Pamiętniki przekorne

Umierając w r. 1876, Fredro zostawił synowi instrukcję, dotyczącą wydania jego puścizny rękopiśmiennej. Wśród rzeczy, których pisarz nie uznał za godne druku, były i jego pamiętniki, „Trzy po trzy”. Nie ma po co ich drukować, zawyrokował stary Fredro, „bo to tylko dla rodziny może mieć jakąś wartość”. Było w takim werdykcie trochę nieufności pisarza, który „złamał pióro”, i trochę kokieterii autorskiej, bo, jak świadczą zachowane bruliony, Fredro starannie wygładzał tekst pamiętników. Toteż nic dziwnego że syn zdecydował się na ich wydanie. Już w roku następnym drukowała je „Gazeta Polska”. W trzy lata później weszły one w skład zbiorowego wydania dzieł Fredry.

Pierwsze to wydanie książkowe nie wywołało żywszego echa. W latach, w których czytelnicy wdrożyli się do rzeczowej, trzymającej się wątku chronologicznego kompozycji powieści realistycznej, drażnić musiała przekorna kompozycja tych pamiętników. Kto by się co prawda uparł, mógłby je podzielić na trzy części: w pierwszej z nich mówi Fredro głównie o wydarzeniach z ostatnich lat, swojej służby wojskowej, z lat 1813-1814; z drugiej dowiadujemy się przeważnie o wydarzeniach z r. 1809; wreszcie w trzeciej, ostatniej, Fredro cofa się pamięcią w lata dzieciństwa i pacholęctwa. Ale byłby to podział tylko z grubsza, bo Fredro miesza epizody z różnych okresów. Co więcej, niejednokrotnie urywa on swoją narrację w najbardziej niespodziewanym momencie, by później, w dalszym toku opowieści, nawiązać do niej znowu, albo też pozostawić epizod niedopowiedzianym. W każdym niemal epizodzie szczegóły błahe mieszają się z ważnymi, przy czym te błahe szczegóły często wysuwane są na plan pierwszy. Narrację przerywa Fredro refleksjami i lirycznymi wtrętami. Czasem są one nasunięte przez opowiedziane wydarzenia. Ale czasem związek ten jest wcale przypadkowy. Krótko mówiąc, „Trzy po trzy” robią w lekturze wrażenie bezładnej gawędy.

Toteż jeszcze w r. 1917 Chrzanowski w swojej książce o komediach Fredry, mimo że zachwycał się werwą narracyjną „Trzy po trzy” i ich humorem, zżymał się na ten bezład ich kompozycji. Zdaniem jego, Fredro, zepsuł swoje pamiętniki tak je pisząc.

Tegoż zdania był Grzymała-Siedlecki, kiedy w tymże roku 1917 poprzedzał przedmową nowe wydanie pamiętników, opracowane przez Mościckiego. Dopiero to wydanie wprowadziło na dobre „Trzy po trzy” w obieg czytelniczy.

I oto rzecz ciekawa. Jak wynika z odzewów recenzentów, tym razem czytelnicy pozorny bezład pamiętników Fredry uznali już nie za ich grzech pisarski, ale za jeszcze jedno źródło ich uroku. Umieli się w nim rozsmakować. Publiczność literacka miała już wtedy za sobą okres symbolizmu, „Pałubę” z jej śmiałymi eksperymentami w dziedzinie kompozycji. W powietrzu czuło się elektryczność nadchodzącej burzy futuryzmu. Na dziewięć lat przedtem Conrad ogłosił w Londynie napisane podobną techniką swoje wspomnienia „Personal Record”. W Zürichu rodził się „Ulisses” Joyce’a. Widziana w tej perspektywie kompozycja „Trzy po trzy” przestawała być uważana za naiwność, objaw niedbałości, a stawała się – przeciwnie – wyrazem swoistej i wymyślnej formy literackiej.

