KORESPONDENCJA

Po zerwaniu z régimem

Do redaktora „Wiadomości”

Nieustająca dyskusja na temat Czesława Miłosza w polskiej prasie emigracyjnej, jak również fakt że sam znajduję się w podobnym położeniu, powoduje napisanie niniejszego listu. Może powinienem był to uczynić już pół roku temu – na swe usprawiedliwienie chciałbym podkreślić, iż dopiero niedawno udało mi się znaleźć spokojne miejsce pod słońcem i możliwość jakiego takiego bytu, co umożliwia mi zebranie myśli i skreślenie poniższych słów.

Oto po krótce jak wygląda moja historia.

W chwili obecnej mam 29 lat. W wieku lat 17 aresztowany zostałem w Poznaniu przez Gestapo i ponad 5 lat spędziłem w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Po wyzwoleniu wróciłem do Kraju, do osieroconych rodziców. Trzech braci straciło życie w okresie minionej wojny – z rąk hitlerowców lub bolszewików. Mimo że wróciwszy do Kraju kontynuowałem studia, sytuacja materialna zmusiła mnie do równoczesnego przyjęcia pracy zarobkowej. W połowie r. 1946, zdawszy specjalny egzamin wstępny, przyjęty zostałem na speakera do rozgłośni poznańskiej Polskiego Radia. Ponad dwa lata spędziłem jako sprawozdawca radiowy na ziemiach odzyskanych, przygotowując reportaże, których tematem była odbudowa tej części kraju i budzące się życie polskie wśród nowo-osiedleńców. W okresie osławionych „wyborów” r. 1947, kiedy wzmógł się nacisk w kierunku „upolitycznienia” wszystkich nieomal dziedzin życia społeczeństwa, wraz z pozostałymi pracownikami Radia zmuszono mnie do wstąpienia do partii. Obawa o byt rodziny była główną przyczyną braku odmowy z mej strony. Pośród istniejącego wówczas zespołu programowego wszystkich rozgłośni polskich, złożonego w olbrzymiej większości z pracowników przedwojennych, fakt wstąpienia do partii – z reguły pod jawnym przymusem – uważany był za zło konieczne.

W lutym 1949 partia przekazała mnie ministerstwu spraw zagranicznych, a ono z kolei przeznaczyło mnie na placówkę zagraniczną w Niemczech zachodnich. Po krótkim okresie pobytu w t.zw. polskiej misji wojskowej w Berlinie, centrali dla wszystkich placówek na terenie niemieckim, wysłano mnie do Frankfurtu nad Menem. Występować tam miałem jako naczelny redaktor wydawanego przez Polski Czerwony Krzyż tygodnika repatriacyjnego „Wiadomości Polskie”. Oficjalnie akredytowany jako pracownik Polskiego Czerwonego Krzyża przy IRO (International Refugee Organization) byłem jednak w w dalszym ciągu faktycznie urzędnikiem ministerstwa spraw zagranicznych. Tygodnik „Wiadomości Polskie” był oczywiście zaopatrywany w materiały do druku bezpośrednio z Warszawy i Berlina, które przywoził kurier dyplomatyczny. Moim zadaniem było raczej dostarczenie nazwiska, koniecznego dla uzyskania licencji od władz okupacyjnych. Z braku więc zajęć czysto redaktorskich pracować musiałem w konsulacie generalnym régime’u we Frankfurcie nad Menem.

Na krótko przed opuszczeniem Kraju ministerstwo spraw zagranicznych – zgodnie z zasadami systemu – skierowało mnie do ministerstwa bezpieczeństwa, zajmującego się, jak wiadomo, nie tylko sprawami krajowymi, ale i zagranicznymi. Tutaj, po wtajemniczeniu w „arkana” roboty zagranicznej, zmuszono mnie do przyjęcia funkcji szpicla na terenie wspomnianego konsulatu w Frankfurcie nad Menem. W okresie tym, obfitującym w codzienne nieomal rezygnacje i ucieczki pracowników zagranicznych, spory procent personelu konsulatów, ambasad i poselstw rekrutował się czy to z dipisów, czy też z członków miejscowej kolonii polskiej, a więc kategorii osób z reguły uważanych za element, jeśli nie niebezpieczny, to co najmniej nielojalny. Stąd konieczność szpiclowania tak tych ludzi jak pozostałych pracowników, t.zw. „krajowych”, z szefami placówek włącznie, nie wyłączając nawet członków partii, którzy oczywiście szpiclowali się wzajemnie, nie wiedząc że praktycznie każdego z nich oddzielnie zwerbowała „bezpieka” do tej samej roboty. Materiały i instrukcje – do wszystkich urzędów dyplomatycznych régime’u na całym świecie – woził i wozi kurier dyplomatyczny.

