniem badań naukowych, i bez powodzenia walczył o zmianę tego stanu rzeczy ze sztabami, zapatrzonymi w armię lądową. Już też pod koniec 1942 zaczyna myśleć, że trzeba by zawrzeć pokój na wschodzie lub na zachodzie, a od chwili „zdrady” Włoch zaczyna w tym kierunku naciskać nawet Hitlera. „Spisek” jego z Göringiem, Leyem i Funkiem w sensie reaktywowania rządu Rzeszy, który by zastąpił tryumwirat Bormann-Keitel-Lammers (dlaczego Lammersa nie sądzono w Norymberdze?) i odciążył politycznie Führera, „spisek” który zresztą nędznie spalił na panewce, miał właśnie głównie na celu rozpoczęcie rokowań pokojowych. Goebbels wyraźnie myślał o pokoju z Rosją. Spotkał się jednak z kategorycznym sprzeciwem Hitlera. Hitler miał po cichu ochotę na pokój z Anglią, ale zdawał sobie sprawę, że Churchill na to nigdy nie pójdzie, a w przeciwieństwie do Goebbelsa, słusznie uważał, że ani Cripps ani nikt inny Churchilla nie obali. Hitler dowodził – jakże prawdziwie – że zawierając pokój z państwem demokratycznym można spać spokojnie dwadzieścia lat, z państwem totalnym (Sowiety) będzie się miało tylko pieredyszkę do wypowiedzenia w każdej chwili. Jak się okazuje, przynajmniej do grudnia 1943 (kiedy się diariusz Goebbelsa urywa), żadnych rozmów z Moskwą nie było, wszystkie więc strachy, pod których wpływem Zachód wkroczył na linię Teheranu, były zupełnie urojone. Z istoty swojej pokój dla Rzeszy hitlerowskiej nie był z nikim możliwy.

I Goebbels i Hitler doskonale wyczuwali front wewnętrzny. Hitler, siedząc w swym schronie pod Winnicą, uspokaja Goebbelsa, że front wewnętrzny nie załamie się pod bombami. Znają się na ludziach: już w r. 1942 gwarzą, ze warto by zlikwidować gen. Fromma i ministra pruskiego Popitza, którzy potem odegrali czołową rolę w spisku 20 lipca. Nie przejmują się niezadowoleniem dawnych junkrów, cała ich uwaga jest skoncentrowana na armii, na generałach, tu stale węszą niebezpieczeństwo. O komunizmie czy socjalizmie w Niemczech nigdy ani słowa. Jedyni wrogowie, to prawica. W szczególności zdumiewa ilość czasu, którą ci dwaj matadorowie poświęcali opozycji kościelnej, w praktyce niemal wyłącznie katolickiej. Coraz to obiecują sobie, iż po wojnie porachują się z duchowieństwem, z kościołem, z Watykanem. W Polsce zostaliśmy tak przeżarci indyferentyzmem, że biskup wydaje się nam osobistością bez mała dekoracyjną, szacownym zabytkiem narodowej tradycji, coś jak herby i sygnety. A tu Goebbels szaleje z powodu działalności nie tylko biskupa hr. von Galen w katolickiej Westfalii ale i biskupa hr. von Preysing w protestanckim Berlinie. Im bardziej się czyta nowoczesne źródła, tym bardziej przychodzi się do wniosku, że wpływ kościoła w Polsce pomajowej był znacznie słabszy niż w jakimkolwiek innym kraju; nigdzie prawie katolicyzm nie był w stanie tak opłakanego upadku.