O tym, jakiego to typu forma, jakie są jej literackie parantele, skąd się ona wywodzi, dowiedzieliśmy się w kilka lat później z pięknego studium Borowego. Gruntowna i precyzyjna analiza Borowego pokazała, że Fredro, pisząc „Trzy po trzy”, miał przed oczyma jako wzór „Tristrama Shandy” angielskiego preromantyka Wawrzyńca Sterne’a. Sterne wywarł wielki wpływ na rozwój powieści końca XVIII i pierwszej polowy XIX w. Za jego przykładem Diderot pisał swego „Kubusia fatalistę”. Uczył się u niego techniki pisarskiej taki majster powieści jak Tołstoj. Wpływy jego znajdujemy w starej, romantycznej powieści polskiej. Musnęły te wpływy – jak to również Borowy gdzie indziej pokazał – i Mickiewicza, i Norwida. Nikt jednak z pisarzy polskich nie zastosował techniki sterne’owskiej śmielej, konsekwentniej, systematyczniej niż właśnie Fredro. „Trzy po trzy”, to klasyczny w literaturze polskiej przykład sterne’izmu*).

Studium Borowego przy całej swej gruntowności nie odpowiada jednak na jedno, wcale istotne pytanie, mianowicie, dlaczego Fredro, pisząc swoje pamiętniki, uciekł się do takiej właśnie wymyślnej techniki. Ostatecznie z pierwszej połowy XIX w. – a pamiętniki Fredry powstały na pewno przed r. 1848 – mamy sporo polskich pamiętników. I wszyscy ci pamiętnikarze spisywali swoje wspomnienia jak Pan Bóg przykazał, w porządku chronologicznym. Jeden Fredro wyłamał się spod tej zasady. Co nim kierowało? Jakie cele miał na oku, posługując się akurat taką techniką?

Jak się zdaje, cele te były wielorakie. Przede wszystkim pamiętać należy że Fredro był człowiekiem skrytym, drażliwym, o wielkiej dyskrecji uczuć. Klasycznym przykładem może być historia jego miłości do Zofii Skarbkowej. Była to w życiu Fredry jedyna, wielka miłość. Romans ciągnął się lat wiele, i Fredrze przyszło przezwyciężyć nie bylejakie trudności zanim nareszcie mógł przeprowadzić rozwód swej ukochanej i się z nią pobrać. Ale o perypetiach tego romansu wiemy wyłącznie z rozmaitych źródeł biograficznych. Jeśli nawet zachowały się w komediach jakieś echa tej jego wielkiej miłości, to są one tak dyskretne i tak starannie zagrzebane że nie łatwo się ich doszukać. Nawet Boy, który miał nosa do śledzenia w dziełach literackich plotki biograficznej i który w polowaniu za taką plotką daleko potrafił się zaawanturować, musiał tu skapitulować.

Otóż Fredro w pamiętnikach wspomina tylko o tych epizodach swojej miłości o których miło mu było wspominać. Jak wiadomo, w czasie kampanii r. 1812 dostał się on do niewoli rosyjskiej, w której przebył około pół roku. W książce o tej niewoli jest tylko kilka skąpych wzmianek. Jak sam pisze w „Trzy po trzy”, wspomnienia jej były zbyt bolesne by się nad nimi rozwodzić. W pamiętnikach jest i inna, jeszcze charakterystyczniejsza, luka. Fredro wcale szeroko opisuje w nich moment wkroczenia wojsk polskich Księstwa do Galicji w r. 1809, entuzjazm ludności, ucieczkę Niemców, swoje wstąpienie do wojska, pierwsze kroki w armii. Ale o jego służbie wojskowej w latach 1809-1812 dowiemy się z tych pamiętników arcymało. Skądinąd wiemy że były to lata raczej hulaszcze, spędzone w gronie wesołej, złotej młodzieży. Starszy pan musiał się ich po trosze wstydzić. Toteż, tym razem już bez żadnych wyjaśnień, pominął je milczeniem. Technika pisania „trzy po trzy”, pozwalała mu nie tylko przeskakiwać przez takie niemiłe czy kłopotliwe okresy życia, ale, co więcej, ukryć fakt że w ogóle przez nie przeskakiwał.

Technika Sterne’a polegała jednak nie tylko na splataniu wątków narracji w supły nie do rozwikłania. Sterne’owska przekora wobec ustalonego ładu sięgała głębiej. Sterne mieszał ustalone proporcje spraw ważnych i błahych, na plan pierwszy ustawicznie wysuwając szczegóły, drobiazgi, błahostki. Był w tym bunt przeciw klasycznej hierarchii faktów. Bunt ten uczynił go miłym sercu romantyków i torował drogę realizmowi powieściowemu z jego kultem drobnego szczegółu z potocznego życia.

