ZOFIA KOZARYNOWA

Przez Śląsk, Beskidy i Murmańsk do Londynu

Kiedy sierżant-pilot Cyril Rofe*) siedział w Stalagu Lamsdorf, zimą 1942, nie obowiązywały tam jeszcze legitymacje z fotografią. Myląc więc czujność władz obozowych, jeńcy mogli zamieniać się na nazwiska. Ci z wyznaczonych na roboty, którzy woleli nie ruszać się z miejsca, wymieniali swą identyczność ze zwolennikami opuszczenia obozu za wszelką cenę.

Sierżant Rofe dostał się tam z Holandii, gdzie spadł z samolotem. Był Żydem i szczycił się tym, nawet wtedy gdy mogło mu to zaszkodzić w antysemickim otoczeniu. W Lamsdorfie wymienił swą identyczność z Żydem rodem z Litwy, aby na jego miejsce wyruszyć na roboty w Sudetach i stamtąd zbiec. Nazywał się odtąd Simon Kacenelenbeigen: tak brzmiało w litewskiej formie popularne nazwisko Katzenellenbogen.

Jako „private” Kacenelenbeigen niedługo popasał na robotach, zresztą nie uciążliwych, gdzie działał jako „medical orderly”, choć nie miał nic wspólnego z medycyną. Z zawodu cywilnego jest restauratorem. Wojna zaskoczyła go na praktyce hotelarskiej w Wiedniu. Nie cierpiał głodu w obozie pracy, bo paczki Czerwonego Krzyża uzupełniały obficie racje żywnościowe, których niedostatek spowodował jednak strajk głodowy Żydów. Rofe solidarnie przyłączył się do strajku, który zdziwił niemieckiego Gruppenführera: skoro jeńcy chcieli jeść więcej, dlaczego nie jedli wcale? Lecz Żydzi – mówi Rofe – „lubią strajki głodowe: to trafia do ich poczucia dramatycznego”. Książka roi się od podobnych spostrzeżeń: ciętych i zabarwionych cynizmem.

Pierwsza jego ucieczka nie była trudna ani do przygotowania, ani do wykonania, zważywszy słaby dozór i łatwość uzbierania żywności. Zamierzał, z dwoma towarzyszami, przejść przez „friendly Poland” do Rumunii, skąd przez Turcję dotarli by na Zachód, żywności mieli aż nadto, z odzieżą było gorzej, ale szli przeważnie lasami, odżywiając się obficie.

Początkowe opisy zaznajamiają z autorem. Jest to natura niezależna, odmawiająca przystosowania się do niewoli bez względu na jej warunki. Umysł trzeźwy, spostrzegawczy, ale jednostronny, pochopny do uogólnień, ze skłonnością do kpiarstwa nie zawsze w najlepszym smaku, z ostrzem żartu często zwróconym przeciw sobie. Przez jego obiektywizm przeziera nieraz niechęć do przejmowania się, podszyta obojętnością. Lecz choć nie uznaje ani namaszczenia ani przerostu uroczystej formy, ulega czasem urokowi szlachetnego patosu i pod silnym wrażeniem potrafi zapomnieć o sobie. Imponuje mu siła, lecz drażni, jeszcze bardziej niż oburza, gdy przeradza się ona w przemoc. Wrodzone i nabyte cechy jego usposobienia wydają się amalgamatem pierwiastków semickich i anglosaskich.

Dzięki tej postawie umie traktować swe ucieczki i niepowodzenia po sportowemu. Nie dramatyzuje sytuacji nawet katastrofalnych, przeciwnie, osłabia je i przewalcza przez wypatrzenie w nich słabych momentów. Potrafi naopowiadać czeskiemu leśnikowi, który przydybał go w lesie i odprowadzał do Niemców, niestworzone, wzruszające historie o rzekomej żonie i córeczce, pokazując ich fotografie (był dwudziestokilkoletnim kawalerem, fotografie przedstawiały obce osoby), aż obydwaj płaczą jak bobry i leśnik pozwala mu uciec. Równie po łobuzersku odnosi się, po aresztowaniu, do Niemców, przed którymi udaje Polaka, Niemcy nie ukrywają zdumienia, gdy się okazało że jest Anglikiem, a więc prawie równym Niemcowi, natomiast Polak, to istota niższa nawet od Francuza. Polaków należy rozstrzeliwać natychmiast po schwytaniu.