Nigdy w mym życiu, mimo braku jakiegokolwiek doświadczenia i wykształcenia politycznego, nie byłem sympatykiem komunizmu. Uważałem się zawsze, dzięki swemu katolickiemu, typowo polskiemu wychowaniu, za przeciwnika tego systemu politycznego. Fakt wysłania mnie za granicę tłumaczę wyłącznie moimi zdolnościami i faktem że zmuszony fatalnym brakiem pracowników, zdolnych do pracy na placówkach, régime nie stosował jeszcze wówczas zbyt ostrych kryteriów co do „prawomyślności” danego pracownika. Niemniej jednak nie uważano mnie nigdy za człowieka w stu procentach zaufanego. Moją najbliższą rodzinę – żonę i trzyletniego synka – zatrzymano w Kraju, nie zezwalając na wyjazd. Stanowili oni swego rodzaju zakładników i równocześnie gwarancję mych wysiłków w pracy dla régime’u.

Tak w czasie mej pracy w Kraju, w Polskim Radio, jak i za granicą, na terenie Niemiec zachodnich, moje przekonania polityczne, ugruntowane obserwacjami życia w Kraju, poparte widokiem życia Zachodu, były bezpośrednią przyczyną cichego sabotażu, jaki na własną rękę uprawiałem w ciągu tych lat. Szczególnie dwa lata pobytu w amerykańskiej strefie okupowanych Niemiec dały mi możliwości na większą skalę. Czy chodziło o akcję régime’u w społeczeństwie niemieckim, czy to współpracę z niemiecką partią komunistyczną lub organizacjami frontu komunistycznego, czy o akcję w społeczeństwie dipisowskim, czy o robotę szpiegowską (w której nigdy nie byłem czynnie zaangażowany), czy wreszcie o robotę „bezpieki” wśród pracowników samego konsulatu i pokrewnych placówek régime’u (np. przedstawicielstw handlowych, misji repatriacyjnych, restytucyjnych, Polskiego Czerwonego Krzyża) – w miarę możności i posiadanych środków starałem się stale, niejednokrotnie z powodzeniem, unicestwić wywrotową robotę i zamiary centrali berlińskiej i warszawskiej.

Posunąwszy się w mej akcji zbyt daleko, zdemaskowałem się częściowo, zostałem odwołany do Berlina (sowieckiego), i tylko cudem udało mi się w ostatniej chwili zbiec z powrotem na Zachód.

Po otrzymaniu przeze mnie prawa azylu politycznego od władz sojuszniczych we Frankfurcie nad Menem, fakt mojej rezygnacji dostał się oczywiście do prasy. Kilka nie bardzo – co zupełnie rozumiem – obiektywnych notatek ukazało się w prasie emigracyjnej na Zachodzie. Byłem zajęty opuszczaniem terenu europejskiego, więc nie mogłem śledzić tych spraw. Dzisiaj jednak, wspomniane na wstępie fakty zmuszają mnie do napisania kilku słów, które cisną się na usta.

Trudno jest porównywać – mimo pewnych oczywistych podobieństw -moje położenie z położeniem Miłosza. Różne są one tak bardzo, jak bardzo różna jest sytuacja każdego régime’owego „odszczepieńca”, przekładającego życie na Zachodzie nad korzyści „dyplomatycznego” bytu za granicą. Daleko mi też do świetności pióra Miłosza, który potrafił swe myśli ubrać w słowa. Sporo i u mnie ciśnie się ich pod czaszką, i tylko nieudolność we władaniu piórem powstrzymuje mnie od szerszych i głębszych wywodów.