Otóż przekora Fredry zwraca się również przeciw ustalonej hierarchii wartości. Tylko że tym razem skierowana ona była przeciw pewnej hierarchii faktów ustalonej przez – romantyków. Fredro był naturą z gruntu antyromantyczną. Tragedię jego twórczości, rozliczne objawy jej lekceważenia, starcie z Goszczyńskim, złamanie pióra przez poetę w pełni sił twórczych – wszystko to zrozumieć można tylko wtedy, jeśli się pamięta że osobliwy psikus historii kazał najznakomitszemu polskiemu klasykowi tworzyć w okresie rozkwitu wielkiej poezji romantycznej.

Gdzie indziej (w „Kulturze”) starałem się udowodnić, jak Fredro wszystkimi korzeniami swej twórczości tkwił w klasycyzmie. Rodzaje literackie, w których celował, komedia i bajka, to typowe rodzaje poezji klasycznej (komedia romantyczna typu „Fantazego” czy Norwidowego „Aktora”, z jej ironią, niedomówieniami, uśmiechem przez łzy należy już do zupełnie innego poetyckiego świata). W komediach jego mamy antyromantyczne akcenty. Pretensjonalne frazesy Heleny w „Panu Jowialskim”, to drwiny z romantycznego słownika miłosnego. Albin ze „Ślubów panieńskich” to karykatura romantycznego kochanka. Jego, Fredry, amant, to wesoły szaławiła, który, wierzymy mu, kocha się szczerze i gorąco ale który noce spędza – nie wglądajmy lepiej, w jakim towarzystwie – „Pod Zieloną Papugą”.

Otóż jak w komediach swych Fredro wyśmiał romantyczną miłość, tak w „Trzy po trzy” dał wyraz swojemu przekornemu stanowisku wobec swoistego romantycznego kultu wojny.

Wielka emigracja była emigracją wojskowych. Ale traf zdarzył że jej najznakomitsi poeci, ci co nadawali ton życiu literackiemu, byli ludźmi, którzy nie przeszli przez chrzest wojny i którzy, boleśnie świadomi tego swego braku, nadrabiali go w poezji. Nic charakterystyczniejszego niż „Reduta Ordona”, w której wielki poeta kazał Ordonowi bohatersko zginąć pod gruzami wysadzonej w powietrze reduty, podczas gdy autentyczny Ordon przeżył wojnę r. 1830-1831 o przeszło pół wieku. I ileż wymowy ma drezdeńskie starcie Mickiewicza z gen. Małachowskim. A Słowacki, subtelny, wrażliwy, bluszczowaty, jaskółczy Słowacki? – Wystarczy uważnie przeczytać „Sen srebrny Salomei”, w którym wyobraźnia poety pławi się we wszystkich możliwych okropnościach wojennych, sublimując je w mistyczne znaki Opatrzności, a każdą kałużę przelanej krwi – w poetyckie rubiny i tęcze.

Ten stosunek do wojny znalazł swoje apogeum w kulcie Napoleona. Narodził się on w literaturze polskiej jeszcze przed romantykami, w poezji legionowej. W latach Księstwa wtorowali jej uroczystymi odami warszawscy klasycy. Ale wszystkie te hołdy, to dziecinna zabawka w porównaniu z tymi ekstatycznymi tonami, w jakie uderzyli, mówiąc o Napoleonie, romantycy. Wiadomo, na jakie Himalaje absurdu zaawanturował się w swoim kulcie dla Napoleona Mickiewicz. Wystarczy jednego cytatu z „Prelekcji paryskich”:

„Napoleon pojął i wyłożył boską naturę Chrystusa lepiej niż jakikolwiek teolog. Bo też Zbawiciel nie przyszedł był na świat teologizować, ale działać; a po Chrystusie nie było między chrześcijanami, kto by więcej działał, więcej pracował, więcej realizował od Napoleona. Każda chwila jego życia – mówi Maltitz – była czynem. I jakże się on bierze do zgłębiania natury Jezusa Pana? Zgłębia samego siebie”.