Odstawiony do obozu w Tarnowskich Górach, pseudo-Kacenelenbeigen ma sposobność czynić spostrzeżenia na szerszej skali. Żartowniś poważnieje na widok transportów wynędzniałych więźniów polskich podobnych do kościotrupów, Żydów przewożonych do pracy, którzy wrzeszczą, jęczą, usiłują nadaremnie pochwycić rozrzucone cukierki ciśnięte im przez jeńców. Przeraża go widok strzeżonego przez psy „Judenzwangsarbeitlager”.

Informuje się chętnie i dobrze pamięta. Streszcza np. w sposób ścisły i zwięzły okoliczności „rozbioru Polski z r. 1939”, podobnie jak, pod koniec, warunki powstania rządu lubelskiego. Poznał dokładnie stosunki panujące w obozie Polaków, prawie nie odżywianych i męczonych, lecz broniących się solidarnością i doskonałą organizacją wewnętrznego czarnego rynku. Równie dobrze orientuje się w systemie prześladowania Żydów. Jeńcy żydowscy pomagają im dzięki przekupieniu strażników, możliwym dlatego że i oni są głodni. Mówi o gorliwej pomocy Polaków w ucieczkach Żydów, o przechowywaniu zbiegłych w rodzinach, co się najczęściej kończyło wykryciem i wystrzelaniem wszystkich.

Dociera wówczas do niego wieść o organizacji polskiej walki podziemnej.

Pomimo pewnej swobody ruchów i nieporównanie lepszych warunków, w jakich przebywali jeńcy żydowscy i brytyjscy, Rofe-Kacenelenbeigen zgłosił się na ochotnika do pracy w kopalni z zamiarem ponownej ucieczki. Tym razem trafił na cięższą pracę, choć jeszcze o wiele znośniejszą niż mieli Polacy w tych samych szybach. We wszelkich trudnych sytuacjach pomagali jeńcom, a nieraz z nich wybawili, ci „friendly Poles”. Takie jest świadectwo cudzoziemca sceptycznego i chłodnego, bynajmniej nie zaślepionego powziętą z góry sympatią.

„Przed wojną Polska była dla większości z nas jedynie nazwą. Teraz wiedzieliśmy że jest jednym z najodważniejszych i najbardziej udręczonych krajów Europy. Słyszeliśmy ogólnikowo o polskiej walce podziemnej i wiedzieliśmy że w tym kraju pod jarzmem hitlerowskim rządził terror, mord i rabunek, że bydło, wyniszczane przez nienasyconych Niemców, miało dla nich więcej wartości niż życie ludzkie. Bydło dostarczało cennego pożywienia, Polak – tylko pracy niewolniczej; zastąpić go było łatwo, zgodnie z metodami niemieckiej Kultur”.

Zbiegł tym razem sam, w porozumieniu z młodym Polakiem, którego jednak od razu stracił z oczu. Błądził samotnie po okolicy, ratując się pomocą ludności. Przyjęła go, nakarmiła i napoiła bosa kobieta w nędznej chałupie, mąż jej obdarzył czym mógł – starą czapką, żeby mniej zwracał uwagę. Gdy wałęsał się dalej, nie wiedząc że krąży wciąż dokoła Jaworzna, jakiś mężczyzna, który śledził go czas pewien, spytał go lichą niemczyzną, czy jest jeńcem. Rofe, pewien że jest schwytany, potwierdził zuchwale, wówczas tamten przestrzegł go że tam dokąd idzie jest pełno Niemców. Ukrył go i wieczorem oddał w pewne ręce.

Lotnik spędził kilka dni pod opieką młodych ludzi we wsi.

„Byłem pierwszym Anglikiem, którego spotkali. Uważali mię za cudowną istotę. Wiedziałem że Polacy nam sprzyjają, ale nie byłem przygotowany na takie objawy uwielbienia Anglii i R.A.F.u. Cześć, jaką żywili dla Mr. Churchilla, była zrozumiała: stał się on dla ujarzmionych narodów symbolem oporu Wielkiej Brytanii, jego imię niosło nadzieję milionom cierpiących. Ale po co było mnie w to mieszać?” – kończy drwiącą nutą by nie wypaść ze stylu.

W istocie w owe czasy to imię było dla ujarzmionych narodów symbolem nadziei.