Miłosz był régime’owym dyplomatą na wysokim szczeblu, wykonywał swą funkcję – jak sam przyznaje – z wiarą w dobro sprawy, miał całą masę złudzeń, których do dziś się nie pozbył a których ja, równie dobrze znający Kraj i jego powojenne życie, nigdy nie miałem. Tylko ktoś kogo los wpakował w podobną sytuację, wie jak trudno jest, mimo całej nienawiści do komunistycznego systemu rządzenia, utrzymać stuprocentową czystość sumienia. Sam najlepiej zdaję sobie sprawę z tego faktu. Do końca życia nie potrafię chyba zapomnieć myśli o tym, że najszczęśliwszym dla mnie byłby dzień, w którym dane byłoby mi odpowiedzieć za wszystkie moje czyny. Przekonanie, iż dobre przeważyłyby ilość złych, łagodzi rozterkę, w jakiej się mimo wszystko znajduję.

W dwóch kwestiach, związanych z dyskusją na temat Miłosza, pragnąłbym i ja zabrać głos.

Pierwsza dotyczy kwestii poruszonych w artykule p.t. „Były poputczik Miłosz” („Wiadomości”, nr 292). Chodzi o te zagadnienia przemian życia w Kraju, które Miłosz nawet dziś jeszcze, drukując swe wypowiedzi jako wolny już człowiek, chwali i gloryfikuje, wyzyskując to mniej lub więcej świadomie w celu własnego wybielenia. Muszę przyznać, że takie stanowisko człowieka, który w ciągu swej régime’owej kariery nie cierpiał na brak złudzeń, wcale mnie nie dziwi. Do najciekawszych obserwacji, jakie miałem okazję poczynić wśród ludzi Kraju, ludzi wewnętrznie przeciwnych régime’owi, choć mniej czy więcej dobrowolnie z nim współpracujących, należały obserwacje reagowania tych ludzi na szereg reform życia społeczeństwa. Reforma rolna, uniwersytety dla młodzieży „robotniczo-chłopskiej”, opieka państwa nad pisarzami i artystami, „wczasy”, to sprawy, którymi régime potrafił w niesłychanie perfidny sposób zamieszać w głowach wielu poważnych nawet ludzi. Zjadający przed wojną suchy chleb literat, obecnie odziany we wcale znośny garnitur z Powszechnego Domu Towarowego, suchotniczy robotnik przedwojenny, maszerujący dziś ulicą Krynicy, to wydarzenia, które jeśli się nie wniknęło w istotny ich sens, mogły początkowo zdezorientować poważną ilość ludzi, szczególnie tych co czuli na niedolę innych, pamiętali sporo niewesołych obrazków z Polski przedwrześniowej. Jest rzeczą charakterystyczną że objaw ten spotyka się wyłącznie wśród inteligencji, nigdy zaś pośród niższych warstw społeczeństwa, robotników, rolników, nie zaprzątających sobie głowy analizą tych zjawisk a zajętych po prostu walką o tak trudny dziś byt w Polsce. Nie wiem czy upoważniony jestem do wygłoszenia mego osobistego zdania na temat Miłosza, przekonany jednak jestem, że poza niewątpliwymi chęciami wybielenia się, niemałą rolę gra u niego „wishful thinking”, w którego skutku Miłosz, widząc dziesięciu górników w Krynicy, zapomina o setkach tysięcy, którzy nie tylko nigdy Krynicy nie zobaczą, ale po prostu całe życie spędzą na „entuzjastycznym” wyrabianiu morderczych dniówek i „jednogłośnym” wyrażaniu aprobaty dla „genialnych” posunięć „umiłowanej” partii.

Wyobrażam sobie, iż niejeden z czytających powyższe słowa Polaków na Zachodzie odpowie, iż tylko charakter i świadomość decydować może o tym, jak silny wpływ wywrze w danym wypadku na człowieka umiejętnie spreparowana propaganda régime’u, pragnącego zdobyć sobie jak największą ilość współpracowników. Zdania takie uważam za najtrudniejsze do przyjęcia za podstawę dyskusji. Tylko niezwykle gruntowne obserwacje życia Kraju i tylko naoczne doświadczenia umożliwić mogą zrozumienie zawikłanych i nie znanych blisko ludziom Zachodu zagadnień życia w Polsce komunistycznej. Wszelkie np. uogólnianie i gremialne stosowanie potępień prowadzi z reguły do niebezpiecznych skrajności. Bo jak np. ocenić stanowisko profesora wyższej uczelni, wykładającego jakiś typowo apolityczny przedmiot (np. matematykę), który swą obecnością na uniwersytecie umożliwia jego istnienie, a więc i komunizowanie mas młodzieży studenckiej, zalewanej propagandą typowo komunistyczną na wszystkich niemal pozostałych wykładach? Czy profesor jest winny kolaboracji? Przecież gdyby odmówił nauczania, uczelnia z pewnością jakiś czas nie mogłaby istnieć. Gdyby wszyscy profesorowie – mowa oczywiście o antymarxistowskiej większości – w latach bezpośrednio powojennych zajęli takie stanowisko, uniwersytety w Kraju by nie istniały, póki by régime nie podkształcił na kilkumiesięcznych kursach kadr „profesorskich” lub nie sprowadził fachowców. Ale czy z tego wynika że mamy tych profesorów potępiać?