Kiedy się czyta takie słowa, trudno nie wspomnieć zjadliwej uwagi Herzena że Polacy zrobili z Napoleona „wojenne wcielenie Boga i postawili go obok Wisznu i Chrystusa”.

Inni poeci, jakkolwiek nie uderzali w tak wysokie tony, to jednak pełni byli nabożnego kultu dla Napoleona. Wystarczy wspomnieć – żeby wymienić tylko najwybitniejszych – znany wiersz Słowackiego czy młodzieńczą „La confession de Napoleon” Krasińskiego.

Tradycje tego kultu będą miały w literaturze polskiej długi żywot. W XX w. znajdzie on patetyczny wyraz w „Popiołach” z ich wymowną sceną końcową („Dwaj młodzi głupcy (zresztą nie tak bardzo młodzi), którzy w zakończeniu „Popiołów” stają na baczność przed Napoleonem i starają mu się z oczu jego zachcianki wyczytać”… pisał o tej scenie przed kilkunastu laty w świetnym szkicu o Żeromskim Claude Backvis, który spojrzał na nią świeżymi oczami).

Fredro był żołnierzem napoleońskim przez lat pięć. Wstąpił do wojska w wieku lat szesnastu. Brał udział w całej kampanii moskiewskiej (złoty krzyż Virtuti Militari), przebył tyfus w Wilnie, dostał się do niewoli rosyjskiej, z której uciekł do Lwowa po to tylko, aby stamtąd przedostać się do Saksonii, do armii napoleońskiej. Mianowany oficerem ordynansowym przy sztabie głównym, brał udział w bitwach pod Dreznem, Lipskiem, Hanau (order Legii Honorowej). Po abdykacji Napoleona został w czerwcu 1814 na własną prośbę zwolniony ze służby.

Będąc oficerem sztabu głównego Fredro miał nieraz okazję ocierania się o samego cesarza. Nic też dziwnego że pamiętniki jego zaczynają się od krótkiej scenki, w której występuje Napoleon. Na to, by móc smakować jej przekorny ton, trzeba mieć w pamięci co się wtedy o Napoleonie u romantyków pisało. Oto ona:

„Osiemnastego lutego roku 1814 jechał na białym koniu człowiek średniego wieku, nieco otyły, w sieraczkowym surducie pod szyję zapiętym, w kapeluszu stosowanym bez żadnego znaku prócz małej trójkolorowej kokardy. Za nim w niejakiej odległości drugi, znacznie młodszy, także w surducie, ale ciemnozielonym, także w kapeluszu bez znaków, także zgarbiony równie jak pierwszy a może i lepiej – siedział na dereszowatym koniu. Koń biały, krwi orientalnej, był niewielki, niepokażny, ale dzielny. Deresz zaś był… dereszowaty, trudno co o nim więcej powiedzieć; nie wstrzymywany ani sławą przodków ani swoim własnym usposobieniem, potykał się często na drodze, którą mu los codziennie wyznaczał. Pierwszym z tych jeżdźców był Napoleon, drugim byłem ja”.

Spokojny, rzeczowy ton tego ustępu, podkreślanie arcyludzkich rysów boga wojny („nieco otyły”, „zgarbiony”), przekorne poświęcanie równie troskliwej uwagi koniowi co jeźdźcowi – wszystko to w ustępie tym daje bardzo umiejętnie zbudowany efekt antypatetyczny. I jeszcze jeden rys tego ustępu zasługuje na uwagę. Oto przeprowadzona systematycznie paralela sprawia że Fredro traktuje tu cesarza na tym samym planie co siebie.