Opisuje późnowieczorne, szeptane rozmowy w ogródku za chałupą małorolnej gospodyni, u której się gnieździli. Rej wodził pewien Max. Musiał to być na wewnętrzny użytek Maciej: Maćków było w konspiracji nie mniej niż w zaścianku dobrzyńskim, poza tym garść Wojciechów i Ryszardów, a reszta prawie wyłącznie Andrzeje. Ten Max na powitanie potrząsnął mu prawicę, wycałował go w oba policzki i dobył butelkę wódki. Pili kolejno z jednego kieliszka zdrowie Wielkiej Brytanii i Polski, Churchilla, Sikorskiego i R.A.F.u. Zbieg wyraził życzenie nawiązania porozumienia z organizacją podziemia i zdziwił się wielce dowiedziawszy się że właśnie je nawiązał.

Zawiodły jednak plany wysłania go pod osłoną konspiracji do Krakowa, więc przez wzgląd na bezpieczeństwo własne i gospodarzy wyruszył znowu sam. Chciał dotrzeć do partyzantów w Kieleckiem. Skoro tylko ujrzał kogoś nie wyglądającego na Niemca, -wystarczyło żeby był bosy i nie utuczony, – rozpytywał, polszczyzną zasobną w kilkanaście wyrazów, o drogę do granicy „General Gouvernement”, przedstawiając się jako lotnik zbiegły z niewoli („Pte Kacenelenbeigen” został w odwodzie dla władz niemieckich). Ten naiwny system wydawałby się obliczony na to by go niezwłocznie odstawiono z powrotem Niemcom, a jednak nie: pierwszy lepszy przechodzień, prostodusznie zagadnięty o przeprowadzenie go przez granicę jako jeńca angielskiego, skierował go do pierwszej lepszej chałupy z zaręczeniem że gospodarz jest dobrym Polakiem, więc mu na pewno pomoże.

Dziwią go chałupy nędzne, jednoizbowe, gdzie wymizerowani mieszkańcy współżyją z żywym inwentarzem. Zawsze jednak karmią go kaszą i mlekiem, ukrywają po stodółkach, przeprowadzają dalej – i zawsze bezinteresownie. Ani go dziwi ani gorszy że wielu ratuje się od nędzy przemytem przez granicę, z ubawionym podziwem przygląda się małym chłopakom, którzy uprawiają ten proceder wesoło, jak rodzaj sportu, lituje się nad kobiecinami dźwigającymi na plecach, na oddalony targ, nadmierne brzemię towaru, bardzo często konfiskowanego przez Niemców. Imponuje mu dzielność i zaradność tego udręczonego ludu.

Przeszedł przez granicę z gospodarzem, który przekazał go pewnym ludziom już w „G.G.”. „Na pożegnanie chłop wyprostował się w całej okazałości niezwykle wysokiego wzrostu, stanął na baczność i uroczyście zasalutował”. Rofe zmieszał się. Stał przed nim, w postawie, jaką – jego zdaniem – rzadko oglądają nawet generałowie, człowiek, który bez wahania naraził dla obcego przybysza życie własne, żony swej i dzieci. Zbieg zrozumiał że oddano w jego osobie cześć lotnictwu brytyjskiemu. Był to rodzaj patosu, którego nie ima się ośmieszenie. Wyprężył się więc i oddał najsolenniejszy ukłon lotniczy, w kilku powolnie odmierzanych tempach, nigdy nie stosowany w praktyce, zapamiętany z nieznośnego „drill”u czasu szkolenia.

Pojął z reakcji otoczenia że uczynił rzecz jedynie właściwą. Gospodarz, ściskając mu dłoń na pożegnanie, odmówił wynagrodzenia, z ociąganiem przyjął tabliczkę czekolady dla dzieci. „A truly fine man”.

Lotnik ruszył w Kieleckie na poszukiwanie partyzantów. Na odcinku między Miechowem a Wolbromiem, gdzie ludność była zamożniejsza, karmili go chętnie, ale nie przyjmowali na nocleg. Wspominając z wdzięcznością gościnność ubogich mieszkańców pogranicza wywnioskował stąd mylnie że ci, co więcej ucierpieli od Niemców, byli bardziej współczujący. Nie wiedział ani o ofiarności chłopów w Miechowskiem ani o tym, jak byli strzeżeni i prześladowani za sprzyjanie partyzantom. Nie wiedział o wsiach, które poszły z dymem, o ludziach więzionych i wywożonych.