Teraz druga kwestia.

Dotyczy ona sumienia człowieka, który skalawszy się mniejszym lub większym quantum współpracy z régimem, przebywa obecnie na Zachodzie, żyje wśród Polaków, którzy do Kraju nie wrócili i którzy teraz mniej lub więcej uważają go za wroga. Z kwestii tej wyłączam oczywiście b. régime’owców bez sumienia, ludzi, którzy zostawszy na Zachodzie, rzucili się po prostu w ramiona „business”u i radzi są tak z zerwania z Warszawą jak i z możności pozostawania poza społecznością polską na obczyźnie.

Cierpiące w Kraju społeczeństwo nie wie praktycznie nic o tym, jak wygląda życie polityczne emigracji. Prasa emigracyjna do Kraju nie dociera, radio (B.B.C. i t.d.) nie wspomina o tych sprawach. Jeśli zdanie „kłótnie między stronnictwami emigracyjnymi” w ogóle znajdzie się na ustach człowieka w Kraju, to raczej tylko przypadkowo i nawet wówczas sprawie tej nie przypisuje się żadnej prawie wagi. Tymczasem jak sprawa ta wygląda w rzeczywistości, widzi się dopiero po przybyciu na Zachód. Régime, z którego szeregów zdezertowałem, uważa mnie jeśli nie za agenta amerykańskiego, to co najmniej za człowieka związanego aktywnie z emigracją. Prawdą jest, że nie jestem ani tym, ani tamtym. Czyż mogłem mieć zaufanie do skłóconych wzajemnie i najczęściej nie reprezentujących żadnych mas kół politycznych emigracji? Wolałem obrać ryzykowniejszą drogę sabotażu na własną rękę.

Wśród społeczeństwa Kraju nie ma dziś żadnych różnic. Nigdy po prostu w historii nie było większej konsolidacji poglądów. Wyzwolenie spod jarzma sowieckiego jest jedynym zagadnieniem chwili. Inne sprawy zeszły na daleki, ale to bardzo daleki koniec. Jeśli czegokolwiek wymaga się od emigracji, to tylko i wyłącznie reprezentowania interesu Polski i umiejętnego wyzyskiwania położenia międzynarodowego dla zwrócenia uwagi świata na sprawę Polski i pozostałych państw satelickich. Śmiem z całym poczuciem odpowiedzialności twierdzić, że niejednemu z b. régime’owców społeczeństwo Kraju składające hekatomby ofiar dla sprawy Polski i Kościoła, potrafi w przyszłości wspaniałomyślnie wybaczyć; wątpię jednak – a twierdzę to z cała pewnością – czy kiedykolwiek zapomni się w Kraju o tym wielkim przestępstwie wobec cierpiącego Narodu, jakim są bezwstydne kłótnie międzypartyjne.

Jak więc czuć się może tutaj ktoś, kto pragnąłby wejść w społeczeństwo emigracyjne, pracować, dać z siebie wszystko, opowiedzieć o Kraju, jego troskach i niedoli, ktoś, kto pragnąłby może i zdać rachunek ze swych czynów? Czyż widok tych walk nie zagłuszy w nim głosu sumienia? Czyż to wszystko nie zmusi go do odsunięcia się od życia polskiego, do zupełnego zamknięcia się w sobie, do zupełnego zmarnowania energii, którą tak chętnie, pomny tego co widział i przeżył w Kraju, zużyłby dla Sprawy?

Bogusław M. Borowicz.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close