Jeszcze wyraźniej możemy obserwować tę samą technikę pisarską o kilkanaście stron dalej. Scena jest – zdawałoby się – arcyromantyczna: spotkanie autora pamiętników z cesarzem nocą, na biwaku, przy ognisku. Ale samo już wprowadzenie w tę scenę narzuca ton bezpretensjonalnej gawędy:

„Z tego wszystkiego, co miałem honor powiedzieć, Wać Pan Dobrodziej wnosisz zapewne że byłem zawsze przy cesarzu Napoleonie… I bardzo trafnie. Nie tylko w moim stanie służby jest wyraźnie że znajdowałem się w ostatnich kampaniach we wszystkich bitwach, w których był sam Cesarz, ale i grzałem się z nim nieraz przy jednym ogniu… prawda, że się to nie często zdarzało. Cesarz rzadko kiedy biwakował… prawda, że ogień dla cesarza założony o wiele, wiele bywał większy jak zwykłe ognie biwakowe… prawda, że zawsze po tej stronie stawałem, na którą wiatr dymy gonił”…

I oto w tym miejscu, aby już ostatecznie zniszczyć możliwość jakiejkolwiek nuty patetycznej, przychodzi dyskretnie, nie mniej wyraziście zasugerowany w najlepszym stylu sterne’owskim arcyprozaiczny, bez mała wulgarny szczegół:

„… nawet najczęściej, mówiąc między nami. Cesarz był tyłem do ognia, a przeto i do mnie obrócony i do tego jeszcze rozkładał czasem poły, aby się wygrzać lepiej. W stosunkach obywatelskich można by to uważać za uchybienie z jego strony, ale w czasie wojny nie jest się tak dalece uważającym na etykietę, i ja też urażać się nie widziałem powodu”.

Ironiczną wzmianka o etykiecie ma tu swoją, ściśle określoną funkcję. Cesarz i pamiętnikarz spotykają się znowu na tym samym planie. Naruszenie etykiety jest kpiarsko wytłumaczone wyłącznie warunkami czasu wojny. Fragment każe nam zapomnieć że istniał jeszcze jakiś przedział w hierarchii wojskowej między oficerem ordynansowym a Cesarzem.

Ta nuta ironicznego zrównania: Napoleon i ja, raz wraz powtarza się w pamiętniku:

„Napoleon miał gdzieś kiedyś w gniewie wykrzyknąć: „Gdybym miał dwóch Vandammów, kazałbym jednego powiesić!”. Ja toż samo ledwie nie codzień mogłem o moim Onufrym powiedzieć”.

Byłoby przesadą powiedzieć, że Fredro w „Trzy po trzy” walczy z romantyczną apoteozą Napoleona. Fredro nie był naturą bojową. W pamiętnikach swoich zrobił on coś innego. Przekornie nakłuwał on tę legendę swoim ironicznym, dyskretnym a celnym komentarzem. Technika Sterne’a okazała się tu narzędziem szczególnie podatnym i z nie byle jakim majsterstwem użytym. Trzeba podziwiać, jak operuje nią lekko, od niechcenia, nie podnosząc głosu, nie naciskając pedału.

Raz jeden tylko wybuchnął przeciwko Napoleonowi pasją: „Z upadkiem potęgi francuskiej upadły i nadzieje Polaków. Ale mniemaliśmy, że dopiero pod Lipskiem tracimy powtórnie Ojczyznę, nie wiedzieliśmy, że Napoleon najłatwiej zawsze przyjmował warunek wrócenia jej w potrójne jarzmo niewoli. Piekielna obłudo! szatańska polityko! Tyle poświęcenia, tyle krwi przyjmować za nadzieje, których w głębi serca nie myśli się spełnić”. Ale ustęp ten jest w tekście pamiętników wyjątkiem. Zasadniczo, jak widzieliśmy, Fredro rozprawia się z legendą Napoleona inaczej, dyskretniej, a w gruncie rzeczy dotkliwiej. Dotkliwiej, bo jeśli się kogoś traktuje jako siłę szatańską, nie odmawia się mu tym samym swoistej wielkości, ironiczna zaś metoda Fredry polegała właśnie na tym aby patrzeć na Napoleona takimi samymi oczami jak na każdego innego człowieka, uwydatniać jego powszednie cechy.

Po kampanii węgierskiej Fredro ze względu na syna, któremu nie wolno było wrócić do Galicji, spędził kilka lat w Paryżu. Spotkał się wtedy z Mickiewiczem. Miejmy nadzieję że do rozmowy o Napoleonie między nimi nie doszło.