Gorycz jego tłumaczy się tym że w Miechowskiem po raz pierwszy – i ostatni – trafił na donosiciela. Niemcy gęściej tam podsyłali ludzi zaprzedanych sobie. Nie uniknął aresztu, odstawiony tam bryczką pod strażą polskich chłopów, którzy przez całą drogę go przepraszali lecz gdyby jeden się wyłamał, odpowiadaliby wszyscy wraz z rodzinami.

Wtedy też stwierdza po raz pierwszy zetknięcie się z objawami antysemityzmu, i to ze strony nie ludności, ale policji granatowej, która rzucała mu obelżywie słowo: „Żyd!”. Stąd znów pochopny i niesprawiedliwy sąd że granatowi byli „większymi antysemitami od Niemców”. Cóż znowu. Tamte strony były obsadzane starannie dobieranymi ludźmi, ci zaś, co współpracowali z podziemiem, musieli szczególnie mieć się na baczności.

Gdy siedział w areszcie wiejskim, ludność miejscowa przynosiła mu pod okno żywność, ktoś nawet z rozbrajającą naiwnością dał mu książkę niemiecką.

Przykra przygoda nie zachwiała jego zaufania do Polaków, bo podczas przesłuchania przez dzikiego antysemitę niemieckiego w Krakowie zeznał że zdradził go niewątpliwie jakiś Volksdeutsch. „Polak nie byłby taką świnią. Prawdziwy Polak nie zdradzi oficera brytyjskiego'”.

Jeszcze raz odesłano go do Lamsdorfu w skórze Kacenelenbeigena. Przystąpił do systematycznego przysposabiania następnej ucieczki, do której doszło dopiero w sierpniu 1944, po niepowodzeniach i przerzucaniu z roboty na robotę, z obozu do obozu. Dobrał sobie towarzysza, Żyda z armii brytyjskiej, ale rodem z Wiednia, nazwiskiem Karl Hillebrand. Mieli przyzwoite ubrania cywilne i dobre papiery jako belgijscy elektrotechnicy wracający do siebie. Trochę koleją, więcej piechotą, dobrnęli na pogranicze Słowacji, stamtąd na Podhale. Opis wędrówki przez góry jest prosty, żywy i chwilami porywający. Uchylają się szczęśliwie od spotkań z Niemcami, Polaków szukają i proszą o żywność, o nocleg. Nasuwa się pytanie, gdzie ten „Goralenvolk”, o którym tyle trąbiła propaganda, gotów rzekomo oddać życie za Hitlera? Dwaj ludzie podejrzanej powierzchowności, bąkający kilka słów po polsku, o wyraźnie semickim typie, idą bezpiecznie od chaty do chaty, wspomagani pożywieniem, radą, przestrogą. Raz tylko jakaś kobieta, na ich zapewnienie że są Anglikami, zaprzeczyła: „Jesteście Żydzi”. Rofe zgorszył się. Przede wszystkim, uważał się za Anglika mojżeszowego wyznania, po wtóre, uraził go objaw antysemityzmu. Ale – niezależnie od tego, czy kobieta była antysemitką czy filosemitką -znów nie wiedział że za ukrywanie Żyda płaciło się życiem własnym i otoczenia. Nie dość więc jeszcze docenił pomoc doznawaną po drodze. Poza tym, babina poprzestała na odmówieniu im schronienia, ale nie doniosła o nich Niemcom.

Zbiegowie posuwają swą prostoduszność do wypytywania ludności o partyzantów, do których chcą dotrzeć. Dziwią się potem że chłopi, którzy zapewniali że nic nie wiedzą, byli w stałej styczności z żołnierzami leśnymi, zaopatrywali ich w żywność i informowali o ruchach Niemców. Oni to dali im znać o zjawieniu się dwóch wędrowców, powodując zasadzkę z żądaniem wylegitymowania się. Zaskoczenie było obustronne: jeńcy dziwili się że chłopcy z lasu nie są umundurowani, tamci nie spodziewali się zatrzymać w górach lotników brytyjskich. Przyjęto ich radośnie do obozu, porozumiewano się łamaną niemczyzną, pito wszystkie przepisowe zdrowia. Było zresztą mało wódki i mało jedzenia.