Warto by każdą rozmowę Goebbelsa z Hitlerem dosłownie przełożyć i zacytować. Każda zawiera kilka momentów stale się powtarzających: troska o zdrowie Hitlera (źle wygląda, starzeje się, narzeka, życie niehigieniczne, biedny Führer); straszliwa pyskówka na generałów (łotry, głupcy, zdrajcy, kłamcy, nikczemnicy); parę donosów Goebbelsa, które Hitler traktuje dość oględnie i dyplomatycznie; szereg wniosków Goebbelsa o rozszerzenie jego kompetencji -znowuż Hitler zazwyczaj dość zgrabnie go zbywa; szereg komplementów Hitlera pod adresem Goebbelsa, jego przemówień, propagandy, działalności, które ten łyka łapczywie, trochę dyskusji o polityce zagranicznej – widać, że Hitler ma dużo lepszego nosa od Goebbelsa; wzajemne skargi na biskupów, sądy, biurokrację i t.d.; tęsknota do pokoju, połączona z nową porcją soczystych wymyślan na generałów razem i z osobna; i wreszcie zawsze jakiś zawsze niespodziewany wypad Hitlera: wśród tylu trosk ma np. czas tłumaczyć Goebbelsowi, że po wojnie trzeba koniecznie Niemców nawrócić na wegetarianizm; Führer zwraca uwagę, że przecie jemy tylko mięso zwierząt trawożernych, nigdy mięsożernych, a więc nawet jedząc mięso, stwierdzamy, że wegetarianizm jest lepszy. Hitler był potworny, ale nie nudny. Wreszcie wzmianki o Żydach wprowadzały nastrój zupełnej harmonii – antysemityzm był z całą pewnością najgłębszą namiętnością obu złoczyńców.

Diariusz Goebbelsa jest kamieniem grobowym propagandy. Nikt skuteczniej nie wykazał nigdy całej bezsensowności tego mitu XX w. On sam pisze w maju 1942: teraz mamy znowu sukcesy -więc propaganda idzie jak po maśle. A w maju 1943: Tunis, niepowodzenia łodzi podwodnych, naloty – co tu propaganda może pomóc. Narzekanie na złą propagandę oznacza, że polityka jest zła. Ludzie ambitni powinni żądać teki spraw zagranicznych; jeżeli otrzymują tekę propagandy, albo nie dokonywają niczego, albo jak sam Goebbels, wręcz szkodzą.

Wszyscyśmy powinni Goebbelsa dokładnie, strona po stronie przestudiować; najlepiej to zrobić, wertując jednocześnie von Hassella i Lockharta, wówczas pod tą samą datą ma się trzy strony medalu: rząd hitlerowski, opozycja niemiecka, Anglicy. Goebbels był najinteligentniejszy, Anglik najgłupszy. A skutek? Nie przesadzajmy roli rozumu.

Dodam, że propagandą angielską nigdy Goebbels się nie przejmował. Słynnych ulotek angielskich, zrzucanych z samolotów, nigdy nie wspomina, raz tylko się denerwuje, gdy Anglicy zrzucają podrobione książeczki żywnościowe. Dobry pomysł! O Sikorskim, Mikołajczyku nie wspomina nigdy, natomiast czasem poświęca uwagę Beneszowi. Miał więc sąd nie byle jaki. Z jego wzmianek o Katyniu wypada jasno, że całe to odkrycie było dla Niemców zupełną niespodzianką.

Nazwałem tę recenzję „pamiętnikiem anglofila”. Goebbels miał, jak i jego szef Hitler, wyraźne poczucie, że świat potrzebuje dzisiaj jedności kierownictwa, że władzę musi dzierżyć jedno mocarstwo – Weltreich – i że ta rola przypada Anglikom. Zazdrości im, ale ich podziwia. Moim zdaniem, błąd Stanisława Mackiewicza polegał na tym, że w swych przedwojennych planach czy marzeniach w zakresie porozumienia z Niemcami, stawiał znak równania między Polską a Niemcami, co z góry skazywało te zamysły na zupełną fantazję. Dzisiaj pisze on o Anglii znowu tak jakby była to rozmowa z równym partnerem. Traktaty nie stwarzają równości, której nie ma w rzeczywistym stosunku sił.

W gruzach Kremla, w grobie Mołotowa nie znajdziemy żadnego diariusza à la Goebbels, nie ma na Kremlu nikogo kogo stać na taki testament. Ale gdyby się znalazł, niewątpliwie zasługiwałby na recenzję p.t. „Pamiętnik germanofila”. Anglofilscy hitlerowscy doprowadzili do wojny z Anglią; germanofilscy bolszewicy – do wojny z Rzeszą. „Quantulla sapientia”… – te słowa Oxenstierny powtarzać trzeba coraz częściej, gdy się czyta dokumenty ostatniej wojny, a także i powojennej doby.

W. A. Zbyszewski.

———
*) The Goebbels Diaries. Translated and Edited by Louis P. Lochner. Londyn, Hamish Hamilton, 1948; str. XXXIII i 458.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close