Podobną przekorę wobec romantycznego szablonu znajdujemy we fredrowskim stosunku do wojny, wojna w jego ujęciu to splot epizodów, w których trywialność splata się na każdym kroku ze wzniosłością. Bitwa, to przede wszystkim bezład, potworny bałagan, bezhołowie. W fredrowskich opisach bitew dużo bliżsi jesteśmy Fabrizia del Dongo, pętającego się po pou bitwy pod Waterloo, czy „Wojny i pokoju” niż romantycznej batalistyki. I takie stanowisko było u Fredry najzupełniej programowe. Ostrzega przecież czytelnika „że jeżeli jaki oficer subaltern zdaje sprawę z ogólnego ruchu jakiej batalii jako naoczny świadek i sędzia, ten kłamie niezawodnie”.

Nie należy sobie tylko wyobrażać, jakoby Fredro w swojej przekorze wobec romantycznego szablonu bohaterskiego miał coś wspólnego z literaturą antywojenną typu Barbusse’a czy Remarque’a. Służba wojskowa to była dla Fredry wielka przygoda. Wspomina o niej z gorącym sentymentem i, mimo wszelkich kłopotów i przeciwności, nie oddałby tych lat za żadne skarby. Miał wysokie pojęcie o honorze wojskowym. Tyle tylko że w swoim spojrzeniu na wojnę był wolny od sugestii romantycznego szablonu, że patrzy na nią swymi własnymi oczami. I że w tej jego prawdzie owych lat historia białego płaszcza, awantur z oberżystą, smażenia naleśników, niewygodnego noclegu, ma równe prawa obywatelskie z dziejami niebezpiecznej przeprawy łódką wzdłuż Sekwany a pod nosem nieprzyjaciela, czy też dramatycznego i ryzykanckiego wymknięcia się zaskoczonego przez Kozaków oddziałku. Ten indygenat nadany wydarzeniom potocznego życia, to właśnie antyromantyczny akcent tej książki.

Ujawnia się on zresztą niemal że na każdej jej stronie. Oto charakterystyczna scena:

„Potem obudziłem burmistrza. Zerwał się od żony szczękiem pałasza przestraszony, a mnie niegodne uczucie głasnęło po sercu, że mogłem kogo z wygodnego wyciągnąć łóżka. Wyszedł do kancelarii, otworzył ekspedycję, którą mu wręczyłem, włożył okulary i cicho, a potem głośno przeczytał: „L’ennemi a été culbuté… douze canons… cinq mille prisoniers”… etc. etc.

„O czcigodny burmistrzu! Jak pięknym byłeś w tej chwili! Pamiętam twój nos, pamiętam kwiaty twego szlafroka. Widzę cię, kiedy sparty jedną ręką na urzędowym stole, spuściłeś drugą z listem aż do kolana i wzniósłszy oczy ponad okulary, zapłakałeś z radości. Aktuariusz także zaczął mrugać, a czy tam czego nie wyciśnie, a ja, rozparty w wolterowskim krześle, twardo zasnąłem”.

Borowy słusznie zachwyca się i realizmem i humorem tej sceny. Co jednak również zasługuje na podkreślenie, to jej antyromantyczna nuta. Kto jest wzniosły w tej scenie? Arcyprozaiczny mieszczuch, burmistrz. I to jeszcze mieszczuch z wszystkimi atrybutami swojej mieszczańskości: w okularach, w szlafroku w kwiaty.

Samodzielność, świeżość myślenia, zdolność wyzwolenia się spod panujących podówczas schematów uderzają czytelnika na każdym kroku. Widać je i w sądach, zawsze wycieniowanych, rozważających za i przeciw, nigdy nie trącących sztampą, frazesem. Fredro nie miał sentymentów dla Rosji, wojować mu przyszło przede wszystkim z Rosjanami, nacierpiał się niemało w niewoli rosyjskiej, ale kiedy przychodzi do charakterystyki Kozaków, okazuje się że pod pewnymi względami są oni od żołnierza francuskiego kulturulniejsi: „Nie wiem dlaczego Kozaków wystawiają jako uosobienie rabunku. Bardzo omylnie, moim zdaniem. Kozak bierze tylko to co mu się zdać może, Francuzi więcej jeszcze niszczą niż biorą lub brać mogą. W domach tłuką co mogą”. A oto inny przykład Fredro jest pod wielkim urokiem księcia Józefa. Oczarowany jest jego wdziękiem, postawą rycerską, gorąco mówi o entuzjazmie, jaki potrafił wzbudzać w żołnierzu. Ale przy tym wszystkim nie zapomni stwierdzić: „Książę Józef Poniatowski nie miał wprawdzie znamienitych zdolności jako wódz”… I tak wszędzie. Tylko mówiąc o Niemcach, Fredro nie bawi się w żadne cieniowania, o po prostu daje upust swojej serdecznej do nich niechęci.