Był to koniec sierpnia 1944. W szałasie obozowym włączono dla gości radio: po raz pierwszy od trzech lat usłyszeli wiadomości B.B.C. Głos dźwięczał kryształowo w ciszy leśnej. Dowiedzieli się o oswobodzeniu Paryża i ucieszyli tryumfalnym zbliżaniem się czerwonej armii. Może słyszeli i o powstaniu warszawskim, o tym jednak nie wspomina; działo się to poza obrębem ich zainteresowań.

Ostrożność partyzantów w powstrzymywaniu zbiegłych jeńców od przekroczenia Popradu wydawała się cudzoziemcom przesadna. Nie wierzyli by wszystkie przejścia, nie tylko mosty, były gęsto obstawione i podejrzewali chłopaków o zwyczajne zastrachanie. Wreszcie przeprowadzono ich i oddano za Popradem innej grupie leśnej, lepiej zorganizowanej i zdyscyplinowanej.

Zaczyna się kontredans w nieznajomej okolicy, przemykanie się, szukanie, gubienie, cofanie, zamieszanie. Włóczą się gromady dezerterów rosyjskich, z których nieliczni przystają do partyzantów, inni krążą samopas, napadają, grabią, straszą. Kto słyszał relacje podobnych przejść z ust uczestników polskich walk leśnych, dostrzega w nich logiczny wątek. Z dokładnego sprawozdania Rofe’a odnosi się wrażenie chaosu. Zbiegowie nie znali ani terenu, ani języka ani natury ludzi tamtejszych w skali od szeregów leśnych, przez włóczęgów oderwanych od obcych formacji, do polskiej ludności wiejskiej, przychylnej i pomagającej swoim, ukraińskiej niechętnej im i przeważnie opartej na Niemcach, wreszcie przedstawicieli inteligencji i półinteligencji. Każda z tych kategorii ludzi wymagała innego klucza. Cyril i Karl zgadywali, dostosowywali się, mylili i bałamucili.

Oddalali się już uczuciowo od „friendly Poles”, z którymi złączyły ich wspólne losy wojenne. Już otwierała się przepaść dzieląca naród zwyciężony od zwyciężającego. Kto wie – może zaznaczył chwilę przełomu głos radia londyńskiego donoszący o tryumfach na Zachodzie, w których Polacy grali rolę wykonawców spychanych z pierwszych szeregów wstecz. Zajaśniała teraz gwiazda Sowietów. Brytyjskich lotników ciągnął ku sobie urok niepokonanej, potężnej Rosji, która zmiażdżyła Niemcy. Chcieli już jak najrychlej wyrwać się spod opieki żołnierzy leśnych, zgonionych, tracących z każdym dniem grunt pod nogami, choć umiejących z tak zdumiewającą zręcznością podawać sobie zbiegów z rąk do rąk, pomimo błądzenia i wymijania się. Mieli wszędzie zapewnione punkty oparcia, wszędzie jeszcze wchłaniała podróżnych bezinteresowna gościnność ludzi narażających za nich życie. Zagęszczanie się grup partyzanckich dezerterami rosyjskimi stwarzało trudności.

„We had all we wanted of Russian partisans, or, for that matter, of any partisans (Mieliśmy aż nadto dosyć rosyjskich partyzantów i, jeśli o to chodzi, wszelkich partyzantów)”.

Ten rys czysto ludzkiej niewdzięczności zabarwia opowiadanie kolorami życia.

Nawet przy wódczanych toastach, Polacy z ociąganiem się pili wznoszone przez Brytyjczyków zdrowie sprzymierzonej Rosji i zaprzyjaźnionego Stalina. Cyril stwierdzał to nie bez zgorszenia. Owszem, przyznawał że usiłowali ustosunkować się lojalnie do swych „oswobodzicieli”. W grupie dowodzonej przez niejakiego Kmicica było kilku żołnierzy rosyjskich traktowanych po koleżeńsku. Był to chlubny przykład współpracy Polaków z Rosjanami. Mimo to i Kmicic i inni lękają się przyszłości, nie wierzą Rosji. Ten ustęp kończy się westchnieniem: „Biedny Kmicic! W kilka tygodni później Rosjanie schwytali go, uwięzili i rozstrzelali jako faszystę”.