Istnieją pamiętniki, w których, skoro się raz skoczy z autorom w nurt opisywanych zdarzeń, wszystko poza tym nurtem dla czytelnika ginie. W „Trzy po trzy” rzecz ma się inaczej. Czytając o wyprawie do Cisny, czy o przygodach młodego kawaIerzysty, nigdy nie tracimy z oczu starszego pana, który w lat z górą trzydzieści potem wyrusza w podróż „à la recherche du temps perdu”. Tu tkwi tajemnica lirycznej mgiełki, spowijającej te pamiętniki. Jest w nich np. taka scena. Fredro płynie nocą czółnem wzdłuż Sekwany i snuje rozważania na temat goryczy służby wojskowej, na temat tego jak się w sztabie czuje nie na swoim miejscu. Rozważaniom tym poświęca w pamiętnikach sporo miejsca. Ale kiedy się już nażalił, napsioczył, przychodzi następująca refleksja: „Nie wszystko ja co do słowa myślałem w czółnie, co teraz przy stoliku. Przebaczcie mi te anachronizmy. Trudno przepiłować się na dwoje i dwie ze siebie zrobić połowy, jedną jakim się było, a drugą jakim jest”. Kiedy indziej gorzko westchnie: „Czas ubiegły objawia mi się zniszczeniem”. Kiedy indziej znów rozmarzy się na temat uroków wspominania przeszłości: „Nieraz kiedy wracam z polowania, a dojmujące zimno jesienne i dym ścielący się z kartoflanej naci biwak przypomni – zdaje mi się, że mam jeszcze pałasz przy boku, depeszę w zanadrzu. Wtenczas władza wspomnienia samą nawet dolegliwość nie tylko znośną, ale i przyjemną robi”. Luźna kompozycja sterne’owska pozwala na swobodne wplatanie w pamiętnik takich lirycznych refleksji. Ich swoista barwa uczuciowa trąci stylową myszką – empirową? biedermeierowską? – ale sam fakt takiego zachodzenia na siebie różnych perspektyw czasowych nadaje „Trzy po trzy” piętno czegoś bardzo współczesnego, chciałoby się rzec, „awangardowego”.

W „Trzy po trzy” mamy do czynienia z pewną mistyfikacją. Pisząc je Fredro przybrał pozę trochę stetryczałego starego prowincjała, plotącego swoje wspomnienia bez ładu i składu. W rzeczy samej pamiętniki te są dziełem subtelnego artysty, dobrze świadomego narzędzi swego kunsztu, i człowieka o bystrej inteligencji, umiejącego spojrzeć na świat własnymi oczami i nadać temu spojrzeniu swój, indywidualny, wzruszający prawdą i czarujący świeżością wyraz.

Wiktor Weintraub.

———-
*) Studium Borowego przedrukowano z uzupełnieniami w nowym wydaniu „Trzy po trzy”, które ukazało się w r. 1949 w Krakowie (Biblioteka Arcydzieł Poezji i Prozy pod redakcją Stanisława Pigonia, nr 80, nakład M. Kota). Wydanie to – poręczne, niewielkiego formatu – zaopatrzył Mościcki w staranne przypisy. Wymagają one sprostowania w jednym punkcie. Na str. 28 Fredro wspomina francuskiego młynarza nazwiskiem „Meurt-de-froid” („nie wiem, czy dobrze piszę, ale tak się wymawiało”). Mościcki nazwisko to w przypisku tłumaczy na „Zmarzły z zimna”. W rzeczywistości należałoby objaśnić je całkiem, całkiem inaczej.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close