W upartym dążeniu w kierunku frontu oderwali się wreszcie od polskiego zaplecza i połączyli z armią czerwoną. Myśleli że natkną się od razu na angielskiego oficera łącznikowego i polecą do Anglii, ale się zawiedli. W wyczerpującym i zniechęcającym brnięciu przez Beskidy wśród dziczy sowieckiej usiłowali nie upadać na duchu, co było niełatwe wobec prostactwa, niechlujstwa, nieładu, niemożności porozumienia się, nieodpowiedzialności i nigdy nie odgadnionych reakcji otoczenia.

Rofe opancerza się drwiną, lecz czasem się załamuje. Tylko raz porywa go entuzjazm, kiedy konno, ściśnięty w szeregach kozackich, przedziera się przez ostatnią linię frontu. Upojony pędem i zgiełkiem, gdy Kozacy witają swe czołgi okrzykiem „Nasha! Nasha! (Ours! Ours!)”, dodaje z zapałem: „Tak, nasze w istocie! Potężne, zwycięskie czołgi, znaczone wielką czerwoną gwiazdą, wyszły na powitanie nas”. Rozegzaltowany wrzeszczał wtedy i wył wraz z Kozakami aż do wyczerpania.

Opis krążenia z krasnoarmiejcami po wyniszczonych miasteczkach małopolskich dłuży się denerwująco. Może czytelnik przestaje się wczuwać w nastroje sprzymierzeńca Sowietów, zawsze wprawdzie podkpiwającego z niezrozumiałych wyskoków rosyjskiej natury, ale przepełnionego respektem dla potęgi mocarstwa. Od Polaków już niczego nie potrzebuje, – prócz kwatery udzielanej z niechęcią, – choć zawsze jeszcze, w indywidualnym zetknięciu, doznaje przychylności.

„Witold – mówi o chłopaku z Grodziska Dolnego – zdumiał mię nienawiścią do Rosjan, pod których władaniem żył od początku wojny. Teraz otwarcie sprzyjał wojnie z nimi.

„- Najpierw – mówił – niech Rosjanie wykończą Niemców. A potem Polacy powstaną przeciw nim i uwolnią swój kraj.

„Spytałem go jak sobie wyobrażał walkę niezorganizowanych i nieuzbrojonych Polaków przeciw potędze armii czerwonej. Był gotów walczyć gołymi rękami.

„- Gdyby tylko Wielka Brytania i Ameryka dały nam broń! – mówił – My chętnie oddamy życie w walce z komunizmem”.

„Doprawdy, głupi chłopak” – konkluduje Rofe i stwierdza z przykrością że takie poglądy przeważały w pewnych warstwach społeczeństwa polskiego i że na pewno podzielało je wielu partyzantów.

Zniechęca go teraz do Polaków ich antysemityzm, na którego poparcie daje, co prawda, nieprzekonywające przykłady, mniej liczne w każdym razie niż przytaczane przezeń fakty świadczące o pomaganiu Żydom. Nazywa Polaków „nietolerancyjną rasą”, wrogą nie tylko Niemcom i Rosji, ale Żydom, Ukraińcom, nawet Cyganom. Tak, Cyganom – zapewnia, przytaczając na dowód, jak to dwaj dziesięcioletni chłopcy niegodziwie przepłoszyli dwie Cyganki z dzieckiem. Znalazłyby się może mocniejsze argumenty na poparcie nietolerancji Polaków. Jakkolwiek bądź, wałęsający się po Polsce w czasie działań wojennych dwaj Anglicy o semickim typie muszą przyznać że znaleźli się poza jej zasięgiem.

Droga do domu była jeszcze długa i urozmaicona, a wiodła przez Moskwę i Murmańsk. Dotarli do celu przed Bożym Narodzeniem 1944. Między Carlisle a Londynem pociąg wjechał w mgłę. „Byliśmy już naprawdę w domu” – stwierdza zbieg.

Cyril Rofe nie należy do zawodowych „przyjaciół Polski”. Tym bardziej wydają się cenne zawarte w jego książce dowody ofiarnej i nieprzekupnej postawy Polaków.

Zofia Kozarynowa.

——-
*) Cyril Rofe, M.M. Against the Wind. Londyn, Hodder and Stoughton, 1956; str. 319 i 1nl.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close